Listonosz zawsze puka dwa razy…

… a złoczyńca zawsze wraca na miejsce zbrodni. Tak przynajmniej głoszą podania i legendy na wykładach z psychologii zbrodni na mojej ex-uczelni. Wróciłam i ja. Ściślej mówiąc nie miałam za bardzo dużo do gadania bo tu pracuję, więc wrócić jakby było trzeba ale ciii bo buduję napięcie.

Tu mi się zawsze włącza gupik (ryba taka, jedna z głupszych) i jak usłyszę/zobaczę słowo ‚napięcie’, z miejsca przypomina mi się bajka o napięciu: ‚na pięciu napadło dziesięciu’. I choćbym nie wiem czym akurat była zajęta to ta bajka mi sie przypomni. Mogę na to obstawiać jak w Wielkiej Pardubickiej i wygram na sto procent. Podobnie mam z niektórymi motywami muzycznymi, które muszę dokończyć jak kto je zaczął. W przeciwnym razie szczeznę w męczarniach. Pojawi się ‚mana-manam’ z zamierzchłego Benny Hill’a? [Z Muppetów też 😉 a nawet zwłaszcza] Zawsze bodaj w myślach ale odnucę ‚tutu tuturu’. Kosmos normalnie.

Ale dość przerywników, powróćmy do ciągu dalszego. Otóż ciąg dalszy był taki, że… wyszłam z parasolem zawiniętym z sweter. I udałam – z powodzeniem mam nadzieję – że Pan Poranny jest mi kompletnie ale to całkiem i zupełnie obcy. Przedefilowałam obok i nawet się nie potknęłam. A proste to nie było bo strasznie mnie uwierał uchwyt parasola, który musiałam wsadzić sobie pod pachę bo spod swetra wystawał. Nie powiem, żeby super wygodnie się tak szło ale dobrnęłam do wyjścia. A potem dziką polką kurcgalopką pognałam do tramwaju. Żeby zdążyć i na wypadek gdyby Poranny sobie przypomniał i żądał satysfakcji.

I tyle przygód.

W weekend nie działo się nic. Poza butelką wina przy ‚Constantine’ i wszechobecnym chlupoczącym deszczem. Ale ja nie marudzę. Śmieci po prostu zamiast wczoraj wyniosłam dzisiaj. Nie przeszkadzał mi upał i nie przeszkadza mi deszcz. Tylko zimna nie lubię. Trzydziestostopniowe upały nie robią na mnie wrażenia ale na samą myśl o minus pięciu, ustają funkcje życiowe moich ciepłych skarpet. Jestem wieczna zmarzlina i cała ta epoka lodowcowa zeszłej zimy to był dla mnie wielki cyrk. Tyle, że mało zabawny. Jak to cyrk. Póki co zaś cieszę się tym latem, które mi zostało i czekam na słońce.

Na występy sobotnio-niedzielne plany miałam ambitne. Miałam sprzątać, gotować, prasować i doglądać. Tymczasem wybrałam aktywność horyzontalną i gruntownie przebimbałam weekend z Lokatorem na brzuchu. To spaliśmy, to budziliśmy się, coś jedliśmy, czegoś nie. A mi w głowie wciąż tkwiła jedna myśl: cudownie się przytulać do Ciebie, Synku.

Nadal lubimy gdy On zasypia z głową gdzieś przy moim sercu. Oboje. Z brzuchem do brzucha, z rękami bezwładnie zwisającymi albo wciśniętymi pod siebie, albo z całą dłonią zaciśniętą na moim kciuku, z rozchylonymi ustami, z miarowym oddechem, z drżeniem powiek i bezwiednym uśmieszkiem gdy śni. Godzinami potrafię patrzeć jak leży w kołysce z moich ramion. Zawsze się wzruszam. Mało mi trzeba do szczęścia. Wystarczy leniwa niedziela.


fot: Malinka

Więzień numer 1710, notatka pierwsza

Małego niedźwiadka Aleksa uniosła kra na środek morza.
Pewnie umarłby z głodu i chłodu…

Najmocniej przepraszam tego Pana Porannego co to Mu parasolem w twarz wystrzeliłam wysiadając z tramwaju z Młodym w nosidle. Ja wiem, że to nie mogło należeć do najprzyjemniejszych zdarzeń tego poranka ale nie widziałam zza tej brudnej szybki i zza głowy co mi z nosidła wystawała nic poza deszczem i sądziłam, że tylko deszcz na tym przystanku jest obecny. Za to myślę, że Pana Porannego nic gorszego tego dnia już nie spotkało – w końcu mokry parasol na czole to nie lada wyzwanie i mało co jest w stanie to przebić. Zawsze to jakieś pocieszenie, prawda?

A przypomniałam sobie to wszystko teraz i nagle bo właśnie przed chwilą na korytarz wyjrzałam i… boję się wyjść do domu. Chyba poczekam jeszcze z minutkę. Albo piętnaście.

