Gadżetologia dla opornych, czyli salon prasowy

Myślę sobie uparcie i skrycie (no teraz już mniej), że nie ma chyba teraz możliwości kupienia gazety innej niż dziennik bez rożnej maści kompletnie nieprzydatnych i kiczowato-rzygliwych pierdół. W sumie to nawet w dzienniki wciskają jakieś koszmarne ulotki, gazetki hipermarketowe, superpromocje, megaokazje i inne turbogumonapawarki. na każdym kroku atakują mnie tony nikomu niepotrzebnej makulatury a po prasę chyba w ogóle przestanę juz chodzić bo nic poza gadżetami w niej nie ma. Pisma kobiece toną aż od setek toreb, torebeczek, torebuniek, których nigdy nawet nie wzięłabym do łapy a są lasencje, które traktują je jako wyznacznik bycia trendy – wrrr, ohyda. Podobnie jak ostatni krzyk mody koszulki Arkadiusa – materiał koszmarny, krój – nic odkrywczego i chamskie reklamowe napisy, nawet psa znienawidzonego sąsiada bym w to nie ubrała, a widzę, że idzie to gówno jak świeże bułeczki. Poza tym juz nie trzeba chodzić do sklepów – wystarczy kiosk – aby można było nabyć kosmetyki ze wszystkiego i do wszystkiego (bo prasa aż kipi od szminek, kremów, szamponów, odżywek, pianek, maseczek, fluidów, czyli wszelkiego czym można zapaćkać sobie twarz i nie dostać zmarchów albo jeszcze lepiej, zmarchy wchłoną się same), artykułów higienicznych (chusteczek, wacików, tamponów, podpasek, wkładek, o matko kolorowa ileż można). Co więcej, teraz dzięki gazecie można się nawet najeść i potem dostac deser, bo pełno jest tak dań instant ze świeżo zmutowanych E-…, herbatników, ciastek, delicji, jeszcze trochę a lody będzie można kupić z Polityką. Pominę różne gumowo-dmuchane świństwa na plażę, bo rozumiem, że lato, dzieci itd ale z tego co widzę to całkiem dorośli ludzie (różnej płci)kupują te pisma i zachwycają się koszmarnymi dodatkami. Osobiście nie lubię iść za tłumem i odstrasza mnie sam fakt, że miałabym przyodziać to samo, co kilka tysięcy innych osób (różnych gabarytów i o różnym wyglądzie), ale ponadto bardziej niż poczucie odrębności cenię sobie wzrok i dobry smak. Te pierdoły są po prostu ohydne i szlag mnie jasny trafia jak słyszę w kolejce po gazetę, żę ta czy owa pani kupuję tę czy ową gazetę tylko dlatego, że coś w nią znowu wcisnęli. Dodam też, że słyszałam również wtórującego jej pana z drugiego końca kolejki. I to mnie właśnie przeraża… a może to ja jestem nienormalna i aspołeczna a czasopisma z gadżetologią stosowaną powinny stanowić wyznacznik mojego życia do pierwszej środy miesiąca, bo przecież wtedy dostanę w prezencie coś co uczyni mnie szczęśliwą? Nie, dziękuję – potrafię bez tego…

Szczęśliwa bez gadżetów

Kwestionariusz Trzaska-Praska (trzaskprask.blog.pl)

Oto przedstawiam wam bardzo ciekawy kwestionariusz zdań nieskończonych – ja je dokończyłam – jeśli ktoś jeszcze ma ochotę zapraszam 😉

1. Wybucham perlistym śmiechem, gdy… widzę sąsiada w dziurawych slipkach w paski

2. Dreszcz emocji wywołuje we mnie widok… kanara na początku miesiąca ale jakby co to patrz punkt 3

3. Liczę na… koniec świata tak jak wtedy gdy dostaję rachunki

4. Ostentacyjnie szydzę z… szyderców

5. Najbardziej efektowna część mojego ciała to… pupa

6. Współczuję… mojej mamie bo musi ze mna wytrzymywać tyle czasu i jeszcze troche sie pomęczy

7. Kiedy powiem sobie dość… to bedzie znaczyło, że porwali mnie kosmici, zrobili pranie mozgu, nic nie znalezli i ta ja to nie jestem ja

