W związku

W związku z akcją ‚Święta w kraju i na świecie’ wszyscy biurwownicy* jak co roku zostali oddelegowani Gdzie Indziej. Żeby sobie pojeździli po warszawskich sklepach i pointegrowali się z innymi przy wspólnym zapierdalanku. Firma stawia. Za każdym razem to Gdzie Indziej jest inne i za każdym razem stanowi taką niespodziankę jak granat w wychodku. Oczywiście nie muszę dodawać, że w czasie tej szeroko pojętej integracji, przydziałowa robota w Firmie leży odłogiem i czeka narastając równomiernie. A to dopiero początek. Zazwyczaj w ostatnim tygodniu przed świętami (włącznie z Wigilią) kwitniemy na zapleczu jakiegoś salonu przegrzebując kurz i sterty towaru, klepiąc zamówienia i faktury, układając na półkach książki i płyty, bądź tkwimy na chwiejnym stanowisku w samym środku gigantycznej kolejki i udzielamy informacji o rzeczach, o których przez cały rok nie mamy pojęcia. Mnie się z reguły dostawało dziesięciogodzinne pakowanie prezentów, po którym miałam odruch składania szalika w kancik i obwiązywania wstążeczką kanapek. Ale pakowanie nie było takie złe bo przynajmniej stało się w jednym miejscu, w wątłych chwilach małego ruchu można było sobie przycupnąć na zydelku, nikt nie atakował w poszukiwaniu ‚jakiejś gry, o której słyszał, że fajna’ i poza rękami i nogami nic nie bolało. Bo na przykład tych co musieli nosić ciężkie kartony bolało wszystko łącznie z paznokciami.

Tak, przyznam szczerze, że po prostu jako biurwownicy, mający w aneksach całkiem różne od tych sklepowych obowiązki, nie nawykliśmy do pracy fizycznej i sprawiało nam to nie lada problem. Trudno sie zresztą dziwić. W efekcie nie wiem czy dużo napomagaliśmy, bo ktoś, kto pracuje tam okrągły rok dobrze wie, gdzie znaleźć tomik poezji Rilkego a gdzie rozmówki polsko-węgierskie. My czasem miotaliśmy się jak wściekli zanim w końcu udało się znaleźć to, czego szukał klient. Integracja też w warunkach świątecznych wychodzi nie najlepiej, zwłaszcza że sklepownicy z zasady nie lubią biurwowników, bo są obcy, z centrali i tylko przeszkadzają. Ale jak widać Firma postanowiła uszczęśliwiać na siłę. Finalnie każda strona całą akcję traktuje odwiecznie jako dopust boży, ale jak wiadomo trzeba to odbębnić, miec spokój i wrócić do własnych papierzysk, z których w tym czasie tworzą się już pokaźnych rozmiarów hałdy.

Tym razem pracę w terenie zaczęliśmy już teraz. Dziś rano na przykład dostałam radosny sms a w nim informację, że jadę do… nazwijmy to Magazynem. No więc jadę do Magazynu. Wszystko byłoby fajnie gdyby Magazyn nie znajdował się już poza granicami Warszawy, a mianowicie w Jabłonnej. Ja w końcu nie wiem bo może kogoś obrażam i Jabłonna (znana ze wspaniałej stadniny koni i pięknego szlacheckiego dworku) po ostatnich podziałach administracyjnych już jest częścią stolicy, ale nie zmienia to faktu, że jest w chuj daleko. I że trzeba tam oczywiście dojechać na własną rękę, nogę i odpowiedzialność. Nic to – pomyślałam sobie – nie tylko ja muszę tam jeździć, więc nie będę marudzić. Przyjechałam do Firmy, zabrałam otrzymanego laptopika, zataszczyłam go do tramwaju, z tramwaju do metra, z metra do autobusu i pojechałam. Jechałam, jechałam i jechałam, i zastanawiałam się jak cudownie mieszka mi się teraz tu gdzie mi się mieszka, gdzie – w odróżnieniu od Mamutowa na przykład, dokąd wrócę jak tylko zrobią się tam warunki nieco inne, niż jeden pokój z kuchnią dla wszystkich – wszędzie jest blisko a podróż do pracy nie stanowi całej wyprawy. I jak bardzo wolałabym teraz siedzieć przy swoim biurku i marudzić, że znów skończyła się kawa. Wreszcie dojechałam.

Ani przez moment nie pomyślałam, że gdyby ktoś chciał mi tego otrzymanego laptopika zabrać, to nie dość, że nie wypłaciłabym się do końca świata, to jeszcze mogłabym nawet nie mieć okazji. Gdyby na przykład przy okazji ów ktoś ukręcił mi łeb. A okolica była raczej nieprzypadkowa, jeśli chodzi o osobniki skłonne do podobnych czynów. Podmokło, odludnie i zagajnikowo. Co jakiś czas tylko tu i ówdzie rozkwitały szyldy hurtowni, magazynów i hal pokrytych blachą falistą. Magazyn znalazłam stosunkowo łatwo. Ładny, wypasiony wszelkimi srebrzeniami, fikusami i biurwowymi mebelkami wyższego sortu. Oczywiście dla dyrekcji. Bo reszta zaiwaniała na hali przy taśmie. Oczywiście nikt nie wiedział po co przyjechałam, więc pierwsze pół godziny zmitrężyłam na tłumaczenie i objaśnianie. Jak się w końcu dodumali kto zacz i w jakim celu, okazało się, że laptopik super, ale nie ma gdzie go przypiąć co by się połączył z siecią. Dla mnie bomba. Kiedy wreszcie przyszedł jakiś informatyk z kabelkiem, zrobiłam to, z czym nie mogli sobie poradzić od tygodnia (czytaj: wyszukałam im w bazie towar, którego oni wyszukać nie umieli) i okazało się, że w zasadzie to już. I mogę wracać do Firmy. A w zasadzie to nie chodziło im o kogoś od nas, tylko z sąsiedniego działu. Niby blisko, ale robią zupełnie co innego. Szlag mnie lekko trafił, bo od wyszukiwania to jest książka telefoniczna, względnie gugiel, a to co chcieli a im się nie udało, każda małpa przeszkolona w systemie by zrobiła, ale stłumiłam wkurwa w zarodku, zawinęłam laptopika, pożegnałam się bardzo uprzejmie i wyszłam.