Bo na korytarzu stoi sobie w najlepsze Pan Poranny w garniturze. I on chyba jakis strasznie ważny jest. A ja mu tak tym parasolem rano. Z tramwaju. Prosto w czoło. O rety, że tak powiem.

Opcje są dwie:

– albo wyjdę z nadzieją, że mnie nie pozna i kompletnie nie pamięta jakiejś narwanej matki co to najpierw odblokowała automat w zontiku a potem dopiero wysiadła i jeszcze przepraszając podeptała mu wypastowane z namaszczeniem buciki,

– albo wyjdę schowana za ryzę papieru do ksero i udam, że to taka nowa moda a gdzieś w okolicy Pana Porannego padnę na ziemię i udam, że zgubiłam szkło kontaktowe ale absolutnie nie trzeba mi pomagać bo ja tak lubię samotnie czołgać się po biurowej wykładzinie.

Opcja pierwsza może się nie powieść bo muszę wyjść z tym samym parasolem, z którym przyszłam (wciąż pieruńsko pada a ja to ja ale Lokator moknąć nie powinien) i o ile jest szansa, że zostanę nierozpoznana, to mój parasol był oglądany z tak bliska, że jest bardziej niż pewnym, iż jest już dobrym znajomym Osobnika Z Korytarza. Opcja druga zaś szanse powodzenia ma takie jak sugestia, że w zima w tym roku nie zaskoczy drogowców. Bardziej uwagę zrócić tylko mogłabym wrzeszcząc przez megafon, że ‚halo, TU jestem!’ i przytupując do taktu w butach z lekcji flamenco.

Opcja trzecia była żeby nie wychodzić aż Poranny sobie pójdzie ale upadła bo jakby muszę odebrać Młodego ze żłobka.

A w ogóle to co to za pomysły żeby jacyś Ważni Panowie W Garniturach jeździli tramwajami. Samochodami powinni jeździć. Przecież.

Staram się zachować spokój i udaję, że mam jeszcze coś pilnego do zrobienia. Żeby nie wzbudzać podejrzeń rzecz jasna. W tym celu przeglądam dzisiejsze rozmówki z Pablosem i Alty z miną jakby to były tajne łamane przez poufne materiały finansowe Firmy, których światło dzienne i inne oko ludzkie dojrzeć nie powinno. Ale kiedyś trzeba będzie wyjść.

…gdyby lodołamacz „Arktyka” nie wkręcił go w śrubę.

W czasie deszczu dzieci się nudzą

Lokator ze żłobka wrócił z guzem i szerokim uśmiechem. Guz zrobił na mnie wrażenie znacznie mniejsze niż na Ciotce Etatowej, która to chyba spodziewała się, że za chwilę wezwę Ziemniaki W Mundurkach i każę zamknąć ją ‚w ciemnej tej cely na zgniłym posłaniu’. Czy naprawdę inni rodzice tak robią? Ja się za bardzo na dzieciach nie znam ale wiem, że jak zdrowe to się ruszają, a jak się ruszają to czasem i upadną, a jak upadną to i guz bywa. Normalka. Nie znam w sumie dziecia co się wychował bez guza. Do sprawy więc podeszłam odwzajemniając lokatorski szeroki uśmiech i guza całując po matczynemu. Na szybsze gojenie. Na tym pouśmiechaniu się wzajemnym i szczebiotach jeszcze niezidentyfikowanych wolę się skupiać nie zaś na jakichś tam skutkach ubocznych synowskich rekreacji. Tym bardziej, że Młody kompletnie się incydentem upadku nie przejął i wykazywał właściwą sobie wesołkowatość. Ponoć nawet się nie poryczał w co – znając Go – wierzę bo otwarcie przyznam, że to Dziecko opcję płacz ma ustawioną zdecydowanie w pozycji ‚off’. Z czego cieszę się ja i reszta okolicznej populacji. Poza guzem Obywatel zyskał w żłobku buty. Tak, tak – najprawdziwsze buty. Z wysoką cholewką, sznurowane. Na razie żłobkowe ale dostałam polecenie żeby kupić. Bo otóż Igor sobie… chodzi. Trzyma się poręczy i zasuwa sam po całej sali. W tempie jeszcze co prawda bezpiecznym ale z dnia na dzień robi się coraz szybszy. Coraz bardziej niezależny. Coraz bardziej dorosły.

