O muzyce, która nie odbija się od ścian

Byliśmy z Młodym na koncercie Kameralnego Chóru ‚Kijów’. Oczywiście wejście na zaproszenia i ogólnie ąę. Cała rzecz zadziała się w salezjańskiej bazylice na warszawskiej Pradze, co oczywiście z miejsca spociło mi z lekka oboje oczu.

Tuż przy tej bazylice bowiem w dwudziestym elo pod patronatem Bolka Chrobrego spędziłam bardzo przyjemne cztery lata z mej młodości, nie tak odległej znowu jak by się zdawać mogło. Co prawda są tacy, którym rok 1997, kiedy to wypacałam na maturze wszelkie płyny ustrojowe, jawi się li i jedynie jako majacząca na kartach historii niezbyt istotna data, ale tych państwa od razu poproszę do pokoju obok, gdzie mamy kreskówki i misie. Dla mnie to były bardzo ważne lata. Życiowe wybory i dylematy, które przerastały każdego ledwie odrośniętego nastolatka, sukcesy, z którymi nie każdy umiał sobie poradzić i zwyczajna codzienność, która oczywiście nigdy nie była zwyczajną. Papierosy za winklem, związki i rozwiązki miłosne, obściski na prywatkach czy punkowe koncerty, to tylko część jakże bogatej wewnętrznie księgi pod tytułem Szkoła Średnia. Bywało groteskowo wspaniale albo wręcz przeciwnie – czarno_dziurowo, czarnoziemowo, mrocznie i mrukliwie, ale dziś wszelkie te perturbacje wspominam z niesłabnącym sentymentem. I po raz kolejny okazuje się, że wszystko się zmienia w zależności od punku siedzenia czy myślenia a już najbardziej pod wpływem czasu. To najlepszy sędzia.

Do bazyliki na koncert dotarliśmy z Hal i Gogą (która nas nota bene przywiozła). Najpierw musiałam pokonać milion pięćset schodów, o których istnieniu przez te kilkanaście lat zdążyłam zapomnieć. Całkowicie i skutecznie. Przy okazji taszczenia wózka z Wózka Należną Zawartością (czytaj: Lokatora), która to nie wiedzieć czemu robi się z tygodnia na tydzień coraz cięższa, spociłam się, spieniłam i spurpurowiałam. Prawdziwi mężczyźni zdaje się wyginęli razem z mamutami. Chwilowo jedyny dostępny jest jeszcze za smarkaty by taszczył się na górę sam, a o reszcie to mi się nawet gadać nie chce. Sami kurde kombatanci albo nie słyszący. Nic to. Twarda jestem jak Roman Be, to dałam radę i Lokatora po schodach na górę wtaszczyć.

W środku ludzi była chmara i nie zdążyłam się niestety zorientować czy czarno od nadmiaru duchownych czy od ogółu populacji, bo minęła godzina K jak koncert. Oczywiście wszystkie miejsca z jednoczesną widzialnością i słyszalnością były już zajęte i obwarowane bądź to solidnym beretem, bądź wrogim spojrzeniem sąsiada. Zostało nam usadowienie się na tyłach i delektowanie muzyką albo przepchanie się do bocznej nawy i przewaga wizji nad fonią. Wybrałam bramkę numer trzy, czyli fortel.

Fortelem był zabór trzech krzesełek, zainstalowanie ich w szerszym przejściu pomiędzy rzędami i wygodne się na nich umoszczenie, połączone z całkowitą ignorancją wszelkich mniej lub bardziej oburzonych spojrzeń rozmaitych kościelnych borostworów. Cud, miód i koszyk malin. I widoki miałam na ten chór z Kijowa i słuchać mogłam do woli. No może gdyby te baby po bokach nie szurały byłoby bardziej komfortwo i oczywiście zawsze zajdzie się jakiś kretyn z włączoną na full komórką, ale niektórych niestety nie da się rozstrzelać. Przynajmniej nie w kościele i przy ludziach.

Igorowski początkowo był zafascynowany całą architekturą kościoła – w końcu nigdy nie widział nic tak wielkiego od środka – a szczególnie podobały mu się witraże i olbrzymie żyrandole ale później zaczął dostrzegać i ludzi. Zwłaszcza tych, co przed Nim. Były to dwie panie w wieku raczej podeszłym i pan pomiędzy nimi. Pan niczym się nie wyróżniał, więc damy mu spokój, za to panie zasługują na uwagę. Jedna miała kok, do skonstruowania (ten czasownik pasuje tu najlepiej) którego musiała, jak na mój gust, użyć całego zapasu tresek i spinek, jaki posiadała ona i wszystkie jej znajome. Druga z kolei miała wielką futrzaną czapkę, która do złudzenia przypominała mi kota, mijanego ongiś w drodze do parku, tyle, że nie miauczała. I może to i dobrze. Pani Z Kokiem nie wzbudziła jakoś mego specjalnego zdurnienia, podobnie jak Lokatora. Za to Pani W Czapce owszem.

Raz, ja nie wiem jak można z kotem na głowie iść na koncert i nie zostać po drodze wylegitymowanym przez straż miejską, zatrzymanym przez policję, czy też zaatakowanym przez Zapalonych Działaczy ds Zwierząt Domowych tudzież zbłąkanego psychopatę. Dwa, również nie wiem jak można w futrzanej czapie z kota wysiedzieć godzinę z hakiem w dobrze ogrzewanym kościele, wśród tłumu dobrze ogrzewających ludzi i nie dostać, excuse le mot, kota. Pani W Czapce gratulujemy pomysłu.

