Miszmasz… czyli dlaczemu się cieszę i dlaczemu wkurzam

Cieszę się:

– bo mam naprawdę fajnego Syna, który staje się coraz bardziej rozumny i daje się z Nim wchodzić w różne układy;
– bo gdy źle się czuję i potrzebuję chwili odpoczynku, łatwo Go przekonać, że układanie klocków w pojedynkę też ma swoje zalety – nikt nie poprawia autorskiej konstrukcji i nie tłumaczy jak byłoby lepiej;
– bo potem nagle ni z tego ni z owego okazuje się, że dziś umie już coś, czego nie umiał jeszcze wczoraj;
– bo Jego samodzielność chwilami ujmuje mnie tak mocno, że tylko siedzę i patrzę i się rozdziawiam głupio, jaki On już duży i dorosły;
– bo co by się nie działo zawsze powita mnie uśmiechem z gatunku tych, przy których topnieję jak płatek śniegu na dłoni;
– bo nie umiem się na Niego gniewać, nawet gdy oboje wiemy, że doskonale zna termin nie wolno;
– bo pomimo tego, że umie świetnie to wykorzystywać, pozwala mi być konsekwentną w obranych zamierzeniach i nawet gdy beczy jest to bek kontrolowany – jednym okiem zawsze zerka na reakcję;
– bo pomimo tego, że jestem konsekwentna, nie odbiera tego jako dramat i błyskawicznie zmienia front na pogodny, gdy widzi, że nic już nie osiągnie;
– bo istnieją solidne przesłanki by przypuszczać, że to wszystko gdzieś prowadzi i po okresie prób i badania terenu, porzuci manipulację, w przyszłości zaś raczej rzadko będzie się do niej odwoływał;
– bo jest absolutnie uroczym młodym człowiekiem i mam nadzieję, że akurat to Mu zostanie.

________________________________

Wkurzam się:

– bo w poniedziałek włożyłam do żłobkowej szafki paczkę pieluch (20 sztuk) a wczoraj po południu stwierdziłam obecność dwóch… tak dwóch;
– bo nic mnie tak nie wnerwia jak kradzież – w końcu nikomu z nieba nie spada i zapracować na to trzeba;
– bo wiem, że to nie personel a kochane mamunie i tatuniowie, którzy w większości przypadków przyjeżdżają po dzieci samochodami a nie jak ja, tramwajem (czytaj: kasy raczej im nie brak);
– bo teraz będę podpisywać każdą pojedynczą sztukę imieniem Syna i powiem Etatowym Ciotkom czemu to robię, a ani na to nie mam czasu ani ochoty;
– bo jakbym dorwała złodzieja, mogłabym zrobić mu z dupy jesień średniowiecza jednym butem, ale szanse są raczej nikłe;
– bo jedyna pociecha w tym, że prawdopodobnie pieluchy przestaną znikać a złodziej przerzuci się na inną szafkę (tak przypuszczam niestety), numer trzy pozostawiając w spokoju;
– bo nie raz już komuś coś zaginęło, a to skarpetki a to jakaś koszulka, co w zasadzie jest nieuniknione w skupiskach dzieci… i ich rodziców, i pieluchy też nam podbierano niekiedy, ale nigdy tak bezczelnie;
– bo nie mam na tyle tupetu by otwierać inne szafki i sprawdzać czyje dziecko używa takiej samej marki i tego rozmiaru;
– bo złodziej nie ma żadnych skrupułów żeby przetrzepać całą zawartość naszej – pieluchy były schowane w głębi za ubraniami;
– bo gdyby komuś zabrakło, pierwsza podzieliłabym się zgromadzonym zapasem, wystarczyłoby jedno słowo, albo pół…

Non omnis moriar

Najwyraźniej wszyscy razem i każdy z osobna boimy się, że mogłoby po nas nic nie pozostać. Bodaj jakiś niezapłacony rachunek tylko, ale zawsze. Bo stąd chyba biorą się te wszystkie podpisy w każdym miejscu wszechświata, zatknięte flagi, symbole, odciski stóp i dłoni. Od dziecka uczymy się jak pisać swoje imię, nazwisko, inicjały, pseudonim. Potem wydrapujemy je na szkolnych ławkach, umieszczamy na ważnych dokumentach czy też na plażowym piasku, rozbielonym i rozgrzanym od słonca, od lat. Wszystko po to, by wszyscy inni wiedzieli, że to my, i że tu, i że kiedyś. Bo gdzieś w ciemnych zakamarkach podświadomości mamy cichą nadzieję, że jeśli nawet zniknie wszystko, to przynajmniej to po nas zostanie. Sygnatura. Na znak, że istnieliśmy. I byliśmy z krwi, kości i uczuć, choć możemy pozostać tylko odrapaną kredą we fragmencie napisu, lub wyblakłym atramentem na pożółkłej kartce papieru.

