Najwyraźniej wszyscy razem i każdy z osobna boimy się, że mogłoby po nas nic nie pozostać. Bodaj jakiś niezapłacony rachunek tylko, ale zawsze. Bo stąd chyba biorą się te wszystkie podpisy w każdym miejscu wszechświata, zatknięte flagi, symbole, odciski stóp i dłoni. Od dziecka uczymy się jak pisać swoje imię, nazwisko, inicjały, pseudonim. Potem wydrapujemy je na szkolnych ławkach, umieszczamy na ważnych dokumentach czy też na plażowym piasku, rozbielonym i rozgrzanym od słonca, od lat. Wszystko po to, by wszyscy inni wiedzieli, że to my, i że tu, i że kiedyś. Bo gdzieś w ciemnych zakamarkach podświadomości mamy cichą nadzieję, że jeśli nawet zniknie wszystko, to przynajmniej to po nas zostanie. Sygnatura. Na znak, że istnieliśmy. I byliśmy z krwi, kości i uczuć, choć możemy pozostać tylko odrapaną kredą we fragmencie napisu, lub wyblakłym atramentem na pożółkłej kartce papieru.
Mieszkam na warszawskiej Woli. Codziennie chodzę ścieżkami, w których przeszłość z teraźniejszością uprawiają wzajemne przenikanie. Tu, gdzie grafficiarze zrobili sobie hyde park i pokrywają pod ciśnieniem kolejne fragmenty przestrzeni barwnikiem, stały kiedyś mury oddzielające lepszych od gorszych. W kanałach kryli się ludzie a w bramach kwitł handel wymienny. I pisano listy, których stosy można teraz oglądać w muzeum. Do dziś każdego ranka mijam kamienicę, w której ścianach tkwi równo odciśnięta historia. Precyzja z jaką wymierzono serię z karabinu zdumiewa i przeraża. W każdy otwór akurat mieści się serdeczny palec. Teraz dom jest już pusty, przygotowany do rozbiórki, a zamurowane drzwi i okna na parterze milczą. Ale w zawilgotniałych murach nadal tkwią wspomnienia, czyjeś losy i sny, a strzęp zbutwiałej firanki w uchylonej wyrwie okiennic na trzecim piętrze, za każdym razem przypomina mi, że są miejsca, w których czas płynie wolniej. Tuż obok dziur po pociskach jest wysprajowany szablonem napis. Wolny Tybet. Ostatnia litera przypada akurat na zamurowane pustakami okno.
______________________________________
A na mojej ulicy był kiedyś z wizytą u znajomych Pablo Picasso. Narysował wtedy, w ramach podziękowań za gościnę, węglem na zewnętrznej ścianie ich mieszkania Syrenkę. Okazało się, że to tylko kilka domów ode mnie. Koniecznie muszę sprawdzić, czy rysunek nadal tam jest. Albo chociaż ślad po nim. A nawet jeśli został zamalowany bezpowrotnie, bo tłumy gapiów nękały mieszkających tam ludzi, to mam nadzieję, że poczuję magię tego miejsca. Wtedy będzie tak, jakby Syrenka była tam nadal. Bo jest. Pod warstwami farby sprzed pięćdziesięciu lat.
koniecznie sprawdź i daj cynk. 😉
Może chociaz jakaś tabliczka jest ‚upamiętniająca’.
PolubieniePolubienie
Niestety syrenkę Picassa zamalowano już w 1953 roku. Jej historię można znaleźć np. tu: http://www.babaryba.pl/index.php?d=informacje&id=6
Pozdrowienia
PolubieniePolubienie
I jeszcze tu: http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3664310.html
PolubieniePolubienie
Także lubimy to, co pozstaje po kimś, kto odszedł dawno. Stąd z równym zachwytem oglądamy byki w Lascaux, jak i listy po prababce… Czasem mam wrażenie, że w przedmiotach pozostaje coś z dawnych właścicieli, ludzi, którzy je kochali, dotykali, używali. Dlatego lubię starocie. Przedmioty, pamiątki są łacznikami pomiędzy nami, a tymi, którzy odeszli oraz tymi, którzy nadejdą.
PolubieniePolubienie
nisko kłaniam się koleżance mierzącej serdecznym palcem ślady po nabojach. pięknie napisane.
PolubieniePolubienie
…u nas zdarzają sie grafitti wydrapane jescze w xv wieku i przez te wszystkie lata aż do teraz. Napis Johann van Tolese 1879 obok blaknącego, cyrylicą „min niet”…
PolubieniePolubienie