8. Uważam na… to na co nie powinnam ale to sie dobrze składa bo odwrotnie nie działa

9. Mam ochotę wylać wiadro pomyj wprost na… jakąś świnię 😉

10. Najdłużej przeżuwam… orzeszki ziemne

11. Chętnie rozmawiam o… wszystkim i ze wszystkimi – gaduła jestem

12. Moje zęby… są ładne

13. Ostatnio zdziwiło mnie… że można tak długo produkować loda z automatu

14. Marzę o francuskim pocałunku z… Angeliną Jolie (a co? hehe ;))

15. Kiedyś będę… taka sama jak jestem teraz tylko troche starsza

16. Rzygać mi się chcę, gdy… się przejem

17. Umiem… myć okna i gotować spaghetti ale dawkuję sobie przyjemności 😉

18. Moja ulubiona przyprawa to… cukier

19. Cieszę się, że… zaraz skonczę to wypełniać

20. Mam w dupie… tak wiele rzeczy że sama się dziwię jak one się tam mieszczą

Bike

Baby won, czyli sprawiedliwość musi być

Nie lubię kobiet. Są oczywiście małe wyjątki ale nawet one nie zmniejszają mojej wyjątkowej niechęci do pań. Wolę facetów i to nie tylko ze względów preferencji seksualnej. Owszem, kobieta ma ładniejsze w formie i wyrazie ciało, bardziej proporcjonalne i milej ukształtowane (przynajmniej w założeniu), ale nic mnie tak nie drażni jak baby. Kobieta… nigdy nie wie czego chce, a jak już wie, to zazwyczaj tylko jej się wydaje albo już nie żyje i jej wszystko jedno. Jak jest jej wszystko jedno, to oznacza, że nie chce czegoś zrobić ale nie chce też nas urazić odmową, więc mówi to co mówi albo druga opcja – jest obrażona i mówi, że jej wszystko jedno w nadziei, że się strasznie przejmiemy i zaczniemy pytać, pocieszać, przepraszać tudzież inne równie zbędne brednie. Jak pytamy – jest źle, konkretne, rzeczowe odpowiedzi rzadko kiedy leżą w naturze płci pięknej. jak nie pytamy – jeszcze gorzej – bo jesteśmy nieczuli, niemili, nic a nic nas nie interesują jej cierpienia i niespełnienie, w ogóle mamy wszystko bardzo głęboko. To akurat bardzo często jest prawdą, bo rzeczywiście po pewnym czasie człowiek zaczyna mieć to gdzieś, ale oczywiście nie możemy powiedzieć prawdy, bo święty spokój jest rzeczą bardzo cenną i ulotną. Jak pocieszamy – to musimy umiejętnie, gdyż w przeciwnym wypadku narazimy się na jeszcze gorszą katastrofę – bek pospolity, histeryczne łkanie, pochlipywanie w nową koszulę – jak zwał tak zwał – wtedy pomaga tylko ręcznik miękki frotte i oddalenie się na bezpieczną odległość pod pretekstem zakupu ulubionych czekoladek (lub wersja letnia – lodów). Jeśli zaś odważymy się nie pocieszać – wtedy biada nam i wszystkim w promieniu setek tysięcy mil świetlnych – możemy od razu palnąć sobie w łeb własną suszarką i tłuc do skutku (przynajmniej będzie to śmierc humanitarna). Jak przepraszamy, to z fasonem. Musimy się też przygotować merytorycznie na krzyżowy ogień pytań, rozdrapywanie dawno zabliźnionych ran ładnie przyklejonych plasterkiem, łzy perliste i nade wszystko uważać trzeba na słowa, gdyż za każde można zostać złapanym i pociągniętym do odpowiedzialności (po prostu wszystko co powiemy zostanie zakodowane w specjalnym miejscu w mózgu i wykorzystanie w sposobnej sytuacji). Lepiej jednak przeprosić – nawet jak nie mamy za co, tak na wsiakij słuczaj – w innym wypadku ponownie zostaniemy zelżeni, zmieszani z błotem a nasza rodzina wyklęta na 20 pokoleń wstecz aż do małp. Kobiety lubią się czepiać (o wszystko i wszędzie a im bardziej bezsensowne lecz efektowne są to zarzuty tym lepiej), marudzić (bo zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby postrzępić sobie ozór), płakać bez powodu (najlepiej w miejscach publicznych, żeby się wydało jacy jesteśmy podli), wpędzać nas w poczucie winy (zawsze bezbłędnie i skutecznie jak Laxygen wpędza do WC), notorycznie być przed, po albo w trakcie okresu (co oczywiście tłumaczy wszystko samo za siebie i bez kija nie podchodź a na każde pytanie dostaniesz odpowiedz „bo tak!!!”), kupować często i bez zastanowienia rzeczy kompletnie nieprzydatne i zbędne (bo to takie fajne było i była wyprzedaż, promocja a dochód pójdzie na rzecz mężczyzn maltretowanych psychicznie przez swoje dobermany – każdy powód jest dobry), spotykać się stadnie na pogaduchach lub uskuteczniać je całymi dobami przez telefon (równie dobrze można im wszczepić mikrosłuchawkę z nadajnikiem w czaszkę). Kobiety są zazdrosne do granic wytrzymałości a nawet daleko poza nie (nie jest ważne, że koleżanka z pracy jest juz babcią i ma osobistego geriatrę), kłótliwe i zołzowate – to mają w opcjach obowiązkowych i niezmiennych, zawsze muszą mieć ostatnie słowo a każde następne to już początek kolejnej awantury, potrafią wypomnieć po latach coś, co powiedziliśmy jeszcze w piaskownicy i to w żartach, umieją doskonale zrobić coś z niczego i bynajmniej nie chodzi mi tu o zdolności kulinarne. Jeśli wchodzą do łazienki, to na wieczność i w międzyczasie zdązymy pójść do sklepu, zrobić śniadanie / obiad / kolację (zależnie od pory dnia), przeczytać gazetę wyborczą łącznie z ogłoszeniami drobnymi i prognozą pogody dla Tel Awivu, obejrzeć w telewizji Telezakupy i zasnąć. Wszystko im przeszkadza o ile naturalnie nie zostało spowodowane przez nie same a i tak znajdą jakiś pretest byśmy się dowiedzieli jacy jesteśmy naprawdę i że wszystko co słyszeliśmy dotychczas to tylko przykrywka bo nie chciały nas ranić. Standard. Ciągle się odchodzają i wtedy są bardziej wściekłe niż zwykle, bo głodne. Chcą za dużo albo za mało seksu. Trzeba im prawić komplementy i pod groźbą kary śmierci dla nas i całej ludzkości nigdy przenigdy nie można im dać odczuć, że ich ciało zawiera choć miligram tłuszczu. Koszmar. I jak to wszystko wytrzymać? Chyba się nie da, a le z drugiej strony bez nich jest jeszcze gorzej. I bądź tu człowieku mądry…

