Zlecielim siem… czyli za długa ta notka ;)

Czwartek

W pracy Uruk-hai i to bez pierścionków. Na gygy dawno nie miałam otwartych na raz tylu okienek rozmów. Sajgon jakich mało. Wszyscy dzwonią, piszą, esemesują, nikt nic nie wie, czyli czeski film z węgierskim dubbingiem i mam głowę wielkości dorodnej hamerykańskiej helołinowej dyni. Nawet czuję się, jakby ktoś mnie ponacinał gdzieniegdzie, wydrążył środek i zapalił świeczkę. Dym idzie mi uszami. Do zapamiętania psiwór dla Justy, stado telefonów informacyjnych i rzeczy do spakowania na dwutygodniowy. W jeden tylko plecak. Kobieta + 2 tygodnie na rowerze + Suwalszczyzna = jeden plecak… toż to niedorzeczne. A jednak. Pakuję się do drugiej w nocy. Spać nie mogę do czwartej. Lekki stresik organizacyjny łączy się z nieco większym – czy nie zapomniałam spakować zbyt wielu rzeczy? – bo normalne jest, że zawsze czegoś zapominam. To już tradycja. Web jak stodoła ciąży. Zasypiam. Ostatnia myśl uświadamia mi, że chyba zapomniałam o zjedzeniu przez cały dzień czegoś poza kawą. Chrrrrrrr…

Piątek

Telefon ‚czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec’ nie milknie praktycznie ani na chwilę. Rozważam możliwość przekwalifikowania się na etat telefonistki. Wychodzi mi całkiem nieźle. Gorzej, że służbowe telefony zaczynam odbierać z nonszalanckim ‚taaak?’ albo ‚no szeeeść!’. Czif patrzy jak na mnie jak na zmodyfikowaną genetycznie marakuję… bez pestek. Czuję się jak pestka… bez marakui. Czuję się jak jeden wielki organizer. Oprócz zlotu – urlop i transport plecaków halkowo-bajkowych, bo przeca my z rowerami i w dodatku lekko niekumate. Cudem chyba udaje mi się namówić kolegę [dzięki Krzysiu] na manewry stulecia [najpierw zabierze moje manele, potem pogna po Halkę do pracy, zawiezie ja do dom i poczeka aż ta się spakuje… i dopiero potem cały szczęśliwy pojedzie na zasłużony urlop weekendowy bogatszy o dwa plecaki i manię prześladowczą] – muszę mieć niesłychany dar przekonywania ludzi do całkowicie absurdalnych pomysłów. W całym Smyku mają tylko jeden zeszyt kolorowego papieru a ja mam mord w oczach i pracę do skończenia ‚na wczoraj’. Cały czas koordynuję trasy zjeżdżających do stolicy blogowiczów [Pecha – jesteś moją idolką jeśli chodzi o ilośc możliwości zgubienia się na prostej drodze, Just i Biko – wy wiecie ;)]. Po 19.00 wychodzę po Młodego i Małgośkę. Małogośka zielona. Młody najwyraźniej jechał ciut za szybko. Czekamy na Pechę. U mnie w firmie. Ciemno bo wysiadło światło. Jedna faza działa. Mój komputer i lampka biurkowa. Kończę wycinać identyfikatory dla zlotowiczów. Im śmieszniej tym lepiej. Skojarzenia nie zawsze najprostsze ale za to jakie twórcze 😉 Przyjeżdża Pecha. Uściski, śmiech i niedowierzanie – ‚to ty TAK wyglądasz? ;)’. Na Pola prowadzi Młody. Czekamy na Biko i Just. Spóźnieni o godzinę ruszamy do Merlin, gdzie witają nas zgrzytający zębami blogowicze. Cudem się znaleźli. Mam nadzieję, że wybaczą. Wszak jako szanowna komisja i organizer muszę zadbać o to, żeby każdy bez problemu trafił na miejsce spotkania. Poznajemy się ostrożnie, jak jeże, ale już po godzinie śmiejemy się ze wspólnych wspomnień z czytania notek i chichramy się jak dzikie norki. Przecież znamy się juz tak długo… Stół w charakterze trasy przelotowej sprawdza sie wspaniale, piwo leje się strumieniami, coraz nas więcej, coraz weselej. Rozpływam się. W uśmiechu wewnętrznym. Na zewnątrz banan forever… od ucha do ucha. To bardzo miłe uczucie widzieć tylu fantastycznych ludzi, którzy do tej pory byli tylko anonimowymi literkami w sieci, a teraz siedzą wokół i można z nimi porozmawiać, poznać, dotknąć, poczuć. Cudowne wręcz jest to uczucie. Wydawało się nieprawdopodobne… ale udało się. Zgromadzić tyle obcych przecież sobie osób w jednym miejscu, w jednym czasie, w jednym celu. Dziękuję kochani…
Wieczór kończymy u Awitki, która wspaniałomyślnie decyduje się przyjąć pod swój dach sporą grupę rozświergotanych blogoholików. Niestety nie wszyscy mogą zostać dłużej. Z częścią osób żegnamy się… z żalem. Ale mam nadzieję do nastepnego razu. Imprezka na całego. Tańce, hulanki, swawole. Zamieszany z Halutą polegli pierwsi, potem Młody usnął na podłodze. Wyglądmy jak zombie z nocy żywych trupów ale jest nam dobrze. Akcja alkoholizacja dobiega końca. Rano wracamy do domów. Zmaltretowani, zmęczeni życiem i procentami, czerwonoocy, ze szwantującym błędnikiem… ale szczęśliwi. Zasypiam z uśmiechem… w wannie. Na szczęście chłodna woda budzi mnie na tyle skutecznie, by po jakimś czasie przenieść się do łóżka. Padam. Chrrrrrr…

