Łup

Od wakacji Lena urosła 4 centymetry. Głowa też urosła.
Młoda się rozwija, wolniej niż rówieśnicy, ale robi postępy.
Neurologicznie jest w porządku.

Cudowne wieści 🙂

Spadł z hukiem wielki głaz, który mnie przygniatał od roku.

Marszobieg z przeszkodami

PKP dba o aktywność fizyczną pasażerów lepiej niż trener osobisty.

Poranek. Podjeżdża pociąg. Drzwi otwierają się. Nikt nie wysiada. Następnie kilkadziesiąt osób usiłuje sprawdzić wytrzymałość rozmaitych materiałów, wbijając w zwartą ludzką masę kończynę z butem, bądź torebką. Jeśli kończyna wejdzie i się czegoś ucapi, jest szansa, że wciągnie do środka resztę właściciela. Jeśli nie, czynność należy powtórzyć ze stosownym wrzaskiem. Są dwa obozy: ten wewnątrz pociągu, który nade wszystko chce oddychać i ten na zewnątrz, który nade wszystko pragnie stać się częścią obozu pierwszego. Integralną.

Jako osoba niskopienna przemykam w okolicach kolan i w srętoskłonie trwam dwie-trzy stacje. Potem jest luz i wszyscy tańczą salsę z radości, że przeżyli i o dziwo mają ubranie. Często nawet swoje.

Teraz przenieśmy się w nieco inną scenerię.

Godzina 18 z minutami. Dziki tłum pasażerów kłębi się pod tablicą odjazdów, usiłując odczytać, na który peron należy skierować swe udręczone ciało.

Uprzejmie brzmiący syntezator mowy – nazwijmy go roboczo Janiną – oznajmia, że w dniu dzisiejszym dla pociągów podmiejskich relacji wschodniej przewiduje się opóźnienia. Opóźnienia mogą ulec zmianie, za co uprzejmie przepraszają. Janina oraz Janina. Po chwili dodaje analogiczny komunikat dla pociągów podmiejskich relacji zachodniej. Bez opóźnień mogę sobie pojechać do Kielc, Lublina, czy Trójmiasta. Kuszące.

Opóźnienia ulegają zmianie. Niestety na gorsze. Wszyscy nerwowo przestępują z nogi na nogę. Każdemu chce się siku, ale nie wiadomo kiedy przyjedzie wybawienie, a do szaletu nie po drodze. Staram się nie myśleć o morzu i skupiam się bardziej na Suchej Beskidzkiej.

Janina radośnie oznajmia, że oto pociąg szybkiej kolei miejskiej mojej ulubionej dziś relacji wjedzie na tor 22 przy peronie 2. Dziki tłum pasażerów pędzi mijając sześć innych peronów i wpada na drugi. Radość, entuzjazm, podekscytowanie oraz meksykańska fala. Przez kolejne 5 minut wypatrujemy pociągu, gdyż albowiem miał był wjechać i wcięła go amba.

Następnie pełen pasji głos Janiny wygłasza sprostowanie. Nasz pociąg owszem wjechał oraz oczekuje. Pasażerowie proszeni są o przejście na tor 16 przy peronie 5. I szybko szybko bo za chwilę odjedzie. Wielka Pardubicka. Dziki tłum pasażerów galopuje z peronu drugiego na piąty. Pada kilka życiowych rekordów na sześćdziesiąt metrów i jeden Pan, który potknął się o plecak. Wbiegamy do pociągu. Pociąg odjeżdża. Opłacało się ćwiczyć na wuefie w szkole. I mieć refleks oraz wygodne buty.

Obawiam się jednakowoż, że nikt nie włączył Endomondo. Smuteczek.

Poniedziajęk

Wyobraź sobie poniedziałkowy poranek. Wstajesz o siódmej, przeciągasz się, sarkasz pod nosem, że za wcześnie, szykujesz się do pracy, zjadasz kanapkę albo wypijasz kawę, chyba, że burżujsko wtranżalasz komplet, wychodzisz.

Teraz mój poniedziałkowy poranek.

