Wypadki uliczne, czyli z włosami nie ma letko

Już nie raz i nie dwa pisałam, że piątek to dzień pełen cudów i niespodzianek tyleż jajcarskich co niekiedy po prostu dziwacznych. Jednak jeśli o mnie chodzi to mojego wielce zapracowanego Anioła Ciecia (to musi być facet – baba by mnie dawno tysiąc razy zabiła… no i zapewne ma na imię Stefan) to on tych niektórych siurpryz musi mieć po prostu dosyć.

Pominę łukiem zapomnienia niedawny incydent z autobusem linii 515, który koniecznie chciałam uściskać czołowo – Stefan, masz u mnie piwo i przejdę do rzeczy. Otóż moi drodzy, w piątek nawiedziła mnie Haluta.

Nieustraszona pogromczyni nadgodzin przyszła mnie wyzwolić z ziemi empikowskiej i z padołu cyferek, słupków oraz pikseli zabrać na wyżyny świeżego (ta jasne – w centrum Warszawy? 😉 powietrza. W planach było szybkie wrzucenie na bebechowy ruszt jakiejś miłej pizzy z Gagi i pogalopowanie na Mokotovskie Fields na koncert chłopców z Mysłowic.

Na planach – jak to zwykle w moim przypadku bywa – cała operacja się skończyła. Ale nie to żeby grzecznie czy cuś. Nic z tych rzeczy. Po prostu zaczęła się operacja Sianokosy Tudej Nał I W Ogóle. No ale po kolei.

Z miejsca pracy mojej – co mnie tak uszlachetnia, że jeszcze trochę a będę mogła się sprzedać u jubilera na rogu i do końca życia byczyć się z odsetek, które z kont szwajcarskich napływać wartkim strumieniem będą – pognałyśmy wielce rozkosznie do sklepu z kosmetykami…

O ja głupia myślałam, że spędzimy tam góra 10 minut i mój żołądek (co to już śpiewał arię ‚Ten stary zegar’ ze Strasznego Dworu w aranżacji na kastaniety i waltornię) będzie mógł napełnić się do woli przysmakami rodem ze słonecznej Italii. Tia. Muszę sobie wytatuować w widocznym miejscu (może na łokciach bo często oglądam ostatnio), że z Halutą nie chodzi się na jakiekolwiek zakupy na głodniaka. Chyba, że lubi się gustowne burczenie poniżej przepony.

W sklepie byłyśmy nie wiem jak długo ale cieszyłam się cholernie, że już możemy wyjść i udać się w kierunku JEDZENIA. Halutka tymczasem oglądała świeżo nabyte drogą kupna wielce wartościowe przedmioty. I wszystko cacy i wszystko fajnie… by było… tylko nagle dorwała specyfik co to się zwie pianka do włosów.

Pianki do włosów z reguły są to stworzenia mocno nieżywe i jeszcze mocniej niegroźne. Nawet gdy zawierają wosk. Ta zawierała. Jak głosił napis na opakowaniu (nie moge się do końca zdecydować czy zachęcający czy też ostrzegawczy) – utrwalała ufryzowanie super-hiper-turbo-max-ultra-mega-giga-mocno. Hal zadowolona. Jak się postara będzie miała hełmofon i nawet się nie namęczy i parasola nosić nie będzie musiała… a i jako wiatrochron na jesień sie przyda taka grzywa jak znalazł. No i parę ładnych centymetrów zyskać może jakby chciała. Choć według mnie wcale jej nie potrzeba.

Zadowolenie Hal przybrało formę nagłej i niepohamowanej ciekawości. A ciekawość owa wyraziła się w natychmiastowej potrzebie wypróbowania tu-i-teraz zakupionego specyfiku na najbliższym okolicznym upierzeniu. Najbliższe poza jej ofkurs bo jej było spięte w eleganki kucyk i ugładzone (że niby miało wyglądać, że ona taka spokojna i równo zważona jest ;). Najbliższym wolnym i swobodnym od więzów wszelakich upierzeniem było oczywiście moje osobiste.

I jak tu cokolwiek podejrzewać, jak tu nie zgodzic się czy oponować, gdy Halutka słodkim głosikiem niewinnej pensjonarki spytała ‚Bisiu, czy mogę to wypróbować na twoich włosach?’… Oczywiście się zgodziłam i ochoczo nadstawiłam własny web bynajmniej nie jak na ścięcie.