Pracuję osiem godzin. Ósma – szesnasta. Dyżur mam jeden w tygodniu. Do osiemnastej. Mam swoje do zrobienia i z tego się wywiązuję. Ale jeśli muszę rzucić wszystko w diabły i półtorej godziny jechać na Koniec Świata W Komunikacji, dźwigając chrzaniony, drogi jak stuletni bonsai sprzęt, tylko po to, by popracować dwie godziny, stracić kolejne dwie na dojazd z powrotem (nigdy nie wiem czemu z powrotem zawsze wychodzi dłużej) i z wywieszonym ozorem dotrzeć do biura, gdzie muszę laptopika zdać i jeszcze skończyć to, co było na dziś do zrobienia, to ja to pergolę. To nie jest zła praca i bardzo rzadko na nią narzekam, ale organizacja w niej leży i wzdycha. Jest żadna. Więc niech się potem nikt nie dziwi, że za każdym razem gdy idą Święta, wszyscy biurwownicy zgodnie utyskują, robią się nerwowi i rosną im włoski. I że trzeba wprowadzać zakaz pobierania urlopów, by w ogóle było kim zarządzać. Bo ja mogę jeździć nawet do Gorzowa. Tylko niech to ma jakiś sens.

No, to tyle.
Poza tym jestem szczepiona i wcale nie gryzę.

_________________
* strasznie lubię takie słowa-walizki, niby mogłabym napisać pracownicy biura ale o ileż sympatyczniej układa się toto pod palcami

5 uwag do wpisu “W związku

  1. a mnie z powrotem zwykle wychodzi krócej :))
    (trochę nie na temat – rzucałam kiedyś laptopem, który był … wojskowy ! i się nim dlatego dało rzucać, i nic mu nie było 😉 )

    Polubienie

  2. zawsze mogło się okazać, że to, czego oni pragną, w ogóle nijak nie ma się do twoich zdolności i w ogóle cała wyprawa psu w dupę… a ty tymczasem błysnęłaś. i to jest klasa!
    swoją drogą, ciekawe, do jakich myśli natchnęłaby cię przejażdżka po moim przybranym mieście rodzinnym – ruda śląska to takie małe kępki skupisk ludzkich (typu familoki, hipermarkety, aktualne i byłe kopalnie) porozrzucane szerokim gestem po wyniszczonych przemysłem lasach. wczoraj na dłuuugim spacerze z Bartolem czułem się z racji scenerii jak na jakiś filmie – raz historycznym, raz fantastyczno-naukowym, że o moralnym niepokoju i dramacie kostiumowym nie wspomnę 😉

    Polubienie

  3. bajzel na 102. szkoda, ze to nie tylko u Ciebie maja sklonnosci do bajzlowania. malo znam duzych firm, gdzie nie ma burdelu. Ale tez szkoda, ze poczta polska nie stosuje takich zasad, bo akurat na sortowaniu listow zna sie kazdy po dwuminutowym przyuczeniu, Kiedys tak bylo, ze biurwownikow (piekne slowko, pozwolisz) dyrektor zaganial do recznej roboty przed swietami i korespondencja dochodzila na czas, a teraz nikt sie nie przejmuje, listy i kartki leza odlogiem i dochodza po Nowym Roku. Moja mama-pocztowka poszla w listopadzie na emeryture, wiec nie czuję się juz taka zwiazana z poczta polska i sadze, ze przed Wielkanoca skorzystam z uslug InPostu.

    Polubienie

  4. Pepeg – widzisz, bo to nie tak, że mnie natchnęła okolica w ogóle, bo ja sama wychowałam się na zadupiu miasta – Rembridge to w końcu sam jego koniuszek i to bardzo odległy – ale akurat tego typu konkrety, że tam bagniście i oddalenia budynków ogromne a pomiedzy nimi tylko szyldy kolejnych, częśto dawno juz nie istniejących zakładów. Bo ja nie jestem jakoś strasznie ‚miastowa’. Tylko zauważyłam chaszczową pustynię falistych blach, a pośrodku tego wszystkiego wyborcze plakaty, obi, w którym genialnie i szosę szybkiego ruchu, kiepsko oświetloną i żyjącą własnym zyciem. Gdybym nie wymusiła pierwszeństwa, stałabym do świąt.

    Chuda – chyba też się przerzucę :/

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Bajka Anuluj pisanie odpowiedzi