zawsze myslalam ze w swoim lozku bede tolerowac tylko nieziemsko przystojne lydki a tu musze sie nauczyc spac z robalami 😉 dobranoc
kocham prysznic
znowu zmylam cala opalenizne ale za to przybywa siniakow znaczy urlop owocny czuje wszystkie miesnie tymbark na dzis zrob to dla siebie
cd
jazda w 30st upale muchy za dekoltem smar na lydkach hal zjadliwie baw sie baw sie wurwa na urlopie jestes ja zjadliwie ale sie bawimy rechot ogolny
osz w morde
dzis 53km do augustowa i z powrotem nie powiem co mnie boli i jak ale chodze jak stara lafirynda po pracujacym ujkendzie z nadgodzinami 😉
.
jak tak dalej pojdzie strzaskam sie na mahon nie tylko z powodu upalu skonczyla sie ciepla woda i moge nie zdolac zmyc mojej brand nju opalenizny 😉
hal
w barze po przejechaniu 30km lasem jemy ryby i lody nagle slysze a ciekawe jaki czubek ma ten parasol? tymbark na dzis rozlozyles mnie na lopatki
poranek
o osmej z minutami budzi nas slonce poranek jest usmiechniety i ma zapach lata sniadanie mistrzow i jezioro tymbark na dzis to miejsce ten czas
blysk
niebieskosci pokrywa atrament calkiem jakby ktos kleksy upuszczal na plachte jasnego jedwabiu rozpietego na wietrze burza na jeziorze taka piekna
z pociagu do wakacji sms
my rowery i wiatr we wlosach wystawionych przez okno glow. zyczcie nam miekkich rowow. tymbark na dzis- mow do mnie jeszcze
Zlecielim siem… czyli za długa ta notka ;)
Czwartek
W pracy Uruk-hai i to bez pierścionków. Na gygy dawno nie miałam otwartych na raz tylu okienek rozmów. Sajgon jakich mało. Wszyscy dzwonią, piszą, esemesują, nikt nic nie wie, czyli czeski film z węgierskim dubbingiem i mam głowę wielkości dorodnej hamerykańskiej helołinowej dyni. Nawet czuję się, jakby ktoś mnie ponacinał gdzieniegdzie, wydrążył środek i zapalił świeczkę. Dym idzie mi uszami. Do zapamiętania psiwór dla Justy, stado telefonów informacyjnych i rzeczy do spakowania na dwutygodniowy. W jeden tylko plecak. Kobieta + 2 tygodnie na rowerze + Suwalszczyzna = jeden plecak… toż to niedorzeczne. A jednak. Pakuję się do drugiej w nocy. Spać nie mogę do czwartej. Lekki stresik organizacyjny łączy się z nieco większym – czy nie zapomniałam spakować zbyt wielu rzeczy? – bo normalne jest, że zawsze czegoś zapominam. To już tradycja. Web jak stodoła ciąży. Zasypiam. Ostatnia myśl uświadamia mi, że chyba zapomniałam o zjedzeniu przez cały dzień czegoś poza kawą. Chrrrrrrr…
Piątek
Telefon ‚czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec’ nie milknie praktycznie ani na chwilę. Rozważam możliwość przekwalifikowania się na etat telefonistki. Wychodzi mi całkiem nieźle. Gorzej, że służbowe telefony zaczynam odbierać z nonszalanckim ‚taaak?’ albo ‚no szeeeść!’. Czif patrzy jak na mnie jak na zmodyfikowaną genetycznie marakuję… bez pestek. Czuję się jak pestka… bez marakui. Czuję się jak jeden wielki organizer. Oprócz zlotu – urlop i transport plecaków halkowo-bajkowych, bo przeca my z rowerami i w dodatku lekko niekumate. Cudem chyba udaje mi się namówić kolegę [dzięki Krzysiu] na manewry stulecia [najpierw zabierze moje manele, potem pogna po Halkę do pracy, zawiezie ja do dom i poczeka aż ta się spakuje… i dopiero potem cały szczęśliwy pojedzie na zasłużony urlop weekendowy bogatszy o