Przedszkole da się lubić

Jako dziecię małe i wdzięczne – na swój sposób oczywiście, bo gruba byłam okrutnie jak ludzik z opon Michelin i zamiast kostek w piąstkach miałam dołeczki w słoninie – miałam wątpliwy zaszczyt chodzić do przedszkola.
Jak się dowiedziałam, że pójdę to mało się tym przejęłam, myśląc, że każdą groźbę moich rodziców jak dotąd należało podzielić na pół, więc i ta nie wypali jak skapcaniały fajerwerk. Myliłam się…
Nastał dzień, w którym pękło niebo i niewątpliwie błony bębenkowe w uszach moich bliskich i dalekich krewnych.
Mój pierwszy dzień w przedszkolu miał się stać zaszczytnym udziałem mojego ojca zwanego już wcześniej Zdzichem, bo to On właśnie miał za zadanie dostarczyć mnie do przybytku, gdzie obdziera się bogu ducha winne niewiniątka ze skóry i podaje na obiad w potrawce wraz z buraczkami paniom wychowawczyniom.
Myślę, że ten ranek zapamiętał na całe swoje biedne życie, bo jak tylko zobaczyłam budynek znienawidzonego obiektu (w którym w moich koszmarach sennych działy się rzeczy strasznie okropne zwłaszcza małym niegrzecznym dziewczynkom a taką byłam w całej swojej czteroletniej rozciągłości) to… włączyłam syrenę.
Jednym słowem zaczęłam wyć jak nie przymierzając wściekły kojot skrzyżowany wbrew własnej woli z wozem strażackim w korku na Marszałkowskiej. Nie wiem skąd w takiej małej czarującej dziewuszce wzięło się tyle siły ale darłam się tak przeraźliwie, że ojciec (najwyraźniej bojący się posądzenia o uliczny mord na własnym dziecku pod czujnym okiem przechodniów) wsadził mnie z powrotem do autobusu i wróciliśmy do bezpiecznego, miłego domu.
Nawiasem mówiąc, jak tylko znalazłam się w pojeździe sześciokołowym, poczułam, że fortel się udał i wyłączyłam syrenę ale tate był chyba zbyt wykończony moją koncertową wprost histerią by wyciągnąć z tego wnioski i załapać o co chodzi.
Wszystko super ale następnego dnia odprowadziła mnie mama (rzeczona Krycha) a z nią takie numery nie przechodziły i… musiałam pójść do przedszkola bucząc jak wściekły bąk nabity w butelke po occie.
Cóż, życie jest ciężkie i bardzo niesprawiedliwe. W przedszkolu nie miałam się do czego przyczepić, żeby pomarudzić i ponarzekać jak tam strasznie i żeby mnie zabrali i w ogóle… więc przyczepiłam się do jedzenia. Nie lubię i nigdy nie lubiłam kotletów mielonych, cebuli, natki pietruszki, szczypiorku i szpinaku zatem ilekroć któryś z tych produktów pojawiał się na moim niebieskim talerzyku, migiem lądował za pobliskim kaloryferem.
Miałam to szczęście, że panie wychowawczynie, widząc jaki ze mnie potwór i rozbójnik gorszy od najgorszego łobuza, chciały mnie mieć zawsze „na oku” i posadziły mnie przy pierwszym stoliku przy biurku pod oknem a za plecami miałam… ten cudowny wielki kaloryfer, za którym mieściło się tyle znanawidzonych wiktuałów ile tylko mogłam sobie wymarzyć. I tak pod nosem czujnych kapo płci żeńskiej z czarującym uśmiechem herubinka ze skrzydełkami pozbywałam się wszystkigo czego nie znosiłam a zmysł zaradności i niesłychanej przebiegłości rozwijał się we mnie z prędkością rozpędzonego żelazka z teflonową stopą. Panie się dziwiły, że tak ładnie i szybko zjadam a ja się dziwiłam, że takie głupie z nich ćwoki.
Zawsze byłam bezwględnie inteligentna ale każdy fortel prędzej czy później się wydaje. Wydał się i ten gdy nastała zima a wraz a nią kaloryfery zaczęły grzać na całego, bo wraz z ciepłem po salach i salkach rozniósł się słodkawo-mdły specyficzny zapaszek. Oczywiście winnego nie odnaleziono, bo ja się koncertowo wyłgałam od wszelkiej odpowiedzialności – w końcu siedziałam pod nosem strażniczek Teksasu (hihi). Ale odtąd musiałam radzić z karmą dla przedszkolaków sobie w inny sposób – wykorzystywałam kieszonki fartuszka – napychałam je a potem przed leżakowaniem opróżniałam w wc (męskim of course – żeby nie było podejrzeń).
Dni w przedszkolu mijały i coraz bardziej mi się tam podobało zwłaszcza, że moje psoty uchodziły mi prawie zawsze na sucho (bo Wacek nie miał świadka, że pobiłam bo krzesełkiem a Hania później juz sama była przekonana, że ta lalka wcale ale to wcale się jej nie podobała) no i oczywiście obudziła się we mnie natura kobiety.
