Z cyklu: o matko jak tu pięknie!

Chciałam powiedzieć, że mam absolutnie najpiękniejszy szablon na kulce*
Proszę wejść i podziwiać.

O TU

Po stopach gremialnie całujemy Jacha, któren to tak bardzo się nudził w chorobie, że postanowił zrobić mi dobrze blogaskiem. To doprawdy lepsze niż pomnik z czekolady pod męskim klasztorem.

Idę omdleć na szezlong. Spektakularnie ma sie rozumieć. A potem się zobaczy.

(* nazwa potoczna – wzięła się stąd, że w początkach początków była tam sobie fotografia małej kulki i co prawda dawno jej już nie ma ale sentyment pozostał)

Kaganiec oświaty pilnie wynajmę

W urlopach najgorsze jest to, że się kończą. Trzeba wrócić do rzeczywistości, która skrzeczy, pralki, która pęka w szwach i sąsiada, który notorycznie kopci akurat pod naszymi drzwiami. Po drodze co prawda można spędzić miły dzień wędrując bez celu i pośpiechu po słonecznym, ciepłym Krakowie, ale finalnie i tak wracamy by nastawić budzik na jakąś kosmicznie nieprzyzwoitą, z punktu widzenia nocnej sowy, godzinę, uciszyć ten skrzek, nastawić pranie i opierdolić sąsiada.

Zdecydowanie najprzyjemniejsze są wspomnienia.

W powrotach nie lubię zderzeń z cywilizacją i dworca centralnego w Warszawie. Na serio nie znajduję tam niczego co mogłoby wzbudzić mój sentyment. A bardzo próbowałam.

W powrotach najprzyjemniejsze jest gdy ktoś czeka i potem przestępujemy próg, a tam uśmiech. A im większy tym cieplej nam się robi. Przyznaję, że Lokator przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Obie z Mamutem obstawiałyśmy czy ze szczęścia pęknie wdłuż czy wszerz. Nie odstępował mnie na krok, zasypał morzem całkiem nowej a przedziwnej nomenklatury i uroczo wtulał w zagłębienie obojczyka. Oczywiście gdy już po wielu ściskach i rytualnych pocałunkach zasnął, nadal nie puszczał mojego kciuka, a ja obiecałam, że już nigdy nie zostawię Go na cału długi tydzień. Przynajmniej dopóki sam tego wyraźnie nie zapragnie.

Ociepliłam się wewnętrznie na to matkowanie. I dobrze mi z tym.

Ospowe ciapki nadal obecne ale poza wizualnymi nie stwierdzono innych niedogodności. Coraz bardziej skłonna jestem przypuszczać, że faktycznie im młodsza młodzież tym choróbsko łaskawsze. Drapania też nie odnotowano. Za to ja alergicznie zareagowałam na koniec laby i prezentuję całkiem okazałą pokrzywkę na przedramionach i lewym boku.

Myślicie, że to wystarczy by przekonać szefostwo?

______________________________________________________
Ps. W tramwaju usłyszałam, że matura jest potrzebna tylko w wypadku posiadania wybitnie małego biustu. Omiotłam badawczym spojrzeniem autorki, bo były dwie, ale anomalii w żadną stronę nie dostrzegłam. Sądząc jednak po światłości wygłoszonej tezy, tatusiowie na osiemnastkę zafundują córeczkom po komplecie odpowiednich miseczek. Może przy okazji ktoś się ulituje i wypcha im czymś głowy, bo przeciąg straszliwy.

Całkowite zaćmienie

Czy ktoś obserwował wczoraj zaćmienie księżyca? Bo ja w końcu nie wiem czy było, czy nie było i czy widoczne u nas czy w Nowej Zelandii. Na przykład.

Późnowieczorne śpiewy korytarzowe przerwał nam Kolega Paweł ze względu na wygląd i usposobienie zwany Jezusem. Orzekł z mocą, że jest zaćmienie i wszyscy mają gremialnie wylec oraz oczekiwać, naturalnie więc, że wzbudził nasze zainteresowanie. Po pierwsze okazało się jednak, że nie od razu tylko o pierwszej.trzydzieści. Jak już doczekaliśmy do pierwszej.dwadzieścia i wylegliśmy by nic nas czasem nie ominęło to okazało się, że jest po drugie, czyli w zasadzie to nikt – łącznie z autorem informacji – nie był pewien, czy Jezusowi się czasem nie pomyliły cyferki w potencjalnej godzinie potencjalnego zaćmienia. Wysnuliśmy nawet po trzecie – mianowicie, że ten cały księżyc to i może ćmi, ale niekoniecznie widać to będzie pod tymi akurat współrzędnymi geograficznymi.

