Szukam palacza na kajak

Są takie dni w tygodniu, kiedy właściwie mogłabym stale przebywać w pozycji horyzontalnej i ani na chwilę się nią nie znudzić. Jak tak pomyślę, to każdy z siedmiu się kwalifikuje.

Poniedziałki są z zasady lekko przesrane bo po weekendzie człowiek do roboty nie nawykły i ma większość w odwłoku a to co się nie zmieści, w drodze wyjątku, w poważaniu. Głębokim. W poniedziałki w tramwajach po butach depczą nam borostwory i zawsze pada deszcz. A jak czasem się zapomni i nie spadnie, to i tak rano nie mamy się w co ubrać i włosy sterczą nam na wschód, jak akurat chcieliśmy na północny zachód.

Wtorek jest do bani bo po poniedziałku, który był naszą taryfą ulgową, jednak już trzeba się wziąć i w garści trzymać. A do piątku daleko. We wtorki rodzą się sami seryjni mordercy i psychopatyczni maruderzy. Chyba, że po czternastej, bo wtedy na ten przykład czasem się zdarzy autorka jakiegoś bloga. Może być radziecki.

Środa jest w środku czyli tak właściwie nijak. Ni to początek tygodnia, ni koniec. We środy nie dzieje sie nic ciekawego i wszyscy notorycznie ziewają albo drapią się po jajkach. Opcjonalnie. Są też jednostki wybitne, które wypracowały sobie system i potrafią wykonać obie rzeczy równocześnie ale nie jestem pewna czy to zasługa środy. Nawet porządnie pomarudzić na nią się nie da, więc spuśćmy na środę zasłonę milczenia i przejdźmy do czwartku.

Czwartki są miłe ale nadal wkurwiające bo to jeszcze nie piątki. Czwartki mają to do siebie, że jak się zaczną to za kilo wiśni nie chcą się skończyć. A jak się kończą to zawsze nie tak jakbyśmy chcieli. Albo się zaiwania na wysokości lamperii i pod koniec dnia na stojąco wiążemy sobie sznurówki, albo wykańcza nas ziewanie i złamany paznokieć.

W piątki budzik zawsze dzwoni o milisekundę za wcześnie i nanodecybel za głośno byśmy nie rzucili weń jakimś soczystym bluzgiem. Bądź kapciem. Budziki to wredne łajzy i obstawiam, że w poprzednim życiu wszystkie były różowymy kucykami pony. I teraz się mszczą za tę majtkową paletę barw. Na szczęście piątki zwiastują też koniec tygodnia pracy i początek Wielkiej Laby.

Wielka Laba zaczyna się w sobotę i gdyby nie obecność małego upierdliwego gnoma, w niektórych kręgach zwanego Dzieckiem, byłoby czarownie do wypęku. Tymczasem już na wstępie zaliczamy wkurw dziki a nieokiełznany, gdy o szóstej.piętnaście, w godzinie wilków z chorym pęcherzem i telezakupów w mango, budzi nas gromkie i radosne: – Mama ee?! co w wolnym tłumaczeniu oznacza ni mniej ni więcej tylko: – Teraz mi się nudzi i mnie zabawiaj bo jak nie to wyjmę Ci tchawicę przez ucho i zrobię z tego ukulele. Nie chwytamy młotka tylko dlatego, że z reguły albo nie możemy go znaleźć albo nie mamy siły. Sobota mija szybko i niepostrzeżenie, czyli jak wszystko co dobre i potrzebne dla zachowania resztek zdrowia psychicznego. I już mamy wieczór i siedem absolutnie_do_obejrzenia filmów na siedmiu kanałach w tym samym czasie. Oczywiście w pozostałe dni tygodnia najciekawsze są obrady sejmu i nocne porno-krzyżówki na polsacie. Wybieramy bramkę numer trzy czyli puszczamy kino własnego sortu, na dvd, po czym zasypiamy już na pierwszym bardziej rozbudowanym dialogu. Ale gnom śpi i ogólnie jesteśmy przeszczęśliwi, że nic nie wisi nam na spodniach i nie marudzi/krzyczy/wyje/śmierdzi. Doprawdy niewiele do euforii nam brakuje, zwłaszcza gdy przechodzimy w fazę REM.

W niedzielę jeszcze mamy dobry humor ale z godziny na godzinę mamy też coraz większego globusa i świadomość nieuchronnie nadchodzącego poniedziałku. Niedzielę lubi tylko ksiądz proboszcz na plebanii i jego taca oraz wielbiciele szpitala w Leśnej Górze – najśmieszniejszego serialu science-fiction w historii polskiego kina, którego odcinek miałam ostatnio okazję obejrzeć i szczerze doceniam wyobraźnię scenarzystów. Wniosek mam, że najwyraźniej żaden z nich nie zbliżył się nigdy do szpitala na odległość bliższą niż rzut piłką lekarską, ale może to i dobrze.

Na szczęście już niedługo piątek.

Wszelkie konotacje z rzeczywistością są absolutnie nie na miejscu a podobieństwa do miejsc i zdarzeń są tak przypadkowe, że prędzej spotkamy własny szalik w słoiku z dżemem. I on powie nam dzień dobry.