Razem z tym niezależnym i dorosłym Lokatorem poszliśmy na pocztę. Znaczy ja szłam a On jechał w swym trójkołowym krążowniku zwanym Stalową Strzałą i nieustająco dziwił się światu dając przy tym rozgłośne swego zadziwienia wyrazy. Tu piesek, tam pieska pozostałość, tu pani kwiaciarka, a zaraz obok pan co go halny zwiał z krawężnika. Pełni ochów i achów wtoczyliśmy się na pocztę, gdzie spotkała nas niespodzianka. Przerwa. Ha haha hahaha. Przerwa na poczcie wyglądała tak, że za szybką ze stosowną plakietką siedział w bezruchu Pan O Nieodgadnionym Wyrazie Twarzy i łypał na kliento-petentów a po drugiej stronie rzeczonej szybki kliento-petenci kłębili się gniewnie w atmosferze ‚pan tu nie stał’ (automat numerkowy znów zrobił kaput) i łypali z jawną wrogością na Pana Nieodgadnionego. Nie czekając wiele usiadłam sobie po turecku na stopniach, wyjęłam książkę i bujawszy Lokatora w wózku prawą nogą, lewym okiem zaczęłam czytać malinkowe ‚może zawierać orzeszki’. Śmieszna dość lektura. W sam raz na pocztowy korek. Prawym okiem kontrolowałam stan rzeczy i lokatorskie umęczenie. Umęczenie dało o sobie znać już po kilku minutach i w ogólnej wrzawie, rumorze oraz głuchych a jebutnych odgłosach atrybutów Pani Stempelki z okienka numer dwa, Lokator usnął snem kamiennym. Zaiste Ludzki potrafi usnąć zawsze, wszędzie i w obojętnie jak nieludzkich dla ucha normalnego człowieka warunkach. Wystarczy, że poczuje się zmęczony. Po półgodzinie Pan Nieodgadniony przestał łypać na pospólstwo w bezruchu, zdjął z szybki plakietkę i zakomunikował, że już można. Nie wiem co było można i czemu akurat już ale wszyscy jak na komendę przypuścili zmasowany atak do okienka jakby właśnie były lata 80 i do mięsnego rzucili mielonkę. Pan, za którym w kolejności stać powinniśmy, zniknął gdzieś w tłumie toreb, reklamówek i wygrażających rachunkami rąk a ja postanowiłam wrócić do czytania. Skoro i tak Młody zasnął a zapłacić za czynsz muszę, to poczekam aż na horyzoncie nieco się przerzedzi i spokojnie załatwię swoje. Nie spieszy mi się aż tak. Z zaczytania wyrwał mnie donośny głos Pani Stempelki z okienka numer dwa, która właśnie przerwała nawalanie papieru tuszem z siłą mnożoną przez prędkość i oskarżycielskim tonem wygłosiła w kosmos: ‚a może ktoś by łaskawie przepuścił tę panią z dzieckiem?! wszyscy widzą, że czeka a nikt jakoś nie reaguje!!’. W pierwszej chwili zaczęłam się czerwienić ale ochłonęłam i bardzo podziękowałam. Powiedziałam, że oczywiście mogę poczekać ale faktycznie wolałabym spędzić wolny czas na świeżym powietrzu. Zaraz się okazało, że tak w zasadzie to ludziom też się aż tak nie spieszy. Zrobiło się jakoś luźniej i ciszej. Jakby wszyscy nagle zdali sobie sprawę, że obok stoi i czeka żywy człowiek, a nie jakiś tam anonimowy kliento-petent. Zamiast kolejnych czterdziestu minut na poczcie spędziłam dwie minuty i nikt sie nie obruszał, że bez kolejki i że czas zabieram cenny. Pan Nieodgadniony też zmienił się w Pana Uśmiechniętego. Wystarczyło tylko na koniec naszego małego tete-a-tete przez szybkę powiedzieć mu ‚dziękuję’. Zwyczajne niezwyczajne.

Wieczorem przyszła Hal z garem, torbą dla Obywatela i wywołanymi zdjęciami z wakacji. Gar dostałam ja cobym sobie mogła gotować w nim zupy. Dla pułku piechoty wnioskując po rozmiarze wzmiankowanego gara. Obywatel dostał śliniak plastikowy z rynienką, na który zareagował optymistycznie i zestaw szczoteczek do zębów, na który zareagował badawczo. Zobaczymy jak zareaguje po użyciu obu prezentów. Być może nawet na raz. Zdjęcia z wakacji wyszły zaś tak, że po salwach śmiechu i parskaniu synchronicznym połączonym z atakiem tarzania się po tapczanie obie zgodnie stwierdziłyśmym, że jesteśmy potworami – tyle, że każda z innego powodu. Oczywiście jedna przekonywała drugą, że ta druga absolutnie nie ma racji i nie wygląda na tym zdjęciu aż tak źle jak sugeruje ale drugi rzut oka utwierdził nas tylko w czynnej obecności na wcześniej zajętych stanowistach. Powinnyśmy robić sobie zdjęcia wyłącznie pozowane, bez uśmiechu, bez otwartych paszczęk i najlepiej z lewego półprofilu albo z tyłu. A na koniec jeszcze poobrabiać je w photoshopie i udawać, że pierwowzór wcale nie wyglądał jak ‚idź stąd’. Przy czym Hal stwierdziła, że ona najlepiej wychodzi na zdjęciach, na których nie widać jej twarzy a ja z kolei zauważyłam, że mam podobnie, tyle, że najlepiej wychodzę na tych, na których mnie generalnie nie ma. Lokator oczywiście wyszedł bezczelnie dobrze na każdym zdjęciu przez co ja jestem na niego zła, bo jak mógł przecież a ciotka zapewne go wydziedziczy – z podobnej przyczyny. W przyszłości więc prawdopodobnie skupimy się na uwiecznianiu:

a. Młodego i jego gościnnych występów
b. niezobowiązujących widoczków
c. łabędzi i okolicznego ptactwa uwieszonego linii wysokiego napięcia
d. martwej natury z koszem na śmieci

Dziękuję za uwagę.

