Dziurawe szczęście

Ludzie mają to do siebie, że różne rzeczy kolekcjonują. Jedni bardziej inni zaś mniej świadomie ale fakt jest faktem – każdy coś tam skrzętnie gromadzi. Są tacy co mają kolekcje motyli i pocztowych znaczków (aczkolwiek kiepsko się na to wyrywa lachony, więc z reguły to sami desperaci albo – bez urazy – tacy co to wyglądają gorzej niż stuletni klaser po dziadku. Są też tacy co udają, że nie zbierają nic ale faktycznie to zbierają wszystko, bo – jak mawia Mamut – ‚to się zawsze może jeszcze kiedyś przydać’. W efekcie można potem znaleźć w domu w rozmaitych schowkach najprzeróżniejsze rzeczy, które poza zapewnianiem lokum kolejnym zbiorowiskom roztoczy,
są kompletnie nieprzydatne nikomu i niczemu. Taki to już swoisty urok pierdół naszych powszechnych. Przy tym im bardziej się kto zapiera, że nie kolekcjonuje nic poza sennymi marzeniami o Andżelinie Pełna Warga tudzież Bradleju Łydce Z Przeszkodami, tym więcej ma na pawlaczu czy stryszku… albo pochowane po szafko-kątach.

Jako brzdąc niereformowalny a rozdarty do granic wytrzymałości sukienek (bleah) zbierałam kolorowe szkiełka. Wypychałam nimi kieszenie (nie tylko swoje nawet) a następnie przenosiłam w miejsca_tylko_sobie_i_lichu_znane. W razie wpadki, czyli mamucinego nalotu, udawałam, że to nie moje, nie ja, i w ogóle jak ona mogła tak pomyśleć o swoim najgrzeczniejszym pod słońcem dziecku. Potem z tych szkiełek robiłam wdzięczne mozaiki, którymi przykrywałam… owadzie grobowce. Bo jak wieść gminna niesie Bajka w wieku przedszkolnym zpecjalizowała się w pogrzebach.

Potem przyszedł czas na zbieranie guzików (choć mi wszyscy wmawiali, że to dziurawe szczęście i ‚się nie powinno bo coś tam’), ręcznie robionych (osobiście zresztą) plecionek, długopisów i indiańskich skalpów. Indiański skalp był tak na serio jeden i to w dodatku nie do końca prawdziwy, bo zrobiłam go kiedyś na zajęciach plastycznych by zaskoczyć Panią Z Kucykiem co to nas uczyła malować, rysować i ‚nie pluć na godło’. Udało się aż zanadto bo nieomal dostała palpitacji serca. Nigdy już nie patrzyła na mnie tak jak dawniej. Ale reszta patrzyła na mnie z uznaniem bo rura z niej była straszna (nie ujmując nic przedmiotom natury kanalizacyjno-hydraulicznej) i poza dobieraniem kolorów do pędzli miała swój własny przepis nawet na stąpanie po korytarzanych klepkach. Generalnie super.

Potem już nie pamiętam co kolekcjonowałam ale obecnie doszłam do wniosku, że mam fioła na punkcie kubków, kubeczków, kubasów i filiżanek. W dodatku nie było to do końca tak, że sama zaczęłam je zbierać. Po prostu ten dostałam od kogoś, tamten od kogoś innego, tę znalazłam, ta to pamiątka ‚z’, a ta to pamiątka ‚po’. Nawet ze szpitali mam ‚firmowe’ kubeczki. W sumie jest tego trochę i jeszcze chwila a z domu mnie wyrzucą bo już nie ma gdzie fajansu trzymać. W dodatku sama się łapię na tym, że z każdego miejsca, w którym jestem, przywożę sobie jakiś kubek. I żadnego chyba nie kupiłam. Ani nie zawłaszczyłam. To dobiero. Rety. Grunt to mieć dobrego bzika. Najgorsze tylko w tym wszystkim jest to, że i tak ciągle piję z ulubionego, obszczerbionego i wyliniałego z ceramiki, niebieskiego (kiedyś) kubka z obtłuczonym, najwygodniejszym na świecie uszkiem, i nie wiem co będzie, jak mi się nie daj kurka siwa kiedyś stłucze 😉

4 uwagi do wpisu “Dziurawe szczęście

  1. A moja najlepsza z wszystkich Ań które znam dziś rano wielorybicą vel la balleną być przestała ((((-: jako internetowa świeżo upieczona ciotka dziewczynki pozdrowienia dla Ani od termosu i Obywatela Z Dolnego Piętra przesyłam i znikam oblewać soczkiem

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s