Lokator oczywiście po dwóch utworach odpadł i zasnął. Cały czas jednak trzymał mnie za rękę i zaciskał na niej miarowo co jakiś czas swoje palce. Zauważyłam, że w tych samych momentach, w których ja miałam ochotę zacisnąć swoją. Chyba podobnie odczuwamy większość rzeczy. To dobrze rokuje na przyszłość i sprawia, że widzę sens w zabieraniu Go na żywą muzykę, zarówno rockową jak i tę delikatniejszą, klasyczną, oraz puszczaniu swoich ulubionych płyt. Ostatnio na tapecie mamy Toma Waitsa i chyba się Igorowskiemu podoba. Dobra nasza.

Naturalnie spuchłam z dumy jak po koncercie wszystkie okoliczne i przygodne babcie, ciocie oraz ich krewni zachwycały się Młodym, jaki grzeczny, wspaniały i rozumny. Bo to, że śliczny mamy już obcykane na wszystkie strony, tak? A pewnie. Jaki ma być. W końcu targam Go od wczesnego życia płodowego po chórach, próbach i koncertach, to i obeznany jest z muzyką wszelkiej maści. I co jak co, ale na pewno umie ocenić co dobre. Przy dobrym zawsze się odpręża. Tak przynajmniej sobie tłumaczę to obywatelskie zaśnięcie. Przecież to nie mógł być sabotaż.

Kameralny Chór ‚Kijów’ zaśpiewał cudownie. Zwłaszcza soliści. Zdaję sobie sprawę, że to nie było wszystko, na co ich stać i tym bardziej podziwiam. Piękna harmonia brzmienia i moc uczuć, jakie nam przekazali to nie wszystko. A była ich ledwie dwudziestka. Kameralnie. Nawet utwory współczesnych kompozytorów, za którymi z reguły w repertuarze sakralnym nie przepadam z różnych względów, spodobały mi sie na tyle, że chętnie posłuchałabym ich jeszcze raz. Najchętniej jednak całego koncertu.

To rodzaj muzyki, która nie odbija się od ścian echem, jak każda inna. To rodzaj muzyki, która w nie wnika i pozostaje tam na długo. Podobnie jak we mnie.

Posępny czerep i jego potęga…

… czyli mam moc i nie zawaham się jej użyć.

To było bardzo nudne zebranie. Tak nudne jak tylko mogą być firmowe zebrania na temat bez tematu. Coś jak pięćset osiemdziesiąte drugie posiedzenie plenum. No ale zwołane przez Prezesa Najwyższego Trzeciego, zatem obecność obowiązkowa, że tak to ujmę ogólnie. Termin obecność obowiązkowa szczególnie może bowiem znaczyć tak wiele – od ‚jeśli nie przyjdziesz to nic się nie stanie ale…’ do ‚jeśli nie przyjdziesz to równie dobrze od razu sam możesz się położyć na torach i zadzwonić po tramwaj’ – że nawet nie chcę się w to zagłębiać. Prezes Najwyższy Trzeci zwyczajowo zwołuje posiedzenie plenum raz do roku i wygłasza nań różnej maści odkrywcze tezy, pomysły swoje i innych krewnych tudzież znajomych królika. Tezy nie zawsze są poparte stosowną argumentacją ale za to pomysły zawsze odkrywcze a całość z reguły w pełni równoważy wywiązująca się później w kuluarach dyskusja. Czyli generalnie super i rozrywka zamiast pracy bo takie zebrania to lubią potrwać. Tak do siedemnastej.

Właśnie. Gdyby nie to, byłoby całkiem przyjemnie. Ale lubią. I tu jest ból. Albowiem ja jako matka, nie-żona i nie-kochanka MUSZĘ rozpoczynać swój dzień pracy godzinę wcześniej (czytaj: o tragicznej ósmej) by móc również godzinę wcześniej z Firmy wychodzić (czytaj: o cudownej szesnastej). A wszystko po to, by Dziecia odebrać ze żłobka (czyli miejsca, gdzie – wedle starych i straszliwych babcinych porzekadeł – młodocianych przerabia się na parówki). Żłobek w przeciwieństwie do statystycznego Polaka jest punktualny, zamyka sie i otwiera o ściśle określonych porach, nie nagina się do nikogo i tego samego wymaga od zeń korzystających. Całkiem logiczna to zresztą filozofia. Ja korzystam, Igorowski korzysta, pan korzysta, o i pani też. Zatem dupa sałata ze studenckimi kwadransami i za_momentami. Można od razu sobie darować wszelkie spóźnienia. Owszem nikt nic nie powie, co to, to nie, ale za to jak SPOJRZĄ na człowieka… Od razu można prosić rodziców o usprawiedliwienie. I lekarza. I proboszcza z parafii. Raz mi się zdarzyło i potem miałam poczucie winy jak stąd do Irkucka. Wybitnie nauczyłam się też wtapiać w lamperie.

Czyli mamy ustalone, tak? Do żłobka spóźniają się tylko kamikadze z bardzo dobrymi psychoterapeutami w odwodzie. Ja się nie spóźniam.