Sobota

Budzik dzwoni w południe. Ignoruję go wręcz klasycznie… z lekka nutka dekadencji. O pierwszej spadam z łóżka. Haluta już na nogach. Z niewyspania nie wiem jak się nazywam… ale za to znam swój nick 😉 Jeszcze w piżamie wysyłam z netu esemesy, że zbiórka o 16.00 pod rotundą – przynajmniej każdy wie gdzie to jest [swoja drogą nie znam w Warszawie miejsca, w którym ludzie umawialiby się częściej]. Spóźniamy się. Oczywiście wszystko przez Młodego… na kogoś być musi. Na pocieszenie zabieram wycieczkę na najpyszniejszą pizzę w tym mieście [tylko proszę się nie chwalić gdzie… wolałabym by tak kameralnie tam pozostało]. Cierpliwie znoszę nieustanne pytania Biko – gdzie idziemy, a po co, a jak, a dlaczego, a z czym, a kiedy, ale o co chodzi i czy daleko jeszcze. Tylko czasem docinam. Serio serio. Nie wierzcie mu jeśli powie coś innego ;). Po skończonym posiłku czujemy się jak przyszłe matki trojaczków na dzień przed rozwiązaniem. Ale uśmiechy są stałe i niezmienne. Podziwiamy tresowane wróble, gołębie bez zasad savoir-vivre i… Biko patrzący na osłaniający nas parasol. Zabił nas tekstem: ‚Słuchajcie… nie śmiejcie się ze mnie… ale wszystkie parasole są białe a nasz ma czerwony czubek’. Rechot ogólny 😉
Potem były lody i kawa. No i oczywiście niezaprzeczalnie bezapelacyjnie absolutnie rewelacyjny ‚Shrek 2’. Odgłos paszczą, kłaczek, pinokio i różowe stringi, marchew dla bohatera, Wojtuś-Dragqueen co ma zostawić jeszcze butelkę, spojrzenie kota w butach i rozlegający się po sali pomruk ‚oooooo’, najlepsze sceny z musicali i pytanie ‚daleko jeszcze?’ (tak usilnie kojarzące się z naszym kochanym Biko) rozwaliły nas do szczętu. Pamiątkowe zdjęcia i wieczór znowu kończymy u Awitki. W tv ‚Królowa potępionych’ z naszym dubbingiem nabiera całkiem nowego znaczenia. Warta jest Oscara w każdej z kategorii. Głupawka udziela się wszystkim. Kocham drożdze! 😉

