Na Seszelach bosko. Stop.
Ciepło jak trzeba, hamaki i palemki w drinkach etc. Stop.
Szkoda wprawdzie, że mnie tam nie ma. Stop.
Ale i tak nieodmiennie życzę Wam udanego weekendu.
Start 🙂
Na Seszelach bosko. Stop.
Ciepło jak trzeba, hamaki i palemki w drinkach etc. Stop.
Szkoda wprawdzie, że mnie tam nie ma. Stop.
Ale i tak nieodmiennie życzę Wam udanego weekendu.
Start 🙂
No to zainwestowałam w szczęśliwy traf.
Igorowski chuchnął na kupon.
I trzymamy kciuki.
Wszystkie.
Pan Kot też został przeszkolony na okoliczność.
Jak się odpowiednio wysoko postawi te sardynki, to i kciuki potrafi znaleźć.
Gdybym nie odzywała się przez najbliższe 50 lat, będzie to prawdopodobnie oznaczać, że wygrałam, wyjechałam na Seszele i wystąpiłam o azyl klimatyczny, spełniam wszystkie swoje i nie_swoje marzenia po kolei, jestem stale narąbana drinkami z palemką oraz mam wszystko, excuse le mot, tak głęboko, że ziemia ze swoim jądrem powinna się czuć co najmniej zażenowana.
Kocur ogryzł wszystkie kwiatki. Postanowiłam działać. Nie wiem jak Zamia Z Parapetu zniesie musztardę francuską Dijon ale Pan Kot ma za swoje. W sumie z dwojga złego wydało mi się to zdecydowanie lepszym pomysłem niż nagłe dopadnięcie go w łazience i masowe rwanie uzębienia. Nie mam takiego zapasu plastrów z opatrunkiem, a w takiej sytuacji potrzebowałabym.
Scenka pierwsza – jak podać kotu tabletkę.
Kota należy przywołać standardowym "kici, kici" dokładając starań, by w głosie nie brzmiała zdrada i Markiz de Sade w jednym. Gdy kot przybiegnie, trzeba go w ułamku sekundy złapać, zawinąć dokładnie w koc i umieścić pod pachą, względnie między kolanami. Imadła do kota nie wynaleziono, a szkoda. Jeśli kota nie zamienimy w ułamu sekundy w rolmopsa, od razu spakujmy legitymację ubezpieczeniową, albowiem w następym ułamku będziemy zmuszeni udać się na szycie ran szarpanych, a kot triumfator nadal nie zeżre tabletki. Jeśli kota zawinęliśmy w koc i względnie unieruchomiliśmy, pod żadnym pozorem nie patrzmy mu w oczy. Pęknie nam serce a następnego dnia żyła na czole, nasz pupil bowiem zrobi nam zieloną noc – ściągnie świeże pranie prosto do żwirku, włamie się do lodówki i wyżre ukochane lody, ze złości załatwi się do umywalki, albo umyje zęby naszą szczoteczką. No ale dobrze, załóżmy, że mamy co trzeba – kocur szczelnie zawinięty, patrzymy tylko na wlot jamy miauczącej skrzętnie omijając okolice oczu (brzmi całkiem jak opis aplikacji kremu do twarzy). Jedną ręką przytrzymujemy kotu paszczę, drugą ręką wkładamy do niej tabletkę, nogą staramy się okiełznać wyrywającego się kota, drugą nogą zaś ocieramy pot z czoła. Kot w końcu połyka tabletkę, bo i tak nie ma innej opcji, ofukuje koc, patrzy na nas z wyrzutem i do końca dnia prycha na nasz widok. Następnego łaskawie lewym zębem skubie ulubione dotychczas sardynki, a po tygodniu znów nas lubi i zagłusza sny mruczeniem. Wszystkie kończyny mamy tak wygimnastykowane, że kolano zgina nam się w obie strony. Joga to pestka.
Scenka druga – spostrzeżenia przydrożne.
