Miszczuniu

Cały wczorajszy dzień upłynął mi pod hasłem: – Czy ktoś widział dziubdziuba? Jak wygląda dziubdziób? – czyli o ja pergolę. Z rzeczy, które mnie nie bolały to chyba tylko mogę wymienić paznokcie. Mam za krótkie. W głowie miałam jakiś festiwal muzyki country z przytupami. Tylko nie wiem po co im pneumatyczny młot. O nosie i gardle to w ogóle nie powiem, bo nie ma o czym. Nawet nie mogłam powiedzieć żeby mnie wszyscy, którzy coś chcą w pompkę cmoknęli. Bo generalnie nie mogłam mówić. Chusteczki mnie wkurzyły, gdyż zbyt częstko trzeba było otwierać nową paczkę. Przerzuciłam się zatem na papier toaletowy. I tak sobie siedziałam kaszląc i smarkając w ten papier jak jakaś smętna kurde Świtezianka a współpracownicy litościwie nie komentowali tego jak wyglądam. Bo jestem pewna, że wyglądałam dokładnie tak jak się czułam.

Po pracy nastawiłam się na walkę ja kontra służba zdrowia, ale spotkało mnie miłe zaskoczenie. Miłe zaskoczenie miało postać sympatycznej Pani Doktor Iksińskiej-Kiełbasińskiej i pachniało lawendą. Miłe zaskoczenie spotkało mnie gdy przed odebraniem Lokatora ze żłobka postanowiłam dać NFZ-owi ostatnią szansę zanim zdetonuję wszystkie ośrodki z tym szyldem i udałam się do pobliskiej Przychodni. Zresztą byłam już tak zdesperowana, że nigdzie dalej bym nie poszła. Przygotowałam się psychicznie na krew, pot i łzy, tudzież pokazowe zagryzienie przygodnego statystycznego pacjenta, a tymczasem miła Pani Recepcjonistka spytała w czym może mi pomóc i ąę i w ogóle pełen Wersal. Już zaczęłam rozglądać się za ukrytą kamerą ale mnie olśniło. Ferie są – tak? Tak. I kto mógł to wyjechał – tak? Tak. I wszyscy nawiedzeni emeryto-renciści wszelkie przybytki służby zdrowia okupują rano a nie o 17 – tak? Tak. No więc ona po prostu Z NUDÓW taka miła i uczynna. Bo faktycznie puchy były, że chyba tylko jeden samotny płaszczyk zamajaczył mi na haku w szatni. I nawet jej nie przeszkadzało, że mojego lekarza nie ma (urlop) i ona musi dokonać niesamowicie żmudnej operacji przepisania mnie do innego. Nic jej nie przeszkadzało. Zastanawiam się czy gdybym poprosiła o setę to spytałaby tylko: z ogóreczkiem czy bez?

Poszłam więc do pachnącej lawendą sympatycznej Pani Doktor Iksińskiej-Kiełbasińskiej i nawet nie musiałam za dużo mówić. Sama się domyśliła gdy wydudniłam dzień dobry wieczór. Naniosła mi tylko w ramach Super Ważnych Uwag w karcie o tym moim uczuleniu na penicylinę co wyszło w Niemcach, czego przekazanie wymagało ode mnie maksymalnego skupienia, gdyż przy moim stanie roztrzepania całkiem prawdopodobne, że przypomniałabym sobie o tym dopiero popijając tabletkę. Obejrzała, pozaglądała, posłuchała i wydała werdykt. Angina, zapalenie zatok i gardła. I kurde co jeszcze? Rwa kulszowa? Nosz fak. Anginy to się domyśliłam, bo mam co roku ale te pozostałe bydlaki to mnie już prześladować zaczynają. Dostałam recepty i kilometrowa rozpiskę jak co brać. Oczywiście chyba po arabsku ale cyferki i pierwsze litery widać – to najważniejsze. W aptece zostawiłam ma-ją-tek (normalnie dawno tyle tego nie wyszło) i złorzecząc pognałam po Dziecia.

Strasznie ciężko Małemu wytłumaczyć dlaczego nagle przestałam Go przytulać i całować. Ale zwyczajnie nie chcę by się zaraził. Bo nigdy z tego lekarskiego pierdla nie wyjdziemy. Na szczęście przyjechał Wujek Tomek z zakupami i Halka z uśmiechem i trochę Lokatora zajęli. Za to już obawiam się weekendu. Raczej mi nie przejdzie. A na Niego może.

Wieczorem wzięłam sobie wszystkie te tabletki co to mi porozpisywała Lawendowa, usypałam w kopczyk i łyknęłam. I w zasadzie się najadłam. Więc kolacja jakby zaliczona. Zresztą po chwili poczułam, że nie jest dobrze. Pomyślałam, że mam już Dziecia na wierzchu a bliskich spotkań z UFO ostatnio nie praktykowałam, jednak jakiś Obcy tam był. I chyba pragnął kontaktu. Przeszło po gorącej herbacie i grzanym winie z miodem i mandarynkami. Udziudziane jak dwa parchate szpadle (doprawdy ekonomiczne jesteśmy bo po dwóch szklaneczkach tak nas wzięło) padłyśmy i nawet nie pamiętam czy ktoś chrapał. Przynajmniej się wyspałam pierwszy raz odkąd pojawił się Pan Katar.

Dziś rano w pracy za to odkryłam czemu mi wczoraj było tak niedobrze.

Wzięłam te prochy w garść i coś mnie tknęło. I przysięgam jak mnie jeszcze raz coś tknie to albo puszczę w końcu ten kupon w totka albo komuś ze szczerego serca przylutuję moim prywatnym obrotowym krzesłem. Bo zawsze jak mnie coś tyka, to się okazuje potem, że coś jest nie tak. Teraz też.

Czytam. Czarno na białym stoi.

Środek X, sposób użycia:
zawartość kapsułki wymieszać z letnią wodą w proporcji takiej a takiej, odczekać kilka minut i wypić.

Proste nie?

Wczoraj łykłam od razu. W kapsułce i bez rozcieńczania. Dobrze, że przynajmniej był to środek doustny.

No halo! Niech mnie ktoś dobije.

4 uwagi do wpisu “Miszczuniu

  1. Czasem rozne rzeczy sie zdarzaja, zeby oszczedzic szczegolow powiem jedynie, ze chodzi o czopki przeciwko hemoroidom 😉
    Takze generalnie, wszystko w normie 🙂
    Tylko prosze, Bajko, czytaj ulotki, bo po co komu efekt uboczny w stylu drugiej glowy, lub trzeciej reki… na plecach.
    Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  2. tak szybko chcialas wyzdrowiec ze ulotki nie przeczytalas:)no i w koncu jestes chora to i moglas sie pomylic:)dobrze ze nie zaszkodzilo ale czy pomogło:)?

    Polubienie

  3. A mnie to się tak przypadkiem przypomniało jak pani miała robione gałki dopochwowe i przyszła następnego dnia żeby jej dać coś na żoładek bo jak ona to łyknie to później jej strasznie niedobrze.

    Polubienie

Dodaj komentarz