I tu pojawił się pewien problem, problemik nawet, problemiątko – co z tym je.. dynym w swoim rodzaju zebraniem? Nie iść i narazić się na Dies Irae w czystej postaci? Czy też pójść i wymknąć się chyłkiem, ważąc sobie lekce wszelkie powszechnie dopuszczalne konwenanse? Naturalnie wybrałam opcję drugą. Łamanie konwenansów i reguł mam chyba we krwi. Zaraz po olbrzymiej nienawiści do cebuli i disco polo. Poszłam.

Od samego początku już było śmiesznie. Po pierwsze zebranie Prezes Najwyższy Trzeci zwołał w super_hiper_mega_giga pięknym hotelu w samym centrum Warszawy, więc jak weszłam w te salony w swoich glanach, sztruksach i oczojebnej czapce powiewając szalikiem (który o mały włos nie zaplątał mi się w te boskie obrotowe drzwi, psując je radośnie i tym samym niwecząc wszelkie plany obrad plenarnych), długim jak miesiąc do wypłaty, to nie powiem jak się na mnie patrzył Pan W Głupim Mundurku i o co się prawie zabił drugi, jakby klon. Po drugie jak już sobie zajęłam strategiczne miejsce tuż pod drzwiami z tyłu, co by ewentualnie wymknąć się po angielsku, to się okazało, że tylne rzędy za karę idą do przodu. Ale na szczęście rychło w czas stłumiłam wkurwa bo za nami był jeszcze jeden rząd i to oni wypełnili pustą przestrzeń przed samym nosem Najwyższego. Hehe. Ma się ten fart. Po trzecie wreszcie mogłam sobie siedzieć spokojnie, nie niepokojona przez nikogo pytaniami natury osobliwej bądź okolicznościowymi przypowieściami kto, co, komu i dlaczego. A wszystko przez to, że ludzie mnie zwyczajnie nie poznali. Bo już nie siedzę jak biurwa w biurze gdzie ołpenspejs, garnitury i bułkę przez bibułkę podaje się szyfrem przez telefon ale w całkiem osobnym pokoiku w całkiem innym budyneczku i całkiem mi z tym dobrze. A że nieliczni tylko wiedzą, że teraz jestem łysa (bo jestem), to już zupełnie inna para kaloszy. Większość ostatnio widziała mnie z włosami do pasa. Zatem uwierzcie mi, było śmiesznie. Zwłaszcza gdy już się jeden z drugim pokapował, że ja to ja i próbowali tę wiedzę tajemną przekazać trzeciemu. Jakie to się ekwilibrystyki stosowane wykonuje żeby zerknąć za siebie, ale broń boże nie dać po sobie poznać, że interesuje nas coś więcej niż tylko własne plecy, to historia. Ubawiłam się setnie.

Potem jednak przeszliśmy do części właściwej zebrania i zrobiło się nudno. Nawet ziewać już mi się nie chciało. Miałam co prawda w torbie książkę, ale stwierdziłam, że jak ją wyjmę i bez żenady zacznę czytać, to może już być lekko za wiele, nawet dla Najwyższego. Nie wyjęłam książki, wyjęłam za to telefon. Koleżanka Nielot przywitała się bowiem ze mną przez sms i zaczęłam jej odpisywać. Napisałam zgodnie z prawdą, że jestem właśnie na bardzo nudnym firmowym posiedzeniu i modlę się o jakiś urojony alarm bombowy.

Wcisnęłam wyślij. Na ekranie komórki zamigotał rysunek koperty. W tym samym momencie zgasło światło, pierdutnęła prezentacja, Najwyższy zająknął się po angielsku a cała reszta świata wstrzymała oddech.

W oddali samotna i blada żarówka oznajmiła nam, że mamy awarię. O, czyżby? Następnie z megafonu rozległ się miły męski głos w odcieniu aksamitu. Aksamitny usiłując najwyraźniej opanować drżenie polecił wszystkim niezwłoczne opuszczenie budynku bo mamy alarm pożarowy. Tadam. Co prawda po kilkunastu minutach wróciliśmy na salę i okazało się, że to nie pożar tylko czujniki siadły, podobnie jak cała energia elektryczna Warszawy, ale i tak byłam po wrażeniem. Do tego stopnia, że punktualnie o szesnastej bez krępacji wstałam i wyszłam, pozostawiając za sobą opary absurdu, niezrozumienia i wywołując nagły tętent na znudzonej burej wykładzinie.

To się dopiero nazywa moc. Jestem lepsza niż Szkieletor z pewnej strasznej kreskówki bardzo_dawno_temu. Nawet nie wiem czy ktoś ją jeszcze pamięta. Za to wiem na pewno, że następnym razem wyślę Koleżance Nielot sms-a, że strasznie bym chciała trafić szóstkę w totka. Najlepiej na jednym kuponie.

13 miesięcy

Czasami jestem bardzo poważny.

Mama śmieje się wtedy strasznie i mówi do mnie ‚mój młodopolski poeto’. Okropnie zabawnie to brzmi i też zaczynam się śmiać. Kończy się to tym, że lądujemy na podłodze i Mama mnie łaskocze. Ja jeszcze nie bardzo wiem jak to się robi bo jak Mama zaczyna to jest normalnie tak śmieszne jak nie wiem co. Ale jak się tylko dowiem to będzie jeszcze ciekawiej. Zobaczycie.

