Dziecko w kagańcu i matka w zwisie

No. Że tak to ujmę lapidarnie.

Czyli generalnie jest tak, że Młody rzęzi, chrycha i uprawia rzut gilem na odległość a ja mam anginę. Standardowo o tej porze roku. Normalni ludzie cieszą się latem i chodzą na spacery a mnie się urywa głowa i marzę tylko o tym, żeby urwała się szybciej. Pani Gorączka pogania pana Kaszel_Gigant panem Gardło_Boli a nad wszystkim powiewa i stepuje gigantyczny pan Katar. W zatokach muszę mieć jakiegoś płetwala i on się tam dusi. Nie ma innego wytłumaczenia. Liczę na to, że przyjedzie Greenpeace i wyciągną go ze mnie mili panowie w zielonych kaloszkach do pół uda. Byle szybko bo zacznę brzydko przeklinać. Na razie przeklinam jeszcze ładnie – Dziecko słucha.
Pablos też ma to samo, co pozwala mi przypuszczać, że załapaliśmy choróbsko w szpitalu na izbie przyjęć, czekając na swoją kolej pośród rozkasłanych i rozkichanych małoletnich. Szfak.

Do tej pory moje worki na śmieci wypełniały pieluchy i czasem jakiś samotny słoik. Teraz wszystko tonie w wyrobach celulozopodobnych o trzech warstwach i wyjątkowej delikatności. Pies drapał tę delikatność wyjątkową. Nos mam czerwony jak pan Kazek z Centralnego. I chrypię podobnie. Żeby choć z podobnych powodów to przynajmniej bym z życia coś miała. Ale nie – z alkoholu to ostatnio spożyłam sok jabłkowy, który przy odrobinie szczęścia i w sprzyjającej przecież temperaturze mógł radośnie sfermentować w moim żołądku i dostarczyć mi kilku wyjątkowych powidoków.

I co? I dupa zbita. Nic. Sok się wypiął i odmówił współpracy w tworzeniu meliny. Popchnęłam go truskawkami z cukrem ale tylko dostałam wysypki. Na rękach. Jak jestem chora to dziwnie jakoś reaguję bo nigdy przedtem truskawki nie działały na mnie w ten sposób. W dodatku wściekam się bo nawet nie smakowały jak truskawki. Przy anginie wszystko smakuje jak tektura.
Chyba. Bo na szczęście nie jestem pewna jak smakuje tektura.

Potem już nic nie jadłam bo wnerwiło mnie to, że siedzę i się drapię po tych truskawkach (znaczy po rękach ale po spożyciu truskawek) a ani siedzieć ani drapać się za bardzo nie mogłam bo Młody choć chory i rzęzi, energii ma aż nadto. Musi jakieś podrasowane te jego duracellki. Właśnie odkrył jak usprawnić raczkowanie posiłkując się taboretem i próbuje… wstawać? Mam nadzieję, że nie ale tak to właśnie wygląda. Na razie ćwiczy tylko podciąganie się na rękach ale już ja widzę co Mu po tej łysej glacy chodzi.

Dziwne to by było zwłaszcza, że nie lubi siedzieć a i to raczkowanie ma dopiero raczej w początkowym stadium. Doktor Królik wyrokował wprawdzie, że ‚to dziecko prędzej zacznie chodzić niż siadać z upodobaniem’ ale pozwolę sobie mieć nadzieję, że jednak nie i jeszcze mi da trochę odetchnąć zanim zmuszona będę łapać spadające książki i Jego równocześnie. I nie obchodzi mnie, że ‚niektóre dzieci tak mają’. Igorze, Synu, błagam ogranicz się póki co do raczkowania i nie pnij mi się po sprzętach wzwyż. I tak już Cię ledwie ogarniam. Wzrokiem 😉 Nawet łóżko obywatelskie trzeba było sprowadzić piętro niżej bo zaczął mi Dzieć górą z łepetyną niebezpiecznie wystawać.