O fenomenie silnej woli, czyli czymś czego absolutnie nie posiadam

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze pamiętałam by mieć prostą postawę, uśmiechać się miło i mówić ‚dzień dobry’ tak, by każdą zgłoskę dało się wysłyszeć z odległości pięciu metrów… wydumałam sobie, że ludzi powinna cechować silna wola. Tak, wtedy był to jakiś zamierzchły koniec podstawówki w porywach do początków liceum i ideały miałam wzniosłe. Prócz bycia samemu sobie sterem, żeglarzem i okrętem chciałam być szlachetnym i dobrym człowiekiem a taki ktoś bez silnej woli dla mnie po prostu nie istniał. Do dziś nie wiem dlaczemu nie istniał podobnie jak nie wiem dlaczemu taka a nie inna być wówczas chciałam. Ustalmy jedyną słuszną i politycznie poprawną odpowiedź: bo tak.

No. To jak już sobie wydumałam to i owo, z miejsca oczywiście zapragnęłam sama wejść w posiadanie wyżej wzmiankowanej woli co to silna być powinna i powstrzymywać przed pokusami. Pokusy bowiem niegodne są człowieka myślącego i absolutnie nie powinno się im ulegać. Absolutnie. Pokusy to były wtedy głównie słodycze, przemycanie się potajemne wraz z Koleżanką Najlepszą przez kotarę kina ‚Szarotka’ na filmy ograniczone znacznie powyżej naszego limitu wiekowego, nawiewanie z obligatoryjnych godzin wychowawczych na najpyszniejsze lody na Starówce i wystawanie pod budką telefoniczną by zadzwonić do TEGO (do którego absolutnie przecież nie wypadało dzwonić bo jakże to tak) osiem razy z rzędu tylko po to by usłyszeć jego głos. Głos coraz bardziej zniecierpliwiony po kolejnym odłożeniu słuchawki bez jednej odpowiedzi na jego ‚halo, słucham’.

Słodycze wyeliminować chciałam usilnie albowiem moja Koleżanka Najlepsza się odchudzała notorycznie a ja żeby nie czuła się samotna postanowiłam też coś wyeliminować ze swojego życia. Do dziś nie wiem czemu wybór padł na słodycze a nie na przykład Siostrzycę, z którą wtedy topór wojenny zakopywałyśmy tylko na czas snu i to też jakby nie do końca bo lunatykowałam i zawzięcie krążyłam koło jej łóżka, no ale trudno. Wybór padł i silna wola też padła. Dość szybko nawet bo po tygodniu. Dziwne, że akurat wtedy moje zapotrzebowanie na serotoninę było tak ogromne – dziś słodycze jadam od wielkiego dzwonu i to też tylko wybrane.

Na potajemnym przemycaniu się przez kotarę kina ‚Szarotka’ również nie mogłam poćwiczyć a to z tego prostego powodu, że kino zamknięto. Zrobiono w nim wielki (na tamte czasy nawet olbrzymi) sklep, nazwano go z zagramanicznego ‚marketem’, nad drzwiami zawieszono szyld ze stosownym napisem i kazano się gonić wszystkim dzieciakom spragnionym potajemnego przemycania się przez wszystkie kotary. Dopiero po latach dowiedziałam się, że w tak zwanym międzyczasie, gdy kino już się unieczynniło a market jeszcze nie uaktywnił, kręcono tam zdjęcia do naszej pierwszej rodzimej telenoweli ‚W labiryncie’, co napełniło mnie czymś w rodzaju mieszaniny dumy i wstydu. Dumy, bo to był nałóg prawdziwy oglądać ten serial, zwłaszcza, że rodzice nie pozwalali a sami – jak wszyscy chyba – łypali z wypiekami na śmieszne kolorowe fiolki laboratorium, taśmy w archiwum telewizji polskiej i bogato wyposażone mieszkania bohaterów; a wstydu – bo jak się już o tym dowiedziałam, to akurat byłam w fazie strasznego tępienia wszelkich telenowel i ich czynnych czy biernych odbiorców. Cóż, nigdy nie byłam tolerancyjna i nawet nie siliłam się by to ukrywać.

