Z okazji Dnia Kobiet weekendowałam stacjonarnie z Nielotem, która to przybyła w sobotę punktualnie w samo południe z białą różą w zębach. Ach jakże uroczy był to widok. Róża znalazła miejsce w niebieskim wazoniku oraz czułych objęciach PanKota. PanKot zaś jest żywym przykładem na sprawne funkcjonowanie zjawiska reinkarnacji a w poprzednim wcieleniu musiał trudnić się ogrodnictwem, albowiem w życiu nie spotkałam kota, który tyle czasu poświęcałby roślinom, z taką uwagą i namaszczeniem je podgryzał oraz z taką determinacją wracał na parapet ułamek sekundy po tym jak został stamtąd brutalnie i ze ścierą przegoniony.
Nielot w pakiecie powitalnym dostała ściski na chodniczku w przedpokoju, pełne uwielbienia popisy Lokatora, rozmruczanego PanKota na kolana i ogólny szum informacyjny. Bośmy się okropnie dawno nie widziały.
Sobota i spora część niedzieli upłynęła nam na niczym nie skrępowanej dzikiej konsumpcji i lenistwie. Dodatkowo w sobotę dołączyła do nas Haluta, zatem sabat czarownic, przełamany tylko jednym przedstawicielem rodzaju męskiego (PanKota już jakby ciężko liczyć bo został części swoich atrybutów pozbawiony), miałyśmy całkiem konkretny.
U jednego takiego prawdziwego Męcizny byłam w piątek. Znaczy pojechałam do Gogi, ale raczej trudno byłoby udawać, że tylko dla niej. Przy całym jej uroku i powabie, niestety Jaśko jest bezkonkurencyjny. Fajny – taki męski i konkretny. Najpierw spał, potem kategorycznie zażądał okazania matczynego biustu a następnie beknął rozgłośnie i zapadł w drzemkę regeneracyjną, przerywaną odgłosami trawienia dobiegającymi z innej zgoła strony.
Małe dzieci są uroczo bezproblemowe.
Niestety potem rosną i zaczynają się schody. Obecnie mamy na tapecie niekończący się potok dziwnych pytań, niekonktrolowanych okrzyków i nagłych zwrotów akcji w postaci śpiewu na całe gardło w tramwaju pieśni narodowo-wyzwoleńczych. Tak ot z cicha pękł. Jedziemy sobie trzynasteczką, całkiem wygodnie bo wyjątkowo nie w uścisku z resztą dzielnicy a cywilizowanie i zajmując miejsca siedzące. Jedziemy, jedziemy, słowotok w pełni, czyli "tu czelwony samochót, a tu pacz mamo, pacz, drugi czelwony i dziewionty i czternasty, o, tu pan duubie w nosie niegrzecny taki, a tu drzefko, ładne takie i ptaszki na nim siedzom i śpiewajom…"
WTEM!
i tu poziom decybeli niebezpiecznie rośnie a rozlegający się z nagła dyszkant przyprawia o rozległy zawał i drżenie łydek:
– Czelwone maki na Monteeee Kasynooo! – opcjonalnie – Myyy pielsa blygaaaada!
Tu Pan po lewej upuszcza gazetę, Pani z przodu krztusi się drożdżówką a kilka mniej zorientowanych osób rozgląda wokół się w pełnym rozdziawie i osłupieniu. Motorniczy twardy jest niczym Roman B. – nawet mu brew nie drgnie – ale koniec końców często podróżujemy tą trasą, więc jakby nie patrzeć pierwszy szok ma za sobą.
Jeszcze niedawno na topie była Ola, co szła do przedszkola po chodniku, Puszek-Okruszek oraz ogórek w zielonym garniturze, ale odkąd Lokator odkrył utwory patriotyczne i zaangażowane, mamy w domu i okolicy zlot kombatantów w pigułce. Strach pomyśleć co będzie gdy kiedyś trafi na jakieś godzinki albo nie wiem co. Maryja Królowa Polski w drugim wagonie w drugi i czwarty wtorek miesiąca? Hmm. Nie wiem czy ludzkość jest na to gotowa. Doprawdy.
Dobra, idę bo Lokator świeżo zafascynowany filmem o budowie człowieka – odcinek: układ oddechowy, raz! – właśnie wykonuje freediving bez wody i wstrzymał oddech, przez co przybrał wyjątkowo żywe barwy.
Macierzyństwo składa się ze wzruszeń, wkurwów i nieustanych dylematów.
Teraz też mam dylemat: zapytać wizażysty, czy pąsowe na twarzy dziecko to typ wiosenny i dopasować kolorystycznie chodniczek, czy też poprzestać na zasłonach?