Budzik dzwoni o szóstej ale to dziś już Twoja trzecia pobudka, więc pod nosem masz raczej opadające powieki. Usiłujesz zwlec z łóżek troje dzieci, zmusić dwoje żeby się ubrało i dogonić trzecie, które właśnie świetnie się bawi, uciekając przed Tobą z ostatnią parą rajstop, jaka Ci została. Łapiesz Córkę i wbijasz w ubranie z pierdyliardem złośliwych zatrzasków. Twoje rajstopy malowniczo zwisają z klamki, nawet bez okularów widzisz, że nadają się bardziej do polerowania lustra. Zakładasz cokolwiek co jest czyste, nie ma dekoltu do pępka, nie wymaga rajstop. System makijażu wykonanego w 60 sekund masz opracowany do perfekcji. Gorzej z systemem ubierania dzieci i siebie na dwór w listopadzie. Zawsze ktoś w nieodpowiednim momencie zapragnie do toalety, choć pytałaś kilka razy przed chwilą, ktoś się rozbeczy, bo ktoś go popchnął, albo nie popchnął, a obiecał, ktoś nie znajdzie ulubionej czapki, misia, ludzika, piłeczki, czegokolwiek.

Gdy przypinasz jedno dziecko pasami w wózku i trzymasz za rękę drugie, jesteś już jak po maratonie na 20 km. Podobny poziom zmęczenia i upocenia. Ale jesteśmy już w drodze. Ahoj przygodo, rozwiązany bucie i zapomniany telefonie. Hip hip ja pierdolę!

Jan pierwszy dzień po chorobie poszedł do przedszkola. Majeczki nie było – chora. Rozpacz w kratkę. Oraz w takim razie On wcale nie czuje się zdrowy. Pokasłuje znacząco i niczym rasowa hrabina niemal omdlewa na szezlong. Powstrzymały go naleśniki pachnące ze stołówki oraz dojmujący brak szezlongu w szatni przy szafce z grzybkiem.

Następnie przebieżka do przychodni. W rejestracji Damesy mówią, że wprawdzie byłam zapisana na ósmą, owszem, ale jest opóźnienie i mam się uzbroić. Uzbrojona po zęby wysyłam im w myślach dwa nagie miecze i zastęp Wikingów, dla pewności.

Pół godziny z Leną w przychodnianej poczekalni i sama czuję się chora. Powitajmy zapalenie oskrzeli. Możemy otworzyć aptekę. Pudełka i buteleczki nie mieszczą się nam na kuchennym blacie a od inhalacji w domu robi się mgła i słaba widoczność. Nie widzę na przykład bałaganu. To ratuje mnie przed nagłą cholerą i paroma innymi rzeczami.

Igor kaszle.

Rozglądam się za szezlongiem i szafką z grzybkiem. Omdleję spektakularnie i ocknę się wiosną. Plan już jest.

Tymczasem doktorat w dziedzinie siły spokoju robi Książę Małżonek, który dzielnie spędza kolejne dni z czeredą kaszlaków, podczas gdy mnie relaksują w pracy zestawienia liczbowe z wieloma zerami i upojne rozmowy telefoniczne o zasadności usługi redakcji we współczesnym świecie. Ach.

Wstęp wolny

W szkole Igora plakat.

„W sobotę Bal Wszystkich Świętych. Zapraszamy do udziału – przebierz się za wybranego świętego i przynieś jego atrybuty.
Ksiądz Łukasz z Parafii św. Łucji.”

Ksiądz Łukasz zagrał dość ofensywnie.

Mam wizję Świętej Łucji z tacą, na której niesie swoje wyłupione oczy.

Eksperyment

Pora na mały eksperyment…

Jeśli to przeczytasz, nawet jeśli mało się znamy, zostaw mi, proszę, w komentarzu jakieś wspomnienie/przemyślenie związane ze mną i z Tobą.
Następnie skopiuj ten mały eksperyment na swoją stronę.
Zdziwisz się jakie wspomnienia Twoi znajomi mają z Tobą…

Po wielkiemu cichu

Wieczór.

Dzieci śpią.

Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią. Dzieci śpią.

WSZYSTKIE NA RAZ!

Przepraszam, musiałam się nacieszyć.

Zatem jest wieczór, dzieci śpią a ja jem chipsy Pringles i popijam cydr. Leżę rozpostarta niczym rozgwiazda na kanapie i kruszę. Ile wlezie. I nie zrobiłam prania. O!

Życie składa się z małych przyjemności  🙂

A tu Raczkowski:

Z pamiętnika matki

Dzień pierwszy. Słyszeć w przedszkolu szczekające dzieci – bukuj miejsce w przychodni. Widzieć w żłobku gil do pasa u sąsiada – dodaj jeszcze jedno. W szkole pierwsza dwója. Z historii. Oraz zestaw uwag. „Proszę porozmawiać z synem”. Tak. Dialog nasz widzę nieustającym.