Zawsze byłam kochliwa i już na oddziale położniczym w Szpitalu Matki i Dziecka w Międzylesiu zdobyłam serce i zapluty śliniak Adasia, który przestawał płakać zaraz jak siostra oddziałowa położyła go obok mnie i zaczynał się uśmiechać (to wersja mojej matki ja tam sądzę, że po prostu razem śmialismy się z tych idiotów, którzy pochylali się nad nami z wdzięcznym „a gu gu” myśląc, że to takie zabawne), a w przedszkolu miałam kilku adoratorów.
Jeden zakochał się we mnie jak dostał w nos bo ciągnął mnie za warkocze. Przynosił mi bratki kradzione z ogródka dyrektorki i ciastka z podwieczorku. Miał na imię Krzysio (tak twierdzi moja rodzicielka – ja ich nigdy nie pamiętałam). Kolejny był moim partnerem na lekcjach rytmiki – Rafał to był albo jakoś tak i Jego mama miała warzywniak, więc byłabym dobrze ustawiona jak na tamte czasy – i kiedyś pobił się z drugim chętnym do tańca, który przystawiał się do mnie w kolejce do wc (imię nieznane ale był blondynem więc i tak nie miał u mnie szans). Rafała pokochałam również ja (zwłaszcza za lizaki) ale musiał się przeprowadzić do innego miasta a ja nie wierzyłam w uczucia na odległość i nasza paprotka miłości uschła nie podlewana. Nastepny był Maciek , który huśtał mnie na huśtawce, sprzątał po mnie zabawki i zabawiał podczas leżakowania opowieściami makabrycznymi – ten zdobyłby moje serce ale pchał się z dziobem do całowania więc dostał plombę i nasza miłość skończyła się tak szybko jak się zaczęła. On zajął się Marysią a ja Tomkiem i kimś tam jeszcze. Było więc całkiem miło nie licząc kilku tysięcy ran ciętych i szarpanych, siniaków, podartych malowniczo na kolanach rajstop, krwawych śladów walki na cukierkowo-słodkicj białych sukienusiach itp itd.
Byłam zakałą przedszkola, moje imię znał cały personel bo śniłam się im po nocach jako zmora, a moja mama musiała podjąć pracę w tymże przybytku opiekuńczym, żebym jako tako dała żyć innym i nie zachowywała się jak chory psychicznie piesek preriowy chichoczący jak norka ale… jak odchodziłam to wszyscy mieli w oczach łzy wzruszenia.
Bo byłam jaka byłam ale przynajmniej nie dało się mnie zapomnieć i autentycznie zdążyli polubić moją małą (już chudą) osóbkę razem z całym inwentarzem domniemanych psychoz i wariactw.
Do tej pory moja mama spotkawszy na ulicy jakąś panią z dawnego przedszkola nr 157 odbiera dla mnie masę buziaków, uścisków i pozdrowień. Byłam diabłem wcielonym ale za to jakim uroczym i niezapomnianym…
Na referendum spotkałam mężczyznę, który na mój widok cały się rozpromienił, przystojny był bardzo więc zrobiło mi się miło a co wszak kobieca próżność jest u mnie wysoce rozwinięta.
Myślę sobie z zadowoleniem „hmmm… nowa sukienka” a On podchodzi, ściska mnie i woła radośnie „Anka – nic się nie zmieniłaś!!!”.
Oniemiałam z deka bo po pierwsze nie lubię jak ktoś mówi do mnie per Anka (tak mówili do mnie wszyscy jak byłam niegrzeczna czyli praktycznie zawsze) a po drugie nie co dzień zdarza się, że obcy koleś rzuca się mnie ściskać i to w miejscu publicznym.
Jak tylko odzyskałam głos, to kazałam mu się z miejsca wytłumaczyć, że nie życzę sobie takich zachowań i w ogóle już chciałam go lać po pysku… a On tylko popatrzył z głupim uśmiechem i mówi „Bojowa jak zwykle”.
I wiecie kto to był? To był Rafał… moja miłość z przedszkola i On mnie poznał po tylu latach i z takim sentymentem mimo tych wszyskich siniaków powiedział mi, że mnie się nie da zapomnieć…
No wszystko fajnie ale, że ja się nic nie zmieniłam to sobie wypraszam – nie jestem już pyzatą kluchą na dwóch nóżkach z diabelskim błyskiem w oku 😉

7 uwag do wpisu “Przedszkole da się lubić

  1. Mile, mile 🙂 To wlasnie takie wspomienia sa najlepsze – mimo ze w czasie kiedy sie dzialy nie bylo zbyt pieknie i wesolo – to z dzisiejszego punktu widzenia…
    PS. Ale ten diabelski blysk w oku Ci pozostal? 😉

    Polubienie

  2. Nieźle się ubawiliśmy z kumplem. Znalazłem ten blog dzięki Kryśce. Szukałem tekstu dawnej piosenki „a na imie miała Krycha” a znalazłem Anke 😛
    Narka

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Ekwidystanta Anuluj pisanie odpowiedzi