Dawno dawno temu…

…była sobie mała zagubiona dziewczynka. Dziwiła się światu i ludziom. Była tak bardzo inna, że nigdzie nie czuła się dobrze i bezpiecznie. Nie miała domu. Zagubiła się gdzieś w labiryncie smutku, krzyku i bólu. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego ludzie tak bardzo ranią siebie bez powodu… dlaczego nie doceniają szczęścia jakim jest drugi człowiek, dlaczego pogardzają, nienawidzą, za złe mają dłoń wyciągniętą ku nim a za pomoc i wsparcie potrafią wbić nóż w plecy… z współczującym uśmiechem… i czemu z tak twardego kamienia mają serca… Dziewczynka bardzo chciała znaleźć prawdziwego człowieka. Takiego, który rozumiałby ją bez słów i akceptował taką jaka jest, który ceniłby ją za dobroć i nie karcił za coś na co nie ma wpływu… zwłaszcza, gdy tak naprawdę nie ma za co… gdy tak naprawdę powinien się z nią z tego cieszyć i być dumny… Ona zawsze bardzo chciała by ktoś kiedyś był z niej dumny… Choć jeden jedyny raz… Prawdziwy człowiek miałby być przy niej i pozwolić jej być przy sobie, cieszyć się jej szczęściem i pozwalać jej uszczęśliwiać jego, dzielić jej smutki i chcieć jej kojącej dłoni, gdy jemu będzie pusto i źle. Prawdziwy człowiek tak jak mała dziewczynka miał się składać z partnerstwa i wzajemności. I tak jak ona umiałby postępować, kierując się intuicją i uczuciami a ludzi traktować w sposób, w jaki sam chciałby być przez innych traktowany. Ona miała dla niego prawdziwy skarb… Mała dziewczynka schowała kiedyś pod powiekami zdjęcie prawdziwego człowieka, ale czas, przez który go szukała i zbyt dużo łez zatarły ten obraz. Teraz widziała tylko kontury uśmiechu. Dlatego wiedziała, że prawdziwego człowieka pozna właśnie po uśmiechu. Rozglądała się bacznie i wszędzie szukała tego pogodnego wyrazu twarzy, który sama też od zawsze miała, ale wszędzie widziała tylko grymasy złości i żalu, wszędzie tylko pretensje i gniew. Nie wiedziała dlaczego. Z początku bała się ludzi. Nauczyła się, że nie można im ufać i wierzyć w to co mówią. Wszystko przez to, że zbyt wiele cierpienia jej zadali, zbyt wiele bólu musiała przełknąć… zwłaszcza od tych najbliższych jej sercu. A serce miała wielkie i gorące jak lipcowe słońce w samo południe. Nie mieściło się w jej drobnej piersi, więc chodziła wszędzie z tym sercem na dłoni. Każdemu kto potrzebował ciepła, sympatii, zainteresowania czy po prostu bliskości kogoś innego dawała część tego swoje największego skarbu… a przez to samej siebie. Za każdym razem gdy widziała czyjś uśmiech, radość i szczęście sama czuła się najcudowniej na świecie. Bo czyż jest coś piękniejszego na tym świecie niż uszczęśliwienie kogoś innego? Dziewczynka wiedziała, że nie. Sądziła, że w tych uśmiechach odnajdzie prawdziwego człowieka, któremu chciała dać to co miała najcenniejszego: tęczę w butelce, mądre spojrzenie dwóch błękitów i swój uśmiech… jedyny i wyjątkowy. Im więcej z siebie dawała tym sama czuła się szczęśliwsza. Niestety zauważyła, że uśmiechy, które widzi są sztuczne, oczy, w które patrzy, kłamią, a dłonie, które dotąd wydawały się przyjazne, zaciskają się w pięści. Z ust raz po raz biły ją kamienie przykrych słów a ona… mimo tego wciąż próbowała… Wciąż i wciąż na nowo starała się odnaleźć w ludziach i wydobyć to, co za wszelką cenę sami tłamszą i chcą ukryć… dobro. Mimo, że sama z każdym dniem coraz bardziej… kurczyła się i zamykała w sobie. Wierzyła i chciała wierzyć dalej. Wciąż była i wciąż z przepastnych kieszeni wyjmowała okruchy radości karmiąc nimi wszystko wokół. Z każdym dniem była bliżej ludzi, poznawała ich bardziej i mimo nieustannych porażek coraz mocniej wierzyła, że wystarczy chcieć… i uda się. Chciała… tak bardzo chciała, że czasem sama już nie była pewna czy to tylko jej chęci czy faktycznie udaje się jej wykrzesać w tym mroku iskrę nadziei. Jednak z czasem coraz rzadziej się uśmiechała, zaczęła zbyt często i ciężko chorować, widziała zbyt wiele i zbyt wiele musiała zrozumieć, za dużo cierpienia innych przyjąć nie mając przy tym z kim podzielić się własnym… Zbyt samotna czuła się mała dziewczynka na pustyni ludzkich głów i rąk. Zbyt pojedyncza. Nauczyła się przyjmować ciosy z podniesioną głową, nauczyła się, że nie wolno jej płakać i użalać się nad sobą, nauczyła się widzieć światło w mrocznym lesie i szczęście w najdrobniejszym okruchu chleba. Było coś co w jej oczach uczyniło ją nieśmiertelną i niezniszczalną… nadzieja. Z nią każdy ból był do zniesienia, każdy cel wydawał się łatwiejszy do osiągnięcia a każda przeszkoda dawała się pokonać. Wszystko po to by zobaczyć uśmiech prawdziwego człowieka. Mała dziewczynka wiedziała, że gdy go znajdzie… będzie mogła nareszcie przestać biec, odpocząć… że w końcu będzie mogła zasnąć i będzie się czuła bezpieczna. Kiedyś wierzyła w ludzi ufnością dziecka… teraz czas narzucił jej nieodzowny dystans, zdążyła też zbudować wokół siebie mur… ale wciąż cała była nadzieją, uśmiechała się, pomagała w potrzebie, zawsze potrafiła znaleźć z każdym coś za co należy go podziwiać i kochać, zawsze znajdowała słowa żeby powiedzieć jak bardzo ważny jest dla niej ktoś inny. Mała dziewczynka szukała prawdziwego człowieka wszędzie i nieustannie. Chodziła z sercem na dłoni i wypatrywała uśmiechu… odpowiedzi na swój własny. Szukała kogoś, komu będzie mogła dać szczęście. Z czasem zauważyła, że to serce na dłoni już nie jest takie ogromne, że jakby mniejsze już i mniej jakoś gorące. Stopniowo topniało, kurczyło się i ona też malała… było jej coraz mniej i mniej. Pewnego dnia serce było już tak małe, że bez trudu mogło wrócić na swoje miejsce. Jakoś pusto się zrobiło i smutniej na świecie. Kolory zblakły i wypłowiały… i tylko jej oczy były jeszcze błękitne jak dawniej… choć teraz pełne łez, że kolejny człowiek nie okazał się prawdziwy. Poznała wielu ludzi, dużych i tych całkiem małych, kobiety i mężczyzn i dzieci, starych i młodych… ale żaden z nich nie miał uśmiechu, którego szukała… uśmiechu prawdziwego człowieka. Ale ona nie poddawała się i nie traciła wiary. Wiedziała, że kiedyś go znajdzie… nie raz już czuła jego obecność… ciągle miała nadzieję i wiedziała, że nigdy mieć jej nie przestanie. Tylko już na wyciągniętej dłoni nie miała serca, a ta dłoń coraz mniejsza była i drobniejsza. Serce było już schowane. Dużo na nim łatek i pęknięć ale wciąż jeszcze bijące, wciąż ciepłe jeszcze i wciąż gotowe by znów przywitać dłoń. Nadal miała mądre spojrzenie i uśmiech dla każdego, kto gotów był go przyjąć a butelka nadal połyskiwała cudnie wielobarwną tęczą. Nadal była sobą…
I tylko czasem mała dziewczynka dziwiła się czemu ciągle maleje i niknie, czemu jest jej coraz mniej… aż pewnego dnia zrozumiała… i przypomniała sobie, że kiedyś… była całkiem duża.