Mieszkam na warszawskiej Woli. Codziennie chodzę ścieżkami, w których przeszłość z teraźniejszością uprawiają wzajemne przenikanie. Tu, gdzie grafficiarze zrobili sobie hyde park i pokrywają pod ciśnieniem kolejne fragmenty przestrzeni barwnikiem, stały kiedyś mury oddzielające lepszych od gorszych. W kanałach kryli się ludzie a w bramach kwitł handel wymienny. I pisano listy, których stosy można teraz oglądać w muzeum. Do dziś każdego ranka mijam kamienicę, w której ścianach tkwi równo odciśnięta historia. Precyzja z jaką wymierzono serię z karabinu zdumiewa i przeraża. W każdy otwór akurat mieści się serdeczny palec. Teraz dom jest już pusty, przygotowany do rozbiórki, a zamurowane drzwi i okna na parterze milczą. Ale w zawilgotniałych murach nadal tkwią wspomnienia, czyjeś losy i sny, a strzęp zbutwiałej firanki w uchylonej wyrwie okiennic na trzecim piętrze, za każdym razem przypomina mi, że są miejsca, w których czas płynie wolniej. Tuż obok dziur po pociskach jest wysprajowany szablonem napis. Wolny Tybet. Ostatnia litera przypada akurat na zamurowane pustakami okno.

______________________________________

A na mojej ulicy był kiedyś z wizytą u znajomych Pablo Picasso. Narysował wtedy, w ramach podziękowań za gościnę, węglem na zewnętrznej ścianie ich mieszkania Syrenkę. Okazało się, że to tylko kilka domów ode mnie. Koniecznie muszę sprawdzić, czy rysunek nadal tam jest. Albo chociaż ślad po nim. A nawet jeśli został zamalowany bezpowrotnie, bo tłumy gapiów nękały mieszkających tam ludzi, to mam nadzieję, że poczuję magię tego miejsca. Wtedy będzie tak, jakby Syrenka była tam nadal. Bo jest. Pod warstwami farby sprzed pięćdziesięciu lat.

Mikołaj w podomce i ryki

Żłobek, czyli miejsce gdzie dzieci przerabia się na parówki, postanowił zorganizować Mikołajki. Znaczy ściśle rzecz ujmując Kierownica postanowiła, z Radą Rodziców złożoną z jednego wybrańca z każdej małoletniej grupy. Mikołajki ustanowiono na 8 grudnia, bo piątek i nieodpłatnie, bo żłobek -wiadomo – państwowy i skarbca w piwnicy nie posiada.

W piwnicy bowiem żłobek co najwyżej może posiadać zdezelowane krzesełka tudzież hałdy zagospodarowanych kartek i karteluszek o znaczeniu urzędowym. Bo nawet kota dokarmianego podczas zimy posiadać nie może ani karaluchów – postanowienie odgórne. Z karaluchów, w sensie ich braku, to się nawet cieszę a z tym kotem to przegięcie. Ja wiem, że rodzice niektórych alergików – w tym ja – srają ogniem na różne pomysły ewentualnie mogące uczulić urocze bobasy, ale bez przesady – piwnica to piwnica. Od grupy pierwszej oddzielają ją dwie kondygnacje a pozostałe cztery znajdują się w innych budynkach. Ale kota być nie może. Nie wnikam co komu zeżarł jaki kot, że tacy cięci w temacie futrzaków, ale zwierzaki mają tu przesrane na całej linii. Z jednej strony trochę szkoda, bo liczyłam na codzienny kontakt Igorowskiego z naturą inną niż psie kupy na skwerach. U nas w domie ciasno i nieprzystosowanie a ja, wychowana na psach, kotach i okolicznym tałatajstwie przyleśnym, chciałabym móc zapewnić Dzieciu coś na kształt przynajmniej. Żeby, jak znów pójdziemy do Koleżanki Anki Rysowanki, nie ganiał jej kota jak wygłodniały wiewiór, który właśnie zobaczył olszynową szkółkę. I żeby umiał go pogłaskać bez wcierania w terakotę i niekoniecznie wywołując u zwierzęcia wytrzeszcz.

Ale wracam do Mikołajek bo znów zaczęłam od dinozaurów i się niezpiecznie oddalam.