Koniec końców poczekaliśmy trochę, pośmialiśmy się, że to była zorganizowana akcja wietrzenia i wróciliśmy do łóżek.

Raczej bowiem nie podejrzewam Hrabiego Księżyca o błyskawiczne zaćmienie, które akuratnie mieściło się w mrugnięciu okiem. Żaba wprawdzie twierdzi, że ją trochę zaćmiło ale myślę, że to raczej była zasługa grzańca galicyjskiego niż ciał niebieskich.

Nie mam czasu myśleć o tytułach

Przyznaję, że już mi nieco odwala. Trzy dni bez Młodego to całkiem przyjemne poczucie swobody ale więcej i już robi mi się smutno. Dzwonię do Mamuta i niezmiennie słyszę, że dobrze i w ogóle mam się nie martwić. No to przecież oczywiste, że zaczynam jak tylko wcisnę przycisk czerwonej słuchawki. Projektuję same najczarniejsze scenariusze. No i tęsknię. W zasadzie to do tej pory byliśmy dość nierozłączni. Teraz poczułam się jak pies spuszczony ze smyczy ale już pobiegałam z tym badylem i mi starczy. Może nie zaglądam ludziom do wózków ale pewne jest, że wszędzie widzę całe mnóstwo dwuletnich blondasów. Kupiłam dziś nawet chrupki kukurydziane. Leżą teraz i patrzą na mnie z wyrzutem. Przecież nie lubię chrupek.

Czy jest na sali psychiatra?

Żeby nie było, że ciągle tylko marudzę i marudzę to naturalnie świetnie się bawię oraz korzystam z życia w czasie, gdy nikt mnie nie ciągnie za nogawkę spodni, nie chce układać tysięczny raz tej samej układanki w obowiązkowo moim towarzystwie tudzież nie zastanawia się co właściwie by zjadł i dlaczego nie jest to coś co mamy w domu. Serio serio, uważam, że jest czarownie. Dziś na przykład był dzień wolny od prób (co roku mamy taki jeden pośrodku warsztatów), wobec tego wybrałam się na Jaworzynę. I o jak ładnie…

Co prawda częściowo umarłam w kolejce gdy wjeżdżaliśmy na górę, ale szybko się zreanimowałam i już po chwili podziwiałam piękne widoki. Potem na osłodę kupiłam sobie żelki we wszelkich smakach, kształtach i konfiguracjach kolorystycznych. Oraz grzane wino. Co prawda nie wiem czy powinno być to podstawą mojego dzisiejszego jadłospisu ale było pysznie. Co poza tym? Widziałam trzyletnie Dzieci jeżdżące na nartach. W związku z tym idę zaczerpnąć z torebki nieco coca-colowych i jedną lukrecję.

Dobra, lecę grać w mafię. Na korytarzu utworzyła się już całkiem miła drużyna. A potem będziemy śpiewać z gitarą. Znów się nie wyśpię.

Trzymajcie się ciepło.

Śniegu oczywiście dosypało

Wywiesiłam wczoraj wieczorem sweter na balkon. Bo w Feniksie atmosfera specyficzna i jakby musiałam kationów nałapać. A rano biedaczek zesztywniał i zmienił odcień z głębokiego granatu na biel. Znaczy dostawa śniegu w toku.

Sangria oczywiście wyszła nam nieco inna niż Pascalowi Poprostu Gotuj i chyba bardziej przypominała rozbełtanego sikacza tudzież barszcz ukraiński niż apetyczny ponczyk. Może to dlatego, że On tak pięknie rozparcelował te pomarańcze, mandarynki i cytryny a nie po prostu je pokroił i wrzucił. I rozcieńczał całość gazowana wodą mineralną oraz dolał sporą część koniaku. Z braku wody z bąblami i okolic posiłkowałyśmy się litewską wódką a całość prezentowała się nader osobliwie w zupnej wazie podebranej ze stołówki ale koniec końców osuszyłyśmy naczynie do dna.

