Aktualnie

Aktualnie donoszę, że zryło mi beret. Dokumentnie. I

A do tego wkurwiam się niemożebnie. Zewsząd dochodzą mnie bowiem słuchy, że straciłam wenę, piszę coraz gorzej i w ogóle weź Bajka napisz wreszcie COŚ albo się zamknij. Albo podskocz.

Dupa sałata.

Jeśli jeszcze raz usłyszę jakiegoś maruda, to każę mu spierdalać na drzewo w rytmicznych podskokach. Stare indiańskie przysłowie brzmi: nie pasuje – nie czytać. Nie będę pisać na zamówienie. Nie ma bata. Niech się wypcha i wytapetuje jedno z drugim.

Menda sugeruje, że kiedyś miałam syndrom niedopchnięcia i dlatego kompensowałam sobie frustracje literacko się wywnętrzając na lepszym poziomie. Opanowałam potężną chęć dopchnięcia go jakąś podręczną maczugą. Choć nie było to łatwe.

Co on tam kurde wie. Tak samo jestem niedopchnięta jak byłam i też nie umiem pisać. A w ogóle to w dupach się ludziom przewraca. Mam po prostu chwilową niemoc twórczą, spowodowaną prawdopodobnie przemęczeniem, zafiksowaniem na wiośnie i okolicach, zmianami w życiu i piciem zbyt dużej ilości cherry coke. Dziurę ozonową też potrafię pod to podciągnąć jakby co. Więc luz marija.

Bo wiecie: złej baletnicy to i wibrator w torebce nie ucieszy.

Odreagowałam.
Teraz jedziemy z resztą.

Po powrocie z Gdańska najmilszą rzeczą jaką pamiętam – oprócz tej, o której pamiętam a jakże ale nie napiszę za Chiny Ludowe – była koperta znaleziona w listowej skrzynce. Koperta była biała, bąblowana (uwielbiam pykać tymi bąblami) i pękata a w środku była… tram-pam-param-pam… Herbata Mikołajkowa. Ta moja ulubiona co mi tak smakowała w Herbaciarni. Lenka zapamiętała wyraz mojej twarzy i kupiła mi cały zapas (następnym razem postaram się zwizualizować sobie orgazm na widok willi z basenem). Jak mi się skończy będę musiała jechać po następny. Herbata Mikołajkowa jest czarna, ma bławatkowe niebieskie płatki i srebrzyste kuleczki, które po rozpuszczeniu w wodzie pachną obłędnie smakowicie. Dopiero po kilku kubkach zorientowałam się, że w paczce jest zdjęcie. Z dedykacją. Noszę w portfelu i gorszę przygodnie napotkane borostwory.

Sobotę spędzałam z Halutą i po obejrzeniu herbaty raz jeszcze doszłyśmy do wniosku, że prócz zdjęcia coś tam jeszcze jest. Bo taki biały kartonik na dnie był. Ja nie wiem ale na przykład bilecik do tego bukietu co go dostałam w piątek to zauważyłam dopiero późnym wieczorem, więc było dość prawdopodobne, że i tym razem mam pomroczność jasną i refleks szachisty. Niewiele myśląc wyjebałyśmy wszystko niezwykle kulturalnie to pobliskiego kubeczka i upchnęłyśmy górkę żeby się nam nie osypała. Kartonik był pusty i był prawdopodobnie elementem torebeczki. Torebeczki, z której znacznie łatwiej jest – proszę sobie wyobrazić – coś wysypać niż umieścić to tam na powrót. Dziwne kurde bardzo. Bławatki zbierałyśmy nawet ze zlewu.

Prócz herbaty popsułyśmy jeszcze spodnie. Znaczy ja ściślej rzecz ujmując. Mianowicie schudłam już 6 kilogramów, tak? I zaczęłam mieć wreszcie talię, tak? I w ogóle zaczęłam powoli mieścić się w ubrania, które jeszcze przed chwilą były absokurwalutnie nieprzymierzalne, tak? No. To Hala podsunęła mi swoje dżinsy i ochoczo zawołała: przymierz! Że co, ja nie przymierzę? Przymierzyłam. A jak. Gorzej, że po pierwsze był to ruch z gatunku tych raczej jednostronnych a po drugie suwak powiedział pierdolę nie robię i umarł. I to umarł tak nieszczęśliwie, że w żadną stronę nie dało się go przeciągnąć. Sztywny trup. Normalnie mekong delta i resory. Z tymi spodniami to było jak z trasą autobusu, który część przystanków ma tylko w jedną stronę, bo w drodze powrotnej już ich jakby nie ma w rozkładzie. I nie miał ich faktycznie.