Czyli mamy postanowienie, że 8 grudnia. I że nieodpłatnie. Oczywiście dzień po postanowieniu napatoczył mi się w pole widzenia Kolega Maciej (znany z niechęci do pożyczania filmów – mam osiemnaście i książek – mam dwie). Kolega Maciej napatoczył się nie pamiętam już w jakim celu (chyba przechwycił część wyrośniętych już polokatorskich ubrań) ale nieopatrznie zapytał co słychać. Oczywiście powiedziałam mu co słychać a nawet gdzie słychać. O żłobku i akcji Mikołaj Nieodpłatny Sztuk Raz też bąknęłam. Nie, że akurat miałam na myśli Kolegę Macieja – po prostu tak wynikło a nawet wyniknęło z rozmowy. Kolega Maciej oczywiście z miejsca się zapalił a ugaszony wyznał, że on z tym swoim solidnym wyglądem i radiowym głosem jest wręcz STWORZONY do roli Mikołaja. Normalnie z siwą brodą się urodził. Oczywiście z miejsca się uradowałam i w stanie tym pozostałam na długo.

Następnego dnia radosną nowinę oznajmiłam Kierownicy, która w dziękczynnych pokłonach prawie znokautowała mnie trwałą ondulacją i uspokojona zapewnieniem, że mikołajowy strój gwarantuje żłobek, udałam się do pracy. Potem z miejsca naturalnie zapomniałam, że mogłabym mieć jakiekolwiek wątpliwości co do faktu, czy żłobkowy strój mikołajowy i Kolega Maciej będą kompatybilni. Po prostu przyjęłam, że Kierownica wie co mówi i parametry odzienia są na każdego. Dlaczego wtedy nie zadziała moja kobieca intuicja i nie dała mi po oczach neonem, że jak coś jest na każdego to jest na nikogo, nie mam pojęcia. Grunt, że spokojna byłam jak gładź na jeziorze i ani jedna zmarszczka nie mąciła mojej radości z okazji tak szybkiego i bezproblemowego pozyskania Mikołaja.

Problemy nie zaczęły się nawet gdy na dwa tygodnie przed planowaną akcją Kierownica wręczyła mi reklamówkę z Mikołajem W Wersji Tara. Do głowy mi nie przyszło, że mogłabym chcieć do niej zajrzeć. W końcu była dla Kolegi Macieja. Mikołaj bez wkładu zaległ więc w mojej garderobie a dni mijały bez przeszkód. Nic nie zapowiadało katastrofy. Pierdutnęło dopiero za_pięć_dni_piątek, gdy stało się jasne jak dupa w pokrzywach, że co jak co ale Kolega Maciej w TEN mikołajowy strój nie wejdzie. Nie ma bata. Pomijam przecudnej urody białą brodę, która chyba moje żłobkowe Mikołajki mogłaby pamiętać gdybym do żłobka chadzała, bo ona przynajmniej miała regulację w postaci gumki. Pomijam nawet czapeczkę zaledwie o trzy rozmiary mniejszą niż głowa Kolegi Macieja, bo od biedy czapeczkę da się nabyć na każdym bazarku. Ale doszczętnie rozwaliły mnie czerwone rękawice w rozmiarze moich osobistych dłoni (a trzeba wiedzieć, że sama rękawiczki kupuję na xs) i przecudnej urody czerwone coś, do złudzenia przypominające damską podomkę. Zostaliśmy w szeroko pojętej stylistycznie dupie a w nocniku mieliśmy już nie tylko ręce ale i nogi wraz z obuwiem.

Początkowo Kolega Maciej obszukał dokładnie mieszkanie, bo dobrze pamiętał, że kiedyś już Mikołajem był i być może przez przypadek zostało mu się ówczesne wdzianko. Przypadkiem jednak wdzianka nie znalazł. Potem nastapiła długa godzina konsternacji i finalnie Kolega Maciej podjął się zorganizowania CZEGOŚ na własną rękę. Zaufałam mu bezbrzeżnie. Wszystko bowiem wydawało mi się lepsze od tej burdelowej podomki, przymałych rękawiczek, szarawej brody i żałosnej wariacji na temat mikołajowej czapki. Jak się później okazało całkiem słusznie. Co prawda cały piątkowy poranek tkwiłam w pracy jakby lekko nieobecna, bo ciągle zastanawiałam się czy aby Kolega Maciej nie wystapi w stroju Adama albo na ten przykład hutnika, ale poradził sobie świetnie. Po wszystkim zadzwonił i zrelacjonował mi, że wszyscy się bardzo cieszyli a dzieciaki to już w ogóle prawie eksplodowały serotoniną dopóki oczywiście nie dotarł do najmłodszej, igorowej grupy. Najpierw zaczęło ryczeć jedno, potem trzy, a potem darły się już wszystkie. Jedyna w tym dla mnie pociecha, że Lokator rozpłakał się na końcu. Podejrzewam, że nie poznał Kolegi Macieja w charakteryzacji a ponadto chciał być solidarny. W efekcie na nic zdało się moje poranne strojenie Dziecia – miały być zdjęcia z Mikołajem a skończyło się na zdjęciach z choinką. A trzeba przyznać, że wyczyn to był nie lada, bo Obywatel rano raczej nie bywa skory do odziewania. Zwłaszcza w różne skomplikowane eleganckie tekstylia. A już na pewno gdy robię to ponownie bo pierwszą wersję raczył ospawać alternatywą dla uroku po łokcie. Za to do perfekcji opanowuję gryzienie się w język i tłumienie wkurwa, gdy mając pięć minut do wyjścia, rozbieram Go, kąpię strategiczne miejsca, namaczam co trzeba w umywalce i odziewam ponownie w całkiem inny zestaw. Jestem po prostu oazą spokoju.