Droga z Lokatorem do przedszkola zawsze stanowi dla mnie źródło niesmowitych doznań. Tym razem Młody postanowił dostrzec solidną grupę pod wezwaniem Robót Drogowych. Panowie o fizjonomiach zakapiorów, szaro i mży, listopad kurka siwa w śmiałym rozkwicie.
– O! Popacz mamo! – spostrzegł Lokator i natychmiast postanowił mnie o spostrzeżeniu poinformować
– Ach widzę Synu, kopara… przecudna to fakt. – spostrzegłam wtórnie, ale na wszelki wypadek od razu wolałam się zachwycić… nigdy nie wiadomo czego Młodzież akurat oczekuje
– To skipacz jest mamo!! Skipacz! – karcący ton przywołał mnie do porządku
– No widzisz, masz matkę ignorantkę, Synu. Ależ oczywiście, że to spychacz. Spy-chacz. – przyznałam, starając się jednocześnie przemycić poprawność wymowy i skryć dydaktyczny wydźwięk
– A tu popacz mamo! Chłopcy! – spostrzegawczy jest bowiem Lokator jak nie wiem co
– Panowie… na chłopców są za duzi. – daremnie przywiązywałam się jednak do nomenklatury…
– Chłopcy mamo! Mają czerwone kurteczki. – …wiedział lepiej… i nie był daltonistą
– Taaak… – w tym momencie obserwowali nas z uwagą panowie o fizjonomiach zakapiorów, listopad i całe stado koparo-spychaczy
– Całkiem jak pomidorki! – radośnie kwiknął Młody a reszta świata umarła ze śmiechu.
I tak to czarownie mijają nam dni.
Ponadto mam fazę na kolory, zapotrzebowanie na przytulne miękkości i ciekawość faktur. Polarowy turkusowy płaszczyk, żółty wełniany beret w komplecie z długaśnym szalikiem, oczywiście frędzle obecne i przygotowane, puchate rękawiczki z jednym palcem i na sznurku – żółte oczywiście. Pluszową turkusową torbę mam też, ogromniastą, na ramię, która wygląda jak jeden z tych psów, którym nie widać oczu a składają się z dreadów. I czerwoną kurteczkę z kapturem, do której brakuje mi tylko koszyczka i babci. Oraz przecudnej urody płaszcz w kolorze bakłażana, w planach, bliżej nieokreślonych bo czekam na przecenę i wygraną w lotto. Na razie trafiłam szóstkę… tyle, że w sześciu kuponach. I kolczyki robię ludziom kolorowe. Bo tak.
A co u Was?
____________________________
Agnieszko – metoda na musztardę jest tyleż zaskakująca co skuteczna. Jest to metoda całkiem świeża i autorska, gdyż nagle w przypływie rozpaczy postanowiłam złapać pierszy lepszy słoik czegoś ostrego i narazić Pan Kota jeśli nie na trwały uszczerbek w smaku, to przynajmniej na zgagę. Musztardą możesz smarować kwiat, kota i parapet, co by się delikwent czworonożny poślizgnął, aczkolwiek w moim przypadku wystarczył kwiatek. Pan Kot wprawdzie do tej pory patrzy na mnie z wyrzutem i dam sobie obciąć paznokcie, że knuje coś straszliwego w odwecie… ale doniczkowiec przeżył. A to mu się chwali.
Zostawić Was na trochę i już same problemy 🙂
A dlaczemu ser stary?
A dlaczemu dwa razy bułka tarta?
A gdzie miejsce dla mąki ziemniaczanej?
Prawda jest taka, że ostatnio albo padam na pysk albo padam na pysk, więc na serio wymaganie ode mnie czegokolwiek ponad mycie zębów o względnie stałych porach jest nieludzkie.
No dobra, wiem, że zapuściłam się jak gajowy w buszu ale sami wiecie.
Jestem roztrzepana, więc literówki trzeba sobie odszyfrowywać we własnym zakresie.