– I co?
– Wlazłam. Ale nie wyjdę.
– Może masłem?
– Sama se masłem. Czekaj położę się.

Położyłam się i trwałam na wdechu a Halka grzebała mi przy rozporku. Zaiste ciekawą minę miał Starszy Brat Grzyb, który akurat przypadkiem wieszał na balkonie pranie. Widok miał wprost na nas. Wyborny.

Spodnie w końcu zlazły ale dół egzystencjalny jednak pozostał. Przed ciążą wskakiwałam w nie jak Miś Uszatek w swoją pasiastą piżamkę. Jednym płynnym ruchem. Pamiętam dobrze, bo kiedyś wybiłam sobie dwa mleczaki skacząc z łożka do piżamy i od tamtej pory starałam się naśladować filmowych bohaterów nieco rozsądniej. Teraz mogę sobie ewentualnie pomarzyć. Albo zedrzeć skórę z bioder. Aaa! Chcę mieścić się w kieckach stulidupkach i mieć tam jeszcze miejsce na stylowy neseser. Z klapką. I wodotryskiem.

Prócz sypania herbatą po kątach i niszczenia tekstyliów sobota upłynęła w akcentach marynistycznych. Wybraliśmy się do Tawerny na szanty i oczywiście mało z tych szant pamiętam, taka byłam szczęśliwa, że mało mi głowa z tego uśmiechu nie pękła…

oddycham do torebki
oddycham do torebki
nadal

…ale chłopcy z EKT śpiewali bardzo bardzo. I było trzymanie za rękę i te oczyska (jak to mawia Goga) i w ogóle czarownie. Ale co ja tu Wam będę. Sami wiecie. Wiosna.

Z samiuśkiego rana za to musiałam zwlec się z łóżka i jechać w dal siną a odległą. Z chórem koncertować znaczy. Śpiewaliśmy współczesności Twardowskiego. Miejscami trochę marcowe koty ale były udane fragmenty, które śpiewało się z przyjemnością. Najsampierw pojechaliśmy do Białegostoku. Jechaliśmy i jechaliśmy a mnie oczy coraz bardziej wpadały w tył głowy jako te bile w łuzy po zielonym suknie. Gdy wreszcie o jedenastej z minutami dojechaliśmy na miejsce na próbę z orkiestrą, czułam się jak zombie. Mocno nadgryzione szczebratym zębem czasoprzestrzeni. Nie chcę nawet wiedzieć jak wyglądałam. Wystarczy to co kojarzę. Próbę mieliśmy w Akademii Muzycznej i teraz uwaga zagadka:

Jestem w obcym mieście, totalny spontan bo do końca nie byłam pewna czy będę, więc nikt o tym nie wie i sama osobiście nie jestem pewna czy wiem, umieram z niewyspania, widzę najdalej metr przed sobą bo soczewki mię się wzięły i wygły krucabomby jedne… i na kogo wpadam zaraz po wtoczeniu się z resztą wesołej kompanii w mury tej sławetnej uczelni?

Ha! Na młodszą siostrę Alty. Zwaną Młodą.

Świat jest mały doprawdy.
A Białystok to już w ogóle.
Ale z Młodą generalnie czad.

Koncert mieliśmy o piętnastej. Zaraz potem ruszyliśmy na następny, do Łomży, gdzie o dziewiętnastej robiliśmy replay. Nie licząc cienia kotleta i łyżki oślizgłych ziemniaków z stołówkowej kuchni Akademii, w ustach miałam ino wiatr. W Łomży oczywiście wszystko zamknięte bo to niedziella, dobranocka i wszyscy kurde oglądają Smerfy. No halo! A jakaś cywilizacja? Bodaj złamany hot-dog albo czerstwa buła. Nie, zdecydowanie Łomżę będę wspominać bez sentymentu. I jeśli się tam jeszcze kiedyś wybiorę, nie omieszkam zapakować sobie walizki jedzenia. Wezmę sobie nawet peklowany boczek. Niech mam.