Umiem jeszcze się kłócić. Mówię wtedy bardzo szybko ba ba ba a Mama twierdzi, że wyglądam jak przekupka na targu. Ale myli się. Ja wiem jak wyglądają przekupki i wcale ich nie przypominam. Wcale a wcale. Musiałbym najpierw przytyć strasznie dużo i najeść się czosnku. No i przede wszystkim nie jestem babą. A to tylko baby są przekupkami.

Umiem też robić kaczorka i to też jest strasznie śmieszne. I taki fajny dźwięk przy tym słychać jakby autko jechało. Ale nie jedzie. Bo to ja tylko tak robię. Ale Mama zawsze się nabiera i dziwi się skąd wzięliśmy się na ruchliwym skrzyżowaniu. Okropnie zabawna jest ta Mama.

A najczęściej wyglądam tak…

Mama zaraz łapie za telefon komórkowy i robi mi zdjęcia. Nie wiem po co ale ostatnio ją przyłapałem jak je oglądała. Myślała, że śpię i oglądała jedno po drugim. I uśmiechała się bardzo ładnie. Ale chyba miała katar bo siąkała nosem. Potem jak zobaczyła, że nie śpię to udała, że jest bardzo zła bo było już późno. Ale kiepsko jej to wychodziło bo ona nie umie się na mnie złościć. Zawsze mnie w końcu przytula. Ale już nie ma kataru. Dziwne. Potem to już nie wiem co bo chyba zasnąłem.

Lubię Mamę. Jutro też się do niej pouśmiecham. Niech ma następne do tych swoich zdjęć.

Igor

Mamut piątkowy

Z okazji piątku stałam się Mamutem. Znaczy nie żebym nie była nim przed piątkiem bo w inny stan skupienia przeszłam już jakiś czas temu ale teraz stałam się Mamutem Pełnowartościowym. Igorowski zaczał mi mamować i to całkiem na dobre. Jak dotąd zdarzyło Mu się powiedzieć do mnie mama trzy razy. Na wakacjach. Gdy nie mógł z czymś sobie poradzić. Ale wołał dość niewyraźnie i sam był pomysłem tegoż wołania trochę zaskoczony. Nawet bardziej niż ja. Po wakacjach umilkł w tym temacie i kropka. Powodowało to u mnie nieustającą tęsknotę i chandrę wielkości Mount Everestu. Bo przecież już wiedziałam, że potrafi.

Tym razem siedział przede mną, popatrzył z ukosa, uśmiechnął się szelmowsko i ni z tego ni z owego wypalił… mama!

Oczywiście, że się wzruszyłam i oczywiście, że wyściskałam Go okrutnie. Nie wiem czy bardziej spodobało się Lokatorowi ściskanie czy brzmienie nowego-nie-nowego słowa ale rozmamował się na dobre. Do tej pory zdążył wykrzyczeć, wyszczebiotać i wyszeptać mi to tyle razy, że nikt już chyba nie może mieć wątpliwości kim jestem. Ja w każdym bądź razie czuję się usatysfakcjonowana. Po sufit. I pomyśleć, że jeszcze rano pisałam maila do koleżanki, w którym zawarłam obawę, że Młody chyba zapomniał, że już potrafi powiedzieć mama i w ogóle. No. To właśnie sobie przypomniał… a mnie boli głowa 🙂

Przy okazji pragnę nadmienić, że być może lokatorski słownik użytkowy nie jest specjalnie bogaty ale zawiera tyle odmian, natężeń, barw i odcieni, że aż sama się dziwię na ile sposobów można powiedzieć zwykłe ba. Jedno oznacza upadek (w domyśle bach), inne powątpiewanie, kolejne jest oznajmujące a bywają jeszcze ba pytające, rozkazujące, dramatyczno-histeryczne, ćwierknięte, skrytoszeptane i rozedrgane. Paleta ba jest tak ogromna jak tylko rozległa potrafi być wyobraźnia. Zarówno Dziecia jak i moja.

Kata twierdzi, że Młody mało (poza sylabami) gada, bo zwyczajnie ja za dużo nawijam. Obawiam się, że może mieć rację. Skończy się na tym, że któregoś pięknego dnia zdziwię się gdy przy obiedzie zapyta o kompot. Bo zawsze był.

Tymczasem cieszę się z oficjalnego uznania mojej roli społecznej przez Syna i obchodzę swoje prywatne święto – Dzień Mamuta. Na czworakach. Bo akurat bawimy się w dromadery.

Mama… strasznie fajnie to brzmi 🙂

________________
Podczas pisania tego tekstu milion pięćset razy wyszło mi ‚piętek’ zamiast ‚piątek’. Wychodziło mi wszystko – a najbardziej włosy – tylko nie ‚piątek’. Czy to jakiś znak?

Speedy Gonzales i dziwne dźwigienki

Narzekałam na ziewanie, tak? Narzekałam, że spać mi się chce wciąż i wciąż a następnie z żalem stwierdzałam, że powiek nie da się przykleić taśmą do czoła na stałe. Narzekałam, marudziłam, malkontentowałam. No. To zmieniam zdanie.

