Jeśli dziś piątek to siem zlatujem, czyli szabadabada makolągwa przedujkendowa

Wczoraj ciągałam Halutę. Bezczelnie i z premedytacją. Po autobusach i po półkach sklepowych. Mało tego. Razem z nią ciągałam Młodego co to z siostrą ku pomocy przyjechał. A następnie ciągałam jeszcze sporo innych osób, przedmiotów, nawet siebie. We wszystkie strony. Wczoraj kupiłam plecak (bo plany urlopowe wymagają sporych gabarytów przenośno-transportowych a jak dotąd nie udało mi się dorobić niczego w ten deseń) – w tym celu ciągałam bezczelnie zmęczonego życiem i pracą młodzieńca po magazynie, bo mi kolorek nie odpowiadał a on co prawda zapewniał, że ‚na pewno na magazynie nie mają’, ale po kilku mrugnięciach i uśmiechach iście promiennych okazało się, że mieli i to jeszcze pięknie złożony. Zdobywszy plecak, załadowałam do niego pół supermarketu z części kosmetycznej. Bo to przecież szampon trzeba kupić, co by kudły się nagle z blond szatyńskie nie zrobiły, a jak szampon to i odżywkę, a i do domu dla Mamutów, bo mamuty z reguły używają… co mają nie używać, ale czego innego. A jak odżywkę, to i krem niwuja co by mi facjata nie wyschła jak sahara albo inna afrykańska Dolina Śmierci. A jak krem niwuja to i jakiś siuwax do tej facjaty mycia, bo teraz mydłem to nie ten teges (kurde jeszcze tylko bez wody nie potrafię się obejść ale popracuję nad tym chyba) i tonik, co to w promocji był. I psikacz nasłoneczny zez okropnie dużym filtrem bo ma być w końcu upalnie i żarliwie to się opalać będę. I pod prysznic żela z granulkami, algami, wodorostami, trawami, aktywymi bąblami prosto z Plutona i turbogumonapawarką z bocznym lusterkiem i poczwórnym wtryskiem wielopunktowym, co bym siem mogła wymasować cała z siłą wodospadu i wrzeszczeć ‚ochy’ i ‚achy’ pod prysznicem (panie sąsiedzie, ta lorneteczka będzie zbędna niestety bo to tylko kąpiel a nie 9 i pół tygodnia bez dekodera). Potem zanabyłam specyfik co bym się zabalsamować mogła po każdej kapieli i na wiór nie wyschła o takim zapachu, że mnie zeżre jakiś głodny wielbiciel ciastek. No jak pragnę podskoczyć pełen serwis. I jużem całkiem zgłupiała ale jeszcze wyhaczyłam antyprykator co by glamur bardziej być. Bo trendi to już nie trendi. Zapach sprawdziłam na nadgarstku lewym i zaraz pożałowałam. Bo jak tak ma pachnieć teraz pół Polszy, to ja bardzo serdecznie podziękuję i proszę o amputację narządu węchowego na trzeci numerek na 13.00. I tak mi się nigdy nie podobał. Wygram w totka i zrobie sobie taki a la Majkel skrzyzowany z LaToją – swoją drogą LaToya mi się niebezpiecznie z ToyToyem kojarzy. Ale nie, że jak jakaś dziwna jestem, ToyToye są zdecydowanie przystojniejsze. Zakupy dobiegły końca i po dzikim rechocie przy stoisku z prezerwatywami i tarkami do pięt pognaliśmy do kasy. Haluta z obłędem w oczach i pomidorami w dłoni, Ja z uśmiechem numer sześć, brand nju plecakiem i ściśniętym portfelem, Młody z mordem wypisanym wszędzie i koszykiem z tym co każda szanująca się kobieta posiadać powinna… x2. Będę teraz nie dość, że się myć ‚bo jestem tego warta’ i dlatego, że ‚moja skóra tego potrzebuje’, to jeszcze będę siedziała nawilżona ‚jak ciepły letni deszcz’, kwitła ’24 godziny na dobę’ i pachniała, że męczyznom kapcie spadną i same pomaszerują na pielgrzymkę do Częstochowy. A jak!
Przy kasie pan tylko letko uniósł lewą brew i ze stoickim spokojem nabił na rachunek wszystkie kosmetyczne pierdółki i plecak, w który to wszystko zapakowałam. Sporo tego było. Następnie wycieczka udała się do apteki. Nic w tym nie byłoby niezwykłego, gdybyśmy przy wyjściu nie zaczęli piszczeć. I to bynajmniej nie z radości, że opuszczamy aptekę. To bramka tak nas wypuścić nie chciała. Tak się skubana przywiązała. Pan Z Letko Uniesionom Brwiom przy kasie najwyraźniej nam nie rozkodował do końca tych towarów mieszanych. Bodygard apteczny spojrzał groźnie, skontfrontował Halutę z zawarością jej siaty i paragonem, którym mu odważnie zamachała przed kaprawym nochalem. Posapał, posapał, wysilił się i puścił ją wolno. I… w tym momencie oblałam się barwami narodowymi Turcji i to w wersji turbo. O żesz ja blondynka! Albowiem właśnie nawiedziło mnie mgliste wspomnienie sklepowego paragonu znikającego w odmętach kosza na śmieci jakieś dwa poziomy wyżej. Hmmm… pan ochroniarz zmierzył mnie spojrzeniem groźnym acz ciekawym, luknął na mój olbrzymi plecak, na pąs na obliczu i zagaił – ‚A pani paragonik?’. A ja mu na to – ‚A nie mam’ i zamrygałam uroczo jak stado podlotków przed męskim klasztorem, posłałam mu uśmiech z gatunku tych bardziej uroczych i czekałam aż spuchnę ze wstydu. Nie spuchłam. Pan zdziwił się, zmarszczył z deka, popatrzył, podumał, posapał… i puścił mnie wolno z pobłażliwym wyrazem twarzy i radą ‚Ale na przyszłość z paragonikiem chodzić trzeba’. Wot durna bździągwa ze mnie. Ale szczęściem musiałam wyglądać tak niewinnie i głupio zarazem, że nie pomyślał o mnie w kategorii ‚ta, co za pazuchą wynosi słoiki z musztardą i którą trzeba zestrzelić przy pomocy snajpera’. Ufff. Choć przyznam szczerze, że plecak i jego rozmiary mogłyby pozwolić na wyniesienie kasjera razem z fotelem… i to w wyskoku. Ja to mam fart 😉

Teraz jestem chyba jeszcze bardziej roztrzepana niż zwykle (tak wiem, że to brzmi niewiarygodnie), bo nie dość, że piątek i zlot i informacje i urlop i szumy i organizacja i praca i niebo takie piękne i Audioslave na uszach… to jeszcze do porannej kawy chcąc nasypać trzy zwyczajowe łyżeczki cukru… z namaszczeniem umieściłam je sobie w dekolcie. Hmmm… nie ma jak peeling z samego rana 😉

Czy jest na sali psychiatra?

Tymbark na dziś – W góry czy na Mazury?

5 uwag do wpisu “Jeśli dziś piątek to siem zlatujem, czyli szabadabada makolągwa przedujkendowa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s