Dylematy płciowe, czyli faceci bywają obrzydliwi albo mi sie menopauza włącza

Zastanawiam się notorycznie i z uporem maniaka depseryjnego – takie mam nowe hobby – czy gdybym była mężczyzną moje życie bardzo by się zmieniło. Oczywiście pomijam kwestie formalne zamiany PMS-u z całą resztą i posiadania gruczołów mlecznych na płaską jak zarwany tapczan klatę i Wielkiego Wodza – centralnego narządu kierowania ewentualną mną poniżej pępka. Bo na przykład mogłabym oprócz ustawicznego i obligatoryjnego drapania się po klejnotach (zwłaszcza w miejscach publicznych), grzebania sobie w nachach leżąc na kanapie (typ osobowościowy Ala Bundy’ego), głośnego i niczym nie skrępowanego zachwycania się własnym, często dość marnym zarówno w formie jak i treści (bo tacy co mają wszystko jak trzeba nie muszą się tym zachwycać – wolą korzystać), interesem o konsystencji makaronu i to bynajmniej nie al dente, siadania jak osobnik z niezwykle rzadką chorobą krocza na podwójnych miejscach w autobusie (typ o wdzięcznej nazwie „Rozgrzewam się do szpagatu i dlatego siadam rozkładając nogi jak emerytowana prostytutka”), głośnego bekania, czkania, wydzielania gazów bojowych w ilości i stężeniu znacznie przekraczającym dopuszczalne dzienne zanieczyszczenie średniej wielkości miasta przemysłowego w byłej Czechosłowacji, obleśnego uśmiechu na widok jakichkolkiek gołych nóg o względnej linii prostej powodującego ślinotok i przekrwienie gałek ocznych, używania miast interpunkcji wulgaryzmów z ich wszelkimi mutacjami semantycznymi, nałogowego przegrzebywania w celach dłubąco-poszukiwawczych jamy nosowej po nasadę kości jarzmowej, upijania się do nieprzytomności tylko po to, żeby potem z wdziękiem szukając azymutu na dom, doczołgać się i wspaniałomyślnie podzielić treścią żołądkową z porcelanową królową nocy, bicia rekordów szybkości w miejscach i sytuacjach, w których pośpiech jest jak najbardziej niewskazany i zabroniony (czyt. łóżko), podrywania wszystkiego co ma rodzaj żeński, w miarę człekokształtny wygląd i nie jest w wieku poprodukcyjnym (choć zdarzają się wyjątki) zwłaszcza i ze szczególnym upodobaniem podczas spaceru za rączkę z ukochaną… oprócz i zamiast tego wszystkiego, mogłabym uważniej przyglądać się swojej wybrance i zauważyć jak pięknie się uśmiecha, albo jakie ma smutne oczy gdy patrzy w niebo, albo słyszeć co mówi bez używania filtra na imperatywy kategoryczne, spędzać z nią piątkowe wieczory na kąpieli w wannie i umieć przynieść jej kwiaty, mogłabym przestać zgrywać macho i po prostu postarać się ją zrozumieć, przytulić bez powodu ot tak, a zamiast grzebania sobie w spodniach nauczyłabym się czesać jej włosy, może umiałabym z rzeczy przemysłu spożywczego zrobić coś poza herbatą i otwarciem paczki chipsów, nauczyłabym się doceniać i dziękować ludziom tylko za to, że są… może ale wtedy byłabym po prostu kobietą…