Bajka

32 uwagi do wpisu “Dawno dawno temu…

  1. ni
    no właśnie, zdążyłam dodać ostatni komentarz pod poprzednią notką, a tu już następna – domyśliłam się więc, że chodzi o dylemat typu być gdzieś, a nie być jako takie.
    dziewczynka zaczęła się kurczyć, bo ktoś ją przebił jak balonik. macie czasem takie uczucie, że uchodzi z was powietrze?

    Polubienie

  2. Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby,
    Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
    żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja?
    A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę,
    Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople,
    patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic……
    😉

    Polubienie

  3. No i widać, jakie jest życie. Pod tą piękną bajką Bajki jeden się popłakał, a inny załatwił swoje osobiste sprawy.
    Czasem się zastanawiam, czy warto być twardym i znosić wszystko zaciskając zęby. Wtedy każdy myśli, że można nas kolejny raz kopnąć i nam to nie zaszkodzi. Że można spokojnie byc dla nas okrutnym, bo zniesiemy wszystko. Gdybyśmy z byle powodu wpadali w histerię, wszyscy by się z nami obchodzili, jak ze śmierdzącym jajkiem.
    Ja nadal wierzę, że są prawdziwi ludzie. Ale nie mam siły ich szukać. Schowałam się. Nie chowaj się, Bajko.