A mąka to jak się wyrabia to ciasto co ma być jak kopytkowe.
Poza tym czarownie.
Mam sąsiada, którego właśnie zafascynowała remontowo-budowlana gałąź naszego przemysłu i w związku z tym od 6.00 do 21.59 napierdala wiertarką w różne płaszczyzny. Przestrzega przepisów, owszem, o dwudziestej drugiej cisza zderza się z moją migreną i doznaję szoku oraz Dziecko mi się wybudza, albowiem już przecież przyzwyczaiło się do wiertary, tak? Punktualny jest przy tym ów sąsiad do bólu zatok i skrupulatny – mam ochotę odwiedzić go z tymi tabletkami co to nimi odrobaczam Pan Kota, wepchnąć mu wszystkie do gardła, zalać wrzątkiem i odtańczyć kankana.
Mam w pobliskim sklepie ekspedientkę, która zawsze gdy wchodzę tam z Dzieckiem – czyli stale – śledzi nas. Normalnie baba nie odstępuje nas na krok. Już zaczynam robić uniki, ale jest sprytna i zawsze nas w końcu namierzy. Pilnuje żebyśmy czegoś nie wyżarli chyba. Albo nie zlizali lukru z ciastek. Nie wiem. Mam straszliwą ochotę otworzyć jej w dupie parasol.
Mam okres i planuję seryjne zabójstwa.
Notorycznie.
Czy to już pora na Misia Uszatka?
Bo tak się składa, że Miś Uszatek zawsze miał na mnie dobroczynny wpływ. Jak już było bardzo źle i myślałam, że jak nic wyjdę na ulicę z siekierką i wyrąbię trochę staruszek po bramach, to sobie przypominałam jakimż to przepięknym susem wskakiwał w swoją pasiastą piżamkę… i już rechoczę. Jako Dziewczę bowiem młode i nie do końca rozgarnięte, w wieku lat sześciu mianowicie próbowałam ten manewr taktyczny powtórzyć. Stanęłam na tapczaniku, wyciągnęłam rączki przed siebie, rozpostarłam w tych rączkach nie mniej pasiaste niż w oryginale spodenki i zrobiłam to co Miś Uszatek na ekranie czarno-białego telewizora marki Unitra. Różnica tkwiła w tym, że Miś zapewne nie zarył nosem w bordowy dywanik i nie nakrył się nogami nadal pozbawionymi odzienia. Ale taka to już tajemnica Misia Uszatka, że tylko on zna przepis na magiczny piżamowy sus. U mnie to raczej było salto mortale z tyłkiem na wierzchu. Ale rozśmiesza całkiem nieźle. Zwłaszcza po latach.
_______________________________
Ubóstwiam wasze komentarze.
Umarłam ze śmiechu po prostu :)))
Komentarze są tylko dla mnie bo jestem po pierwsze egoistką (tak, nie
mam problemu z przyznaniem się do tego, co każdy wie/ma/czuje, ale
większość udaje, że to całkiem inną ma nazwę albo go nie dotyczy) i
lubię czasem czuć, że na wyłączność to mam nie tylko bujnie acz dziko
rosnące paznokcie.
Po drugie nade wszystko cenię sobie święty spokój i
wolność od różnego autoramentu a wątpliwego intelektu trolli.
Po
trzecie zaś odkąd ukryłam komentarze, stały się one bardziej cenne,
serio. Nie mam już wpisów pod tytułem "jestem_byłem_mam" ani "ale
jesteś nudna, nie da się tego czytać", mam w zamian może mniej (choć
nie! wcale nie mniej, hau hau pod stołem) ale za to na pewno
zdecydowanie lepszej jakościowo lektury, przy której czasem się śmieję,
czasem wzruszam a za każdym razem cieszę… bo z dedykacją.
Aczkolwiek
ponieważ brakuje mi Waszych dywagacji, pewnie się złamię i je w końcu
odkryję.