Nie ma jak warunkowanie klasyczne, czyli ja to nawet na błędach się nie uczę

Był sobie kiedyś Pawłow (Iwan zresztą), który bardzo lubił zwierzątka… męczyć. Upodobał sobie zwłaszcza psy – no coś musiał a z kotami miałby problem i kartę stałego klienta na chirurgii urazowej jeśli chodzi o szycie ran. Psy mają to do siebie, że kochają swego pana miłością bezgraniczną i absolutnie nieskończoną niestety – dla nich niestety of course. Ja wiem, że psychologia z warunkowaniem na czele, i że ośrodkowy układ nerwowy, i że postęp psychiatrii i inne pierdy srerdy, ale fakt jest faktem, że zanim on coś odkrył, poza karaluchami w swojej nuklearnej rosyjskiej lodówce, to musiał wymordować tę zwierzynę okrutnie. No i wymodził sobie facet warunkowanie klasyczne, że niby po kilku próbach uczą się różne stworzenia unikać prądu, pułapek, kar czyli po ludzku mówiąc wyciągać wnioski i nie dać się na przyszłość. Ale pan Iwan chyba nie przewidział mojego przyjścia na świat. Bowiem roku pańskiego 1978 w 17 dniu października o godzinie 14.10 warunkowanie klasyczna stało się fikcją – przynajmniej jeśli chodzi o moją skromną personę. Nic a nic się nie nauczyłam przez te 25 wiosen i nadal włażę z zatrważającą częstotliwością w tą samą kałużę, choć jej położenie od lat nie zmieniło się ani o milimetr. Czasem udaje mi się w nią nie wdepnąc. Ale to wtedy gdy ona znika sama z siebie i chodnik jest suchy jak pieprz. Tak samo jest z parasolem. Nie lubię bydlęcia, bo nieporęczne i ciągle się gubi gdzieś na przystankach i w parkach, ale czasem sie przydaje i potem wściekam się, że go nie zabrałam. Wczoraj zmokłam, i przedwczoraj, i poprzedniego dnia też… ale dziś rano i tak nie wzięłam „szmaticzku na paticzku” choć patrzyła na mnie tęsknie z roku przedpokoju. Ja to jednak jestem głupia. Oczywiście zmokłam i oczywiście byłam wściekła, bo oczywiście rano spadł potężny deszcz, który oczywiście przepowiedziała nasz rodzima chmurka na grubo tydzień przed nim i oczywiście na spotkanie z Mamutem dotarłam w stylu Miss Mokrego Podkoszulka (plus reszta odzienia gratis) i oczywiście nasłuchałam się jaka to ja jestem i że będę chora i w ogóle. Dalej nie pamiętam, bo wyłączyłam sobie percepcję słuchową pozostawiając wizję – swoją drogą to lepsze niż kabaret. Na szczęście już zbliżał się Sąd i musiała zaprzestać swoich niecnych prób powtórnej socjalizacji swej córki marnotrawnej czyli mnie. No tak, bo my dziś do Sądu szłyśmy na sprawę bardzo poważna i opóźnioną koszmarnie. Swoją drogą to te sądy to chyba nie dla ludzi szukających sprawiedliwości są, tylko dla pań, dla których najwyższą życiową ambicją jest codzienna filiżanka kawy luropodobnej i komputerowy pasjans, którego zresztą i tak nigdy nie udaje im sie doprowadzić do końca. Myślę sobie (czasem i mnie się zdarza), że jednak nie jest ze mną aż tak źle, bo może i nie uczę się na błędach i nie warunkuję w żaden – klasyczny czy nie – sposób, ale przynajmniej mój rozwój osobisty i mózgowy nie zatrzymał się na poziomie kłosa żyta z siedmioma chromosomami 😉

Wasza klasyczna Anna – już pocieszona

Bardzo dobry dowcip

W noc poślubną młode małżeństwo rozbiera się przed pójściem spać. Nagle mężczyzna podaje żonie swoje spodnie, mówiąc: „Załóż je, kochanie.” Żona przymierza spodnie, ale oczywiście w pasie weszłyby dwie takie jak ona, więc zrezygnowana mówi do męża: „Nie mogę nosić twoich spodni!”. Mąż na to: „Dokładnie rybko – w tym domu to ja noszę spodnie i jestem mężczyzną, więc będę o wszystkim decydował. Jasne?” W tym momencie żona ściąga swoje skąpe stringi i podaje je mężowi mówiąc: „A teraz Ty kochanie… Przymierz proszę”. Mąż wciąga stringi, ale idzie mu to opornie i stringi zatrzymują się w połowie ud. „Och skarbie” – mówi – „Nie wejdę do Twoich majtek.” „Cóż” – żona na to – „i niech tak zostanie, dopóki nie zmienisz zdania co do spodni…”