Przedwczoraj w Firmie pojawił się Ekspres Kawowy. Nie chodzi tu bynajmniej o pospieszny osobowy w odcieniu ciepłego brązu. Raczej o urządzenie robiące ‚ping’ i życiodajny napój z aromatem, który nieodmiennie przywodzi mi na myśl ciepłe kraje, gorące rytmy i wrzącą w żyłach krew. Urządzenie to pojawiło się w Firmie nagle i nieoczekiwanie wywróciło do góry nogami wszelkie zwyczaje i upodobania. Dotychczas bowiem pracowniczą kuchenkę odwiedzało się tylko w przypadku nadzwyczajnego przymusu, czytaj: wyciągnięcia czegoś czego inni jeszcze nie zdążyli rozkraść ze śmierdzącej pracowniczej lodówki. A tak na marginesie – czy wszystkie pracownicze lodówki tak śmierdzą i nikogo nie interesuje czy w środku właśnie coś umarło albo wręcz przeciwnie, ożyło? Bo ja to się tam boję czasem coś zostawić. Nie wiadomo czy nie zniknie czy wręcz przeciwnie – pozielenieje, urośnie i się rozmnoży. Ale wiadomo – masła do szuflady nie schowam. Mogłoby się spocić. No.

Czyli Ekspres Kawowy zrewolucjonizował wszystko i nagle do kuchenki zaczęły chodzić pielgrzymki. Grupkami, pojedynczo, w dwuszeregach i chyłkiem – różnie, ale życie towarzyskie z korytarza i mikroskopijnego wucetu przeniosło się w pobliże maszynerii właśnie. Zainteresowałam się i ja, oczywiście, a jakże. Ale żeby nie wyszło na jaw, iż w kwestiach skomplikowanych bardziej niż pilot do dvd, jestem skończony dureń, ignorant i rzeżucha myślowa, postanowiłam zainteresować się ozięble. Przynajmniej w początkowej fazie mojej z Ekspresem znajomości.

Postanowiłam poczekać na dogodny moment i zaatakować znienacka. Ale oczywiście od niechcenia i broń boże umyślnie – taka nonszalancja wystudiowana latami dawno już nie pamiętanych randek z zakurzonych w przeszłości dat. Taka ze mnie menda i parszywiak. W rzeczywistości potwornie chciałam uniknąć ewentualnego zbłaźnienia się na oczach możliwie obecnych w kuchence osób i dlatego zaczaiłam się na ten moment intymnego tete a tete z Ekspresem. Ale kto by tam dociekał. Twardo trzymamy sie wersji, że to wyrachowanie, nie zaś kompletna niewiara we własne umiejętności obsługi Nowych Błyszczących Urządzeń Z Masą Przycisków i świadomość tej myślowej rzeżuchy. Stanowczo. Będzie mi łatwiej.

Dogodny moment przydarzył się wczorajszego poranka gdy przyszłam do pracy i okazało się, że nikogo jeszcze w niej nie ma. Zupełnie zdaje się nie wpływać na to fakt, iż zjawiłam się w firmie dobry kwadrans przed zwyczajową ósmą rano. Nic a nic. Ale nie czepiajmy się mało istotnych szczegółów. Cichcem otworzyłam drzwi do kuchenki, cichcem podkradłam się do Kawowego Guru ostatnich firmowych dni. Wyglądał normalnie – jak ekspres do kawy. Spodziewałam się co najmniej statku kosmicznego i metalicznie brzmiącej hostessy a tu ekspres jak ekspres. I jeszcze, że niby Swiss Made. Jasne.

Założę się, że żaden Szwajcar nigdy nawet koło tego nie stał. W Szwicu są same statki kosmiczne i żyją tam dziwni ludzie, którzy mają wyznaczone Dni Prania Majtek. Wiem coś o tym bo w kwietniu wybieram się do Alti a ona tam od lat mieszka. Dobrze, że lecę tylko na tydzień. Inaczej musiałabym spakować więcej majtek niż posiadam wyjściowych. Przeca za granicę nie polecę w gaciach w kwiatki, albo w zielone nosorożce. Trzeba w wyjściowych. A nóż na lotnisku mi kieckę zawieje do góry i będę sobie mogła poudawać Marylin Monroe. Taa. W obecnych warunkach to raczej Marylin Manson byłby mi bliższy ale co tam. Pomarzyć dobra rzecz.

Zatem Ekspres Kawowy okazał się zwyczajną i całkiem przyjaźnie wyglądającą maszynerią. Nawet mrugał do mnie zachęcająco. Oczywiście nie dostrzegłam nic podejrzanego w tym mruganiu…