Bo ja strasznie kobieca w gruncie rzeczy jestem – czytaj: zmienna, z huśtawkami, fochami i całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale bywam też urocza – jak się zapomnę.
Trzy kawałki, w których Seweryn Czarodziej moje wiersze zamienił w piosenki.
Pierwszy – 8 zapałek – napisałam dla Alty.
Pamiętam go najmocniej do dziś, bo napisał się sam w kilka minut i jest bardzo mój, taki wewnętrzny.
Drugi i trzeci – jakoś przypadkiem mi przyszły do głowy i podejrzanie długo z niej nie wychodziły.
Musiały więc się pojawić w wersji bardziej namacalnej.
Dziwnie mi się to odbiera, przyznaję. Bardzo miło ale dziwnie, z niedowierzaniem chyba. Że niby dlaczego? Że ja? Hmmm dobre sobie. A kiedy słuchałam w Pracovni na koncercie jak Seweryn to śpiewa, to paliły mnie policzki.
Zupełnie inaczej czyta się swoje wiersze samemu.
Zupełnie inaczej czyta się komentarze innych, zupełnie.
Bo to przecież takie moje, tak bardzo ze środka, że tuż pod skórą to czuć na stałe.
I to nawet chyba nie o podoba się/nie podoba się chodzi a o odbiór jako taki,
o to, że każdy człowiek zobaczy w tej samej zbitce słów coś zupełnie różnego, innego
i to jest dopiero fascynujące.
Zupełnie inaczej zaczyna się robić w środku kiedy ktoś śpiewa to se sceny
a na sali robi się cicho, cichutko, cichusieńko
i tylko swoje serce słyszę gdzieś na wysokości uszu jak głupie.
Za każdym razem czuję się jak smarkula przyłapana za winklem z wiśniowym tytoniem skręconym w bibułce,
który podbierałam Zdzichowi z kieszeni, gdy ten chrapał przed telewizorem.
Bo pamiętam naciskane klawisze, co to pozlepiały się w słowa i zawisły na kulce, pamiętam emocje i to, że zawsze najbardziej czekałam na pierwsze komentarze… których oczywiście jednocześnie bardzo się obawiałam.
A tu proszę… muzyka, ktoś to gra, śpiewa, nagrywa i jeszcze mu się podoba.
Niesamowitość taka no.
Fajnie, że ożyło.
Ot tak.
Zresztą posłuchajcie sami:
Występują:
– 1 kg ziemniaków
– 2 jajka
– mąka ziemniaczana
– bułka tarta
– szpinak
– czosnek
– sól, pieprz, gałka muszkatołowa
– ser żółty
– masło, oliwa
Obrane ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie, by je następnie odcedzić, odparować, utłuc i pozostawić do ostygnięcia. Do wystudzonych ziemniaków dodajemy odrobinę czosneczku, nieco więcej gałki muszkatołowej, roztrzepane jajko, 4-5 łyżek bułki tartej, sól i pieprz do smaku. Wszystkie składniki zagniatamy aby efekt konsystencją zaczął przypominać ciasto na kopytka (tu moi drodzy jest miejsce na mąkę ziemniaczaną, ewentualnie), a kiedy już zacznie, chowamy do lodówki na godzinkę i bierzemy się za Maestro Spinacci.
Szpinak siekamy bardzo drobno. Jak nam się wydaje, że już go drobno posiekaliśmy, siekamy jeszcze ze dwa razy. Potem siekamy czosneczek. Na patelnię wlewamy odrobinę oliwy i podsmażamy ten nasz czosneczek. Dodajemy szpinakową paciajkę i przez chwilę pozwalamy się jej tam rozgościć. Na sam koniec dodajemy przyprawy, masło i starty ser i odstawiamy z ognia. Przykrywamy.
