Biurwa rasowa… z rodowodem

Sandał jeden z drugim do kompletu, spódniczka… ładna, dekolt z bluzką… ładny, włos spięty naprędce w windzie ołówkiem (nie chcę wiedzieć jak wyglądam ale bardziej to przypomina ‚piorun dupnął w rabarbar’ niż elegancki ładzik), okulary dyżurne poprawiane raz po raz pospieszną dłonią z manikiurem nocnym na umywalce wczoraj (a raczej juz dzisiaj) zrobionym (pedikiury tyż zdziełałam a co), uśmiech numer pięć i Ralph Lauren w zakamarkach ciała pachnący (o dzięki ci Panie za święta i urodziny) oraz urocze rzęs mrygnięcie co by spóźnienie (kolejne) niezauważalnym uczynić.

Dziś jestem rasowa biurwa… z rodowodem.
Dziś ganiam, mknę, biegnę, pędzę, lecę… zapieprz na wysokości lamperii i salto mortale na cienkim lodzie. Poczwórny Riesberger i Axel wyrzucany… przez okno. Lądowanie na lewej łyżwie bez podpórki.

Jeśli dziś uda się zrobić to wszystko co zrobić powinnam… nie ma na mnie mocnych. Pod żadną współrzędną geograficzną i na przestrzeni tryliarda lat świetlnych.

Pobudka o 6.00. Jutro ślub i wesele więc szafy przekopywanie w poszukiwaniu jakiejś szmaty co by na grzbiet dała się wzuć i nie straszyła. A raczej wkład… niż kieca… co by nie straszył. Mamut i Zuzia jeszcze śpią, więc trzeba wspiąć się na wyżyny cichobiegów i szeptoszelestów by jakąś zbłąkaną folią nie zbudzić choćby Stefana. Bo Stefan zbudzona zaraz domaga się jedzenia/ głaskania/ picia/ głaskania/ spaceru/ głaskania/ rozmowy/ głaskania/ uwagi/ głaskania/ zabawy/ głaskania/ czegokolwiek innego/ głaskania (a najlepiej wszystkiego na raz) a na to wszystko lub nawet na jedną z tych rzeczy wybitnie czasu brak… najwybitniej z wybitności wszelakich niestety.

W szafie szmaty stosownej nie znajduję. Znajduję za to spodnie długie czarno-białe w jakieś dziwne mazaje i bluzkę czarną z dekoltem chyba do pępka… O ile na wesele to jeszcze w tym bym pójść mogła (ignorując oczywiście spojrzenia zatwardziałych jak stolczyk po tonie czekolady dewotek i ich groźne pomruki) o tyle do kościoła mnie w tym nie wpuszczą. Nawet po łapówce.

Wystarczy, że na ślubie Siostrzycy byłam w kiecy takiej (długość stosownie przed kolano ale czerń głęboka i ramion wycięcie okrutnie antykościelne), że jeszcze chwila a ksiądz z ambony by mnie utopił w cysternie wody święconej… taką miał minę. O tak wiem, ja grzesznica, mea culpa, oj jak strasznie mi wstyd… tia 😉
Zwłaszcza, że przed kościołem czekał stosowny jednoślad a pod ławką ukryłam na czas nabożeństwa stosowny kask.

Robię szybkie śniadanie i budzę swoje kobiety. Już mają gotowe kanapki i kakao. Zuzia rozkosznie się przytula. Czy każda pięciolatka tak doskonale wie co zrobić, żeby odechciało się ją zostawiać nawet na sekundę? Aaaaa!! Jak mi się nie chce iść do pracy 😉

Stefan budzi się w momencie otwarcia lodówkowych drzwi. Zupełnie jakby miała jakiś wewnętrzny mechanizm zsynchronizowany z żaróweczką wewnatrz chłodziarki. Na trzecie miauknięcie już ma pełną miskę i mleko w spodeczku.
Nieoceniona podzielność uwagi pozwala mi w tak zwanym międzyczasie myć zęby i głaskać ją po grzbiecie. Fantastycznie mruczy. Muszę ją nagrac i odsłuchiwać w chwilach nagłego stresu i wkurwa wszechogarniającego.

O 7.00 biegnę. Szybko do przychodni. Zastrzyk, bo we wtorek mnie nie było i pędzę-lecę arbaitować się zaciekle. Kierowca autobusu ma gdzieś moje pragnienia całkiem już nieukryte i jedzie sobie spokojnie tempem grzybiarza-amatora. Wkurw permanentny narasta wprostproporcjonalnie do upału w środkach komunikacji miejskiej. Zaduch potworny. Okienka maleńkie i pod sufitem. Nawet otwarte nic nie dają. Dobrze, że to już mój przystanek bo jeszcze chwila i spłynęłabym rozkosznie szparą pod drzwiami w przydrożny rów.

Tramwaj po szynach sobie mknie a ja wykonuję stado pilnych i jeszcze pilniejszych telefonów.