Pianki są w porządku. Nic do nich nie mam. Służą do włosów, układają je ładnie, składnie i powabnie. Pianki sa kul i wypas. Jakkolwiek by zwać. Jednak trzeba z nimi uważać…

Zazwyczaj na dłoń nabiera się ilość kosmetyku nie większą niż przeciętny orzech włoski… nie kokosowy. Hal tego nie wiedziała, ja tego nie widziałam, a może pianka ‚sama się wzięła i zanadto wycisnęła’… Grunt, że moje uwłosienie drogą tarcia i gniecenia wchłonęło jebutną porcję nawoskowanej lepkiej substancji, której jedynym życiowym zadaniem jest utrwalenie przez duże P wszystkiego co tylko może… a czego nie może to tym bardziej.

Co było później to może tylko zarysuję, żeby nie było, że ktoś potem z krzesła spadł i będę miała na sumieniu jego reumatyzm.

Ano była beczka śmiechu do łez bo mi kapelusz zesztywniał na amen i ciężka głowa się nagle zrobiła i w ogóle czułam się jakby mi ktoś wiadro krupniku z kaszą na głowę wylał i wysuszył farelką. Prawie żeśmy się posikały próbując rozczesać moje nowo powstałe pukle na środku ulicy (znaczy chodnika) w samym centrum stolicy ignorując ciekawskie spojrzenia i zaaferowane miny biednych, niczego nieświadomych przechodniów. Zapewne myśleli, że to jakiś nowy film albo akcja w stylu ‚co by pani powiedziała, gdybym nagle oblała panią olejem’…

Potem w panice szukałyśmy fryzjera, co to by był jeszcze otwarty (20 była za dziesięć) i zdołałby wyswobodzić mnie z tego wszystkiego co miałam na głowie. Udało się. Dziwną miała minę pani recepcjonistka, jeszcze dziwniejszą pani fryzjarka ale na tekst Hali ‚miałyśmy mały wypadeczek’ zareagowały pobłażliwym uśmiechem… Znaczy trauma nie pozostanie i śnić im się po nocach nie będę. Na pytanie ‚czego sobie życzę’ wykrzyknęłam prawie błagalnie ‚MYCIA!’ i wywołałam jeszcze szersze ze zdziwienia źrenice. Nie ma jak higiena proszę państwa. Żyjemy wszak w wolnym kraju, do unii weszliśmy z przytupem gumiaków dziurawych ale co jak co – ja myć się lubię. I nie powinno nikogo dziwić jeśli mi się nagle z wieczora zachce umyć głowę. Pani co tego cudu dokonała nie dziwiła się wcale. Za to moim zdaniem i za to, że zdołała zdjąć ze mnie ciężar nawoskowanego hełmofonu przy pomocy tylko jednej butelki szamponu i odżywki, należy jej się Jobel jak stąd na Seszele.

Było bosko. Prawie zasnęłam przy masażu głowy. A jak lekko było mi poźniej, po lekkim podcięciu włosów przez panią fryzjerkę, wyjść na ulicę… Po prostu bajka 🙂

I na kefca zdążyłyśmy i na koncert i w ogóle było fantastycznie…
Tym bardziej, że gdyby nie Hala to pewnie bym pójście do fryzjera odkładała (jak wszystko) w nieskończoność jak najbardziej odległą. A tak to nie dość, że szybko to jeszcze miło i pachnąco. Do końca dnia miziałam się z zadowoleniem po pieknych, gładkich herach i uśmiechałam sama do siebie.

Czasem wypadki bywają w skutkach zbawienne 😉

Miłego wieczoru

3 uwagi do wpisu “Wypadki uliczne, czyli z włosami nie ma letko

  1. nie da się ukryć, że na obiecaną godzinę wspólnego rozpoczęcia (i pi.. cia i koncertu) czekaliśmy z wielką niecierpliwością. Na szczęście duch młodego połączył się za pomocą magicznych więzów tajemniczych komórek z duchem bajecznym i tym samym byliśmy uprzedzeni o wypadku (chodź bez szczegółów).

    I świadczę odciskami na obydwu stopach uzyskanymi w wyniku myslovitz, że na polach śladu po wypadku nie było widać

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s