Niedziela

Koło 12 z hakiem budzi mnie sms. Po chwili następny. I jeszcze jeden, Wszyscy wstaliśmy w tym samym czasie. W pół do drugiej już jesteśmy pod nieśmiertelną rotundą. Z nieba leje się żar ale uśmiech nie opuszcza nas ani na krok. W końcy tak długo się nie widzieliśmy 😉 Trzeba nadrobić. Idziemy do Łazienek. Przyjemny chłód, zieleń, skrzeczące pawie, koncert wojskowej orkiestry a przede wszystkim wspaniałe towarzystwo. Snujemy się spacerowym krokiem po parku wspominając co śmieszniejsze sceny ze Shreka i komentarze do nich. Jakoś nikomu nie brakuje blogów. Może dlatego, że jesteśmy tu… realnie 😉 I nie trzeba juz wyobrażać sobie jak wygląda osoba, której myśli i marzenia tak częśto poznajemy. Ona po prostu tu jest. Wieczorem pędzimy na Starówkę na lody. jak zawzse kolejka ale warto było poczekać. Potem spacer i trawnik przy skarpie, i opowieści dziwnej treści, i beczka śmiechu, i bose stopy na tej chłodnej trawie w taki żar… Niebo do wynajęcia 😉 Od zaraz. Ja niestety nie skorzystam. Mam jeszcze sporo spraw na głowie. Ale nie mogę pozbyć się myśli, że czasami czas płynie zdecydowanie zbyt szybko… zwłaszcza w takich chwilach… a chciałoby się jeszcze tyle opowiedzieć i usłyszeć…
Posiłkujemy się w Sphinxie, rozmowa przeciąga się do późna. Niestety trzeba się pożegnać. Ledwie ściskam ostatnią osobę… a już tęsknię… bardzo. Do sierpnia mam nadzieję – wtedy będzie drugi zlot. Obiecuję. Może tym razem będzie jeszcze przyjemniej. Na pewno się o to postaram. I tym razem przyjadą Ci, którzy nie mogli byc z nami teraz.
Jeszcze raz wielkie dzieki kochani. Że byliście, że ze mną, że sie udało. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna. Mamie Łytnej dziękować nie będę ;)… ale bez Was by po prosru nie wyszło.
To był najlepszy prezent. Miło było się z Wami pouśmiechać… choćby tylko przez weekend 🙂

Bajka post-organizacyjna
i już urlopowa

Ps. Streszczenie – weekend, picie, fajno, hehe, tnx, b.
😉

A tak w ogóle i w szczególe

to siedzę jak nie powiem na czym i nie mogę się skupić na pracy

nie mogę się doczekać ZLOTU !!!

i myślę o tym, że Pecha już wyjechała i pisze esemesy i będę się z nią przez miasto całe przebijać
i że Thorr z Małgośką jechać będą
i może nas podrzucą… dwa razy… i raz złapią
i Biko porwie Just… na strzępy… i przywiezie do nas
i Awitka, że czeka
i Hal
i Storm
i ja
i fajnie jest
że to już prawie zaraz

nareszcie będę mogła wyściskać przynajmniej część z tych, których bym chciała

a reszta niech się szykuje na sierpień

zwłaszcza ty Alti (i pamiętaj o legitymacji, bo Biko się upomina ;))

bo ‚u mnie słowo droższe od piniendzy’

mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić 🙂

no!