W międzyczasie wyjmujemy z lodówki ziemniaczaną kulkę i robimy przecudnej urody rulonik, który następnie potniemy na kawałki by z każdego uformować coś na kształt kotleta. W kotlecie robimy kieszonkę i upychamy w niej masę szpinakową, której część zdążyliśmy już wyżreć ale jeszcze znaczna większość dobrze się trzyma. Zalepiamy wszystko dokładnie, taplamy moment w pozostałym na pobojowisku jaju, obtaczamy w bułce tartej i smażymy na rumiano.
Kotlety można podawać z czym tam kto lubi aczkolwiek ostrzegam, że zanim zdążycie je z czymś podać, znikną w niewyjaśnionych okolicznościach pozostawiając smutek, żal i ogólne mlaskanie. Dobrze wchodzą zawsze i każdemu a zwłaszcza jak właśnie mają zamiar się skończyć.
Wróciłam na chór. I znów mam chęć na śpiewanie. Telefony odbieram. Mam w pięknym czerwonym płaszczyku z kapturem dwie kieszenie, w których mieści się całkiem dużo kasztanów i jeszcze wejdą obie dlonie. Mam w pięknej fioletowej torbie w kratę płytę z kopią zapasową do mrocznego świata Dextera. I zapas popcornu do wyprażenia. Lada chwila zbiorę się o odgruzuję skrzynkę mailową. Może nawet napiszę dwa ciepłe słowa Panu od viagry, że chętnie, ale pod warunkiem, że On tampony. Wtedy tak.
I ogólnie chyba jakoś to będzie. W końcu przecież zawsze mogłoby być gorzej.
Mogłabym na przykład nosić złotą torebusię i mieć kilometrowe tipsy, na imię Rajmunda, na głowie pięć włosów z czego trzy na tapir a dwa w balejażu i od rana do nocy zastanawiać się, którym tipsem podrapać się za uchem żeby mi make-up z twarzy nie odpadł. Albo spędzać weekend w solarium, bądź wpatrzona w kanał Romantica. Stanowczo wolę thrillery i kiszone ogórki krótkimi paznokciami prosto ze słoika. A koło solarium to przechodzę codziennie, kilka razy miałam nawet chęć by tam zabłądzić bo blada jestem jak córka młynarza w ostrej fazie anemii. Jednakże skutecznie odstraszają mnie zawsze pracujące tam kobiety.
Może to dziwne, może niesprawiedliwe i może nawet krzywdzące, ale nie kupię wędliny od ekspedientki w tłustym czepku i z brudnymi dłońmi, w których dopiero co trzymała papierosa i klamkę od drzwi, nie usiądę na fotelu u fryzjerki, która na głowie ma kokon, który przerazi nawet najwytrawniejszych horrorooglądaczy, oraz nie zapuszczam się w miejsca dresem i dramatycznie tlenionym blondem płynące. Z zasady. Tak mam. Jestem maksymalnie nietolerancyjna w tych kwestiach i trudno. Nie każdy musi być wzorcem i dać się zamknąć w gablocie. Mnie kręci zupełnie co innego i o wiele bardziej wolę przebywać wśród ludzi bliższych mi mentalnie, energetycznie, estetycznie i światopoglądowo. A otaczam się głównie obrazem i dźwiękiem, dobrym, literą też lubię.
Potrafię na przykład rozpłakać się ze szczęścia słuchając perfekcyjnie dostrojonej do mojego wnętrza muzyki. Albo ponad miesiąc przeżywać jedną z filmowych scen… bo zdjęcia takie były piękne. Bywa mi smutno gdy kończy się książka, z którą podczas czytania zdążyłam się całkiem dobrze zaprzyjaźnić. I lubię gdy spieszę się okrutnie, bo jak zawsze jestem wszędzie spóźniona – a ze mną musi spieszyć się mój Syn, lat trzy, Igor – i drepcze tak by nadążyć, że zawsze mimo wszystko znajdujemy chęć i czas by zaśpiewać o zielonym garniturze Pana Ogórka albo o szkiełku, co wszystko potrafi, albo znaleźć kamyk szczęśliwy. A gdy wracamy objaśnia z namaszczeniem, że "to co telas tam o jeździ to skipacz, nie kopala mamo", albo że celebruje dokładność w układaniu klocków, chowaniu na miejsce zabawek gdy bawimy się w "kto pierwszy do wanny" i wymawianiu "jabłka" z obecnym w środku a nie zjedzonym ł. A najbardziej to lubię to, że zawsze wieczorem przytula się do mnie mocno i mówi, że mnie kocha. Tak po prostu.
