I po Maroku

Wróciliśmy niestety. We wtorek pod wieczór. Ale wczoraj głównie odgruzowywałam się w pracy i a w domu wstawiałam pranie i tłumaczyłam Lokatorowi dlaczego nie pójdziemy pozbierać muszelek.

Niestety, bo do końca miałam nadzieję, że porwie mnie jakiś przystojny Ibrahim, których było na miejscu niemało. Na strzępy choćby.

O azyl klimatyczny też chciałam wystąpić ale generalnie zajmowałam się spożywaniem, trawieniem i spacerowaniem po różnych płaszczyznach oraz obserwacją swoich stóp w oceanie… zrozumiałe więc, że zwyczajnie nie było kiedy.

Było cudownie i najgorszym wspomnieniem było jak sądzę dla wszystkich współpasażerów wyjście z samolotu – tam opaliłam sobie wszystko co miałam na wierzchu (twarz na ten przykład, dekolt, ramiona i łydki nawet) oraz chodziłam boso po plaży, tu zaś zimno, szaro i śniegodeszcz na dzień dobry. Ech…

Więcej napiszę jak się trochę ogarnę.
Tymczasem spoglądam tęsknie na kalendarz, który zakupiłam w Uniprixie i zamyślam się dramatycznie.