1 czerwca, czwartek, Dzień Dziecka

Dziś droga do żłobka usiana była balonami. Żółto-niebiesko-biała radość namalowała się wiatrem na buziach dzieci, które kurczowo uczepione rodzicielskich dłoni, nieśmiało i z przejęciem rozglądały się wokół. Jakby nie do końca wierząc, że jest tak fajnie. A było. Ja sama stanęłam cała w uśmiechach i obserwowałam jak zafascynowany tą feerią barw i kształtów Lokator usiłuje załatwić pierwszego w swoim życiu balona pierwszym w swoim życiu zębem. Jedynką. Dolną. Lewą. Z tendencją do posiadania rodziny po prawej stronie szczęki. Rodzina zbliża się nieuchronnie a balony jak trwały tak trwają. Miło się zaczął ten Dzień Dziecka. Nawet Zdzich zadzwonił z uściskami. Pierwszy raz w życiu. Dziadzio dorasta. Cieszę się. Na pewne rzeczy czeka się całe życie. I nawet jak nadejdą tak późno, że już się ich nie spodziewaliśmy to jest nam tak dobrze, że i o tym całym czekaniu zapomnieć można.

Na ‚dobrze, że jesteś’ zawsze warto czekać. Choć nie zawsze trzeba. Syn dostał bez czekania. I nie tylko na pierwszego czerwca. Ciągle dostaje. Bo dobrze, że są te Dzieci. Tęskni się za tymi, których już nie ma i do tych, których jeszcze. Te które są warto doceniać. To bardzo ważne.

Najlepszego…

Wczoraj rano w drodze do pracy mijałam na torach przystanek. Przystanek był wiatą z metaloplastyki i był pusty. Tylko drzwiczki reklamowe miał otwarte na oścież. Z boku, tam gdzie się plakaty wiesza z odzieżą hip-hopową i afiszuje repertuarem teatrów. A w tych drzwiach otwartych wisiała cała w czerwieni Monica Belucci i epatowała seksapilem, że się normalnie schowałam głębiej w kurtkę co by nie zakłócać fal i widm. A epatować to ona ma czym, oj ma. Aż miło popatrzeć mimo tego schowania w kurtkę, w kołnierz, w tramwaj.

No więc wisiała tam sobie w tej czerwieni i powiewała na wietrze zadając miastu i światu pytanie ‚Za ile mnie pokochasz?’. Pablos ostatnio wypowiadając się o plakacie tej samej Belucci w tej samej czerwieni ale na innych współrzędnych stwierdził, że dużo dopłacać to by nie musiała. Pozwolę sobie to jego stwierdzenie obrać za azymut i przy tym pozostać. Też bym jej z łóżka nie wyrzuciła.

Kobiety w stylu plakatowej Pani W Czerwieni się smakuje. Bo może i ona wygląda jakby z niejednym panem na niejednym stole niejedne geranium przesadziła do nieco większej doniczki – wiosna w końcu – ale jak tak ma się wyglądać po tym niejednym przesadzaniu to ja poproszę dokładkę. I tutaj truizm o winie, kobietach i czasie wybitnie dobrze się kupy trzyma. Normalnie wcięło mnie w fotel jak mi ostatnio zamruczała w kinie na zapowiedzi obecnie trajlerem zwanej. Stary, fajny, doświadczony kocur, dla którego głowy tracą nawet młode tygrysięta z napędem na cztery łapy. Że hej.

Wieczorem wracałam z pracy i przejeżdżając przez te same tory wypatrywałam znajomego przystanka. Z nadzieją. Z przyzwyczajenia. Czy z ciekawości. Nie wiem czy znów chciałam wymienić z Panią W Czerwieni spojrzenia, czy zastanawiać się jaka była dwadzieścia lat temu i cieszyć się w duchu, że dobrze czasem nie wiedzieć, bo by się można było z żalu udusić własną chustką do nosa. Ale… nie było jej. Pewnie i tak czekała za długo w tych otwartych drzwiach.

Wiata z metaloplastyki dalej trzaskała wiatrem i wieczorem ale filmowa Belucci zniknęła.

Ktoś zrobił sobie wcześniej swój dzień dziecka.

15 uwag do wpisu “1 czerwca, czwartek, Dzień Dziecka

  1. kurdę, niektórzy to w sobie mają coś tak przyciągającego, że oczu nie można oderwać, nawet jak sfotografowani, nawet gdy namalowani, nawet gdy nieuczesani, bez zęba czy z nadmiarem sadełka.

    eszsz.

    Polubienie

  2. …kiedyś mieliśmy u nas Stowarzyszenie Przyjaciół Baloników, jego mottem było: Nie każdy balonik lubi być dmuchany…

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Grzech Anuluj pisanie odpowiedzi