Randka z anestezjologiem

No to pojechalim.
Oczywiście mam wizję, że zapomniałam czegoś bardzo ważnego, bez czego nie przeżyję najbliższej doby. Niestety póki co nie mam pojęcia czego. Obieraczka do jarzyn? Suszarka do sałaty? Widelczyk do tortu? Nie, to chyba nie to.

Dzieciom zapowiedziałam, że jak będą dokuczać tacie, to jak wrócę ze szpitala ogłoszę im stan wojenny i do osiemnastki po zmroku będą zaokrętowane w pokoju a każdy ich ruch będzie odnotowany przez specjalną komisję złożoną ze mnie i moich organów. Wszystkich. A mam ich jeszcze bardzo dużo. Taka nerka zwłaszcza potrafi być bezlitosna.

Śniło mi się, że byłam na proszonej kolacji w jakimś pałacu w stylu marmury, złote klamki i majordomus w liberii (aczkolwiek skarpetki miał w panterkę, więc figlarz). No to ja oczywiście mówię do niego: Marian, tu jest jakby luksusowo! Ale nie podchwycił (więc może jednak to jedyne czyste jakie znalazł).

Zasiadłam za stołem długim jak miesiąc dzień po wypłacie, przede mną kandelabr, po drugiej stronie nadgryziona zębem czasu staruszka. I podszedł kelner a ja zamówiłam Flauberta. W sosie.

No wybacz Gustaw, nie mam pojęcia dlaczego akurat Ciebie. Od jakiegoś czasu jakby nie żyjesz.

Najwyraźniej słabo znoszę konieczność pozostania na czczo i bez popitki przez tyle godzin.

Tyle. Na Siekierkowskim korek. Ale przynajmniej nic nie płonie.

5 uwag do wpisu “Randka z anestezjologiem

Dodaj odpowiedź do ~aba Anuluj pisanie odpowiedzi