dwa plecaki i manię prześladowczą] – muszę mieć niesłychany dar przekonywania ludzi do całkowicie absurdalnych pomysłów. W całym Smyku mają tylko jeden zeszyt kolorowego papieru a ja mam mord w oczach i pracę do skończenia ‚na wczoraj’. Cały czas koordynuję trasy zjeżdżających do stolicy blogowiczów [Pecha – jesteś moją idolką jeśli chodzi o ilośc możliwości zgubienia się na prostej drodze, Just i Biko – wy wiecie ;)]. Po 19.00 wychodzę po Młodego i Małgośkę. Małogośka zielona. Młody najwyraźniej jechał ciut za szybko. Czekamy na Pechę. U mnie w firmie. Ciemno bo wysiadło światło. Jedna faza działa. Mój komputer i lampka biurkowa. Kończę wycinać identyfikatory dla zlotowiczów. Im śmieszniej tym lepiej. Skojarzenia nie zawsze najprostsze ale za to jakie twórcze 😉 Przyjeżdża Pecha. Uściski, śmiech i niedowierzanie – ‚to ty TAK wyglądasz? ;)’. Na Pola prowadzi Młody. Czekamy na Biko i Just. Spóźnieni o godzinę ruszamy do Merlin, gdzie witają nas zgrzytający zębami blogowicze. Cudem się znaleźli. Mam nadzieję, że wybaczą. Wszak jako szanowna komisja i organizer muszę zadbać o to, żeby każdy bez problemu trafił na miejsce spotkania. Poznajemy się ostrożnie, jak jeże, ale już po godzinie śmiejemy się ze wspólnych wspomnień z czytania notek i chichramy się jak dzikie norki. Przecież znamy się juz tak długo… Stół w charakterze trasy przelotowej sprawdza sie wspaniale, piwo leje się strumieniami, coraz nas więcej, coraz weselej. Rozpływam się. W uśmiechu wewnętrznym. Na zewnątrz banan forever… od ucha do ucha. To bardzo miłe uczucie widzieć tylu fantastycznych ludzi, którzy do tej pory byli tylko anonimowymi literkami w sieci, a teraz siedzą wokół i można z nimi porozmawiać, poznać, dotknąć, poczuć. Cudowne wręcz jest to uczucie. Wydawało się nieprawdopodobne… ale udało się. Zgromadzić tyle obcych przecież sobie osób w jednym miejscu, w jednym czasie, w jednym celu. Dziękuję kochani…
Wieczór kończymy u Awitki, która wspaniałomyślnie decyduje się przyjąć pod swój dach sporą grupę rozświergotanych blogoholików. Niestety nie wszyscy mogą zostać dłużej. Z częścią osób żegnamy się… z żalem. Ale mam nadzieję do nastepnego razu. Imprezka na całego. Tańce, hulanki, swawole. Zamieszany z Halutą polegli pierwsi, potem Młody usnął na podłodze. Wyglądmy jak zombie z nocy żywych trupów ale jest nam dobrze. Akcja alkoholizacja dobiega końca. Rano wracamy do domów. Zmaltretowani, zmęczeni życiem i procentami, czerwonoocy, ze szwantującym błędnikiem… ale szczęśliwi. Zasypiam z uśmiechem… w wannie. Na szczęście chłodna woda budzi mnie na tyle skutecznie, by po jakimś czasie przenieść się do łóżka. Padam. Chrrrrrr…
Sobota
Budzik dzwoni w południe. Ignoruję go wręcz klasycznie… z lekka nutka dekadencji. O pierwszej spadam z łóżka. Haluta już na nogach. Z niewyspania nie wiem jak się nazywam… ale za to znam swój nick 😉 Jeszcze w piżamie wysyłam z netu esemesy, że zbiórka o 16.00 pod rotundą – przynajmniej każdy wie gdzie to jest [swoja drogą nie znam w Warszawie miejsca, w którym ludzie umawialiby się częściej]. Spóźniamy się. Oczywiście wszystko przez Młodego… na kogoś być musi. Na pocieszenie zabieram wycieczkę na najpyszniejszą pizzę w tym mieście [tylko proszę się nie chwalić