Teraz przez tydzień Młody ma wolne od żłobka i będzie rzęził w domu męcząc biedną Babcię, co ją wczoraj Zdzich przywiózł w ramach odsieczy. Mamut dzielny jest i tylko raz widziałam, że z lekka panikuje. Liczba specyfików, które Lokator ma co 6 godzin przyjąć faktycznie powala na kolana, ale zarówno antybiotyk (pyszny truskawkowy Ceclor) jak i te wszystkie tabletkowe czy wziewne siuwaksy nie robią na nim wrażenia większego niż fakt, że zabrałam do prania Tygrysa co połknął groszki choć ma w brzuchu dziurę.
Rozpacz bezbrzeżną Młody rekompensuje sobie z namaszczeniem obśliniając stołową nogę. Póki co z powodzeniem ale pomyślę nad wprowadzeniem stosownych ograniczeń.

Reasumując: w domu mam mini szpital ale dziś ma przyjechać pan z inhalatorem (drugi już alergolog wpisał w lokatorską książeczkę J-45, czyli astmę i przykazał się zaopatrzyć, więc trzeba było) i teoretycznie ma być łatwiej; wyglądam jak ‚idź stąd’ a czuję się jeszcze gorzej i teraz jestem już pewna, że na czerwony nos nie pomaga nawet TA niebieska sukienka i fakt, że Strucel w przepięknym stylu wyłożył się dziś pod śmietnikiem; brakuje mi koncepcji co zrobić z tą anginą bo chętnie bym sie jej pozbyła a nikogo nie ‚nie lubię’ aż tak, żeby ją puścić w obieg. Nawet Strucla.

Ps. Z rozrywek wybitnych w niedzielę uprawiałyśmy z Katą czytanie rubryki ‚listy intymne’ w archiwalnych numerach super expresu znalezionych w kuchni za koszem na śmieci. Dżizas. To odmóżdża lepiej niż telezakupy mango o 3.30 nad ranem.

10 uwag do wpisu “Dziecko w kagańcu i matka w zwisie

  1. raz do roku miewam katar gigant…wyglądam strasznie i czuję się strasznie wtedy.
    łączę się w bólu:)))
    i idę dalej ciężko pracować przy dźwiękach Rammsteina:)

    Polubienie

  2. stolowa noge mozna obwiazac bandarzem.Moj osobisty Tato robil tak ze szczebelkami lozeczka ktore to dzielnie slinilysmy i obgryzalysmy z Najelpsza Siostra.
    pozdrawiam

    Polubienie

  3. Bajko, gdybyś potrzebowała namiaru na naprawdę dobrą alergolożkę, do której można mieć zaufanie i wierzyć jej ślepo, to zapraszam na mejla jak-ciotka@wp.pl
    Bo ja jestem po odwiedzinach u kilku takich różnych, co już mi u dziecka zdiagnozowali wszystko, począwszy od astmy, a skończywszy na niczym, tzn. mojej matczynej nadgorliwości i zidioceniu.
    Tak czy inaczej pozdrawiam oba zasmarkańce 🙂

    Polubienie

  4. jeszcze jedna osoba się zacznie drapać, a uwierzę w wirusy alergii przenoszone smsami.

    a po czym mnie u cholery swędzi????? truskawek nie jadłam. w życiu nie miałam alergii. moja mama ma to samo. myję się regularnie i często, więc pchły odpadają (dosłownie:P). no i co to za wredna alergia, co ma paniczny strach przed pępkiem (chyba)?

    bo w dół nie pełznie. i dobrze. już siebie widzę, jak stoję na przystanku i dyskretnie drapię się po jajach, a towarzystwo wślepia otępiały wzrok w rejony drapiennicze.

    Polubienie

  5. …cześć Prchawcu. Dzwoniłem z gór , ale tradycyjnie mi się nie udało. Nie będę Cię więc podbudowywał, ani nic, tylko od razu nastraszę. Za czas jakiś ( myślę tu o tygodniach) pojawimy się w Wawie. Prawdopodobnie na jeden dzień, może dwa i noc, obaczy się. Mam tu oczywiście na myśli większą ekipę. Z tej okazji najprawdopodobniej nie ominie Cię inwazja. Szykuj więc zasieki i worki z piaskiem i ustawiaj bergmana w oknie. Tymczasem nie znam dat, ale pierwszego mamy tu koncert Scootera, a jako najprawdziwszy, stary metal nie mógłbym przepuścić takiej okazji. Buziaki

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Jachu Anuluj pisanie odpowiedzi