Taak. Zdecydowanie jestem zadowolona ze swojego zwyczajnego-niezwyczajnego życia.
I nawet jeśli mój Syn czasem bywa nieznośny do imentu, bo w końcu to trzyletni mężczyzna z silnym charakterem oraz cechami oślego uporu, a nie bobas z plakatu 5-10-15, to wiem, że już porafi coś, co dla mnie determinuje dojrzałość emocjonalną w przyszłości. Przytulić się do mnie, powiedzieć, że lubi jedno a nie lubi drugiego, że jest zły, albo zmęczony, albo, że się teraz obraża, potrafi drzeć ze mną koty i bawić w łóżkowe gilgotki, ale najbardziej rozwala mnie, że gdy widzi mnie nie w tym co trzeba sosie, to podchodzi, wdrapuje mi się na kolana, patrzy w oczy, po czym głaszcze po policzku mówiąc "moja mamunia kochana", głośno całuje mój policzek i bardzo bardzo mocno cały się do mnie przytula.
W takich chwilach Delma kanapkowa to przy mnie żelazobeton.
Lokator nie próżnuje. Widocznie zna sprawę szkolnictwa i jego problemów. Postanowił zatroszczyć się o swoją edukację i nadać jej tor już teraz. Wybór był oczywisty – filozofia. Po pytaniach z cyklu "mamo a dlaczego czemu?", "a czemu dlaczego?", oraz "a dlaczego dlaczego" nie czułam się zdziwiona. Nic a nic.
Wściekle rano. Na dworze szaro, buro i kosmato. Choć najbardziej to jednak zimno. Sezon na jesień trwa. Trzylatek w zielonej wiatrówce i czarnej czapce z czaszkami rozgląda się bacznie wokół, minę ma zadumaną, złożony proces myślowy uzewnętrzniony wybitnie w postaci sporej żyły na czole. Czyli standardowa droga do przedszkola. Jakieś błyskotliwe spostrzeżenie wisi w powietrzu – strzygę więc uszami i w oczekiwaniu ukradkiem ziewam. Wszak jest wściekle rano.
Błyskotliwe spostrzeżenie materializuje się i melancholijnie zagaja:
– O. Popacz. Liście spadły.
– Masz rację. Liście spadły bo mamy jesień. Będzie ich teraz spadać coraz więcej i będzie coraz chłodniej a jak spadną już wszystkie i zrobi się całkiem zimno, przyjdzie zima i wtedy spadnie śnieg. Ale to jeszcze trochę, teraz jest jesień.
– Jesień tak?
– Tak właśnie.
– Hmm… tak bywa.
Rośnie mi filozof. Pewnie za chwilę będzie czytał Sartre’a, zapuści brodę i zrobi PanKotu wykład o dualiźmie dusz. A mnie wyśle po absynt.
Bałagan mnie przerósł i pokonał. Zważywszy na fakt, że lubię się czuć czasem taka malutka i drobniutka, powinnam być szczęśliwa jak dzika świnia w dżdżysty dzień. Przyszła, usiadłam, rozejrzałam się wokół – dobrze, że siedziałam, bo wyglądałabym po chwili dość horyzontalnie – i postanowiłam olać wszystko raźnym strumieniem. Mam to gdzieś, w dodatku tak głęboko, że nawet sonarem z turbogumonapawarką się nie zlokalizuje. Mój bałagan i niech sobie mieszka. Co prawda jutro mam gości ale myślę, że nie oczekują niczego innego. W końcu znamy się od lat. Trzech ponad.