hmmm… komentarz chyba zbyteczny 😉

nadesłał Skowi

Owsianka i ja

Odchudzam się… do towarzystwa. Koleżanka w trybie pilnym bo dwutygodniowym chce zrobić z siebie wieszak version anorexia nervosa a ja… cóż, wiem, że nie muszę, ale chcę. Jestem ciekawa jak to jest z tym odchudzaniem, które zawsze jest modne i wprostproporcjonalne do wzrostu temperatury otoczenia razem ze spadkiem masy ubraniowej na 1 metr sześcienny człowieka. A poza tym razem zawsze raźniej, zatem stosuję dietę ŻMIZ czyli Żryj Mało i Zdrowo. To będzie bardzo interesujący eksperyment, ponieważ zdaniem Mamuta mam podniebienie jak francuski piesek – większości strawy nie jadam, bo nie lubię a jak coś lubię, to można postawić na to dom z ogrodem i werandą, że jest to w najwyższym stopniu niezdrowe i ciężkostrawne. Niestety w tym podłym życiu tak to juz jest, że to co najlepsze jest albo mocno niezdrowe albo mocno niemoralne albo jedno i drugie jednocześnie. Dietę czas zacząć. Mięsa czerwonego nie jadam wcale, białe też raczej nieczęsto i to juz od dawna. Ograniczyłam moją ulubioną coca-colę do niezbędnego odrdzewiającego minimum. Za to piję dużo soków, bo na wodę mineralną (gazowaną czy nie jeden czort) mam odruch wymiotny. Owoce i warzywa rulez, czyli bawię się w zająca z marchewka w zębach i zaprzyjaźniam z jabłkami. Zamiast pyszniutkich chrupiących bułeczek pieczywo chrupkie – też dobre ale zastanawiam się jak długo wytrzymam na tych trocinach. Jednego jestem tylko pewna – nie rzucę pizzy zwłaszcza z ulicy Barskiej – to po prostu zabiłoby mnie. Mój krwioobieg jest zsynchronizowany z dobowym rytmem pizzerii i muszę tam ładować moje akumulatory – w przeciwnym razie zginę a moje ciało obróci się w pył i proch (tej wersji będę sie trzymać). Za to jem znacznie mniej, obraz KFC poszedł sobie w dal siną i mroczną a słodycze kurzą się na sklepowych półkach wołając do mnie tęsknie i wabiąc karmelową polewą. Zegnajcie lody z MacSracza witaj owsianko… Brrr – pomyślałam w pierwszym momencie. W związku z owsianką mam cały zestaw wspomnień szpinakopodobnych czyli strasznych i obrzydliwych. Jako dziecię małe byłam bowiem niecnie zmuszana do jedzenia tego dziadostwa, podczas gdy jak każdy pulchny berbeć wolałam kawał kiełbachy i kiszonego ogóra oraz całe tony musztarcy i papryki w occie. Miałam ogólnie mówiąc ostre i kwaśne preferencje smakowe i byle czym sobie buziuchny nie zaprzątałam. Ale trzeba było jeść to świństwo, które po kilku pierwszych łykach (co już było trudne, bo łyżka stojąca na sztorc z jasnoburej brei nie pomagała w zręcznym manipulowaniu w kierunku otworu gębowego) stawało kołkiem w przełyku i rosło jak napęczniały makaron sojowy. Po kilku nieudolnych próbach jasno, wyraźnie i dobitnie (dobitniej nie dałby rady nawet Boing 737) odmówiłam przyjmowania owsianki i przerzuciłam się z ulgą na kanapki. Teraz jednak musiałam na nowo przekonać się do owsianki bo smaczna, zdrowa, niskokaloryczna tudzież inne zupełnie zbędne pierdoły. Wybrałam taką jednorazową w torebce w stylu „zalej i wylej” – mniejszy ból – zamknę oczy, zatkam nos i połknę jak indyk tuczony na święta. O dziwo jednak to coś okazało się całkiem smaczne – trafiłam na owsiankę w truskawkami – a po ostudzeniu przypomina hotelowy deser. Nie jest źle – dam radę. Jak widac tylko krowa nie zmienia poglądów i gustów kulinarnych a jeśli jakies inny zwierz tak robi też, to ja o nim nie słyszałam. A teraz wracam do pracy i diety. Będziemy piękne i chude jak patyczaki. A co 😉 Tylko sama jestem ciekawa kiedy mi przejdzie – do nastepnej pizzy? 😉

