Za oknem deszcz

Jaka dziś jesteś bajko?

Mam na sobie wiatr. Bo lubię.
Długie glany. Bo długie i bo glany.
Skarpetki w paski pomarańczowe. Bo mi się kojarzą z pogodą.
Siniak na kolanie. Bo szafka.
Bieliznę mam. Bo zimno.
Spodnie w paski biało-niebiesko-granatowe. Bo ostatnio ulubione.
Czarną koszulkę. Bo taka hmmm i miła bardzo.
Czarny sweter. Bo czymś to trzeba przykryć do ciepła.
Kurtkę czarną. Bo sztruks i kaptur.
Torbę na ramię. Bo z Krakowa.
Biedronki brak. Zgubiła się gdzieś pomiędzy.
Szalik wielobarwny kosmicznie. Bo bielskie wełny.
Czapkę z burakiem i rękawiczki. Bo od Mikołaja.
We włosach mam sen. Bo tak.
Oczy na wpół przymknięte. Bo nie.
Na nosie okulary. Bo pod nogi patrzę.
Wyraz twarzy nieokreślony. Bo zagadka.
Na skórze Davidoff ‚Echo’… Bez bo.

Niebo dziś współgra z chlupotem w kałuży.
Brak mi żółtych kaloszy. Od trzech lat nigdzie nie mają.
W drodze do przejeżdżający samochód podzielił się ze mną zawartością jezdni.
Ściana wody. I małe kropelki wpadły mi za kołnierz jak w zwolnionym tempie.
Pod światło wyglądały jak kryształ.

Kiedyś obudzę się w swój ulubiony dzień…

Upiłam się życiem… na smutno

Zeszły rok był chujowy.
Cały.
Nie będę pisać wujowy, ani ch***wy, bo był chujowy.
Zwyczajnie.

Począwszy od Sylwestra spędzanego z gorączką samotnie we wspólnym (jeszcze wtedy) łóżku i z nadziejami na przyszłość, tyle, że Pan Wspaniały zawiódł… i miast przed północą zjawił się o trzeciej. Poszedł się bawić, co miał nie iść, pretensji nie mam. Przecież nie powiedziałam ‚zostań’.
Może gdyby został i podał mi herbatę gdy jej potrzebowałam nie poznałby tam nikogo innego, kto wie… może.
Może gdyby zjawił się przed północą, jak byliśmy umówieni, może…

Luty chciałabym zapomnieć.

Podobnie jak marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień.

Przypominało to kiepski film, w którym widać jak aktor zmusza się by w ogóle grać cokolwiek.
Przez pierwsze miesiące zmuszałam się by oddychać.
Potem oddychało się samo… siłą rozpędu i przyzwyczajenia.

Przyszedł czas na choroby, po kolei, jak z rodzinnej encyklopedii zdrowia. Brakuje tylko psychicznych ale pewnie tylko dlatego, że jeszcze nie stwierdzone.
Problemy w pracy to przy tym pikuś mały choć szczekliwy.
Przemilczę.

Uśmiechanie się, bo przecież jak uśmiechnę się tysiąc pięćset razy to w końcu uwierzę.

Tak sobie myślę, że w poprzednim życiu to ja co najmniej Adolfem Ha byłam. Jakoś musiałam na to wszystko zasłużyć przecież a jak dotąd za krótko żyję bym tyle nagrzeszyć mogła. Ale obiecuję, że będę się starać.

A tak całkiem serio serio to najbardziej z tego całego roku zabolał fakt, że po dwóch latach wspólnego mieszkania, snu dzielonego na pół, dni ciągle za długich do wieczora i rozmów do bladego świtu… była cisza.
Zero pytań jak się czuję, kiedy idę do szpitala na kolejne zabiegi, czy nie potrzebuje czegoś, jak sobie radzę… cokolwiek.
Zero.

Jakbym nagle przestała istnieć.

