Wersja nieoficjalna

Gdy miałam czternaście lat…

Hmm. Na pewno chcecie to wiedzieć? Dobra. Ale pamiętajcie, ostrzegałam. To nudne, tendencyjne i poza tym nie wiem czy kiedyś o tym nie pisałam. Ale skoro ja nie pamiętam to Wy tym bardziej.

Zatem.

Gdy miałam czternaście lat przyjaźniłam się na śmierć i życie z Najlepszą Przyjaciółką. Gotowe byłyśmy wyciąć sobie obie nerki tępym metalowym grzebieniem gdyby tylko którejś akurat wpadł do głowy pomysł, że jakaś dodatkowa mogłaby się jej przydać. Na przykład w charakterze, bo ja wiem, piórnika. Wszędzie łaziłyśmy razem i nawet ubierałyśmy się tak samo. Jeśli w India Shopie, bo głównie tam się wówczas inspirowałyśmy, nie było dwóch identycznych (a przynajmniej bardzo podobnych) sukienek, wpadałyśmy w dziką otchłań rozpaczy. Doszło do tego, że oglądałyśmy sobie nawet majtki, czy aby są fajne i czy takie same. Tak silna emocjonalna więź, jaką gdzieniegdzie po dziś dzień prezentują ckliwe dramaty obyczajowe, z miejsca przywodziła nam na myśl wszystkie rozdzielone w dzieciństwie bliźnięta i inne rodzinne sekrety. Rodzice do znudzenia nam tłumaczyli, że na pewno nikt nas nigdy nie porwał, nie podmienił i nie przetrzymywał w niewoli do siódmego roku życia, kiedy to nam się znajomość zagęściła. Niestety ani trochę nie byłyśmy do siebie podobne. Figury też dość szybko zrobiły nam się kompletnie różne. W związku z tym szybko porzuciłyśmy zwyczaj ubierania się w duecie na rzecz bardziej indywidualnych popisów designerskich. Zwyczaj oglądania majtek utrzymał się jeszcze przez lata.

Gdy miałam czternaście lat byłam przez pół roku w Sanatorium i zakochałam się tam śmiertelnie i z emfazą w pewnym Piotrze. Piotr tańczył jak szatan, całował wspaniale i to z nim właśnie pierwszy raz uczyłam się co zrobić z językiem, a co z nosem i jak przechylić głowę, żeby wyszło romantycznie a nie jakby Pan Gienek przepychał zlew sąsiadki. Całowaliśmy się zawsze za stajnią i do tej pory wyjazd na wieś oraz specyficzna woń temu towarzysząca kojarzy mi się błogo i nostalgicznie. Ale bez przesady – nie mam tak, że koński bobek w parku i odpadam. Tyle, że patrzę na niego z nieco większym sentymentem niż na te psie. Po pół roku wróciłam do Warszawy. Żegnaliśmy się długo, obiecaliśmy się odnaleźć i w zasadzie byłam szczęśliwa swoim pierwszym młodzieńczym zauroczeniem. Siedząc w pekaesie projektowałam już sobie nasze przyszłe spotkania, gdy nagle dotarło do mnie, że ni chuja nie mam adresu mojego niedoszłego absztyfikanta. Jebło mnie takie wielkie pudło. Płakałam chyba z dwa dni a Mamut myślał, że ja tak za sanatorium tęsknię i obiecał nawet, że mnie jeszcze kiedyś tam poślą skoro tak bardzo chcę. Potem z Najlepszą Przyjaciółką uknułyśmy chytry plan. Ponieważ wiedziałam gdzie kolega Piotr zamieszkuje – w sensie dzielnicy – i jak ma na nazwisko, zerwałyśmy się obie w któryś dzień ze szkoły na beszczelne wagary. Pojechałyśmy autobusem na drugi kraniec miasta – bo kolega Piotr z Ursusa był – dowiedziałyśmy się gdzie jest poczta, nakupiłyśmy od groma żetonów do automatów telefonicznych, wypożyczyłyśmy książkę telefoniczną od zdziwionej Pani Z Okienka i rozpoczęłyśmy krucjatę. Dzwoniłyśmy do wszystkich ludzi noszących to nazwisko i pytałyśmy, czy zastałyśmy Piotra. Najczęściej były to pomyłki, jednak z uwagi na fakt, że nazwisko kolegi Piotra było i jest masakrycznie wręcz popularne, nie wspominając o imieniu, po całym dniu miałyśmy chyba ze 40 potencjalnych namiarów. Jednego nawet matka poprosiła do telefonu. Ale to nie był ten. Zresztą i tak cały ten dzień zmęczył mnie tak dokumentnie, że uczucie do kolegi Piotra minęło błyskawicznie. Gdy później zobaczyłam go na Starówce nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym podejść i się przywitać. Wkurw mną za to zatrząsł dokumentny. Dobrze więc, że jednak nie podeszłam. Przecież bym mu chyba oczy wydrapała.

