Skąd Litwini wracali?

Zostaliśmy zakwaterowani w hostelu przy Pelesos. Z zewnątrz wyglądał jak mały fabryczny koszmarek ale okazało się, że w środku prezentuje się bardzo schludnie, czysto i szczerze powiedziawszy nie miałabym nic przeciwko gdyby wszystkie schroniska i hostele w Polsce wyglądały tak właśnie. Do dyspozycji mieliśmy pokoje trzy-, sześcio-, siedmio- i jedenastoosobowe, z piętrowymi łóżkami i  bardzo wygodnym rozwiązaniem zamiast szafy. Był to po prostu wieszak, rodem z sklepowej garderoby – długi, grupowy i otwarty na róznorodne tekstylne propozycje. W dodatku wieszak był na kółeczkach, więc w ogóle się czułam prawie jak na zakupach. No i w hostelu było ciepło. Jeśli do tego dodać całkiem funkcjonalne prysznice, przyjazną światu i studentom kuchenkę z minikafejką internetową w gratisie i świetną lokalizację – półtora rzutu beretem do Senamiestis, czyli Starówki i dwa rzuty kapciem do dobrami rozmaitymi płynącego centrum handlowego, skąd nie raz i nie dwa wracaliśmy pobrzękując gromko – to nic tylko jechać do Wilna i meldować się na Pelesos.

Pierwszym, co mnie zaskoczyło, tuż po wdrapaniu się na pięterko po wąskich melatowych schodkach, była półeczka z klapkami w najprzeróżniejszych rozmiarach. Osobiście nie skorzystałam ale bardzo widoczne było, że praktykuje się tam zwyczaj zmiany obuwia by nie zabłocić podłogi. Ja jednakowoż wybrałam własne japonki zakupione ongiś wraz z gazetą typu toaletowego a używane do dziś z namiętnością godną co najmniej czerwonych szpilek.

Drugim, była kwestia ekhem papieru, a raczej kwestii nie wrzucania go pod żadnym pozorem do sedesu. Przyznam, że dość osobliwy to pomysł by każdy w tym celu wykorzystywał kosz na śmieci, ale niedogodności żadnych w związku z powyższym nie odnotowałam. Mieli po prostu świetny system sprzątania i nikt się po prostu na nic nieprzyjemnego nie natykał. Miło aczkolwiek chyba wolałabym wymienić rury kanalizacyjne na te nowego typu zamiast bujać się z koszami.

Trzecim pełnym zaskokiem była kuchenka. W całości. Czysto, miło, z lodówki nic nie ginie, sprawne wszystko – od płyty grzewczej poprzez mikrofalówkę a na czajniku skończywszy. No i darmowy internet. U nas by nie przeszło, nie ma bata. A tam nawet w zlewie cisza, spokój i brak góry brudnych kubków po bliżej niezidentyfikowanych osobnikach.

Co prawda nieco mniej pozytywnie zdziwiło mnie, gdy pierwszego wieczora zamiast pełnego zestawu pościelowego zlokalizowałam na swojej części piętrowego łóżka powłoczkę na poduszkę i kołdrę oraz dwa… prześcieradła, ale okazało się, że podobnie jak w Bułgarii praktykuje się tu zwyczaj sypiania w domach gościnnych pomiędzy dwoma prześcieradłami. Dość osobliwe, nie powiem, ale trzy dni można przetrzymać. Tym bardziej, że cała reszta była w porządku.

W piątek zaraz po przyjeździe i sobotę wieczorem koncertowaliśmy, ale za to sobotni dzień cały przeznaczyliśmy na zwiedzanie. Do wyboru była grupa zorganizowana pod przewodnictwem, bądź małe skupiska indywidualne. Nasz pokój był wprawdzie jedynym takim, ale przynajmniej się wyspaliśmy. A i tak trzeba nam przyznać, że chodząc z mapą zobaczyliśmy wszystko na co mieliśmy ochotę. Mnie osobiście najbardziej urzekł Zamek Księcia Giedymina, gotycki kościół pod wezwaniem świętej Anny i najbardziej "artystyczna" z wileńskich ulic: Użupio. Z całej wycieczki zapamiętam też jak bardzo zdziwiło mnie podobieństwo wileńskiej starówki do tej w Bazylei. Gdyby nie znaczne różnice w klimacie mogłabym przysiąc, że pojechałam do Alty.

Wilno jest znacznie bardziej europejskie od jakiegokolwiek miasta na wschód od Berlina jakie znam. I tylko dwa niemiłe zgrzyty przytrafiły nam się w związku z poczęstunkiem na tańcach u gospodarzy i podczas zakupów w lokalnym markecie. Po pierwsze podano nam ciekawie przyprawiane orzeszki i paski chleba podpiekane z masłem czosnkowym – tylko pod warstwami chleba na dnie talerza tkwiła całkiem zielona pleśń. Po drugie w sklepach, które są ustyuowane na dole budynków mieszkalnych, po 22 nie sprzedaje się alkoholu. Kilkoro z nas robiło zakupy tuż przed, była wiec kolejka. Prawdopodobnie to spowodowało wielki gniew grupki łysych ABS-ów* (ABS – osobnik Absolutnie Bez Szyi), którzy najwyraźniej poczuli się bardzo w obowiązku pokazać nam jak bardzo nie lubią przyjeznych. Na szczęście i w pierwszym i w drugim przypadku obyło się bez przykrych konsenwencji ale lekki niesmak pozostał.

W mieście się oczywiście jednak zakochałam i planuję się tam wybrać jak się ociepli, z Lokatorem.

2 uwagi do wpisu “Skąd Litwini wracali?

  1. Ciesze sie, ze jednak druga czesc raportu z wyprawy sie pojawila! Chyba kazdy zaczynal sie juz martwic :o) A co do fajnych miejsc noclegowych z dzialajacym czajnikiem i darmowym internetem: wyprobuj szczecinskie schronisko Cuma – w Polsce tez sie da spac za grosze w luksusowych warunkach!
    Pozdrowienia!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s