Nawiewanie z godzin wychowawczych, które były absolutnie obowiązkowe i konieczne dla naszego ‚przyszłego egzystowania w odpowiednich komórkach społecznych’ na starówkowe lody wyeliminowało się samo, bo pani wychowawczyni zachorowała i mieliśmy dodatkowe godziny polskiego, na których głównie graliśmy w statki tudzież w kropki. Za to nijak nie dało się zrezygnować z tego ‚uwłaczającego czci i godności osobistej młodej kobiety, którą miałam się stać’ sterczenia pod budką telefoniczną by wspólnie z Koleżanką Najlepszą wykręcać znany na pamięć numer TEGO. Koleżanka Najlepsza nie była tak zabujana w TYM jak ja, ba – TEN nie był nawet w jej typie ale żebym nie czuła się samotna w tym niecnym procederze sterczenia, sterczała tam razem ze mną.

Ach, co to była za miłość wielka i szalona. Ileż musiałyśmy się nakombinować obie żeby zdobyć numer telefonu TEGO – nie co dzień przecież wykrada się z pokoju nauczycielskiego dwa dzienniki… bo nie jest się pewnym czy TEN chodzi rok wyżej do A czy do B. Platoniczna i jednostronna rzecz jasna była to miłość bo, jak zwykle w takich przypadkach, TEN nigdy nawet się nie dowiedział, że był TYM przez całe trzy miesiące i jeden tydzień. Przestał zaraz po tym, gdy któregoś razu w słuchawce zamiast aksamitnego (z nutką wrogości już i zrezygnowania ale zawsze) ‚tak, słucham’ usłyszałyśmy obie Damski Głos (bo Koleżanka Najlepsza choć stała trochę dalej też słyszała) ociekający furią i groźbami, że jeszcze chwila a Damski Głos pójdzie na policję i zrobi porządek z tym co to dzwoni. Damski Głos zapewne należał do rodzicielki TEGO, która to jakoś w moich myślach dotychczas nie istniała, a której istnienia doświadczyłam tak nagle i z taką siłą, że się nagle odkochałam. Błyskawicznie. Wszystkie okoliczności towarzyszące przestały już być atrakcyjne i nieść ze sobą nutkę adrenalinogennego ryzyka, więc i obiekt westchnień się wziął i wypalił. jak suchy badyl. Nieco później – napotkawszy dotychczasowego TEGO, który już przestał być TYM – nie mogłam jakoś oprzeć się wrażeniu, że co chwilę powstrzymuję zdziwienie ‚co ja właściwie w nim widziałam’.

I tak się w zasadzie skończyła moja przygoda z silną wolą. Ilekroć bowiem należało z niej skorzystać, z góry wiedziałam, że w czym jak w czym ale akurat w tej kwestii olimpijczykiem nigdy nie będę. Priorytety też mi się przestawiły. O 360 stopni w każdą stronę świata. Sterem, żeglarzem i okrętem jestem sama sobie nadal, tylko dryfuję już po ostrzej jakby widocznej kałuży w ulicznej wyrwie od czasu do czasu walcząc tylko z bałwanami, łatając kolejne zmarchy na poszyciu szpachelką i czekając na dostawę nowej drewnianej nogi, która powinna przyjść już z miesiąc temu ale sklepy wysyłkowe jak autobusy… zawsze się spóźniają. Ideały zaś wzniosłe i utopijne ustąpiły miejsca wrodzonej wredocie i nabytemu z biegiem doświadczeń cynizmowi a ja miast łudzić się, że kiedykolwiek będę dobrym oraz szlachetnym człowiekiem o silnej woli i nieskazitelnym charakterze przyjęłam do wiadomości, że… będę po prostu sobą.

A napisałam to wszystko, bo w ramach prezentu imieninowego dostałam zapowiedź porwania mnie na dzień cały sierpniowy ściśle określony (od godziny 6.00 do okolic nocnych) i w związku z tym mam o nic nie pytać tylko być dyspozycyjna wtedy a wtedy i Lokatora wcisnąć Dziadkom. No to nie pytam, choć sama siebie nie poznaję bo skręca mnie od środka jak jasny pierun a ciekawość mi w paznokciach zielenieje. Domysłów pełno. Domyślam się na przykład, że to koncert jakowyś i że duży raczej i daleko. Ale nie drążę. Choć mogłabym łatwo sprawdzić – znam przecież dokładną datę przyszłego porwania. Nie wiem czy to jakieś ćwiczenie tej silnej woli co to jej nigdy nie miałam i mieć nie będę, czy po prostu cała moja przewrotność znów bierze górę, bo pomysłodawca oczywiście przewidział, że będę się miotać i szukać aż znajdę. Całą drogę powrotną z Danowskich miał ubaw obserwując w lusterku jak zmieniam kolory by tylko nie zadać mu kolejnego pytania z gatunku naprowadzających. Ale nie. Dziwne to ale nie. Odczuwam przedziwny spokój. I zadowolenie. Że panuję nad sobą, że nic nie muszę, że niech sobie zielenieje ta ciekawość jak już jej się chce – ja się będę uśmiechać i poczekam spokojnie na swój dzień. W końcu raz do roku to nawet kura pierdnie. Więc i ja tę niecierpliwość sobie właściwą wytrzymam.