    Polubienie

  4. Nielot, wlasnie tez sie nad tym zastanawiam…czy warto byc twardym? bo skoro wszyscy wiedza, ze taka twarda, to uwazaja, ze da rade wszystkiemu. a proba mowienia, ze juz sie nie daje rady, powoduje paniczna ucieczke sluchaczy, albo jakies przytyki:-/

    Polubienie

  5. całe życie broniłam się przed zabiciem w sobie dziecka. chiałam na zawsze pozostać otwarta, kolorowa, świeża i naiwno-zdziwiona tym co mnie otacza. całe zło które mnie dotykało tłumaczyłam sobie: tak być musi, silniejsza będę, dam radę. i dawałam sobie radę. aż w końcu całą mocą dotarł do mnie sens słów zasłyszanych dawno temu. „człowiek zbyt silny zamyka się w swojej sile jak w twierdzy i nie potrafi otworzyć się na ludzi..” stało się

    Polubienie

  6. a poza tym jesli bronimy sie czy chcemy to to jest jakies takie… sztuczne i udawane… prawdziwe dziecko po prostu w nas jest i nie musimy nawet myslec o jego obecnosci by ja czuc… tak mysle

    Polubienie

  7. nawet jeżeli my nie zastanawiamy się nad dzieckiem w nas, to zawsze znajdą się tacy którzy je zauważą. i niekoniecznie będą się z tego cieszyć

    Polubienie

  8. w ideały nie wierzę.. trudno jest pogodzić ciepłe uczucie do człowieka z jego niechęcia do dziecka we mnie. („przestań zachowywać się jak gówniara”…) bo co? bo cały czas chcę by w życiu najnoramlniej w świecie było mi dobrze?!

    Polubienie

  9. wiesz..a co mi tam, opowiem ci. bo był taki dzień, kiedy inna mała dziewczynka zobaczyła swoje serce całe połatane i szarobure. dziewczynka zamknęła się ze swoim skarbem w ubikacji i zaczęła płakać, co tam płakać, wypłakiwać wszystko i wszystkie te poranienia. bo świat okazał się być zły, a ludzie nie potrzebujący szczęścia.
    ale z ostatnią łzą wypłynęła też cała rozpacz, cały ból. i dziewczynka zobaczyła, że serce zaczyna leciutko, trochę nieśmiało bić w ściskającej je dłoni.
    płacz, bajka.

    Polubienie

  10. przeczytałem tekst o małej dziewczynce trzeci raz… i wciąż smutek mnie przepełnia i nijak skomentować tego nie potrafie

    moze sprobuje pozniej, kiedy w mysl uda mi sie zebrac te wszystkie emocje … tylko czy to w ogóle możliwe?

    Polubienie

  11. Dotarlo do mnie jakis czas temu, ze już od dawna większość moich dobrych chwil, nie było tak naprawde moich. Były kradzione. Kradzione z zycia. Mojego. Innych. Tak bardzo nie moje były te chwile, ze nawet gdy próbowałam udawac, ze sa moje, przypominano mi, ze tak naprawde wcale tak nie jest. I żebym się tak nie cieszyla, bo to nie moje…nie mogę tego mieć, uważać za wlasne, nawet, jeżeli chodzilo o moje wlasne uczucia. Tak, jakby moja radość była dla kogos zagrozeniem.
    Nawet, jeżeli od nikogo nie wymagam takiej samej radości, jaka ja odczuwam.
    Takie sciaganie mi z nosa rozowych okularow…najczęściej podobno dla mojego dobra.
    [napisalam to dzis, mial to byc poczatek notki. ale pasuje jak znalazl do tego, co napisalas ponizej. wiec wklejam]

    Polubienie

  12. Fajnie. Powrót. Ale tej bajki nie bardzo lubię. Jak nie lubię też klisz rentgenowskich. Ani starych urzędowych papierów.Czekam na inne bajki.

    Polubienie

  13. tak czytam i czytam. W sumie to smutne, jak coś nam ucieka, jak coś gubimy. I naprawde miło jest, jak komuś się udaje nie zapomnieć.
    Jak ktoś potrafi zamiast „uciekać do przodu” znaleźć się jako dokładnie ta sama osoba, nie udawana, że jest sobą.
    I cały czas czuje się od samego początku świadomości tak samo. nie gubi swojego ja. nie gubi korzeni swojego bycia, i co najważniejsze, nie zapomina że żyje się każdym dniem na nowo. tak samo rodzi, uczy chodzić, mówić…
    zazdroszczę ludziom, którzy potrafili tego nie stracić (abstrahując od powszechnie znanego że „męzczyźni to zawsze dzieci”)

    trzym się ciepło i głowa do góry. I w chęci bycia dla innych znajdź też trochę siebie. I bądź

    Polubienie

  14. Bajko, wszystkim nam jest trudno więc i tobie ale musisz trwać pomimo wszystko i dla tego wszystkiego jak my wszyscy…. Koniec kropka. Ja tak myslę, nie musi się nikt z tym zgadzać ale według mnie tak własnie jest!

    Polubienie

  15. a ja bym chciała, zeby mała dziewczynka znalazła prawdziwego człowieka. i wtedy ta bajka miałaby bardzo szcześliwe zakończenie. Cos w stylu „i żyli długo i szczęśliwie”…

    Polubienie

  16. tez bym tego chciala, Hal…
    i zgadzam sie z Porkym, zyje sie pomimo i dla. tak, jak sie kocha: pomimo wad. i dla tych rzeczy, ktore sa dla nas zaletami. czasem jedna taka zaleta rownowazy mnostwo wad.
    i tak jest z zyciem….czasem jedyna zaleta jest to, ze w ogole zyjemy…ale zyjemy.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s