Do Warszawy wróciliśmy przed północą. Bolało mnie wszystko. Absokurwalutnie wszystko. I tu miewam zawsze taką myśl, że być może są kobiety, które urodziły się na wysokich obcasach (z tego miejsca pragnę przekazać serdeczne wyrazy współczucia rodzicielkom), w pięknych, niezwykle eleganckich czółenkach i potrafią tyle godzin wytrwać w tym obuwiu z uśmiechem numer pięć i łagodnym wyrazem twarzy. Ale ja przyznam, że w pewnym momencie miałam ochotę zdjąć te obcasy i strzelić komuś nimi w pysk. Na odlew. I tylko patrzeć czy aby równo puchnie.

Nienawidzę wysokich obcasów!
Szczerze i z olbrzymią wzajemnością.
Do końca życia będę chodzić w walonkach.
Przysięgam.
Obcasy najwyżej na godzinę.
Potem zacznę krzyczeć i używać wyrazów.

Dla ogólnego odprężenia byłam wczoraj na koncercie grupy Reamonn. To ta od kawałka Supergirl. Bardzo przyjemnie było. Znałam w sumie jedną w porywach do dwóch piosenek ale to jak się okazuje nie rzutowało. Fajnie grali chłopcy choć miejscami pokusiłabym się o nieco więcej czystości w brzmieniu. Wokalista ma naprawdę niezły głos. No wygląd – umówmy się – też nie najgorszy. Z wyra bym go nie wypchła a może nawet nie wypchnęła. Kto wie. Jedno spojrzenie w prawo i laski już piały niczym dorodne kokosze na jaju. Co do reszty zespołu to bardziej nie wyglądali niż wyglądali. Jeden gitarzysta do złudzenia przypomina mi któregoś z muppetów i strasznie lubił wietrzyć sobie dziąsła bo wczuwał się strasznie, a drugi najwidoczniej kiepsko sobie radzi z postępującą łysiną bo jego podświetlony reflektorem tapir, bił po oczach jak złoto z Eldorado. Moimi faworytami byli klawiszowiec – który bawił się chyba najlepiej z całego zespołu, a nawet z całej Stodoły i pałkarz – który na zakończenie rzucił w tłum pałeczki i to było uwieńczenie jego dzieła. Strzępy ludzi znajdowano prawdopodobnie w promieniu kilkunastu metrów.

Nie pamiętam kiedy ostatnio stałam taka przytulona na koncercie. Zawsze kątem oka dostrzegałam takie obrazki i tyle. I w zasadzie wszystko jedno kto i jak grał. Było mi po prostu dobrze.

Ot tak.

17 uwag do wpisu “Aktualnie

  1. Bajko, skąd ty bierzesz takich pajaców, którym się nie podoba Twoje pisanie?! Zaglądam co najmniej 3 razy dziennie – i jeżeli miałbym Ci czynić jakiekolwiek wyrzuty – to o to, że nie za każdym razem jest nowa notka 🙂

    A co śpiewaliście w B i Ł?

    Polubienie

  2. Bajku, jesteś absokurwalutnie niewenoutracalna. A nieznający indiańskich przysłów mogą się wypchać razem z syndromami niedopchnięcia, poprzewracanymi dupami i brakiem wibratorów.

    A Misiowi to robili montaż.

    Polubienie

  3. A może byś się Bajeczku pochwaliła swoim szczęściem? Gdzie Cię znalazło, jakie jest? Wiem, że to wścibstwo, ale no ciekawam 🙂

    Bardzo się cieszę, że Cię znalazł wreszcie 🙂

    Polubienie

  4. Mendzie się dostało i już nic nie sugeruje.
    Agresywność – 0 😉

    A całkowicie obiektywnie stwierdzam, że z tą niemocą to zdecydowana przesada była.