W tym roku zamiast bałwana ulepiony został przepiękny biały sedes. Jest tak realistyczny, że strach się bać co będzie jak ktoś przesadzi z procentami. Koledzy w tym celu już czają się po kątach z kamerą. Cóż. W najgorszym przypadku ktoś odmrozi sobie to i owo.

Humor wyjazdowy:

Sobota rano. Śpiącego w najlepsze faceta budzi nagły i niecierpliwy dzwonek do drzwi. Zaspany delikwent zwleka się nie bez trudu z łóżka i sunie do źródła hałasu. Chwyta za klamkę, otwiera. A tam listonosz. Listonosz patrzy na kolesia, koleś na listonosza i po chwili doręczyciel wybucha śmiechem. Śmieje się, rechocze, zanosi. W końcu facet nie wytrzymuje i pyta:
– Panie, co Pan się tak śmiejesz??
– A bo pierwszy raz widzę, że ktoś zapiął piżamę na dwa guziki i jajko.

Moja wyobraźnia mnie kiedyś zabije 😉

Znalazłam zimę

Podróżowanie pociągiem kształci. Bez wątpienia. Może mniej bawi i jest przyjemne za to świetnie kształci pod względem kreatywności i znajdowania niekonwencjonalnych rozwiązań przestrzennych. Jak bowiem na pięćdziesięciu centymetrach przetrwać noc i w dodatku mieć co najmniej dwa kolorowe sny, to nawet najstarsi górale nie wiedzą. A ja na ten przykład i owszem. No i świetnie taka podróż kształci naszą osobistą muskulaturę. Zwłaszcza pośladki. Przykurcz wszelkich dostępnych odnóży i cierpnięcie tyłka to jednak pikuś w porównaniu z tym co ludzie potrafią zrobić ze swoim kręgosłupem. To lepsze niż kalambury doprawdy.

A już style spania mnie powalają na kolana.

Pan Przy Drzwiach skulił się w sobie i podparł oburącz udręczone czoło – preferuje depresyjny styl Na Załamanego Psychicznie i nawet gdy chrapie to rzewnie. Z kolei Ten Pod Oknem przybrał pozycję Na Glonojada i wyraźnie sunie policzkiem wzdłuż szyby. Najbardziej rozpaczliwym stylem jest pozycja Na Dzięcioła – delikwent walczy sam ze sobą żeby nie spać, podnosi głowę, rozszczelnia powieki, ale oczywiście przegrywa, powieki same zamykają się i głowa opada mu swobodnie w gół… i tak kilkanaście razy. Najbardziej odprężony uczestnik podróży sypia z reguły Na Popielnicę, wdzięcznie otwierając usta i prezentując mniej lub bardziej bogate wnętrze. Ekstremalną zaś odmianą stylu Na Popielnicę jest Motyw Rozgwiazdy, czyli całkowite pokrycie sobą wszelkich dostępnych powierzchni i malownicze rozrzucenie kończyn. Szczęśliwcy zasiadający przy oknie z dostępem do półeczki, potrafią zwiesić się nań, zastygnąć na długie godziny i w pozycji Romantyk Z Widokiem przetrwać podróż z nosem przytkniętym do szyby. W skrajnych przypadkach pozycja ta grozi samoistnym osunięciem się ręki wyżej wzmiankowanego, złożeniem półeczki i nagłym przybraniem pozycji Upadłej Madonny. Wielki cyc nie jest wymagany.

Rano dojechaliśmy na miejsce i okazało się, że już wiadomo gdzie jest Zima. W Grybowie. Sypało całą noc i większość dnia. Teraz właściwie śnieg ma przerwę ale głęboko wierzę, że czeka na dostawę i jak tylko przyjdą nowe zapasy, spożytkuje je na poczet naszych saneczkowych wyczynów.