Podstawiłam mu grzecznie kubeczek. Coś zaburczało i pod kubeczkiem zalśniło na niebiesko. Przez chwilę zastanowiłam się, że z tymi statkami kosmicznymi to może być jednak prawda. Chwila minęła. Nacisnęłam przycisk, że niby chcę kawę w Dużym Kubku i kolejny, że Słabą, znaczy obrazek z Jednym Kawowym Ziarnkiem wdusiłam. Cisza. Nic się więcej nie podświetliło, nie wyszła żadna hostessa. Pewnie śpi – w końcu rano. Podumałam moment, podrapałam się w głowę i wcisnęłam Start. Ekspres Kawowy nie wzbił się na okołoziemską orbitę i nie wystrzelił w kosmos z prędkością nadświetlną. Za to przeciągle zawarczał. Wkurzyłam się. Nie będą tu na mnie obce ekspresy warczeć. Nie ze mną takie numery. Zamrugało znów. Tym razem jakby mocniej po lewej. Podniosłam dziwną klapkę i zobaczyłam głuchą pustkę. Pustka pachniała świeżo mielonymi ziarnami palonej Lavazzy. Zakręciło mi się w brzuchu od nadmiaru szczęścia. Bo trzeba wiedzieć, że co jak co, ale świeżo mielone ziarna dobrej kawy to coś co nie wiem jak tygryski ale ja lubię najbardziej. Zajrzałam do szafki nad ekspresem. Była. Dosypałam do pełna pod klapkę i zamknęłam. Tym razem mrugnęło do mnie zachęcająco z drugiej strony.

– No jasne – pomyślałam – I może jeszcze masaż, co?

Ale pod drugą klapką była pusta przestrzeń, która niczym nie pachniała. Zmartwiałam. Dobrze, że nie musiałam oglądać swojego wyrazu twarzy. Zapewne wyglądałam mało efektownie rozdziawiając się nad Ekspresem Kawowym z klapką w dłoni i brakiem nadziei w oczach. Mój wrodzony geniusz sytuacyjny podsunął mi jednak myśl, że być może chodzi o wodę. Wszak prócz świeżo zmielonych ziaren kawy do życiodajnego napoju używa się zazwyczaj tego płynu. Chodziło. Po dolaniu wody maszyneria zaburczała przyjaźnie, wykonała kilka wewnętrznych przemyśleń i po chwili z kubeczka zapachniało mi prawdziwą, dobrą, gorącą kawą. Nasze stosunki z Kawowym wyraźnie się ociepliły. Gotowa byłam nawet pogłaskać Urządzenie Robiące ‚Ping’ ale bez zbytnich poufałości. W końcu to praca. Mleka ekspres do kawy niestety nie dodaje ale zawsze mogę to zrobić we własnym zakresie. Zrobiłam. Już, już miałam wychodzić gdy kątem oka dostrzegłam z boku Kawowego Guru dziwną dźwigienkę. Gdzieś w zakamarkach mojego nieodgadnionego umysłu zalśnił mi kamyk, że to może być do robienia piany z mleka. Był to bardzo radosny kamyk. Niewiele myśląc opuściłam dźwigienkę.

Coś zasyczało, jęknęło i wyrzuciło z siebie z siłą wodospadu parę wodną pod znacznym ciśnieniem. Znacznym do tego stopnia, że podskoczyłam z piskiem wylewając oczywiście na podłogę część trzymanej w kubku kawy w bardzo zabawny sposób. Sama rechotałam długo. Ponadto przysięgłam sobie nie ufać bez głębszego zastanowienia lśniącym w ciemności kamykom i nigdy, przenigdy nie wciskać żadnych nieznajomych dźwigienek. Never.

I tak sobie teraz myślę, że jednak dobrze, że nie było w kuchence przygodnych gapiów. Musiałabym ich zabić.

Poza tym jestem obecnie ekspertem od szwajcarskich statków kosmicznych podświetlających kubki na niebiesko. Chyba wpiszę to sobie w CV.

Idę na kawę 🙂

Za potrzebą

Zdzich jak wszem i wobec wiadomo jest moim ojcem. Nie wyprze się za Chiny Ludowe – taka jestem podobna. Przez sporą część mojego życia raczej mnie to martwiło niż cieszyło, gdyż od lat szczenięcych głosiłam miastu i światu, że Mamut jest ładniejszy, fajniejszy i w ogóle. Był to czas gdy ze Zdzichem wymieniałam głównie groźne spojrzenia podczas minięć w drzwiach i generalnie byłam tak zbuntowana, że mogli mnie wystawiać w teatrze w roli gradowej burzy z piorunami i ogólnym dupnięciem. Tak zwany okres burzy i naporu – szumnie zwany dojrzewaniem.

Poza tym Mamut był w młodości taki pięknościowy i ach och, że jak go widziałam na zdjęciach, to aż zazdrościłam fotografowi, że mógł je zrobić. Zdzich zresztą też co nierzadko dawał odczuć swoimi warknięciami pod adresem rzekomych doszłych i niedoszłych absztyfikantów, z których jednym był właśnie ów fotograf. Potem ta cudna uroda Mamutowi z lekka osłabła – wiadomo, wiek robi swoje i raczej nie młodniejemy z każdą kolejną wiosną – ale dla mnie zawsze będzie najpiękniejsza każda kolejna mamucia zmarszczka. Bo pięknie się starzeć to dopiero sztuka. I to też trzeba umieć.

Ale ja nie o tym.

Reasumując: Zdzich jest moim ojcem, jestem do niego podobna i kiedyś miałam o to żal do samiuśkich Tater ale aktualnie już mi to nawet jakoś szczególnie nie przeszkadza. Ba. Nawet pomaga, bo Lokator tak mocno się wdał w Dziadka fizjonomicznie, że możemy teraz stworzyć zgrany zespół. Bo dwoje to co najwyżej na huśtawce ale trójka to już moc.