    Tylko… Tak jakby brak czasu i natłok innych zajęć wyłazi 🙂

    I fajnie. Tak trzymaj Baj.

    Polubienie

  5. róznie o Tobie myslałam podczas lektur częstych i smacznych – a to że popisowo dajesz radę przeciwnościom, a to że polot, bystre i niebanalne skojarzenia i bogate smaczne słowotwórstwo i inne takie, co to rzadko gdzie.
    i wiesz co, z prawdziwym zawodem dodaję do tego jeszcze – wulgarne wyrazy jak wszędzie indziej.
    prysnęła świetlista subtelność.
    i tyle, i już.

    Polubienie

  6. hm z tym przytulańskiem to kiedyś dawno miałem wrażeniee, że „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma” albo też „syty głodnego nie zrozumie” – podczas pięknych chwil w pięknych miejscach będąc sam tęskniłem za tym, żeby z tych gór czy zamczysk spoglądać równolegle z kimś blisko przytulonym, innymi razami niemniej piękne chwile w niemniej pięknych miejscach budziły we mnie lekką zazdrość względem niesparowanych uczestników wyprawy.
    a poziom trzymasz wzorcowo, jaki jest, taki jest, ale jest 😉

    Polubienie

  7. Dorota – może za zdecydowane smaki na wysublimowane gusta.

    Wulgarne słownictwo zdarza się Bajce, ale użyte ze znawstwem wzmacnia smak i przekaz, nie przytłacza. I sama chyba przyznasz, że notki na wulgaryzmach się nie opierają, ani też nie są nimi przeładowane.

    Pieprz bywa potrzebny. Jako dodatek.

    P.S. A czytałaś Indiańskie przysłowie z poprzedniej notki ? 😉

    Przemyśl, pozdrawiam.

    Polubienie

  8. tak, notki nie opieraja sie na wulgaryzmach, ale to zdaje się nie jest tematem. piszę o zawodzie i nawet argument o przyprawach do mnie nie trafia – dodałabys do zupy psie bobki?
    wiem, że nie jestem trendy i glamour, ale niezmiennie wulgaryzmy kojarzą mi się z ludźmi o niskiej kulturze osobistej i nie mam zamiaru tego odczucia zmieniać.
    Bajka miała inaczej, a raczej tak mi się zdawało, że emocje wyraża barwnie i nie musi się do pospolitych szmacianych słów uciekać.
    ja nie dyskutuję, jeno wyrażam swoją osobniczo – czytelniczą opinię, świata nie zmienię, ale wybieram sobie jego te kawałki, które mnie nie rażą.
    pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  9. kurwa,
    zyjemy w wieku, w ktorym odpalam telewizor i widze pseudosztuke, ktora promuja dziwki trzesace mi przed nosem tylkiem i cyckami. zero wartosci, kult sily, seksu i pieniedzy.

    czym wobec tego gowna, sa wulgaryzmy stosowane celem dopieszczenia wersow?

    Polubienie

  10. „niezmiennie wulgaryzmy kojarzą mi się z ludźmi o niskiej kulturze osobistej i nie mam zamiaru tego odczucia zmieniać.”

    ~moze kiedys uda ci sie opuscic zwoje schematycznych kojarzen i podejdziesz choc *troszke* obiektywnie, chocby do takich kwestii jak JEZYK. w chwili obecnej paralizujesz sie systemem purytanskich wartosci, czy to jest atrybutem intelektualisty? 🙂

    „Bajka miała inaczej, a raczej tak mi się zdawało, że emocje wyraża barwnie i nie musi się do pospolitych szmacianych słów uciekać.”

    „pospolite” i „szmaciane” – w twoim subiektywnym odczuciu. to „pieprz” i papryczka czili sa wulgaryzmami w swiecie przypraw, psie kupki – to psie kupki w swiecie psich kupek. nie dyskryminuj formy, zwlaszcza wtedy – kiedy pod jej przykrywka, kryja sie istotne tresci.

    zycze wiecej wyrozumialosci i tolerancji, pozdawiam 🙂

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Menda Anuluj pisanie odpowiedzi