Pierwszy dzień pamiętam dość mgliście albowiem czas pomiędzy obiadem a próbą głównie przespałam regenerując nadwątlone siły a wieczorem czułam się tak rozespana, że o północy już chrapałam. Chyba wyłażą ze mnie wszystkie nieprzespane noce. Dziś już jednak nie mogę zawieść własnych oczekiwań i zamierzam kultywować zasady corocznych warsztatów: mało spania, dużo śpiewania, cowieczorne imprezy korytarzowo-pokojowe i jeszcze więcej wypraw do lokalnego legendarnego pubu Feniks. We czwartek szykuje się impreza tematyczna pod hasłem flanelowych koszul, trampek i ogólnego rozchełstania, więc istnieje też szansa na małe buszowanie po lumpeksach bo z wymaganych precjozów posiadam jedynie czerwone trampki. Zabawa zapowiada się przednia – w sklepie koleżanka wypatrzyła nawet siateczkowy podkoszulek w stylu Późnego Kapciowego a inna drapieżny spodzień w stylu dziura_na_dziurze_i_dziurą_pogania.

Dobra, nie ma co pitolić, za pół godziny obiad a zaraz potem druga próba, a ja tymczasem pożarłam pyszne śmiejżelki dostane od Współlokatorki Oli. Żaba mówi, że też chce być na blogu i nawet przyniosła mi drugą paczkę. Wieczorem robimy pseudosangrię i nie wiem czy będę na tyle trzeźwa by to opisać. Miałam skoczyć na spacer. Jest tak obłędne słońce, że żal byłoby go trochę nie nałapać w kaptur.

Mówię Wam… uwielbiam to miejsce.

____________________________________________________
Dzwoniłam do domu. Lokator poza białym kropkami mazidła taki sam jak zwykle i nie prezentuje żadnych zmian w zachowaniu. Mamut spokojnie daje radę i śmieje się, że gdyby Jej osobiste Dzieci tak znosiły ospę, miałaby o tabun siwych włosów mniej. Syn przez telefon powiedział mi, że halo i że Apcik tera gotuje i cyta bajke, zatem cmok cmok Matka i papa bo przeszkadzasz. Pozbyłam się ostatnich wyrzutów sumienia. Obojgu nam jest dobrze.

Żeby nie było za różowo

Żeby nie było za różowo, bo przecież od nadmiaru może zemdlić, telefon ze Żłobka wywołał we mnie pewne napięcie. Nawet cały zespół. Świeżo wypita kawa jakoś dziwnie stężała mi w przełyku i generalnie poczułam dreszcze. Uznajmy bowiem, że Ciotki Etatowe ani ich Światłe Kierownictwo raczej nie dzwonią do mnie hobbystycznie i z pytaniem o samopoczucie. Takie telefony zazwyczaj zwiastują coś niedobrego i bynajmniej nie jest to propozycja zjedzenia znienawidzonego mielonego. Tak było i tym razem.

– Czy to pani Mama Lokatora?
– Nie, kancelaria Rzeszy… – przecież wiadomo, że ja to ja, zwłaszcza jak dzwoni się do mnie na komórkę i odbieram
– Proszę natentychmiast przyjechać.

No to pojechałam.

Powitaj nowe jutro z Avon i ospę wietrzną z Lokatorem.

Fakinszit, że tak to ujmę jednym trafnym słowem. Mam więc Dziecko w fioletowe ciapki powlekane białym mazidłem, spakowaną torbę,  bilet PKP i zbiórkę o północy. Mamut zaktywizowany, na ścianie sztab kryzysowy w pigułce, czyli kolorowo wypisane na kartkach z bloku wszelkie możliwe klęski i kataklizmy (oraz kilka niemożliwych ale mam bujną wyobraźnię) i zestawy reakcji naprawczych, potencjalnie przydatne numery telefonów oraz amplitudy temperatury z ostatniej doby. Lokator zdaje się niczym nie przejmować i patrzy na wszystko w iście stoickim spokojem, Mamut względnie wyluzowany bo ostatecznie to Ona z nas dwóch wie jak wygląda ospa. Ja dzwonię co godzinę i właściwie tylko ich odrywam od dobrej zabawy. Nic to.

Tak, zostawiam chore Dziecko w domu i jadę. Tak, zostawiam Mamutowi chore Dziecko i jadę. Generalnie jadę. Do Grybowa. Z chórem na warsztaty. Jak co roku. Miałam jechać w duecie z Młodym ale w zaistniałych okolicznościach problem zapasowych pieluch rozwiązał się sam. Nie używam.