Prócz ojcowania i dziadkowania Zdzich jest jeszcze cukiernikiem. Od lat czterdziestu z hakiem, więc przez większą większość swojego życia. Z tego akurat zawsze byłam bardzo dumna i blada bo fajnie mieć w domu kogoś kto te wszystkie smakołyki potrafi przyrządzić i nawet się przy tym specjalnie nie zasapać. Poza tym gorące pączki w tłusty czwartek o bladym świcie skusiłyby nawet najbardziej zbuntowanego nastolatka a co dopiero mnie. Zwłaszcza teraz, gdy okres burzy i naporu wspominam już tylko z niejakim rozbawieniem.

Ponadto Zdzich, obdarzony wybitnym sprytem, zawsze miał na mnie niezawodny sposób. Przychodził do mnie po radę ‚bo on dostał kolejne zlecenie na tort i nie wie jaki zrobić’. Nie chodziło tu bynajmniej o dylemat: z bitej śmietany czy kawowo-migdałowy – bo to wiedział – a raczej o jego wymyślny kształt czy dekorację. Zawsze byłam pomocna bo najpierw pochlebiało mi to, że mogę się poczuć ważna a później, gdy już pojęłam mechanizm rodzicielskiego brania mnie pod włos, zdążyłam już się wciągnąć w projektowanie.

Były już torty brzuchate – dla świeżo upieczonych przyszłych mam i w kształcie traktora – dla Stasiów a domków dla lalek – dla Małgoś, były literkowe, cyferkowe, zdjęciowe, Baby Jagi były i balony, wyścigowe samochody, rowery i żaglówki, okulary i okładki płyt – generalnie wszystko. Zawsze im więcej było pomysłów, tym lepiej, bo było z czego wybierać.

I tym razem postanowiłam wciągnąć Was do zabawy… bo Zdzich musi zrobić tort z motywem kobiecym na jakiś babski wieczór i kompletnie nie ma konceptu co z czym i do czego. Jak dotąd wymyśliłam pudełko z butami – szpilki ofkurs – wpisane w prostokąt i okrągły znak jing-jang, ale to drugie to raczej mocno koedukacyjne. Jakieś sugestie?

Od razu zaznaczam, że dupa, cycki tudzież penis nie wchodzą w grę.
Klientki mogą nie być aż tak wyluzowane 😉

______________________
Apdejt post-factum:
Ostatecznie Zdzich wybrał szpilki. Czuję się doceniona. No i dzięki za inne pomysły! 🙂

Notorycznie chce mi się spać

Podejrzewam, że kiedyś umrę przez zaziewanie. Wstaję rano – ziewam. Nie mogę przejrzeć się w lustrze – bo ziewam. Ale może to akurat dobrze gdyż nadmierne wpatrywanie się w lustro szkodzi – powoduje u mnie nasilenie objawów jesiennej chandry i pękanie glazury w łazience. Nie jem śniadania. Raz, że za wcześnie, dwa – ile można zjeść ziewając? Jadę do pracy – ziewam ukradkiem w mankiet mając nadzieję, że nikt nie zauważy, a im bliżej do firmy tym ziewam gwałtowniej i coraz bardziej robię się zmęczona – taka zależność dziwna u mnie występuje. I gdy siedzę przy firmowym biurku też ziewam, tyle że już w pełnym wymiarze rozwarć szczęki pomnożonych przez osobogodzinę na etacie. Odbieram telefon walcząc z rozdziawem i zapewniam miłego Pana Od Sushi, że nikt stąd niczego nie zamawiał a na pewno nie był to mężczyzna, gdyż tylko ja korzystam w tego aparatu. Faceta chyba sobie w kieszeni nie schowałam. Poza tym surową rybę to ja mogłabym co najwyżej poszturchać badylem. A nie, że od razu zjeść. Moje całe wewnętrzne i zewnętrzne fuj łapie się za głowę i potrząsa. Znów muszę ziewnąć. Dla wyrównania ciśnień oczywiście. Przez resztę dnia udaję, że zawsze tak wyglądam. W drodze powrotnej ziewam już tak bardzo, że nie mogę czytać książki – przez co jestem zła bo wiem, że gdy dotrę do żłobka po Lokatora, myśl o czytaniu będzie bardziej odległą niż najdalszy gwiazdozbiór na półkuli północnej. Docieram do żłobka i ziewam już niejako poprzez zasiedzenie. Dobrze, że dziś nie mam próby chóru – można z czystym sumieniem ziewać do upadłego. Przy Igorowskim ziewać się za bardzo nie da ale radzę sobie świetnie i walczę jak lwica. Z ewentualnym pomysłem co by tu zrobić walczę. Nie z Igorowskim. Ziewam. Telewizja i radio przysparzają mi tylko nowych powodów do dziury w głowie, więc na wszelki wypadek nie skupiam się na ich przekazie. Jem jakiś zaległy obiad powstrzymując falę senności i Młodego, który usiłuje jednym celnym pizgnięciem zdekapitować misia plastikową łopatką i obiecuję sobie solennie pochować te wszystkie teksańskie masakry i inne horrory na dvd wraz z ich szkoleniowymi okładkami gdzieś na dno komody. Pomiędzy nudnymi prześcieradłami frotte z gumką, które kiepsko się wyciąga na środek pokoju bo nawet nie ma efektu – nie to co skarpetki, a za dużymi jeszcze lokatorskimi spodniami. Bawimy się w coś – ja ziewam a Młody przyswaja. Niestety może się to skończyć tym, że poślę w świat totalnego ignoranta i buca, który na pierwszej randce zaziewa w kinie nawet najciekawszy film a na drugą się nie umówi, bo akurat zaśnie. Ale chwilowo nie absorbuje mnie to na chwilę dłuższą niż ten przerywnik. Co innego ziewanie. Ziewam podczas opowiadania bajki i gdy kapię Dziecia w płynie o zapachu czystych małych bobasów, które ładnie zasypiają w swoich łóżeczkach, ubieram w piżamę, zapycham kaszą o smaku bananów czy malin. Ziewam gdy Dzieć zasypia po godzinie wieczornych akrobacji i innej ekwilibrystyki stosowanej, i gdy akurat mam chwilę dla siebie, czytaj: na zaległe pranie, prasowanie, gotowanie, posprzątanie, pozmywanie, zmasakrowanie przygodnie napotkanej staruszki w ciemnej bramie. Gdy już zegar w pokoju pokaże mi, że jeśli za chwilę się nie położę, to w zasadzie poranek nie zrobi mi żadnej różnicy, idę się zaokrętować w wannie na najbliższe kilkanaście minut i udaję, że nic nie muszę. Poza ziewaniem. Jeśli ziewam również przez sen to trudno – ktoś będzie musiał mnie zabić. Pająk w kącie pod sufitem może w końcu nie wytrzymać nerwowo.