Czasami sama siebie zadziwiam. I to w sferach, w których zdawałoby się znam się na wylot.

A może po prostu lubię niespodzianki? 🙂

Koniec pracy

Za chwilę znikam.
Tymczasem w prawym dolnym rogu ekranu zamrugało oczko.
Wiadomość od nieznajomego użyszkodnika serwisu giegie.
Nieznajomy użyszkodnik pisze co następuje:

– Czy mogłabyś mi się oddać?

W pierwszym odruchu włącza się kujawski, butelkowany z pierwszego tłoczenia.
Nieznajomy użyszkodnik nie daje jednak za wygraną i ponawia pytanie.
Odpisuję:

– Niespecjalnie.
– Dlaczego?
– Za dużo pisania za mało chęci.
– Nie bądź taka, wyjaśnij chociaż.
– Nie mam czasu na wyjaśnianie, poza tym i tak nie wiedziałabym czy zacząć alfabetycznie czy tematycznie.
– A to jakaś różnica?
– Znacząca.
– Dóżo wiem i mam spore możliwości.
– Właśnie widzę. Najlepiej więc pójdź zgłębiać dalej tę tajemną wiedzę w jakimś ustronnym miejscu gdzie być może kogoś rozbawisz uchylona połą płaszcza, zza którego migną te spore możliwości. Ja tymczasem żegnam. Bez żalu.

Nieznajomy użyszkodnik musiał najwyraźniej poświęcić kilka chwil na rozszyfrowanie tego tak przemyślnie ukrytego w moich słowach przesłania bo olśniło go dopiero po minucie.

– Zboczona! – zakrzyknał i tylem go widziała.

Ech. Tracę szansę za szansą 😉

Nie lubię poniedziałków

Zwłaszcza tych pourlopowych dopiero_co. Dlatego właśnie urlop przedsięwzięłam do poniedziałku włącznie. Żeby sobie odpocząć, dojść do siebie, bo przecież wróciliśmy do domu po północy.

Tu nie wypada nie wspomnieć o dodatkowym lokatorze w naszej lokatorskiej wspólnocie z Młodym. Bo dodatkowy lokator – nazwijmy go umownie Ósmym Pasażerem – objawił się nagle i znikąd. Znaczy z plecaka nie znikąd ale po kolei. Wróciliśmy po godzinie duchów i siły miałam akurat na tyle żeby Lokatora rozdziać, zrobić Mu kaszę i położyć spać. Zresztą i tak odpadł już w okolicach dziewiątej jakby kto mu odłączył zasilanie, więc akurat ostatnia czynność do trudnych nie należała. Jakby. Potem zaczęłam rozpakowywać bagaże ale w połowie plecaka zorientowałam się, że sukienki usiłuję wepchnąć do kuchennej szafki na talerze, więc dałam sobie spokój i po szybkim prysznicu usnęłam w drodze do łóżka. Spotkania z poduszką już nie pamiętam ale pamiętam, że obudził mnie dziwny szelest. Szelest był dziwny bo dochodził z głębin mojego plecaka porzuconego bezceremonialnie w kącie przedpokoju. Godzina też była dziwna. 3.50. Oszołomiona zdziwieniem podkradłam się do plecaka i chwyciłam jeden z sandałów leżących tuż obok. Tak, wiem, że najpierw powinnam się przestraszyć a następnie drżacymi dłońmi wystukać numer policji by drżącym głosem poinformować operatora o grożącym mi niebezpieczeństwie. Ale po pierwsze nie jestem pewna czy w tym stuleciu zdołałabym się połączyć z operatorem i nie zejść słuchając automatycznego powitania, że ‚proszę czekać’ tysiąc pięćset razy, po drugie zaś mało prawdopodobne by operator przejął się tym, że mi coś szeleści w plecaku. Plecak niby byczy ale w końcu jaki złoczyńca może być na tyle mały by się tam zmieścić i na dodatek mi czymkolwiek zagrozić. Chyba finką. Albo grzałką do wody. Całe 230V. Cie choroba. Chwyciłam więc ten nieszczęsny sandał i zaczaiłam się. Po chwili stwierdziłam, że może być mi cokolwiek ciemno a do sąsiada z naprzeciwka nie mam numeru żeby zadzwonić i poprosić go o włączenie światła. Zresztą mógłby nie zrozumieć powagi sytuacji. W pokoju spał Igor, więc zacisnęłam plecak u wlotu i ostrożnie przeciągnęłam go do kuchni. Tam światło i kafelki na wypadek gybym miała kogoś zabić. Choć tym sandałem to mogłoby stanowić wyczyn nie lada. Ale w sumie jak kto mnie budzi o tak dramatycznej porze i śmie szeleścić mi w plecaku to może się liczyć z najgorszym. Z takimi wyzwaniami także.

