Moja wzajemna niechęć z tymi środkami komunikacji masowo-bydlęcej ma początki we wczesnym dzieciństwie i jest pielęgnowana codziennie z uporem maniaka.
Niestety do lamusa już odeszły chwile, kiedy to jako seksowna laska w skórzanym ubranku (doprowadzając panów w dusznych autach z żonami ględządzymi i dziamgoczącymi za uszami) jeździłam sobie do pracy moją kanadyjską 750 (reklamy robić nie będę) z mojego rocznika. Było cudnie i nigdy nie wiedziałam czym są korki w okresie wiosenno-letnio-jesiennym.
Ale wszystko co dobre się kończy (co za głupie przysłowie) i trzeba się było przesiąść do uroczych barakowozów o klimacie sauny w lecie a dalekiej Antarktyki w zimie z równie uroczymi panami kierowcami, którzy chyba – mam takie nieodparte wrażenie – zaledwie wczoraj przesiedli się doń z kombajna albo furmanki pełnej ziemniaków.
Swoją drogą to upierałabym się, że niektórzy z pasażerów bardziej przypominają buraki pastewne tylko takie zmutowane genetycznie i bardzo niegrzeczne. Ale nic to – ja się tylko czepiam i taka moja rola bo jestem kobita – ten typ tak ma.
Dzisiejszego pięknego poranka (nareszcie da się oddychać bo w nocy spadł deszcz) wsiadłam do autobusu linii 195 przy ulicy noszącej wdzięczną nazwę – Przytyk – z zamiarem dojechania do pracy w trybie niejednostajnie i znacznie przyspieszonym bo znowu zaspałam (tzn ściśle rzecz ujmując nie zaspałam tylko nie chciało mi się otwierać oczu a co dopiero wstać – tak tak powieki odmawiające współpracy to słynna zmora współczesnego społeczeństwa i napewno doprowadzi nas to do moralnego upadku).
W autobusie mimo wczesnej (względnie) pory unosił się już zaduch i charakterystyczny odorek. Ponoć nie wolno przewozić środkami komunikacji miejskiej środków żrących i cuchnących, tymczasem widziałam tam dwóch panów żrących coś tam bliżej niezidentyfikowanego z celofanu i mocno zionących tymże odorkiem.
Jak już wsiadłam to przecież nie będę robiła dymu tylko usiądę grzecznie – myślę sobie – zaczytam się w książce i zapomnę a może przy odrobinie szczęścia stracę również powonienie.
Pokrzepiona tąż nadzieją rozejrzałam się za dogodnym miejscem – z dala od tego wszystkiego – nie żebym nie lubiła ludzi, wręcz przeciwnie, ale zawsze trafiam na jakieś skrajne przypadki ze skali neurotyzm-psychotyzm niejakiego Eysencka. Miałam wybór niewielki więc problemu nie było. Usiadłam sobie grzecznie przy oknie, żywiąc wyżej wymienioną w poprzednim zdaniu panią N, że nikt żrący lub/i cuchnący nie dosiądzie się do mnie przez najbliższe 40 minut aż dojadę do pracy.
Sauna w autobusie trwa a ja zaczęłam czytać książkę (nie napiszę co bo i tak jeszcze tego nie ma w sprzedaży). Fajnie było przez 10 minut. Potem na miejsce wtargnął Pan zabierając mi wolność i resztę powietrza. Z wyglądu lat ok 30, ze zbereźnego uśmiechu – 15, całkiem całkiem ale wjazd go zdyskwalifikował.
Nie znoszę jak ktoś siada koło obcej osoby zaczytanej w książce po uszy i zaczyna ględzić cos w stylu „a usiądę sobie tutaj myślę bo zawsze to fajnie koło takiej dziewczyny co nie?” albo „co tak pani czyta?”… Standard. Zawsze mam ochotę odpowiedzieć, że skoro trzymam w rękach książkę to pewnie czytam bibuły z bojówkowego ruchu ojca Rydzyka albo zajmuję się chiromancją a ta makulatura to tak dla niepoznaki ale się hamuję. Jeszcze.
Ten przeszedł od razu do meritum:
– Co czytasz? – zagadnął błyskotliwie
– Książkę – warknęłam uprzejmie
– A jaką? – widocznie chciał nawiązać kontakt
– Grubą i bez obrazków – warknęłam już trochę mniej uprzejmie
– Ale ja się pytam jaki ma tytuł ta książka? – nie dawał za wygraną ciekawski buc, który myśli, że jak jest względnie przystojny i cuchnie na kilometr wodą toaletową Makler albo jakis inny Brutal to już każda laska na Niego poleci i to z prędkością widma świetlnego.
– „Jak znokautować natręta w autobusie miażdżąc mu tchawicę jednym ruchem łokcia” – odparowałam
Pomogło…
Cudownie mieć znów swoje własne powietrze w autobusie bez śladu woni marnej eau de macho.
Życie jest piękne nawet w autobusie zwłaszcza jak sobie ćwiczę asertywność, no bo przecież kobiety muszą byc asertywne. A już na pewno jak chcą sobie przeczytać książkę w spokoju.
Pozdrawiam w ten miły dzień…
Już cię qrna kocham!
Za uczucia komunikacyjne identyczne jak moje, a z zapachów polecam sztachnąć się w sezonie jesiennym naftalinką pokrzepioną piżmem!
Pozdrawiam i pozwolisz ,że poczytam czasami :-))))
PolubieniePolubienie
No tak – to wlasnie klimat komunikacji miejskiej hehe 🙂
Pozdrowienia od rowniez zmuszonego uzywac tego wynalazku.
PolubieniePolubienie
„ściśle rzecz ujmując nie zaspałam tylko nie chciało mi się otwierać oczu a co dopiero wstać” – zupełnie jak byś pisała o moim wstawaniu do pracy, ale co ja będę Ci mówił 🙂
PolubieniePolubienie
no ta bajka…
ja zawsze w ZTM trafiam na osoby, które własnie skonsumowały dużą ilość kiełbasy czosnkowej, alibo podobnego specyfiku i „tchną” na mnie zaprawionym oddechem…:)
Hal
PolubieniePolubienie
Hal no bywa i tak ale lepsza kielbasa niz co insze
PolubieniePolubienie
No Bajka…kurka wodna jakbym siebie widziała….
Ja kiedyś miałam takiego „farta”że koło mnie w autobusie usiadł facet,od którego…leciało strasznie wódą…wkurzyłam się, próbując złapać thu..ale to nic nie dało. Ten jegomość był chyba ucieszony moją bezradnością, bo wyszczeżył się od ucha do ucha… jeszcze bardziej się wkurzyłam..(chyba byłam czerwona jak burak, choć nie pastewny) i odrzekłam „chuchnij Pan…puki mam zagrychę…” hahaha
Muszę Ci powiedzieć, że pomogło, nie wspominając ryczącego ze śmiechu autobusu…
Pozdrawiam…
PolubieniePolubienie
No Bajka…kurka wodna jakbym siebie widziała….
Ja kiedyś miałam takiego „farta”że koło mnie w autobusie usiadł facet,od którego…leciało strasznie wódą…wkurzyłam się, próbując złapać thu..ale to nic nie dało. Ten jegomość był chyba ucieszony moją bezradnością, bo wyszczeżył się od ucha do ucha… jeszcze bardziej się wkurzyłam..(chyba byłam czerwona jak burak, choć nie pastewny) i odrzekłam „chuchnij Pan…puki mam zagrychę…” hahaha
Muszę Ci powiedzieć, że pomogło, nie wspominając ryczącego ze śmiechu autobusu…
Pozdrawiam…
PolubieniePolubienie