Babcia szczęśliwa i w końcu w żywiole, Wnusio pieje i punktowo przybiera barwę bakłażana a Mamusia też płakać nie zamierza. Każdemu z nas przyda się mała zmiana w scenariuszu. Chętni do kamienowania mogą się wyżyć w komentarzach ale uprzedzam, że średnio mnie to zwilża. Najwyżej uzbieram na skalniak. Do określenia Wyrodna Matka proszę jeszcze dodać Wyrodna Córka.

Się ośmielam

Kochani!

Ponieważ i tak już czuję się konkursowo usatysfakcjonowana, wyżej już zadrzeć nosa nie dam rady bo mi niesymetrycznie, a sądząc po rozkładzie głosów w mojej kategorii szanse mam wiadomo wyżej_dupy_nie_podskoczysz_marne…

to mam takie marzenie – strasznie bym chciała żeby to właśnie Pierwsza wygrała.

Proszę więc wszystkich, którzy tak pięknie głosowali na mnie o wyskrobanie jeszcze jednej złotówki i wystukanie

A00117 na numer 71222

Zróbcie mi prezent na Walentynki, co?
Dziękuję 🙂

Naprawdę, obiecuję być grzeczna przez cały marzec.

__________________________________________________________
Ps. A może jakaś opiekunka z Poznania poszukuje PRACY ???

No to jak już siedzicie

Zacznijmy od tego, że Ziuta to moja dawna najlepsza przyjaciółka z lat szkolnych. Podstawówkowych w dodatku. Trzymałyśmy się razem, przynosiłyśmy sobie nazwajem kanapki i oszukiwałyśmy na wuefie, że umiemy skakać przez kozła oraz hobbystycznie jeździłyśmy autobusem po mieście kolejne przystanki dobierając sposobem gry w marynarza.

W bardzo późnej podstawówce Ziuta zakochała się na zabój w niejakim Wojciechu Z Ósmej Be. Wojciech – absolutnie nie Wojtek bo Wojtków to jak burków w powiecie, a Wojciech był jeden jedyny i niepowtarzalny – był od nas o rok starszy i nosił długie pióra. To już wystarczyło by żeńskie pół szkoły wykupiło w Jego intencji okoliczne zapasy sznurka do snopowiązałek w zamiarach samobójczych i innych bliżej nieokreślonych. Drugie pół albo wzdychało po cichu nic nie robiąc albo uganiało się za Nim z impetem i zaangażowaniem godnym znacznie lepszej sprawy. W dodatku Wojciech szkolił się na perkusistę. I tu już klops. Sądzę, że po ujawnieniu tego faktu znaczna część populacji męskiej również zaczęła żywić doń płomienne uczucia. Nawet gdy hojnie obsypał Go młodzieńczy trądzik większość fanów nie straciła rezonu. Nawet ja – przyznam szczerze – gdyby nie lojalność wobec Ziuty, schrupałabym gogusia bez chrzanu. Taki był fajny.

Teraz będę nieco w skrócie bo mam kuraka w piekarniku i Dziecko na chodzie.

Wojciech Z Ósmej Be po roku rozmaitych pochodów i wydziwiań zaczął w końcu zauważać Ziutę. I tu była dobra nasza, bo Ziuta jako jedyna w klasie miała już biust. Reszta, w tym autorka, notorycznie zapominała zabrać cycków z domu i pomykała z dołkami na watę. Nawet prężenie się po szczyt hiperwentylacji nie pomagało. Ziuta miała biust i ogólnie była śmiała, ciekawa i posiadała naturalnie zakręcone rzęsy o długości absolutnie niedopuszczalnej w żadnej podstawówce. Jak się Wojciech zainteresował, w mig była z nich para. Byli wszak tacy ładni, że nie mogło być inaczej.

Niestety koniec roku szkolnego znacznie pokrzyżował ich życiowe plany. Wojciech nie dostał się do szkoły muzycznej na Bednarską. Jego rodzice postanowili więc wyprowadzić się z Warszawy by Syn mógł się kształcić gdzie indziej. Internet był wówczas u nas równie popularny co Amisze, listy szybko przestały przychodzić. Ot taki standard. Ziuta przeryczała całe półrocze. Potem na szczęście przerzuciła się na inny obiekt ale przez późniejsze lata cyklicznie powracała ni to w żartach ni z przkąsem do Wojciecha Z Ósmej Be, który to być może stanie się gdzieś kiedyś sławnym perkusistą a Ona będzie miała satysfakcję, że pierwsza się z Nim pokątnie całowała.