Ósmy Pasażer najwyraźniej się nie liczył bo wylazł. Wylazł i z miesca się przestraszył. A raczej przestraszyła. Bo to myszka była. Albo myszek, nie wiem – słabo się znam na gryzonich płciach a o sekserkach to wiem tylko tyle, że w robią w biznesie drobiarskim i chyba do tego się ograniczają. Grunt, że wylazł ten Ósmy Pasażer i przestraszyliśmy się oboje jednocześnie. Z tym, że ja jakby nieco mniej bo złapałam Ósmego za ogon. Miałam przywalić sandałem ale jakoś synchronizacja ruchów mnie się posypała i ten ogonek chwyciłam. Mysz oczywiście z przestraszenia wyszła błyskawicznie (w przeciwieństwie do mnie) i usiłowała wspiąć się na rękę co to ją zniewoliła bezczelnie i w niewygodniej pozycji głową w dół trzymie ale zamachałam nią parę razy i nie bardzo mając pojęcie co teraz zrobić… wyrzuciłam ją przez okno. Znaczy sama wypadła jak ten jej ogon puściłam. Zmartwiałam. Nie wiem czy bardziej byłam poruszona faktem, że stoję w koszulce i gaciach pośrodku kuchni rozkraczona nad plecakiem, z jednym sandałem uniesionym w dłoni we wciąż mocnym uścisku, drugą dłonia nadal przyszczypując powietrze za niewidzialny mysi ogon i wgapiam się w otwarte okno, czy tym, że właśnie wyrzuciłam Ósmego Pasażera z pierwszego piętra. Nigdy jakoś nie pałałam przesadną sympatią do myszy (ba, ja ich nawet nie lubię bo straszne szkody robią) ale za tą pognałam na dół. Tak jak stałam. Przeszukałam dokładnie chaszcze podokienne i okoliczny trawnik ale nigdzie nie natknęłam się na ciało Ósmego. Musiał szczęśliwie zwiać. W mieszkaniu pieczołowicie rozpakowałam wszystkie torby i dokładnie wytrzepałam każdą z nich. Innych dodatkowych lokatorów nie stwierdzono a plecak obejrzałam i nigdzie nie dostrzegłam żadnych zniszczeń. Potem poszłam spać po raz drugi i ostatni tej nocy. A raczej tego poranka. Mówcie co chcecie ale nie takiej pamiątki z wakacji się spodziewałam.

Poniedziałek miałam strawić w domu na przystosowywaniu się do życia w mieście i nawału pracy od wtorku. Miałam. Bo strawiłam oczywiście na dalszym rozpakowywaniu tego co spakowane wydobyłam z toreb, sprzątaniu tego co zakurzone i w nieładzie zastałam w mieszkaniu, zapełnieniu pustej i głuchej lodówki masłem, wędliną i pomarańczowym napojem gazowanym o smaku dawnego ptysia, próbach okiełznania Lokatora uczepionego chyba wszystkich mebli na raz i zawzięcie usiłującego zrzucić na siebie telewizor plus stertę gazet (poukładanych chronologicznie), których już chyba nigdy nie dam rady przeczytać. Zrobiłam też ze trzy prania i gruntowne odgruzowanie łazienki.

[Nawiasem mówiąc łazienka wygląda nieźle. Dziwacznie i z lekka psychodelicznie ale nieźle. Albo jestem taka wyluzowana po tych wakacjach.]

W samą porę. Bo w południe radio nadało hejnał z wieży Mariackiej, kran zaś wydał z siebie głuchy syk, następnie lekki pomruk i tyle. Można było powiedzieć wodzie adios. Zanim wkurw osiągnął apogeum, wsparłam się na umywalce, wejrzałam w lustrze w purpurowe oblicze Potwora Nie Matki i pooddychałam do dziesięciu. Młody akurat obgryzał dywan witając się z nim po taaakiej rozłące, więc był stosunkowo bezpieczny. Czego nie można powiedzieć o dywanie. Ale nic. Zbiegłam na dół niemal spadając w tych moich japonkach rozklekotanych pourlopowo i patrzę. Patrzę i nic nie widzę. Obejrzałam dokładnie drzwi wejściowe od góry do dołu, zbadałam murek tuż obok i ściany przy wejściu do klatki schodowej, w przypływie nadgorliwości obwąchałam nawet domofon i gablotę z listą lokatorów – pusto. Ani widu jakiejkolwiek kartki z informacją. Nawet graffiti cieć zamalował, więc nie mogłam się zapoznać z wiadomością kogo w tym sezonie kocha Andżela. Dupa blada i zbita. Natknęłam sie tylko na badawcze spojrzenia nagle zamilkłych Emerytek Podtrzepakowych lansujących się z ławeczki nowym modelem apaszki i pognałam z powrotem na górę. Uzmysłowiłam sobie gdzieś po kwadransie, że te biedne babcie musiały doznać niezłego wstrząsu widząc nagle wylatującą z korytarza dyszącą pokrakę, która wpierw zlustrowała drzwi wejściowe centymetr po centymetrze a następnie rozglądając się w popłochu z nosem przy ścianie i oczopląsem na twarzy wparowała z powrotem do domu pozostawiając je bez słowa wyjaśnienia i choćby cienia poszlaki, że wiadomo kim ona w ogóle jest i co tu robi.

