A! Gdzie jest wyjście ewakuacyjne?

Brak mi motywacji do robienia brzuszków. Państwo wybaczą ale tytuł mówi wszystko. Przychodzę do domu i padam na pysk stylem dowolnym.

Oczywiście najpierw muszę (czytaj: chcę) przeczytać pięćset tysięcy pierwszych zdań książeczek z bajkami (drugie już są nudne), wystąpić w charakterze sztalug i trzymać Młodemu kartkę, podczas gdy On popełnia akurat wiekopomne dzieło pod tytułem: Nie Wiem Co To Ale Niezły Bazgroł Co Nie? (bo rysować to Młodzież lubi nawet bardzo za to nie bardzo opanowała jeszcze sztukę jednoczesności), wyszperać spod lodówki ukryte tam magnesy i przyczepić wiekopomne dzieło do jej wrót tak by Twórca mógł poczuć swoją moc twórczą grzebiąc nawet w worku na ziemniaki (ulubionym rekwizycie kuchennym Lokatora ostatnio), zabrać worek na ziemniaki z zasięgu lokatorskich dłoni i wzroku, operację powtórzyć kilkanaście razy (bo za każdym razem szelma wywęszy – potrzebuje skrobii czy jak?), zainteresować Go układaniem wysoookiej wieży z klocków (a raczej burzeniem tej, którą ułoży mama, czyli ja), odciągnąć Potomka od klocków po godzinie (kiedy to mama, czyli ja ma w oczach jeno obłęd, ból i dysonans poznawczy a Potomek wręcz przeciwnie), a w tak zwanym śmiesznie międzyczasie usiłować wepchnąć Młodemu co nieco do dzioba w celach konsumpcyjno-przetrwalnych. Bo moje do niedawna Dziecko-Jamochłon przeszło teraz na wyznawanie kultu światła i żywiło by się najchętniej jedynie miłością do świata i energią słoneczną. I tu halo? zagadka – kto to taki? Nie je, nie pije a chodzi i żyje. Podpowiedź brzmi: nie ja. W innych okolicznościach być może byłoby mi to nawet na rękę ale przyzwyczaiłam się raczej do bronienia talerza niż uciekania się do podstępu żeby został opróżniony. I jak już to wszystko zrobię, poodnajduję na powrót ukryte magnesy, klocki pieczołowicie umoszczone we wszystkich butach i dostępnych otworach, pozbieram zabawki, znów pozbieram zabawki, i jeszcze raz… bo już zbliża się pora kąpieli, Lokator opcjonalnie:

– albo właśnie wcale nie chce się kapać, choć przed chwileczką jeszcze chciał, ale teraz już w zasadzie nie chce,
– albo chce, chce bardzo, tak bardzo, że nie chce wyjśc z wanny przez najbliższy rok,
– albo nie chce, ale może by chciał, ale właściwie to sam nie wie,
– albo chce tylko ze wszystkimi swoimi kąpielowymi zabawkami (nie wiem jak on to robi ale zawsze dostrzeże brak choćby fragmentu jednej),
– albo nie może przestać myć zębów, jakby się bał, że Mu wszystkie na raz wypadną z chwilą gdy tylko wyjmie z paszczy szczoteczkę,
– albo właśnie ma wielki problem egzystencjalny a mama, czyli ja Mu tu z kąpielą…

Kiedy więc wreszcie oporządzę Obywatela i dokonam niezbędnych czynności typu wycieranie do sucha miękkim białym ręcznikiem (oj jak to strasznie boli), wetrę w każde potrzebujące miejsce odpowiedni krem (a to jeszcze bardziej), podam obywatelskie kropelki antyalergiczne (niby smakują w porządku ale wydrzeć się przecież wypada) i zawinę całość w pieluchę i piżamę, zaczyna się cyrk z Kaszką Na Dobranoc. Dotychczas Kaszka Na Dobranoc (czyli mleczno-ryżowy bełt o smaku dowolnie wybranych owoców, który jest co prawda pyszny ale wygląda potwornie) była ulubionym posiłkiem Lokatora. Poza wszystkimi innymi, które też uwielbiał. Teraz trzeba czekać aż Lokator praktycznie już uśnie i metodą łyżeczkową wlewać Mu zawartość butelki, na którą nie chce już nawet spojrzeć. Butelka czuje się okropnie, ja jeszcze gorzej a Lokator, gdy tylko się ocknie i zobaczy, że jest karmiony, odmawia współpracy i nie śpi tylko czuwa godzinami żeby Mu czasem nic już nie wepchnięto. No kosmos normalnie. Ja mam nadzieję, że to przejściowe albowiem jeszcze chwila i przestanę funkcjonować zupełnie.

W moim opisie pominęłam czynności tak prozaiczne jak wycieranie nosa (10 minut), nocnik (20 minut), czy założenie spodni (ostatnio pół godziny). Po prostu jestem zmęczona i wszelkie ćwiczenia wieczorne zaniedbałam z kretesem. Kiedy już mam akurat chwilkę żeby paść na pysk, zasypiam. Za to myślę, że spokojnie mogą mnie przyjąć do sekcji lekkoatletycznej. Specjalizuję się w biegach z przeszkodami.

Wieczorem powitaliśmy przecudnej urody wysypkę. Dziś po południu przyjdzie lekarz. Obawiam się, że do wersji z zębami trzeba będzie nanieść pewne poprawki.

W nocy:

Ja – Mamo, my też tak chorowałyśmy?
Mamut – Gorzej. I nie było niczego. Jak u Kononowicza.
Ja – Nie chciałaś nas sprzedać??
Mamut – Żartujesz? Musiałabym jeszcze dopłacić.

Ale poza tym życie jest piękne i nie ryczę, nie smucę się ani nic i nie rozklejam się bo dobre kleje tu mamy. Czasu nie mam na pierdoły. Po prostu czasem chciałabym mieć taki komfort, że mogę. Ot co.
To tak jak ze ściągawkami na historię – robiłam i nigdy nawet nie wyjęłam z plecaka. Wystarczyło, że były. Chociaż myślę, że z facetem byłoby nieco inaczej. Zacznijmy od tego, że nie zmieściłby się w plecaku.

7 uwag do wpisu “A! Gdzie jest wyjście ewakuacyjne?

  1. teraz jest sezon ospowy, więc może to ospa?
    lepiej teraz niż później, dorośli kiepsko znoszą choroby wieku dziecięcego:)
    ja ospę mam za sobą, znaczy się u mojej córki, bo sama nie chorowałam i bardzo się bałam, że mogę podłapać:)

    Polubienie

  2. Słonko jak tak zapierniczasz jak mały motorek to właśnie ćwiczysz. Daj sobie spokój z tymi brzuszkami do czasu jakiej takiej stabilizacji zdrowotnej potomstwa. Też mi przeszkadza ten miszlę wokół talii ale mam to… daleko
    😉
    Na wiosnę (jeśli kiedykolwiek nadejdzie) będę się katować odchudzaniem.

    Polubienie

  3. Może to była gorączka trzydniowa? Wysypka pojawia sie bardzo drobniuteńka i nawet na powiekach – ale przynajmniej zwiastuje KONIEC choróbska 🙂 zobaczysz co powie lekarz….

    Polubienie

Dodaj komentarz