Gdzie te chłopy

Weekend mogłam mieć udany.
Perpspektywa wypadu nad jezioro z dwoma osobnikami niewątpliwie męskiego rodzaju brzmiała bardzo obiecująco.
Miał być tez grill. Tu powinna się była włączyć moja niezawodna kobieca intuicja i podpowiedzieć mi, że jak grill i dwóch facetów + ja to oznacza niechybnie ich dwie lewę rąsie i moją pracę w spiekocie niedzilnej miast wylegiwania sie nad wodą. Nie podpowiedziała. Świnia. Więcej jej nie zabiorę. Pojechaliśmy sobie nad jeziorko, wszystko cacy tylko po rozpakowaniu i odpaleniu kopcącej namiastki ogniska kulinarnego panowie poszli sie kąpać a mnie zostawili przy samochodzie – nejpewniej żebym się uwędziła. Koniec końców jęłam oporządzać różnej maści kiełbachy zawijane z serem żółtym, paróweczki z grillowaną papryczką i insze specyjały (oczywiście to ja zrobiłam z nich te wymyślne dania bo w wersji wyjściowej występowały nawet nie przytulone) a gdy panowie wrócili, habanina była gotowa. Po rytualnym zachwycie i udawanym zdziwieniu – ta myślałby kto, że się nabiorę – skonsumowali i zalegli na słońcu. Myślałam, że mnie choć niecnie wykorzystaja i choć tyle z tego będę miała ale jak osobnik męski (przynajmniej w rodzaju) najedzony zanadto to żadnego pożytku z niego nie ma, więc odrzuciłam w myślach wizję pobliskich malowniczych krzaczorów i chaszczy i poszłam sobie odpocząć. W tak zwanym międzyczasie przypałętał się jakiś młodzian o uroczym licu ale odegnałam go ochoczo, gdyż najpewniej na krzywy ryj grillowany załapać się miał chętkę. Nie ma – co to to nie. Dobrze, że sama też się najadłam i zaległam troszkę w tej trawie bo inaczej mieliby panowie w drodze powrotnej wielkie głowy od mojego marudzenia. Ale potem wróciliśmy grzecznie do domku i po tym jak ogoliłam do zera głowę Królika (sam chciał) wybraliśmy sie na lody na Starówce. Mniam – co prawda kolejka pod sam rynek ale warto było. Dzionek był w ogólnym rozrachunku udany choć moje nimfomastyczne zapędy (o których przekonałyśmy sie obie z Madzixem podczas rozmowy telefonicznej) obeszły się smakiem ale całe szzczęście bo są – że tak powiem – z lekka wyimaginowane 😉