Byliśmy tu i tam

Weekend znów spędziliśmy w ruchu. Nie żeby jakoś szczególnie naszło mnie na ćwiczenia, choć może szkoda – bo by się przydało tę oponę zimówkę w miejscu dawnej talii oddać wulkanizatorowi bez zamiaru przyjęcia jej na powrót. Wciąż jednak brakuje mi samozaparcia, które ochoczo maskuję wmawiając sobie, że jestem zbyt zmęczona by codziennie ćwiczyć brzuszki. Zmęczenie jednak nie przeszkadza w dokładce kapuśniaku i ogólnie pojętym urządzaniu balu własnym czterem literom. Osobistym i wielce szanownym. Aktywność ruchową wykazałam znaczną ale głównie jeśli chodzi o się_przemieszczanie.

Się_przemieszczanie sobotnie zakończyło Wielkie Obżarstwo w towarzystwie Gogi i Hal w papierówkowych pieleszach (robi się już nowa świecka tradycja powoli), gdzie wreszcie Ania, córka Papierówki, poznała Igora, który z miejsca wyraził szczerą chęć poślubienia Anuli jak tylko dorośnie (w wolnym tłumaczeniu na nasze oczywiście). Zjadłam i wypiłam tyle rozmaitości, że do tej pory dziwię się, że w drodze powrotnej nie eksplodowałam. Ale było pysznie. Nagły wyrzut sumienia szybko zagryzłam kawałkiem szarlotki co to ją dostałam na wynos i poprawiłam pieczonym jabłkiem. Napoczęłam też grzybki. Wyrzut skapitulował. Nie miał innego wyjścia. W odchudzaniu najbardziej podoba mi się litera ‚o’.

Się_przemieszczanie niedzielne miało charakter bardziej kulturalny niż konsumpcyjny. Najpierw odchamiłam się w Narodowym przy grafikach Rembrandta, potem przy zdjęciach Gudzowatego w galerii Yours a to wszystko w składzie lubelsko-warszawskim (dzięki Aga, Ania, Hal, Michał, Born – kolejność alfabetyczna imiennie). Młody podejrzanie dobrze zareagował na muzeum (muzeum powstania nie liczyłam bo jest specyficzne i mało muzealne). Podejrzewam, że będzie się domagał nawiedzania jednego co tydzień co przy stanie i atrakcyjności naszych niektórych wystaw może doprowadzić do tego, że będę okupować Muzeum Ziemi w oczekiwaniu na meteoryt.

Zdjęcia w Yours mnie poruszyły, niektóre. Najbardziej chyba to z żołnierzami, pod kancik, w równym szyku, po kolei odwracającymi głowy. Pierwszoplanowy zgrzyt – podbite oko jednego z nich, który jeszcze nie zdążył przybrać pozycji – uważam za swoisty majstersztyk ujęcia. Po raz kolejny bardzo wyraźnie dotarło do mnie ile godzin czasem trzeba spędzić w oczekiwaniu na ten jeden jedyny, niepowtarzalny moment. Szelest migawki. To się chyba nazywa pasja.

Wszystkie zdjęcia Lokator ostentacyjnie przespał. Nie chciałam pozwolić by zabrał sobie do domu małego Rembrandcika to On teraz chromoli. Odbił sobie potem przy spaghetti. Nie było chyba Synu w pizzerii gościa, któryby nie słyszał Twojego gruchania, pisków i radosnych okrzyków. Czasem się zastanawiam czy tylko mnie to nie przeszkadza. Na szczęście zastanowienie trwa krótko. Częściej się po prostu odśmiecham. I odkrywam w sobie zaskakująco duże pokłady cierpliwości. Jak usłyszę tykanie, to będzie znak, że się skończyły 😉

_______________________________

Na drugim piętrze w Yours przy warszawskich fotkach każdy może zostawić jakąś pamiątkę…


Fot. Aga Lubliniana