Bo trzeba wiedzieć, że choć mieszkam tu blisko rok, na Emerytki Podtrzepakowe natykam się niezwykle rzadko. Wychodzę z domu, kiedy jeszcze prawdopodobnie piją poranne ziółka a wracam w przerwie na serial. Tak więc jak mniemam musiały dochodzić do siebie po tym incydencie dobrą godzinę. Ale babcie babciami a wody nadal nie było. Kartki niet, rezerw niet – generalnie zajebiście. Rzut oka na Dziecia uświadomił mi, że woda będzie jednak potrzebna i to jakby bardzo bo Młody właśnie odkrył moja torebkę zbunkrowaną przezornie (!) pod stołem, czyli na samym środku szlaku turystycznego małych słodkich kurka siwa w mordę kopana popylających po podłodze dziatek. W torebce zaś potomek znalazł balsam do ciała o zapachu czereśni i tusz do rzęs – dotychczas bez zapachu. Zdolny jest chyba po mamusi bo odkręcił wszystko (a wydawałoby się, że to powinno Mu jeszcze zająć jakiś rok w porychach do dwóch) i wymieszał na własnym torsie. Szczęście w nieszczęściu, że nie używam wodootpornych kosmetyków ale i tak mnie to mało w sumie zrajcowało bo nadal nie było wody. Jakby. Do dziewiętnastej przetrwaliśmy na resztkach znalezionego na pawlaczu (tak, zawsze trzymam wodę na pawlaczu) pięciolitrowego baniaka z podstarzałym żywcem, Dziecia wyczyściłam paczką chustek dopupnych i porzuciwszy chwilowy zamysł przywiązania do na smyczy do kaloryfera (nie mam smyczy a kaloryfer jest zabudowany) bawiłam się z Nim na podłodze w ‚zgadnij Synku co zaraz trafi mamusię jak się nie wysika’.

Potem wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł, że może jednak mam gdzieś telefon do tego Pana Pionowego (który nazozrował roboty w naszym budynku). Miałam oczywiście. Mój geniusz z lekka tylko przyćmił cień faktu, iż powyższy ciąg logiczny zajął mi siedem godzin.

Pan Pionowy mi wytłumaczył spokojnie ‚że widocznie jak zakręcali dziś żeby coś_tam sprawdzić w piwnicy to pewnie zakręcili nie to co trzeba’… Proste. Nie chciałam się już nawet wdawać w dyskusje z Pionowym ani z żadnymi robotami ani z resztą wszechświata bo całą dostepną energię strawiłam na radość z okazji ciurkającego żwawo kranu. Wieczorna lokatorska kąpiel mogła już przebiec spokojnie i bez zakłóceń. Igor najpierw długo przyglądał się wannie i swoim kąpielowej rybie w rozmiarze XXL, a potem rozponał scenerię i rzucił się w odmęt pian i oliwek z piskiem, wrzaskiem i radosną polką kurcgalopką. Ja doprawdy nie wiem skąd to Dziecko czerpie energię ale chciałabym mieć choć jedną ósmą na własność. Przynajmniej na trudne pourlopowe poranki.

Bo dziś oczywiście zaspałam do pracy. Nastawiłam budzik na szóstą, dałam Młodemu całusa w kark i nura pod koc… a następnie obudziłam się o 3.50 (!). Pokręciłam się chwilę i nie usłyszałam żadnego szeleszczenia. Poszłam więc spać dalej. Spokojna jak ocean. Obudził mnie łomot za oknem. Była 8.12, Dzieć chrapał, ja w negliżu, komórka pod poduszką. Chyba żeby lepiej usłyszeć budzik…

Omatkozcórką!

W pracy byłam o 9. Tak szybkiego marszobiegu jak ten do i ze żłobka nie uskuteczniałam od czasów podstawówki. Dobrze, że dziś tylko wtorek. Zostanę godzinę dłużej i po kłopocie. W poniedziałki z reguły znacznie więcej się dzieje od samego rana. Ale i tak miałam w gardle takiego samego jeża jak wtedy, gdy zaspałam na dwugodzinny sprawdzian z historii i musiałam uporać się z nim w czterdzieści minut. Nie cierpię się spóźniać. Zawsze czuję się wtedy jak pensjonarka przyłapana na kurzeniu za winklem. I to bez filtra.

Ps. Aha bo byłabym zapomniała – serdecznie wszystkim dziękuję za życzenia imieninowe. Miło mi było. Bardzo 🙂