Gdy miałam czternaście lat zamknęłam się kiedyś w męskiej ubikacji bo założyłam się z Koleżanką, że dam radę wytrzymać tam całą długą przerwę. Wytrzymałam. Tylko potem cholernie wstydziłam się wyjść, bo ciągle ktoś do tej ubikacji wchodził i ruch wcale nie zamarł z okazji rozpoczęcia kolejnej godziny lekcyjnej. W efekcie ominęła mnie matematyka i pół polskiego i gdy w końcu już nie wytrzymałam i wyszłam bo byłam tak zdesperowana, że było mi wszystko jedno, napatoczyłam się oczywiście na Dyrektora… śpiewającego „Czerwone maki pod Monte Cassino” przy pisuarze. Nie chcecie wiedzieć jak potem wyglądął mój dzienniczek uwag, ale było w nim zajebiście kolorowo.

Gdy miałam czternaście lat razem z Taką Jedną postanowiłyśmy nawiać z domu. Taka Jedna na stałe mieszkała we Wrocławiu a do Warszawy przyjeżdżała do Babci. Miałyśmy wtedy fazę na „nikt nas nie rozumie a rodzice to cyborgi” i bunkrowałyśmy się w ogrodowej altance by obmyślać gry-plan. Rozpięłyśmy na ścianie mapę, wyrysowałyśmy szlaki i po obejrzeniu filmu „300 mil do nieba” byłyśmy już pewne, że naszym celem jest Dojczlandia a dostaniemy się tam przy pomocy tira. Donosiłyśmy sukcesywnie do naszego Ogrodowego Centrum Dowodzenia plecaki z ciuchami, konserwy w charakterze prowiantu, butelki z mlekiem, krakowską podsuszaną i latarki. Pewnego dnia Babcia Takiej Jednej postanowiła nam zrobić niespodziankę i upiekła ciasto. Wiedziała, że całymi dniami siedzimy w tej altanie i szemrzemy toteż nie chciała nam przeszkadzać. Otworzyła drzwi swoim zapasowym kluczem i z zamiarem pozostawienia owocowego placka na stole a następnie oddalenia się po angielsku, wlazła do środka. Tyłek po zdzichowym pasku miałam chyba odrętwiały z tydzień i do tej pory kiepsko reaguję na zwoje map. Ale w sumie to się cieszę, że ta cała wielka ucieczka zdemaskowała się sama i nie musiałyśmy wyjść na popisowe kretynki. Nigdy ni cholery nie było u nas żadnych tirów. I nie miałyśmy jak się później okazało otwieracza do konserw.

Gdy miałam czternaście lat zainteresowało mnie jak to się dzieje, że gdy w jakimś telewizyjnym filmie są tak zwane „momenty”, czyli przeplatanki ogólnocielesne, Mamuty robią się podenerwowane i za wszelką cenę usiłują odwrócić moją uwagę od ekranu. A to nagle trzeba było przynieść coś z kuchni, a to padało pytanie kontrolne o lekcje. Najczęściej wszystko kończyło się jednak odesłaniem mnie do łóżka. Z racji życia w jednym pokoju, nie mogli mnie odesłać nigdzie dalej, bym w błogiej nieświadomości mogła pozostać jeszcze długie lata, albo raczej tygodnie, bo po kilku Zdzich w końcu odważył się na decydujące starcie i rozmowę o pszczółkach i motylkach oraz o pochwach, penisach i prokreacji. Filmy zawsze świetnie widziałam odbite w lustrze krenedsu, który stał akurat naprzeciw mojego łóżka – o czym nikt chyba nie wie do dziś. Efektem zaś rozmów uświadamiających był mój pierwszy autorski komiks, powstały na wewnętrznej stronie okładki książki do historii, którym zgorszyłam pół szkoły i całą chyba parafię, bo historyczka poleciała do księdza. Żeby odprawił egzorcyzmy chyba.

