Too much blog will kill you

Tak mi napisał pewien osobnik rasy męskiej i plugawej. Plugawej, bo sam siebie tak określił, a ja przecież nie mogłabym nie skorzystać (taka jestem przecież miła i uczynna) – zresztą jego nick (którego przez wrodzoną grzeczność tu nie umieszczę, nawet bardziej niż pasuje do reszty). Osobnik ów nikczemny i podły miał koszmarny start, odważył się zadrzeć ze mną i to złośliwie, a każdy kto mnie zna (mniej lub bardziej) wie, że potrafię zrobić siwy dym z najmniejszego nawet powodu (a i bez powodu tym bardziej) i zadziora jestem nieprzeciętna a jeśli chodzi o złośliwość – wystarczy zapytać Dzaska – toczę boje do upadłego. Pewnego pięknego i słonecznego dnia napisał do mnie ten Pan na gadulcu i nie dość, że sie nie uśmiechnął / przywitał / przedstawił / nie przedstawił / zapoznał mnie z cała rodziną i resztą inwentarza / poprosił o chwilkę uroczej pogawędki / zapytał czy nie przeszkadza /zaczął przeszkadzać / zasypał mnie gradem bezużytecznych informacji / przepisał na mnie swoją hipotekę, majątek ruchomy, psa, kota i rybki / zakochał się we mnie od chwili gdy zobaczył moją ikonkę GG pośród morza innych / tudzież różne inne koszmarne pierdoły (których nie zrobił), bo przecież jakoś trzeba zacząć, to jeszcze wypalił z grubej rury, że ja to jestem dupa nie czarodziej, czyli grafomanka i w ogóle żębym poszła owce paść na zielonym łez padole, bo tylko one zniosą moje wypociny (no może mniej efektownie ale to parafraza). To już mnie ubawiło setnie, bo On biedaczek myślał, że ja niby poetka jestem, a koło wierszoklety prawdziwego to ja nawet nigdy nie stałam, co dopiero sama pisać. Tworzyć to ja mogę nowe „Dziady” albo babki z piasku w betoniarce, ale nie poezję. Zawsze twierdziłam, że każdy powinien robić coś, co mu sprawia przyjemność, nawet jeśli mu nie bardzo wychodzi. Dlatego też zawsze bardzo lubiłam grać w koszykówkę, choć nie mam nawet 170 cm w kapeluszu a dwutakt kojarzy mi się z wyciem Celiny Musztardówki (jak francuska musztarda Dijon) na dziobie tonącego Tajtanika. Owszem pisuję drodzy państwo – ale nie poezję tylko deserki, bo trudno to nazwać wierszami. Niektórym się to podoba, innym nie i chwała im za to – nie jest przynajmniej nudno, ale dopóki mnie to bawi i dopóki mam ochotę zamiast karmić szuflady, dzielić się z innymi skrawkami moich myśli, to będę to robić i guzik z pętelką mnie obchodzi co pan ten czy ów o tym czy o owym myśli. Komentarze są od komentowania i wszystko jasne jak memory fajf ale jak ktoś pisze do mnie zadziorno-zaczepną (jak granat) wiadomość na gg, to niech nie liczy na miłe przyjęcie bo się zawiedzie. Ja jestem wulkan nie kobita. Rzeczony pan został grzecznie (na swój sposób) poinstruowany przeze mnie, iż przed wydaniem jakiegokolwiek sądu o autorze (to już podstawowy błąd, bo powinno się oceniać utwór nie twórcę), najpierw powinien go poznać a tymczasem mógłby się zapoznać z całym archiwum i wypowiedzieć się później. Nie lubię pochopnych wniosków bardziej niż szpinaku i kożuchów na mleku, więc pan został momentalnie skreślony z listy ewentualnych przyszłych krewnych i znajomych królika, bo efekt pierwszeństwa, jak każda szanująca się niewiasta w gorącej wodzie kąpana, mam znacznie bardziej rozwinięty niż efekt świeżości i uprzedzam się do wszystkich i wszystkiego z siłą i prędkością wodospadu na bezzębnej szczęce babci Heli z reklamy. A co! Jak się uprę to już nie ma że boli – „se ne da i pach pach” jak w czeskim filmie. Osobnik plugawy odzywał się później jeszcze nie raz i gęsto się tłumaczył, że wszystko cofa i że to on jest ten be a ja jestem cacy (swoją drogą to coś tak oczywistego, że nawet w swej wrodzonej dobroci tego nie skomentowałam) ale słowo się rzekło i, jak myślę, chodziło mu raczej tylko o zatarcie swojego niecnego obrazu w mojej pamięci, niż o rzeczywiste poczucie winy. Tak czy inaczej bawiłam się świetnie i udałam śmiertelnie obrażoną. Potem założyłam sobie drugiego bloga i zaczęłam pisać a On mi walnął „Too much blog will kill you” – po prostu nie mogłam przestać się śmiać, ale musiałam, bo jak bym pękła ze śmiechu to by się okazało, że ta świnia męska miała rację a do tego dopuścić nie mogłam za żadne skarby świata. To oczywiste dlaczego – bo jak każda kobieta nie dość, że muszę mieć zawsze ostatnie zdanie to jeszcze muszę mieć zawsze rację, co w połączeniu razem daje nie zawsze dobre i raczej nigdy nie sprawdzające się rezultaty ale za to jak ładnie i wyraźnie można zaobserwować co się wtedy dzieje z facetami i jak nieomal siwieją w sekund kilka. No cóż, kobieta ze mnie prawdziwa w każdym calu. Zołza, czarownica, złośliwe bydlę, wredota i w ogóle lepiej mnie wysłać na wojnę jako broń psychologiczną, bo wróg po rozmowie ze mną sam się pochlasta… ale za to jaka czarująca 🙂

A blogi mam dwa bo nie lubię mieszać ot co…

10 uwag do wpisu “Too much blog will kill you

  1. W rzeczy samej, otoz to, ma sie rozumiec, istotnie, dziwnym nie jest, ba, niepodwazalnie prawdziwe, fundamentalne dla zrozumienia, czyste zywe srebro, paralizujaco trafne, otwierajace oczy na prawde, bez szemranych podtekstow, nuty litosci, ostrzegawczej serii w plecy… czarujaco 🙂
    p.s. szowinisci z zalozenia nie znaja sie na psychologii, zwlaszcza teoriach panow Junga, Freuda, Sartre’a, Schopenhauera, Sw. Tomasza z Akwinu, Fromma, Platona, Sofoklesa, Nietzschego, czy Cialdiniego wychodzac z zalozenia, ze wszystkie wartosci intelektualne oraz estetyczne na swiecie byly juz przedstawione albo w Playboyu albo komiksach Marvela.

    Polubienie

Dodaj komentarz