Bajka organizacyjno-telefoniczna

Jeśli dziś piątek to siem zlatujem, czyli szabadabada makolągwa przedujkendowa

Wczoraj ciągałam Halutę. Bezczelnie i z premedytacją. Po autobusach i po półkach sklepowych. Mało tego. Razem z nią ciągałam Młodego co to z siostrą ku pomocy przyjechał. A następnie ciągałam jeszcze sporo innych osób, przedmiotów, nawet siebie. We wszystkie strony. Wczoraj kupiłam plecak (bo plany urlopowe wymagają sporych gabarytów przenośno-transportowych a jak dotąd nie udało mi się dorobić niczego w ten deseń) – w tym celu ciągałam bezczelnie zmęczonego życiem i pracą młodzieńca po magazynie, bo mi kolorek nie odpowiadał a on co prawda zapewniał, że ‚na pewno na magazynie nie mają’, ale po kilku mrugnięciach i uśmiechach iście promiennych okazało się, że mieli i to jeszcze pięknie złożony. Zdobywszy plecak, załadowałam do niego pół supermarketu z części kosmetycznej. Bo to przecież szampon trzeba kupić, co by kudły się nagle z blond szatyńskie nie zrobiły, a jak szampon to i odżywkę, a i do domu dla Mamutów, bo mamuty z reguły używają… co mają nie używać, ale czego innego. A jak odżywkę, to i krem niwuja co by mi facjata nie wyschła jak sahara albo inna afrykańska Dolina Śmierci. A jak krem niwuja to i jakiś siuwax do tej facjaty mycia, bo teraz mydłem to nie ten teges (kurde jeszcze tylko bez wody nie potrafię się obejść ale popracuję nad tym chyba) i tonik, co to w promocji był. I psikacz nasłoneczny zez okropnie dużym filtrem bo ma być w końcu upalnie i żarliwie to się opalać będę. I pod prysznic żela z granulkami, algami, wodorostami, trawami, aktywymi bąblami prosto z Plutona i turbogumonapawarką z bocznym lusterkiem i poczwórnym wtryskiem wielopunktowym, co bym siem mogła wymasować cała z siłą wodospadu i wrzeszczeć ‚ochy’ i ‚achy’ pod prysznicem (panie sąsiedzie, ta lorneteczka będzie zbędna niestety bo to tylko kąpiel a nie 9 i pół tygodnia bez dekodera). Potem zanabyłam specyfik co bym się zabalsamować mogła po każdej kapieli i na wiór nie wyschła o takim zapachu, że mnie zeżre jakiś głodny wielbiciel ciastek. No jak pragnę podskoczyć pełen serwis. I jużem całkiem zgłupiała ale jeszcze wyhaczyłam antyprykator co by glamur bardziej być. Bo trendi to już nie trendi. Zapach sprawdziłam na nadgarstku lewym i zaraz pożałowałam. Bo jak tak ma pachnieć teraz pół Polszy, to ja bardzo serdecznie podziękuję i proszę o amputację narządu węchowego na trzeci numerek na 13.00. I tak mi się nigdy nie podobał. Wygram w totka i zrobie sobie taki a la Majkel skrzyzowany z LaToją – swoją drogą LaToya mi się niebezpiecznie z ToyToyem kojarzy. Ale nie, że jak jakaś dziwna jestem, ToyToye są zdecydowanie przystojniejsze. Zakupy dobiegły końca i po dzikim rechocie przy stoisku z prezerwatywami i tarkami do pięt pognaliśmy do kasy. Haluta z obłędem w oczach i pomidorami w dłoni, Ja z uśmiechem numer sześć, brand nju plecakiem i ściśniętym portfelem, Młody z mordem wypisanym wszędzie i koszykiem z tym co każda szanująca się kobieta posiadać powinna… x2. Będę teraz nie dość, że się myć ‚bo jestem tego warta’ i dlatego, że ‚moja skóra tego potrzebuje’, to jeszcze będę siedziała nawilżona ‚jak ciepły letni deszcz’, kwitła ’24 godziny na dobę’ i pachniała, że męczyznom kapcie spadną i same pomaszerują na pielgrzymkę do Częstochowy. A jak!
Przy kasie pan tylko letko uniósł lewą brew i ze stoickim spokojem nabił na rachunek wszystkie kosmetyczne pierdółki i plecak, w który to wszystko zapakowałam. Sporo tego było. Następnie wycieczka udała się do apteki. Nic w tym nie byłoby niezwykłego, gdybyśmy przy wyjściu nie zaczęli piszczeć. I to bynajmniej nie z radości, że opuszczamy aptekę. To bramka tak nas wypuścić nie chciała. Tak się skubana przywiązała. Pan Z Letko Uniesionom Brwiom przy kasie najwyraźniej nam nie rozkodował do końca tych towarów mieszanych. Bodygard apteczny spojrzał groźnie, skontfrontował Halutę z zawarością jej siaty i paragonem, którym mu odważnie zamachała przed kaprawym nochalem. Posapał, posapał, wysilił się i puścił ją wolno. I… w tym momencie oblałam się barwami narodowymi Turcji i to w wersji turbo. O żesz ja blondynka! Albowiem właśnie nawiedziło mnie mgliste wspomnienie sklepowego paragonu znikającego w odmętach kosza na śmieci jakieś dwa poziomy wyżej. Hmmm… pan ochroniarz zmierzył mnie spojrzeniem groźnym acz ciekawym, luknął na mój olbrzymi plecak, na pąs na obliczu i zagaił – ‚A pani paragonik?’. A ja mu na to – ‚A nie mam’ i zamrygałam uroczo jak stado podlotków przed męskim klasztorem, posłałam mu uśmiech z gatunku tych bardziej uroczych i czekałam aż spuchnę ze wstydu. Nie spuchłam. Pan zdziwił się, zmarszczył z deka, popatrzył, podumał, posapał… i puścił mnie wolno z pobłażliwym wyrazem twarzy i radą ‚Ale na przyszłość z paragonikiem chodzić trzeba’. Wot durna bździągwa ze mnie. Ale szczęściem musiałam wyglądać tak niewinnie i głupio zarazem, że nie pomyślał o mnie w kategorii ‚ta, co za pazuchą wynosi słoiki z musztardą i którą trzeba zestrzelić przy pomocy snajpera’. Ufff. Choć przyznam szczerze, że plecak i jego rozmiary mogłyby pozwolić na wyniesienie kasjera razem z fotelem… i to w wyskoku. Ja to mam fart 😉

Teraz jestem chyba jeszcze bardziej roztrzepana niż zwykle (tak wiem, że to brzmi niewiarygodnie), bo nie dość, że piątek i zlot i informacje i urlop i szumy i organizacja i praca i niebo takie piękne i Audioslave na uszach… to jeszcze do porannej kawy chcąc nasypać trzy zwyczajowe łyżeczki cukru… z namaszczeniem umieściłam je sobie w dekolcie. Hmmm… nie ma jak peeling z samego rana 😉

Czy jest na sali psychiatra?

Tymbark na dziś – W góry czy na Mazury?