Narysowałam wszystkie pamiętane z krednesianego lustra „momenty”, wszystko ze szczegółami, których dowiedziałam się od Ojca oraz ze szkolnych Rozmów Zakazanych. A na każdym komiksowym penisie była zawsze wielka oczojebna prezerwatywa w kształcie komina elektrociepłowni.

Do tej pory gdy mijam Kawęczyn uśmiecham się zagadkowo.

Chyba wystarczy, co?

12 uwag do wpisu “Wersja nieoficjalna

  1. a na mnie się dziwnie w pokoju ludzie patrzą, jak czytam coś namiętnie wpatrując się w monitor i rechoczę jak wiekowa ropucha 😀

    Polubienie

  2. no całkiem niezła bylas,teraz takie pomysły to mają niestety mlodsze -latki a te 14 i ciut więcej sa juz bardziej rozfantazjowane i wyzwolone niestety,a jak nie sa to rówiesnicy szybko je do tego przyuczają ,wiem bo mam na stanie 13 i 15 ,ech..

    Polubienie

  3. to ja jednak miałam trudne dzieciństwo- nie potrafie przypomniec sobie ani jednego szczegółu kojarzącego mi się z mieniem czternastu lat.

    Polubienie

  4. Gdy mialem czternascie lat jeździełem na obozy sportowe. Nie dla sportu. To oczywiste. Dla, jak to mowia dzisiaj, ‚fanu’. Nasz trenere mial tę wspaniałą cechę charakteru, która pozwałała mu byc naszym wzorem, a jednoczesnie nie przeszkadzała mu w wieczornym upadalaniu się w swoim maleńkim pokoiku. Bez okna oczywiscie. To chyba kantorek sie nazywalo. I myśmy stali wieczorami i z lubieżną rozkosza czekaliśmy godziny okolic 22:00, w której to wiekopomnej chwili z kantorka „wylewał” sie nasz trener i głosem zmeczonym acz nadal dudniącym wołal po pustych korytarzach szkoly nr jakiśtam.
    – Chlopcy! Chłopcy! Czy ja już Wam mowilem, ze sport to zdrowie!?”
    Po czym wracał spokojnie i delikatnie zamykał drzwi swojej swiątyni pachnącej gumowymi piłkami i brudnymi od ziemi siatkami na bramki. Wowczas to właśnie zorientowałem się, że ziemia ma zapach.
    Swoją droga zapachy w wieku 14 lat stają się tak natarczywe, ze ze wszystkich rzeczy związanych ze sportem najbardziej pamietam wlasnie zapach piłki, siatki, kleju do palców oraz brudnych, spoconych koszulek rzucanych na poduszkę skąd inąd smierdzącego łózka kolonijnego, które wykorzystywane było na wszelkie ferie, wczasy i wakacje.

    Mając wiec te czternascie lat okazywało sie, że życie sklada sie z krótkich epizodów, których pamięc nie starała się zatrzymać nazbyt długo.

    Czy zycie czternastolatka rózni sie od zycia czternastolatki?

    A guzik z pętelką.
    Guzik z pętelką temu, kto twierdzi, że tak.

    Zycie czternastola-tka, -ki jest rownie nieznaczące jak życie „jeszcze raz tyle starszego” pracownika wielkiej korporacji. Tzw. – „wielko-korporacjanina”.

    P.

    Polubienie

  5. Hejka.
    Wpadłem tutaj przez przypadek i kurde zostane 😛
    Masz bardzo ciekawie napisane notki, I niedługo chyba przeczytam ci całe archiwum.
    Pozdrawiam i gratuluje 😉

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do pepegi Anuluj pisanie odpowiedzi