Się odchamiam

Lubię teatr i lubię taniec a zwłaszcza gdy mam na to czas. Wiem, że to kiepska wymówka, ale pracować też trzeba a jak się pracuje do 18 najmarniej (a do teatru w sztruksach nie chadzam, zatem przebrać by się wypadało a to zajmuje chwilkę zwłaszcza u kobiety – no bo jak się przebrać to najpierw odświeżyć a i make-up jakiś wypadałoby przyodziać albo inny tynk), to we wszystkich galeriach, wystawach, spektaklach, przedstawieniach mogę tylko klamkę pocałować i to z łaski pana ochroniarza o fizjonomii Arnoldzika pod koniec Terminatora. Zostaja tylko wieczorne seanse, które albo kosztują majątek, albo biletów dostać nie sposób, albo kończą się w noc ciemną i głuchą a potem piechotką do domciu zasuwać – o nie to ja podziękuję i pozostanę nieukulturalniona ale za to świeża i wypoczęta. Tak sobie myślałam, ze smutkiem niejakim, aż tu nagle wygrałam dwa bilety z Aktiviście na Międzynarodowy Festiwal Tańca Współczesnego Ciało-Umysł. Ucieszyłam się jak diabli, bo bileciki piechotą nie chodzą, a że nigdy nie byłam na niczym co z tańcem współczesnym ma związek większy niż kulawo podrygujący bez ładu i składu tłumek różnej maści w klubie studenckim Park, to tym bardziej postanowiłam się wybrać. Bileciki wygrałam w poniedziałek a spektakl był 26 czyli wczoraj. Poszłam sobie najpierw z Basią do KFC, bo trzeba się trochę dożywić w kurczakowni, co by nam w brzuchach nie burczało i ochoczo podreptałyśmy (co by spalić to co wchłonęłyśmy) na Aleje Ujazdowskie 6 (tak stało czarno na żółtym bilecie). Po drodze podniecałyśmy się jak dzikie chomiki sucharami na widok pięknych drzew i zdobień budynków i na pięć minut przed czasem byłyśmy przy numerze 6a… tylko, że to nie wyglądało na Centrum Sztuki Współczesnej. Wreszcie dotarłyśmy, uciekająć przez deszczem i spóźnione 10 minut, dzikim truchtem na Agrykolę – nie mam pojęcia czemu wcześniej nie skojarzyłyśmy, że to tam, chyba jakies zaćmienie było – przy okazji myląc prawą stronę z lewą ale to standard. Na szczęście maruderów nam podobnych było więcej i jeszcze nie wszyscy przybyli – ufff, nie lubię się spóźniać ale jak już się zdarzy to nie ma nic gorszego niż spóźnić sie samotnie – z kimś zawsze raźniej znosić te pogardliwo-znuzone spojrzenia snobistycznych bubków, ucharakteryzowanych na wczesnorenesansowe zombie, jakich zawsze pełno na tego typu imprezach. Po ciemku dotarłyśmy do sali Laboratotium (równie ciemnej). Salka mała, kameralna, duszna jak wszyscy diabli po maratonie na 1200 metrów, ludzi komplet i my – zadowolone i szczęśliwe, że wreszcie udało nam się tu dostać. Zdążyłyśmy tylko rezolutnie zauważyć, że w razie jeśli nam się nie spodoba, nie mamy nawet jak uciec (bo musiałybyśmy przejść wszystkim przed nosami) i „Prawdopodobieństwo” (bo tak to się zowie) wystartowało. Było to przedstawienie Thomasa Hauerta i jego ZOO Company. Rozbłysnął reflektor pośrodku sceny oświetlając kłębiącą się we wszystkich kierunkach masę na kolorowej macie w paski – subtelne – myślę sobie, bo wszystko działo się w kopmletnej ciszy. Słyszałam jak przełyka facet pod ścianą. Po chwili zobaczyłam w tej masie ludzi – 2 laski i 3 facetów – wszyscy w jasnych sukienusiach w stylu koszuli nocnej prabaci Józefy… hmmm… spojrzałyśmy na siebie i bezgłośnie stwierdziłyśmy „Oni chyba nie są zupełnie normalni” ale nic, oglądamy dalej. Wygibasy 5 kretynów na macie przy akompaniamecie naszych soków trawiennych – czarujące. Kiedy już traciłyśmy nadzieję, że coś ulegnie zmianie, rozległ się piękny kobiecy głos, śpiewający coś bardzo pięknie po hiszpańsku chyba i… wtedy się zaczęło – taniec. Oglądałam to wszystko z coraz większym zdumieniem, że człowiek może być tak bardzo gibki i giętki, że można tak pięknie tańczyc i mieć taki piękny głos (tak myślę, że to ich głosy) i w ogóle, że byłabym głupia gdybym na to nie przyszła (a i taki pomysł przemknął na m przez głowy gdy szukałyśmy CSW). Aktorzy-tancerze na przemian to tańczyli to chodzili to gięli się we wszystkich kierunkach poświewując od czasu do czasu a wszystko, każdy najdrobniejszy ruch, było tak cudnie dopracowane, że chwilami zastanawiałyśmy się czy oni nie improwizują. Półtorej godziny – widać było ogromny wysiłek, słychać było ich ciężkie oddechy ale spektakl – początkowo nudny – stworzył niesamowitą atmosferę. Cieszę się, że tam byłam i choć stwierdziłyśmy obie z Basią, że tylko my chyba byłysmy tam normalne (bo cała reszta to albo dziwnie ubrani i zachowujący sie ludzie albo lesbijki no może poza tym jednym długowłosym kolesiem obok Basi i drugim z czaderskim aparatem fotograficznym wielkości lunety) byłyśmy bardzo zadowolone z tego wieczoru. Przy okazji ustaliłyśmy, że najbardziej z tancerzy podobała nam się mała czarna anorektyczka bez kości (chyba z gumy była) i blondynek o piekielnie przystojnym usmiechu i białych majtkach. Postanowiłam się więc odchamiać dalej. Ona też. A wracając do domu miałam ochotę potańczyc trochę w metrze – to by się ludzie ucieszyli – ale odstapiłam od tego niecnego planu, bo wolałam wrócić do domu bez zdiagnozowanej schizofrenii – nie jestem jeszcze gotowa by poznać prawdę 😉

