Zalotnie zalatana

Dziś jest dzień z gatunku tych, w których nawet makaron w puszce krzyczy mi z kuchni: ‚zabierzcie mnie stąd!’. Być może makaron ma rację, w końcu tkwi tam już na tyle długo, że za moment będzie mógł przemieszczać się po okolicznych metrach kwadratowych samodzielnie. A być może wszystko jest względne i powinnam w dalszym ciągu uśmiechać się miło wykorzystując pozytywną energię nagromadzoną podczas urlopu. Nie wiem. Ale wiem, że dużo rzeczy mnie dziś drażni. A jeśli nie drażni to przynajmniej lekko irytuje. Irytuje mnie na ten przykład fakt permanentnego obtrąbienia przez wszystkie pojazdy staruszka na pasach na ulicy Wolność. Choć miał światło zielone. I promocja konserwy turystycznej, której data przydatności do spożycia mija dziś o północy. I kapryśna pogoda, która zmusza mnie do odziewania siebie i Lokatora w zwoje tkanin, które rankiem bardzo się co prawda przydają ale popołudniem będą urywać mi ręce i tak zajęte: a – taszczeniem dziecka, b – torebki, c – zakupów, d – podtrzymywaniem głowy żeby mi nie odpadła. Dekapitacji bowiem jeśli już musi, powinien dokonywać jakiś śmierdząco-wrzeszczący drab o fizjonomii Quasimodo dwadzieścia lat później i raczej w horrorze klasy B niż w życiu. W Warszawie. We wtorek. Ponadto irytuje mnie jeszcze Sąsiad Z Wiertarą, który co prawda występuje w tej opowieści bez wiertary ale wciąż nie mogę mu darować sobotniego poranka. W końcu siódma piętnaście to wspaniały czas na solidną dawkę drgań i wstrząsów. Drażniąco acz nie paraliżująco działają też na mnie tramwajowo-autobusowe wonie pośniadaniowe i przedobiadowe i w ogóle wszelkie. Oraz kobiety bez widocznej ciąży za to z widocznym wąsikiem podnosowym, które nie są jeszcze w wieku emerytalno-rentowym ale uzurpują sobie prawo do miejsc z piktogramami na podstawie rozłożystych łokci tudzież siat z zakupami wpychanych pod żebro losowo wybranego delikwenta. To nic, że ja już dawno nie siadam i – sądząc po przedmiocie żądań wyżej wzmiankowanych pań – powinnam być z walk o miejsce wyłączona. Bzdura. Wystarczy, że znajdę się odpowiednio blisko (a to z uwagi na ogólnie panujący ścisk raczej nietrudne) i już czuję, że jeszcze chwila a badania rentgenowskie płuc będą mi zbędne albowiem za chwil kilka Baba Z Siatą powie mi co wyczuła łokciem, siatą i resztą swej obłej powierzchni. I nieprawdą jest, że zwyczajnie marudzę. Ja po prostu wyrażam swoje niezadowolenie i to w sposób mało asertywny. Gdybym bowiem chciała być asertywna pognałabym do tej Baby i jej siat, przycisnęła ją łokciem do najbliższego muru (co z uwagi na różnice gabarytowe mogłoby się nie powieść ale nie uprzedzajmy) i wykrzyknęła jej prosto w nos (najlepiej jeszcze najadłszy się uprzednio czosnku, cebuli, szczypioru, kiełbasy i wypaliwszy paczkę Radomskich bez filtra), że na drugi raz jak mi będzie pchała cokolwiek między moje żebra to jej nogi z tyłka powyrywam i wyślę priorytetem do Kambodży żeby sobie mogli uzupełnić roczne normy konsumpcji racic w galarecie. Albo zaocznie skieruję ją na lewatywę ze żwiru i łupków wulkanicznych w proporcji 5:1.

No.

A poza tym jestem szczęśliwa, spokojna, ładnie się uśmiecham i właśnie przed chwilą na ulicy oświadczył mi się nieznajomy mężczyzna.

Byłoby super gdyby tylko nie był w wieku mocno już poprodukcyjnym i akurat nie obalał kolejnej butelki.

A jak to wszystko powtórzyłam przez telefon Mamutowi żeby mnie podtrzymał na duchu w mojej narastającej frustracji, to usłyszałam: ‚ciesz się, że masz jeszcze w ogóle jakichś adoratorów’

Nie wiem czy mam się załamać już czy jeszcze nie.
Doprawdy.

5 uwag do wpisu “Zalotnie zalatana

  1. zadziwiające, jak mało fantazji mają panowie przydrożni. w piątek założyłam kapelutek. to, co usłyszałam, mogłam przewidzieć, aczkolwiek za każdym razem robiło mi się miło. mogłabym słuchać „ale fajny kapelusz” trochę dłużej nawet:)

    a panowie obalający są szczerzy przynajmniej, i think so.

    nie każdy ma odwagę powiedzieć coś miłego wprost do nieznajomej na ulicy.
    chciałabym tak mieć czasem. bez obalania.

    a babom siatkowym dyskretnie się odgryzam – tyż łokciem:) (czy wasza wyobraźnia też szaleje przy tym zdaniu?:))

    Polubienie

  2. I dlatego unikam jakichkolwiek środków gromadzkiej komuniakcji. Choćby to były kilometry z Bronowic Nowych do Czyżyn, pokonam je. Z babami siatowymi walczyc mi się po prostu nie chce.
    Pozdrawiam serdecznie;)

    Polubienie

  3. Nowy swiat. Rozmawiam przez telefon. Pan po spożyciu wiadomo czego. Zagląda w oczy i prosi żebym się uśmiechnęła. Lekceważę go oczywiście. Jeszcze gotów się przyczepić. Ale komizm sytuacji wygina kaciki ust lekko do góry. Pan dość spostrzegawczy bo podchwycił ten mierny wykwit radości i tak się ucieszył, że uśmiechnęłam się do niego prawie zalotnie. Ucieszył się i grzecznie podziękował. Tak jakoś miło się zrobiło…

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do lenn Anuluj pisanie odpowiedzi