Bycie rodzicem to trudna sprawa

To w zasadzie komentarz do notki u Mig, ale jak już wcisnęłam "dodaj" uświadomiłam sobie, że jest dla mnie bardzo ważny. Na tyle, że chcę go też tutaj.

Wzorca miłości rodzicielskiej nie ma w żadnej gablocie w związku z tym
mam wrażenie, że wszyscy rodzice na początku poruszają się trochę po
omacku i trochę bez trzymanki. Między innymi dlatego daleka jestem od
oceniania kogokolwiek.

Swojego Syna kocham najbardziej na świecie i wiem, że normalnie nigdy w
życiu nawet bym Go nie uszczypnęła by nie sprawić Mu bólu. Raz w życiu (rok temu mniej więcej)
byłam jednak zmuszona sprawić Mu ból niewyobrażalny dla małego dziecka
– odłamek cienkiego lizaka w kształcie serca (jakich pełno na każdym
choćby dworcu PKP, a jaki Młody wymarzył sobie i wyprosił u mnie
) utkwił Mu głęboko w gardle ergo Młody zaczął się
dławić i sinieć. Tramwaj. Pełno ludzi. Oczywiście w mig dyżurna panika
i wrzask ale zero jakiejkolwiek choćby próby pomocy. Nie wołałam czy ktoś jest
lekarzem i może mi pomóc bo zaraz dostanę rozległego zawału i trafi mnie szlag, choć potem usłyszałam niejednokrotnie, że jestem
nieodpowiedzialna, bo powinnam, bo mogłam Mu tym lizakiem ostrym rozorać
przełyk i w ogóle wszystko. I że mógł umrzeć w wyniku zakażenia też
usłyszałam. A ja po prostu niewiele myśląc sięgnęłam Mu w to gardło
bardzo głęboko i wyszarpnęłam ten jebany lizak. Młody nie chciał się
przytulić przez kilka dni i płakał na sam mój widok. Ale zwyczajnie nie
było na to czasu a ja zadziałałam jak automat.

Oczywiście gdybym opisała to kiedykolwiek na blogu – co niniejszym czynię – to pewnie też raczej
oschle i bez emocji. Bo długo potem nie mogłam dojść do siebie. Bo
długo płakałam w wannie. Bo do tej pory gdy widzę za szybą te lizaki,
mam w gardle wielką gulę i drży mi broda. Bo czuję się z tym…
nazwijmy to ambiwalentnie. Ale zdecydowanie wolę się tak czuć i
wiedzieć, że Młody teraz jest i żyje i ma się świetnie i jest już
dobrze. Wszystko zapomniał. Ja pewnie nie zapomnę nigdy.

Są sytuacje i sytuacje – jeśli uczestniczymy w nich tylko poprzez
pisemny przekaz na blogasku, to wiadomo, tylko na tej podstawie budujemy sobie
obraz i w ten obraz zbudowany się angażujemy – nie w sytuację. Nie wiem
czy to dobrze czy źle i kto ma rację a kto jej nie ma. Bo to nie o to w tym wszystkim
chodzi. Nie lubię też oceniać, bo zawsze okazuje się, że życie ma dla mnie
tyle niespodzianek, iż niejednokrotnie musiałabym to wszystko
odszczekiwać i merdać ogonkiem. A ogonka nie posiadam i logistycznie
mogłoby być mi trudno.

To tyle.