19 stycznia, imieniny Henryka i Mariusza

Dzisiaj Młody kończy trzy miesiące. Świeczek brak ale dostał trzy buziaki w nos. Biorąc pod uwagę nasze rozmiary właściwe i moje zerowe doświadczenia na polu nanotechnologii uważam to za niebywały sukces. Zdolna matka Synu. Przy okazji tej wyjątkowej daty postanowiłam pozwolić sobie na odrobinę luksusu i mniej lub bardziej subtelnie ale za to dokumentnie zignorować bałagan w mieszkaniu, piętrzącą się górę prasowania i pełną pralkę lokatorskich tekstyliów czekających na lepsze czasy. Dziś spędzamy dzień na ukulturalniających rozmowach i spożywaniu rozmaitych pyszności. Zrobiłam zupę pieczarkową z cyklu: czy zdołasz w garnku zmieścić jeszcze łyżkę?, a na deser pseudochińszczyznę (wyłączyłam składniki niedozwolone i też wyszło pysznie). Na kolację zaś będą pieczone jabłka. Młody oczywiście wchłonie wszystko w formie przetworzonej w wiadomy sposób ale bynajmniej nie wydaje się być tym faktem zmartwiony.
I tak spędzamy sobie ten mocno zimowy dzień z perspektywy domowego ciepełka, łypiemy przez okno na świat tylko przy okazji zabaw z drewnianym Parapetowym Kotem, leżymy na kanapie i mamy wszystko wiadomo gdzie. Strucla też. Z głośnika przyjemnie mruczy Cassandra Wilson, Igor mi pochrapuje do ucha, brzuchy pełne – sjesta. Przy okazji donoszę, iż z powodu ząbkowania (które lada chwila przyniesie efekty) moje Dziecko dostało nową ksywę – Śliniak. Pasuje jak ulał. Podobnie jak Nocny Wrzaskun, czy Zeus Pieluchowy Gromowładny. Wrażenia akustyczne tego drugiego są do tego stopnia zastanawiające, że gdybym nie była przy Nim non-stop, dałabym głowę, że podżera w międzyczasie jakąś nadprogramową grochówkę. Ot Mister Piard Fotelowy. A ty się matko w razie gości wstydź. Ostatnio w przychodnianej poczekalni spał jak anioł i te głośne salwy bynajmniej nie Jemu były przypisywane. Każdy patrzył na sąsiada wilkiem a ja mało co nie pękłam ze śmiechu. Śliniak zaś pozostał w swoim błogostanie poza jakimkolwiek podejrzeniem. Ładnie. Oprócz wrażeń pieluchowych Obywatel Chrąchacz dostarcza mi niemało powodów do radości. Strasznie rozmowne i absorbujące dziecię z Niego wylazło. Budzi się z bananem od ucha do ucha i już od rana dyskutuje zaciekle wykorzystując wszystkie dostępne samogłoski i rozmaite gie, prr, khe i takie tam gardłowe gruchanki. Ślini się przy tym jeszcze bardziej niż cieszy co doprawdy stanowi osobliwy widok. Gadać z Nim trzeba namiętnie co też czynię, bo samemu to żadna przyjemność, a że domaga się rozmowy przerywanej tylko na czas karmienia, to w okolicach wieczornych jestem już dętka. Zachrypnięta jak kanarek wyprany w zwykłym proszku. Obawiam się, że to dopiero początek a ja już tęsknię do milczenia. Ale nic to. Odbiję sobie kiedyś. Jak już mi się nic nie będzie chciało tylko łapać te wolne rodniki kremem na zmarszczki.
Tymczasem Wrzaskun tworzy. Niedawno powiedział coś co można uznać za pierwsze słowo. Brzmiało jak… ‚kelner’. No pięknie! Jak zawoła ‚seta’ to się wyprowadzam. Nie będę mieszkać z pijakiem. O nie

7 uwag do wpisu “19 stycznia, imieniny Henryka i Mariusza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s