Jest 9.00. Od 10 minut powinnam biurwować się w miejscu pracy, mrugać, udawać, że umiem udawać, że wiem o co chodzi, pachnieć i ładnie wyglądać… bynajmniej nie przez okno. A tymczasem zaokiennie podziwiam żwirowe nasypy i stołeczne blokowisko, które właśnie mijam w drodze do tegoż miejsca. Z telefonem przy uchu. Z obłędem w oku. Z pieśnią niecenzuralną na ustach. Z siniakiem na łokciu (kolejny?!)

Wpadam do windy zdyszana. Poprawiam uczesanie. A raczej coś co powinno nim być. Pomiędzy jednym a drugim piętrem staram się trafić tuszem w rzęsy ponad okularem (mimo, że w ręku juz trzymam torbę a na ramieniu plecak). Mój Boże, kobiecość to bardzo trudna sprawa. Na ostatnim wirażu udaje mi się wyprzedzić księgową. Ufff… przynajmniej nie będę ostatnią spóźnialską 😉

W międzyczasie rzutem na taśmę załatwiam sobie na jutro kieckę od Siotrzycy. Czasami kocham telefony. Przynajmniej mnie ksiądz nie wypierniczy z kościoła od razu… tylko dopiero jak się odwrócę. Bo kiecka niby zwykła, czarna w ukośne białe paseczki, miła w obejściu i elegancka, długość zmienna – od uda do łydki – bo na skos ciachana… ale za to plecy… będzie widać… to mało powiedziane. Trudno. Raz Bajce egzorcyzmy 😉

Wpadam do firmy z promiennym uśmiechem. Koleżanka szepcze ‚ładnie dziś wyglądasz’ i przyglada się mojej zdziwionej minie. Po raz kolejny okazuje się, że im mniej się człek stara i im czasu mniej ma by wagę do wyglądu jakąś przywiązać i do zzsypu wrzucić… tym lepsze efekty. Paradoksalne… zwłaszcza gdy widzę te tabuny ‚zrobionych’ laleczek, co co dzień trzy godziny przed stadem luster z optymalnym oświetleniem i serami z filtrami i innymi bajerami robią sobie mejkapy. A i tak zamiast zatuszować niedoskonałości (co zapewne bywa celem tych podchodów) osiągają efekt przejrzałej morelki, która sprawia wrażenie jakby miała za chwilę spaść i z wielkim ‚blurp’ rozpłaszczyć się na rozgrzanym asfalcie.

Multimendia oczywiście już zlustrowały moje odnóża i ‚ello sztunia’ rzuciły. Pokazuję im język i uśmiecham się zawadiacko. Niech sobie nie myślą. No!

Nie wiem jak to zrobię ale muszę się urwać wcześniej z pracy. Dżizas. Najchętniej bym teraz chciała dostać w prezencie rozdwojenie jaźni. Miałabym przynajmniej złudzenie, że ze wszystkim zdążę.

O 16.30 mam być na Ochocie i z panną młodą kończyć dekorować salę co by na sobotnią noc wszystkie balony i serpentyny wisiały. Apeluję! Baloniki nie flaczejcie. Zostawcie to panom. Ja was baaardzo proszę.
Potem muszę podskoczyć z prędkością światła na Wolę do Siostrzycy po tę kieckę, za którą mnie zapewne do pierdla wsadzą za obrazę uczuć religijnych pani Zenobii K. i Wiesławy U. oraz Kółka Różańcowego im. Kubusia Puchatka ze Świętej Lipki.
W tak zwanym międzyczasie (kurde ile tych międzyczasów jeszcze mogę posiadać?!) muszę zrobić zakupy spożywcze i z nimi oraz z całą siebie resztą udać się na Targówek na wieczór panieński (start o 21.00) kolejnej koleżanki, która za tydzień popełnia ten niewybaczalny błąd i wychodzi za mąż… i wcale ale to wcale zaraz nie wraca 😉

O rety! Chyba potrzebuję odrzutowca i jeszcze jednej pary rąk. Pilnie!

Miłego dnia

11 uwag do wpisu “Biurwa rasowa… z rodowodem

  1. Trochę mi to wszystko przypomniało mój etat sekretarki i wypad do marketu po papier toaletowy ;]

    Oto ja, grzesznica pańska bez imienia.

    Ubieraj się jak chcesz i nie przejmuj się spojrzeniami innych. Pewnie pozazdrościli by ci figury. Ot co ;]

    Polubienie

  2. ale tempo, ja w tym czasie pewnie nie zdązyłbym nawet kawy wypić… ale wiadomo, kawą trzeba się delektować, zwłaszcza tą pierwszą, z samego rana popijaną 🙂

    milej zabawy ;-), a strip-tease jest w planach?

    Polubienie

  3. m-d, jak sadze, pytasz o striptease meski? czyzbys chcial, w razie braku tej rozrywki w programie wieczorku panienskiego, sam zapewnic damom ta niewatpliwa atrakcje?;-))

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s