Dzień drugi. Jan wspomina, że po jedną dziewczynkę przyjechała mama, gdyż albowiem dziewczynka miała gorączkę. Lena w szczytowej formie, acz kolega, z którym bawiła się wczoraj, wyglądał dziś niezbyt kwitnąco i kaszlał. Igo po wczorajszym treningu dziś chce iść do szkoły w bluzie. Wszak wczoraj na boisku trener pozwolił zdjąć im kurtki. Mówię żeby koniecznie przekazał trenerowi, że skoro tak, to paragon z apteki prześlę mu pocztą.

Dzień trzeci. Po dniu w przedszkolu Jan raczył zasnąć na dywanie. Puchatym. Wzgardził nawet pierogami. W nocy gorączka. Lena póki co trzyma się dzielnie. Igo jako naczelny panzerfaust chce iść na trening bez czapki. Ojciec grozi mu konfiskatą dóbr i wyłączeniem dostępu do WiFi. Na wieki wieków.

Dzień czwarty. Książę Małżonek nie popracuje zanadto w przyszłym tygodniu. Jan z infekcją oznacza co najmniej tydzień w domu, trzy inhalacje dziennie, pół kuchennego blatu lekarstw, maruda wielopoziomowego i przemożne pragnienie by skoczyć z okna. Z racji dość niskiego pierwszego piętra chyba tylko celem udania się po bułki i gazetę.

Dzień piąty. Jan nadal chory. Cierpi srodze gdyż akurat pobawiłby się z dziećmi w przedszkolu. Lena bez zmian. Gryzie nas po nogach jak terier. Rozważamy czy nie wziąć jej na polowanie. Wprawdzie nie polujemy ale może to błąd. Wystarczyłoby znaleźć dość sprytnego dzika i go śledzić. Mam wizję zagłębia trufli. Sprawdzam czy nie mam gorączki. Igo przyniósł że szkoły trzy piątki. Uwag brak. Sprawdzam czy termometr działa.

Dzień szósty i siódmy. Weekend z rozszalałymi dziećmi, piździawą za oknem i marznącym na oknach deszczem. Zrobienie obiadu to Mount Everest. Igo chce łososia i ziemniaczki, chociaż właściwie spaghetti, a może tylko ziemniaczki. Lena nie wie czego chce i bardzo głośno nam o tym przypomina. Jan wie czego nie chce – obiadu. Jak również śniadania, podwieczorku i kolacji. My, rodzice chcemy pilnie wyjechać na Mauritius. Last minute. Żadnych dzieci. Możemy tylko z podręcznym, albo i bez.

Dzień ósmy. Lena budzi nas kaszlem. Janek kaszle cały czas. Patrzymy badawczo na Igora, który mówi żebyśmy sobie poszli bo on tu czyta. Idziemy sobie. Nasłuchujemy czy czyta. Owszem, nie, gdyż albowiem czyta po cichu.

Dzień piętnasty. Jan na antybiotyku. Lena na inhalacjach. Żelazko na gazie. Dziadek na rzepkę. Igo na treningu albo u kolegi – nie chcemy by się zaraził. My na rzęsach.

Dzień, a raczej wieczór. Oglądamy z Księciem Małżonkiem w tv Żony Hollywood. Miałam go wysłać do Biedronki po wino ale i bez tego zwijamy się ze śmiechu. Dzieci śpią, nikt nie kaszle, nie charczy, spokój. Jutro kontrola, więc pewnie się dowiemy, że jeszcze tylko dwa tygodnie w domu i będą mogły pójść do placówek.

Ha ha hahaha.
Sezon jesienno-zimowy uważam za otwarty.

Domowy saper

Jan, jak każdy szanujący się mężczyzna, zdrowieje powoli. Proces zdrowienia zaś, niczym w urzędzie, musi się odpowiednio ułożyć motywacyjnie, uleżeć w organizmie, nabrać mocy urzędowej i następnie ewentualnie wdrożyć. Gorączka nie wraca, kaszel już nie przestrasza, inhalacje działają, marud nieco opanowany. Ale tylko odrobinę.

Aktualnie huśtawki nastrojów Jana imponują częstotliwością i rozmachem. Siada do stołu z obrażoną miną i tuż po podaniu ulubionych kluseczek z pomidorowym sosem oznajmia, że nie lubi nas wszystkich, nikogo, absolutnie. Tylko Majeczkę lubi a i to po namyśle. Majeczka, jako narzeczona od początku przedszkola, cieszy się oczywiście szczególnymi względami. Jan więc po namyśle lubi tylko Majeczkę. Poza tym nikogo.