Dolne partie

Wczorajszy dzień opiszę dziś bo wczoraj miałam tumiwisizm totalny czyli doła pospolitego z rezerwacją na najbliższe kilka dni i kilometrów wgłąb ziemi – najgorsze, że nawet się nie zapowiedział skubany tylko zaatakował tak z nienacka (jeszcze nie wiem co nienacek na to) i trzyma – nic też nie wskazuje by miał sobie pójść w trybie nawet niejednostajnie przyspieszonym.
Esej już wysłany, nie ma się na kogo powściekać, nic się nie dzieje, żadnego trzęsienia ziemi w pracy, jakaś chandra mnie dopadła i już. Myślę sobie „nie dam się” ale jak tylko to pomyślałam to mi się odechciało „sięniedawać” – tym się właśnie charakteryzuje ów dół straszliwy i głęboki jak Rów Mariana, o którym uczyłam się na znienawidzonej z wzajemnością geografii. Do pracy pojechałam na 10, bo mi się nie chciało zwlec z łóżka – przyznaję się bez bicia bo zaprzeczanie i wymyślanie wymówek wymaga odrobiny twórczego myślenia a tego wczoraj u siebie nie stwierdziłam. Przesiedziałam w pracy do 16 i odczułam natychmiastową potrzebę wydostania się z tej metalowo-szklanej puszki bo jeszcze sekunda i wszystkich rozszarpię na drobne kawałeczki, które rozprysną się po biurze i malowniczo przyozdobią okna monitorów. Z uprzejmym uśmiechem zignorowałam spojrzenie łajzy (czyt. zastępca szefa) i wymknęłam się, bo niby źle się poczułam. Fajnie czasem być kobietą, bo można wymyślać rzeczy w stylu „muszę natychmiast wyjść bo moja spirala zaczęła wysyłać sygnały sondzie radarowej i musimy to skonsultować na walnym posiedzeniu ginekologów” albo „wychodzę za mąż, zaraz wracam” tudzież „idę do łazienki i mogę nie wrócić bo mam zespół napięcia, chrzanię ten cały cyrk a jak się panu coś nie podoba to zaraz mogę zrobić przegląd trawienny na pańskiej koszuli albowiem od godziny jestem w ciąży i jeszcze mi się nogi trzęsą” lub „mam ochotę na ogórki małosolne, muszę je znaleźć i niech nikt się nie waży pisnać słówka sprzeciwu bo będzie to dyskryminacja kobiet ze względu na cykl hormonalny”… Taaaak… życie bywa piękne… czasami. Podreptałam ochoczo do autobusiku celem udania się do redakcji Aktivista gdzie czekało na mnie podwójne zaproszenie na spektakl w CSW (taniec współczesny – fajnie), które zdobyłam wysyłając e-maila całkowicie zrezygnowana (myślałam, że się nie uda). Kiedy wreszcie udało mi się bezpiecznie dojechać na miejsce (po przeprawie z panią gburowato-idiotycznie-bezmyślną) i znalazłam rzeczoną ulicę i budynek, okazało się, że w redakcji jest bardzo przyjemnie i od razu poprawił mi sie humor (zwłaszcza, że zajęło się mną bardzo przystojne młode Ciacho). Pomrugawszy rzęsami i pouśmiechawszy się filuternie pognałam w podskokach z powrotem na przystanek z zamiarem dotarcia nach hause ale w międzyczasie (międzyczas to cudowne słowo) przyszło mi do głowy, żeby kupić sobie coś na obiad. Gotować mi się wybytnie nie chciało, więc pomyślałam o pyszniutkich pierogach, które sprzedają w takim jednym sklepie. Jak sobie o nich przypomniałam, to już wołami by mnie nikt nie powtrzymał przed ich zdobyciem. Wysiadłam z autobusu, popędziłam dzikim truchtem do tramwaju, dojechałam (bez przygód), wysiadłam, dalej uskuteczniłam sprint do sklepu (żeby zdążyć przed zamknięciem). Udało się – kupiłam obiad. Z szerokim uśmiechem podałam zakupy mniej szeroko usmiechniętej pani ekspedientce (nie wiem czemu nikt nie lubi ostatnich klientów) zakupy. Spojrzała na mnie jakoś dziwnie, zmierzyła mnie od pasa w górę (bo tylko tyle mogła zobaczyć zza lady) i lekko się uśmiechnęła ale tak rozumnie i z nutką sympatii, że aż mnie tknęło. Czyżbym wyglądała jak ostatnie nieszczęście? Ale nie… obejrzałam się potem i nic podejrzanego nie stwierdziłam ale gdy spojrzałam na swoje zakupy – zrozumiałam… 10 pierogów z kapustą i grzybami (są ogromne i jak je zjem to chyba pęknę a poza tym niedawno jadłam podobne więc wyjdzie na to, że odżywiam się wyłącznie pierogami), kilogram czereśni (piękne i dorodne, po prostu zachwycające) i czekolada (moja ulubiona Lindt) – to nawet na pierwszy rzut oka demaskuje, że albo jestem w odmiennym stanie (i to bynajmniej nie świadomości) albo mam doła jak 150 – pierwsze można wykluczyć od razu jak się na mnie patrzy bo moja mama i pan doktor z przychodni stwierdzili zgodnie niedowagę, ale za to drugie aż nadto da się wyczuć. I tak to pani ze spożywczego rozgryzła mnie w mig a ja śmiałam się długo z mojej mieszanki zakupowej. Dobrze, że nie kupiłam do tego wina – byłoby jak nic skierowanie do AA 😉
Chandra sie trochę popanoszyła i poszła sobie (ufff) pomogły czereśnie i esy od Alty (dzięki maj laf) a ja przy okazji zawarłam bliższą znajomość ze starszym sympatycznym jegomościem z wnuczką na kolanach i uśmiechem, od którego stopniała nawet czekolada w ten zimny letni dzień…