Wszędzie piętrzą się stosy i stosiki ubrań rozmaitych ale przynajmniej będzie miękko siadać, krzeseł mam raptem dwa i pół. Czyli nie ma tego złego. Ciekawe co powiedzą na wiatr w lodówce. Albowiem w lodówce mam światło, pudełko z sorbetem cytrynowym, którego zawartość za chwilę radośnie pochłonę i samotny zielony groszek.
Ale przecież jest pięknie bo pralka naprawiona. Za jedyne sto trzydzieści w biletach NBP posiadłam jakże cenną informację, że po jakimś czasie użytkowania to normalne, że wężyk się przeciera i się sączy i się coraz bardziej aż zaczyna przeciekać i wreszcie wylewa. Miły Pan zakleił, załatał, otulił gąbeczką, pobrał i poszedł precz. Hałda tekstyliów zgrupowana w łazience odetchnęła z ulgą.
I tylko Pan Kot wnerwił mnie dziś do białości bo zmusił do niezamierzonej acz żmudnej aktywności fizycznej. Mianowicie zaczaił się na Fikusa Kwiatkowskiego z parapetu i go bezczelnie obeżarł. Cham, prostak i troglodyta. Najgorsze jednak, że jak obżerał to najwyraźniej nóżka mu się biedaczysku omknęła – niestety Pan Kot mistrzem gracji raczej nie zostanie – i w efekcie na podłodze w kuchni spokojnie mogłabym sadzić rzodkiewkę. Gdyby sezon był na. A tak posadziłam szczotkę w duecie z szufelką a następnie ścierę flanelową wielokrotnego użytku i odtańczyłam na niej fokstrota. Jury z pewnością byłoby zachwycone i zabrakło by im tabliczek. Zwłaszcza gdy moje osobiste nogi, poślizgnąwszy się na kitikecie w smakowitej galaretce, podjęły ważką decyzję o rozpoczęciu kariery solowej w przeciwnych kierunkach estrady. Nie powiem ilu siniaków i gdzie dokładnie oczekuję, ale nietrudno sobie wyobrazić.
Dzisiejsze życzenia mnie wzruszyły, ubawiły, rozczuliły i ogólnie trąciły taką nutę we mnie, która uśmiecha się miękko i jej dobrze. Serdecznie dziękuję za pamięć. Strasznie to miłe wszystko. Serio serio. Z różnych tam powodów jest mi też oczywiście trochę smutno, ale cóż… nie zawsze i nie u każdego jest dzień dziecka. Z życzeń, które powaliły mnie na kolana i wywołały rechot wielopłaszczyznowy, zapamiętam zwłaszcza: "Bike, z całego serca życzę Ci suwmiarki" oraz "włosów za dupę". Bezcenne.
Teraz tak z grubsza po cienkim póki pamiętam, bo nie chciałabym wyjść na buca i sklerotyka. Za zresztą też nie 😉
Wszystkie cukrowe saszetki podocierały całe i zdrowe ciesząc się żywym zainteresowaniem w firmie – niniejszym serdeczne dzięki od niżej podpisanej oraz zainteresowanej cukrozbieractwem rodziny – teraz już na bank projekt semestralny w szkole zaliczony będzie i to obstawiam, że na szóstkę. W ramach ciekawostek Syn koleżanki zamierza kontynuować zapoczątkowane hobby i powiększać kolekcję ku chwale przemysłu cukrowniczego i przetwórstwa buraczanego. Howgh!
Na wszystkie maile poodpisuję ale ostatnio nie mam kiedy sprawdzić poczty, więc uprasza się o cierpliwość i nie zgrzytanie. Jak poodsiewam zaproszenia do powiększenia penisa od absolutnie mi niezbędnych nowinek geriatrycznych i powiadomień z allegro – dam głos. Obiecuję donośnie.