Pamiętam codziennie jeden wiersz odręcznie pisany na długo wybieranych kartkach i wsuwany w kieszeń męskiego płaszcza.
Jak pamiętnik. Dla niego. O każdym dniu.
I pamiętam stos rosnący pod ścianą. Kurzący się z tygodnia na tydzień.
Nie przeczytał ich do dziś.
731 kartek zapisanych czarnym artamentem. Czasem rysunki. Lubiłam to pióro. Nigdy później nie moglam się zmusic by go użyć.
Potem nadal pisałam. Te ‚listy’ są w szufladzie. Każdy zaklejony w kopercie. Jak zawsze. Nie dam mu ich. Ale są. Jakoś ciężko wyrzucić.

Przywiązuję się do znaczeń.
Idiotycznie długo.

Spotkałam go na Kulcie. Milczał. Potem sms. Że przeprasza, że zachowuje się jak gówniarz, że zrobił mi krzywdę, że byłam za dobra, że dostał za dużo, że nie gotowy, że to dlatego, bo ma wyrzuty sumienia… i męczą.

Sumienie?
Czyste, bo nie używane.

Tydzień po tym jak się wyprowadziłam mógł już z nią iść pod rękę. Legalnie.
Przecież nie zrobił nic złego.
Potem była inna, i jeszcze inna, i później też. Co tydzień – dwa. Nie liczyłam. Bo i po co. Nawet nie chciałam wiedzieć.
Czasem wspólni znajomi to przekleństwo.
Wybrali jego.
Bardziej medialny był.
Ja nie pisałam smsów co wieczór.
Bo mnie… w ogóle nie było.

Pamiętam jak strasznie płakała jego mama gdy wynosiłam torbę na klatkę schodową… i babcia… i jak miauczał kot. Mopka bardzo długo nie chciała jeść.

Przez ten cały czas dostałam kilka wiadomości. Może cztery. Na Walentynki… sama nie wiem czemu. Jak nie mógł czegoś znaleźć. I na urodziny.
Raz pomyłkowo wysłał do mnie maila.
Nie byłam adresatem.
Mógłby choć zmienić repertuar leksykalny…

Teraz na święta przyszedł sms. Cztery słowa. Tyle warte to wszystko.

Myślę sobie czasem, że niektórzy mężczyźni składają się tylko z fiuta mniejszego i fiuta większego… przy czym sama nie wiem, który z nich to oni sami.
Szkoda, że nie potrafię ich odróżnić od reszty.
Jeszcze większa, że prawdopodobieństwo trafienia na takiegoż jest w moim przypadku odwrotnie proporcjonalne do trafienia szóstki w totka.
Zwłaszcza, że nie gram.

Powinnam zapomnieć.
powinnam zapomnieć
powinnam

Tak łatwo się to pisze…

Nie chcę komentarzy

Prasówka z wnioskami

Koniec z uprzedzeniami. Mężczyzna w samych tylko skarpetkach może i nie jest najpiękniejszy i boski przy tym jak Brusio na bosaka po tłuczonym szkle hołubce waleczne wywijający, ale na pewno zdrowszy. Do takich wniosków doszli naukowcy z uniwersytetu w Zurychu – cześć Alti 😉 – po przeprowadzeniu szeregu badań. Jak zwykle jestem ciekawa sposobu przeprowadzania tychże ale to pozostawiam sobie jak zawsze na przemyślenia deserowe.

No ale oto co wykryli ci dzielni uczeni.
Otóż mężczyźni, którzy przed oddaniem się porywom namiętności – jak połacie agrarne w Tatrach wiatrom halnym – nie zdejmują skarpetek, są o 30 % odporniejsi na przeziębienia od tych, którzy rozbierają się jak drób do rosołu!

Tak więc, panowie, uwagi kobiet na temat skarpetek podczas miłosnych igraszek puszczajcie mimo uszu. Co najwyżej pójdźcie na małe ustępstwo i nie zakładajcie podkolanówek… no chyba, że macie wyjątkowo zgrabne pęciny 😉

A paniom, żeby nie poczuły się dyskryminowane, że to tylko o płci męskiej artykuł przytoczę treść dzisiejszego porannego esemesa, po przeczytaniu którego ochrzciłam stęskniony mego widoku monitor kawą rozpieszczalną z dużą ilością zagęszczonego mleka:

dobry seks to taki, po którym nawet sąsiedzi wychodzą zapalić

Zdecydowanie tekst dnia

Miłego 😉