gdzie… wolałabym by tak kameralnie tam pozostało]. Cierpliwie znoszę nieustanne pytania Biko – gdzie idziemy, a po co, a jak, a dlaczego, a z czym, a kiedy, ale o co chodzi i czy daleko jeszcze. Tylko czasem docinam. Serio serio. Nie wierzcie mu jeśli powie coś innego ;). Po skończonym posiłku czujemy się jak przyszłe matki trojaczków na dzień przed rozwiązaniem. Ale uśmiechy są stałe i niezmienne. Podziwiamy tresowane wróble, gołębie bez zasad savoir-vivre i… Biko patrzący na osłaniający nas parasol. Zabił nas tekstem: ‚Słuchajcie… nie śmiejcie się ze mnie… ale wszystkie parasole są białe a nasz ma czerwony czubek’. Rechot ogólny 😉
Potem były lody i kawa. No i oczywiście niezaprzeczalnie bezapelacyjnie absolutnie rewelacyjny ‚Shrek 2’. Odgłos paszczą, kłaczek, pinokio i różowe stringi, marchew dla bohatera, Wojtuś-Dragqueen co ma zostawić jeszcze butelkę, spojrzenie kota w butach i rozlegający się po sali pomruk ‚oooooo’, najlepsze sceny z musicali i pytanie ‚daleko jeszcze?’ (tak usilnie kojarzące się z naszym kochanym Biko) rozwaliły nas do szczętu. Pamiątkowe zdjęcia i wieczór znowu kończymy u Awitki. W tv ‚Królowa potępionych’ z naszym dubbingiem nabiera całkiem nowego znaczenia. Warta jest Oscara w każdej z kategorii. Głupawka udziela się wszystkim. Kocham drożdze! 😉
Niedziela
Koło 12 z hakiem budzi mnie sms. Po chwili następny. I jeszcze jeden, Wszyscy wstaliśmy w tym samym czasie. W pół do drugiej już jesteśmy pod nieśmiertelną rotundą. Z nieba leje się żar ale uśmiech nie opuszcza nas ani na krok. W końcy tak długo się nie widzieliśmy 😉 Trzeba nadrobić. Idziemy do Łazienek. Przyjemny chłód, zieleń, skrzeczące pawie, koncert wojskowej orkiestry a przede wszystkim wspaniałe towarzystwo. Snujemy się spacerowym krokiem po parku wspominając co śmieszniejsze sceny ze Shreka i komentarze do nich. Jakoś nikomu nie brakuje blogów. Może dlatego, że jesteśmy tu… realnie 😉 I nie trzeba juz wyobrażać sobie jak wygląda osoba, której myśli i marzenia tak częśto poznajemy. Ona po prostu tu jest. Wieczorem pędzimy na Starówkę na lody. jak zawzse kolejka ale warto było poczekać. Potem spacer i trawnik przy skarpie, i opowieści dziwnej treści, i beczka śmiechu, i bose stopy na tej chłodnej trawie w taki żar… Niebo do wynajęcia 😉 Od zaraz. Ja niestety nie skorzystam. Mam jeszcze sporo spraw na głowie. Ale nie mogę pozbyć się myśli, że czasami czas płynie zdecydowanie zbyt szybko… zwłaszcza w takich chwilach… a chciałoby się jeszcze tyle opowiedzieć i usłyszeć…
Posiłkujemy się w Sphinxie, rozmowa przeciąga się do późna. Niestety trzeba się pożegnać. Ledwie ściskam ostatnią osobę… a już tęsknię… bardzo. Do sierpnia mam nadzieję – wtedy będzie drugi zlot. Obiecuję. Może tym razem będzie jeszcze przyjemniej. Na pewno się o to postaram. I tym razem przyjadą Ci, którzy nie mogli byc z nami teraz.
Jeszcze raz wielkie dzieki kochani. Że byliście, że ze mną, że sie udało. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna. Mamie Łytnej dziękować nie będę ;)… ale bez Was by po prosru nie wyszło.
To był najlepszy prezent. Miło było się z Wami pouśmiechać… choćby tylko przez weekend 🙂
Bajka post-organizacyjna
i już urlopowa
Ps. Streszczenie – weekend, picie, fajno, hehe, tnx, b.
😉