Wojciech najwyraźniej się nie stał bo słuch o Nim zaginął. My dostałyśmy się do liceum. Ja wybrałam klasę humanistyczną, Ona poszła na mat-fiz. Pod koniec roku Ziuta straciła Ojca. Matka zawinęła Ją i ziutowego brata i wyjechała za granicę. Pisałyśmy tęskne i rzewne listy, opisywałyśmy wszystko co dzieje się wokół i obiecywałyśmy sobie dozgonną przyjaźń, jednak jak nietrudno się domyślić, z czasem nasza znajomość rozluźniła się i przekształciła raczej w pełne uroku dalekie koleżeństwo. Na studia Ziuta wróciła do Polski ale już nie było tak samo. Pomogło dopiero gdy każdą z nas jednocześnie choć całkiem osobno rzucili faceci. Mój w dodatku po latach okazał się być gejem. Do dziś mam cichą nadzieję, że to jednak nie przeze mnie. Mogłam być jednak milsza. No ale trudno, było minęło. W każdym razie pocieszałyśmy się i tak już zostało.

Po studiach Ziuta prowadzała się z Takim Jednym i trwało to parę lat. Dość, że jak urodziłam Igora, to Ziuta akurat zmieniła Mu przydomek na Straszny Fiut i zdefasonowała buźkę zaraz po tym, jak niedoszły absztyfikant okazał się nie być z zamiłowania monogamistą. W zeszłym roku wyjechała za granicę. Była samotna, nieszczęśliwa i wpadła po uszy w pracę. Od czasu do czasu wymieniałyśmy po kilka e-maili.

Wtem…

Tak to zdecydowanie moje ulubione słowo.
A to jest zdecydowanie mój ulubiony fragment tej historii.

Zatelefonowała do mnie. Mówiła coś o naszej klasie, ulotkach na mieście i całej masie ludzi jaką zaangażował Wojciech Z Ósmej Be by odnaleźć do Niej drogę. Że jest nieziemsko szczęśliwa wspominać nie musiała. Czułam. Bo On się jednak odnalazł. I ponoć nawet mnie szukał, tylko nie mam profilu na tym cudzie i nie mieszkam tam gdzie dawniej, więc było ciężko. Pojechał za Wielką Wodę. Szukał Jej przez miesiąc. W kwietniu biorą ślub.

W tym miejscu autorka doznała rozległego zawału i musiała się reanimować.

Po zebraniu szczęki z podłogi rozpłakałam się razem z Nią i tak przez te słuchawki chlipałyśmy, że przecież to cudownie. I taka telenowela. I przecież takie rzeczy się nie zdarzają. No halo!

Wiecie, że On nawet po rozgłośniach radiowych jeździł?

Świat jest jednak mimo wszystko mały. Wystarczy bardzo tego zechcieć.

A co u mnie? Hmmm. Wygląda na to, że po sześciu latach znajomości, która dotąd nie wyszła poza zdawkowe "cześć" – usłyszane zresztą dopiero po dwóch latach od startu – też może coś zaskoczyć. O taka dźwigienka mała. Tu niby nic, znamy się ale w zasadzie to kim Ty jesteś? Tak się mijamy lekutko w przejściu do toalety i nawet mamy swoje numery ale nigdy nie sprawdziliśmy czy aktualne. W dodatku kiedyś nas usilnie swatano ale okoniem staliśmy oboje a i jadem zdarzyło się w swoich kierunkach pluć wymiennie. Czyli raczej mało czarownie.

Wtem…

I tak o. I wszystko fajnie. I romantycznie bardzo i nawet w trójkącie. Serio serio. Bo On to Brat Najlepszej Przyjaciółki, a ja to Przyjaciółka Siostry.

Mówię Wam. Wesoło jest. Strach się bać co będzie jak jednak tego totka obstawię.

Mówiłam żeby usiąść 🙂