Osobiście uwielbiam poniedziałki, gdyż ponieważ albowiem jako rasowa Matka Wyrodna mogę skorzystać z instytucji Żłobka – czyli jak pamiętamy miejsca, gdzie małoletnich przerabia się na parówki – i nieco wypocząć w pracy. Zwłaszcza po weekendzie z ładunkiem wybuchowym w charakterze butnego i pełnego energii dwulatka, z którego niestety nawet po wielu bliższych oględzinach nie da się wymontować baterii i o którym myślimy – bywa – z bardzo ambiwalentnym natężeniem.

Osiem godzin niczym nieskrępowanego kontaktu z dorosłymi, szansa na wypicie ciepłej kawy w czasie dłuższym niż siedem sekund, w pełni słyszalne wiadomości w radio i brak kukurydzianych chrupek w dekolcie. No i CAŁY "Przekrój" w tramwaju.

Niekiedy praca to poemat.
Pal sześć, że dygresyjny.

Jeśli napiszę, że kocham swój budzik proszę mnie dobić.
Niech się nie męczę.

23 uwagi do wpisu “Szukam palacza na kajak

  1. wiedziałam, żeby zagłosować to od razu poemat o tygodniu mam 🙂

    ciezko nawet zaprzeczyc, procz oczywiscie poniedzałkowi bo dziecia nie mam, nie mam więc i co do żłobka odstawić czyli, żadne pocieszenie.

    No i mi jakoś piątki to tak lekko idą już od otwarcia oka (jednego – w celu upewnienia się gdzie jestem). Pewnie dlatego, że budzikiem jest komóreczka, co melodyjnie ogłasza, że „rusz się!”.

    Polubienie

  2. :-))))
    nie wiem, czy dziś po 14 będzie tygodnica okrągła, czy kwadratowa, ale nie omieszkam wychylić bardzo owocowej herbaty za zdrowie autorki.

    fajna z ciebie poematka-polka 😉

    Polubienie

  3. No i w końcu znalazlam potwirdzenie że ie tylko ja KOCHAM ŻŁOBKI. I postuluje za tym by wszystkim ciociom tam pracującym ufundować raz w roku wyjazd na rajską wyspę, a co należy im się.

    Polubienie

  4. Zasadniczo bym się zgodził, gdyby nie dwie takie panie ze żłobka nie-Zofii. Im możnaby co najwyżej ścieżkę zdrowia w Lesie Kabackim zafundować ;]

    Polubienie

  5. „wyciągnę tchawicę przez ucho i zrobię z rego ukulele”…. Piękne :DDDDD Dzięki za dawkę śmiechu w dzień, który gdyby nie to, byłby już całkiem parszywy. Czy dopuszczalna jest swobodna dystrybujca tego powiedzonka i nie naruszę tym praw autorskich? 😉

    Polubienie

  6. Staram się udawać, że każdy dzień jest dla mnie dniem, a nie nazwą części tygodnia. Tak mi czasami wygodnie.
    Opcjonalnie lubię sobotę.
    Wieczory piątkowe oprócz piątkowego dnia.

    Polubienie

  7. tak, tak, opowiadaj o braku chrupek w dekolcie i rozkoszy picia kawy w biurze matce dwuipollatka, przed ktora jeszcze co najmniej dwa lata w domu z kolejnym niemowlakiem…

    Polubienie

  8. no dobra Chuda… przyznaję, że poza tymi siedmioma sekundami jest zdrowy zapierdol, i stres, i kombinatoryka stosowana gdy ustawiam swój prywatny grafik u kogo w tym tygodniu wyżebrać odebranie Dziecka ze żłobka gdy mam trzecią zmianę i kwitnę w pracy do 19, i nieustanne zastanawianie się czy aby Dziadek nałożył Młodemu szalik i czapkę czy tylko czapkę i czy zawiązał jak trzeba bo jeśli nie to to wystarczy i infekcja gotowa, i jednak się bardzo tęskni… ale nie o tym miała być notka

    ściskam

    Polubienie

  9. Tej ambiwalentności nie da się pokonać, nie da rozwiązać; i chyba trzeba się z tym pogodzić. Wbrew pozorom, że kobieta potrafi, nie można być dwiema w jednej bez totalnego zarżnięcia – i najbardziej efektywną businesswoman i Matką Polką startującą w konkurencji „Być w trzech miejscach na raz i nie zwariować”. Można być pół na pół. Czasem udaje się czerpać z tego szczęście – dla mnie dużo większe niż gdy startuję tylko w jednej kategorii – albo żelki i chrupki albo szpilki i laptop.

    Polubienie

  10. a ja a propos dni tygodnia mam zagadke ktora meczy mnie i meczy od kiedy zadal mi ja pewnien dzisieciolatek.
    mianowicie.
    DLACZEGO SOBOTA NAZYWA SIE SOBOTA??
    No bo (jak zostalam pouczona)
    poniedzialek – bo po niedzieli (pfff)
    wtorek – bo dzien wtorny
    sroda – srodkowy
    czwartek – czwarty
    piatek – piaty
    niedziela – bo jest siodma a siedem sie nie dzieli (SUABO???)
    a SOBOTA???
    Kto wie? ;)))
    Palec pod budke!
    Na serio mnie to meczy…..

    Polubienie

  11. Bajko.Pozabierałam telefony od rodziny czyli: mężowi i córce i wysłałam 3 esmsy bo z mojego telefonu też. I poooooooooooooszły.Życzę zwycięstwa.

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Jędz@ Anuluj pisanie odpowiedzi