Odpowiadamy mu zgodnie, że nam przykro, że nas nie lubi i że my dla odmiany go kochamy. Bardzo i niezależnie od aktualnie przeżywanego focha. Tu następuje żałość wyrażona szlochem, gdyż Jan, pomimo tego, iż jest szczery do bólu i stały w uczuciach tylko do Majeczki, nade wszystko nie chce żeby było nam przykro.

Pocieszenie przynoszą kojące ramiona mamy i udostępnienie kolanka numer jeden. Kolanko numer dwa natomiast jest w trzy sekundy później zasiedlone przez Lenę, która widząc brata w rodzicielskich objęciach, natychmiast porzuca dotychczasowe zajęcie, uruchamia tryb Zazdrość i po chwili kontroluje sytuację z bezpiecznej odległości wyciągniętej ręki. W razie zbytniego spoufalenia się można chrząknąć znacząco albo pacnąć łapką. Coś zawsze zadziała.

Jan i Lena zazwyczaj nie mogą się zdecydować, czy bardziej nie mogą bez siebie żyć z miłości, czy też z potrzeby namacalnego przeciwnika. W każdym razie zabawka w rękach siostry jest zawsze bardziej interesująca od pudła pozostałych zabawek w pokoju, książeczka w rękach brata o niebo ciekawsza niż cała biblioteka, a już biada temu, kto pierwszy wyhaczy wolne kolanka któregoś z rodziców. Albo plecak z zeszytami i piórnikiem Igora.

Wrzaski, krzyki, lamenty częstochowskie i zgrzytanie zębów – kto akurat takowe posiada. Trup pada gęsto, szczęśliwie na niby, w przeciwnym razie rozmaite tabloidy spragnione sensacji miałyby z nas rodzinę roku.

Ostatnio przechodząc Jan trzepnął niezobowiązująco Lenkę w rogalik, który ta akurat trzymała z zamiarem konsumpcji. Lena, jako że dziewczę z niej krzepkie i krótki ma loncik, po mamuni, już bardziej zobowiązująco pacnęła go rzeczonym rogalem w ucho. Jan już podniósł palec wskazujący i chciał uargumentować siostrze swą wyższość w centymetrach, gdy ta, nie zastanawiając się wiele, rzuciła się na ów palec z całym orężem świeżo nabytych zębów sztuk sześć i dotkliwie dziabnęła delikwenta. Delikwent zawył przeciągle, lecz pod ciężarem naszych rodzicielskich spojrzeń, zamilkł był i spojrzał nieco strapiony.

Tu nastąpiło pedagogiczne tłumaczenie, że rozmaite zaczepki skutkują czasem dość przykrymi konsekwencjami, że robienie na złość nie jest zbyt miłe i działa w drugą stronę, że gryzienie nie jest najlepszą metodą komunikacji etc.

Po wykładzie Książę Małżonek zasępiony spojrzał na Jana i wzrok swój zawiesił. Trwało to chwilę i przyniosło zamierzony efekt – proces myślowy u potomka. Jan bowiem, urodzony pragmatyk, węsząc nieco, że tym razem bek może nie zadziałać i być może kapkę przegiął, konspiracyjnie zagaił:

– Tato… Ale gniewasz się na mnie??
Bo nie wiem czy mam płakać, czy nie.

Jan szczerością rozbraja nawet bardzo skomplikowane ładunki. Śmialiśmy się długo i głośno.

O pogodzie i młotku

Jan z gorączką, to Jan biedny i nieszczęśliwy. Jan biedny i nieszczęśliwy, to Lena empatyczna i głaszcząca brata po głowie… by po chwili przydzwonić mu drewnianym młotkiem w kolano. Bratersko-siostrzana miłość jest zmienna niczym pogoda w górach. Krajobrazu dopełnia wielopoziomowy Hrabia Foch, który z powodu deszczu i odwołanego treningu piłkarskiego szczelnie wypełnił światopogląd Igora. Plus okolicę.

Bardzo kocham moje dzieci. Uwielbiam je i są absolutnie cudowne. Tylko czasami przemknie mi przez myśl jakaś bardziej wysublimowana forma spędzenia wolnego czasu po pracy niż tłumaczenie, wyjaśnianie, czy godzenie zwaśnionych stron.

Marzę o schowku na szczotki.
Będę się w nim kołysać miarowo i spokojnie czekać na pielęgniarzy.

Tymczasem zen, kwiat lotosu i termometr.