A dziś rano oczarowana Kierownica dorwała mnie w swe szpony i rozpłynęła się w zachwytowych ochach i achach dla Kolegi Macieja i jego wspaniałego Mikołaja. Nie śmiałam prostować, że z tego co słyszałam kiedyś z Gogą w kuchni, Kolega Maciej ponoć nazywa go Figielkiem…

Wieści spomiędzy kartonów chusteczek

Halo! Żyję! Nie martwić się. Weekend spędziłam na smarkaniu i zażywaniu. Na smarkaniu głównie. Prezes hurtowni chusteczek ma zapewne dzięki mnie premię świąteczną w kieszeni. Oczekuję podziękowań na maila. Żadne uszy mnie nie bolały i gorączka zeszła, znaczy standardowo. Jestem za to pewna, że w zatokach mam wieloryba i czekam na Greenpeace. W końcu ktoś musi go uwolnić. Póki co kuruję się antybiotykiem, miodem i theraflu zatoki. Miałam jeszcze psikacz do nosa ale musiałam odstawić – można było wciągać tylko trzy dni. Szkoda, bo przynajmniej na chwilę zakręcał kran. Nie wiem dlaczego te wszystkie saszetkowe siuwaksy są takie parszywie wstrętne, ale normalnie jak mam to wypić to psychicznie przygotowuję się pół godziny. Nigdy nie mogłam sobie poradzić z pieleniem grządek, nałogowym czyszczeniem toalet i zażywaniem niedobrych lekarstw. Macie na to jakieś sposoby? Bo ja nawet mieszałam z kisielem ale nie pomogło. Było tylko bardziej ohydne bo gęstsze.

Sama nie jestem bo po pierwsze mam Lokatora, który poza utrudnianiem moich zamysłów co by Go nie zarazić – nie bardzo bowiem rozumie czemu Mama nie chce Go przytulać i całować – i robieniem drak, jest fantastycznie wyrozumiałym w kwestii zabaw i w nich towarzystwa młodym człowiekiem. Po drugie jest Hal, która od piątku do soboty pomagała mi nie zwariować i w zasadzie tylko dzięki niej mogłam się choć na trochę położyć. Bądź co bądź Lokator czasem tego towarzystwa jednak potrzebuje. Po trzecie w niedziellę nawiedziła mnie Goga a wraz z nią nawiedziła mnie siatka mandarynek i cytryn, słoik miodu i delicje. Sami więc widzicie, że chorowanie bywa nawet przyjemne. Żeby tylko można było ograniczyć te skutki uboczne: Sahara w gardle, Niagara w nosie, drut kolczasty i ogólny weltszmerc w poważaniu.

Obecnie skupiam się na opanowaniu kataru i tłumaczeniu Pewnej Pani przez telefon, że ja to ja i faktycznie tak brzmię. I że wcale nie rozmawia z moim kolegą.

Chyba przeniosę się do basów…

Chorość nad chorościami i wszystko chorość

Rano czułam się źle. Ale nic to – pomyślałam sobie – bo w sumie nie znam nikogo, kto rano czułby się dobrze, nie mając w perspektywie wolnego dnia, smacznego śniadania ani nawet udanego seksu.

Ja w perspektywie porannej mam zwykle szybkie uwinięcie się na palcach, żeby nie zbudzić Lokatora a następnie zbudzenie Go, bez angażowania do tego celu młotka. Bo z reguły mam akurat kwadrans na zapakowanie Młodego do wózka, odstawienie całości do żłobka, wypakowanie, rozpakowanie, przepakowanie i wręczenie Ciotce Etatowej, połączone z relacją z szybkością karabinu maszynowego co jadł, czego nie jadł, co robił a czego nie robił i kim chcę żeby został w przyszłości. Następnie kolejne trzy minuty zabiera mi akurat cwał doprzystankowy – po drodze mam czerwone światło, więc grzecznie kupuję sobie gazetkę za przygotowane uprzednio złoty_pięćdziesiąt – i po chwili już jadę dwudziestką_czwórką by, mieszcząc się akurat pod pachą Pana W Paltociku, nie udusić się do Przystanku Praca. Potem już tylko wysiadam, biegnę na drugą stronę ulicy, i jeszcze jedne pasy, budynek, drugie piętro, kluczyk, komputer, stop. Mam świetny czas. Teraz mogę zacząć kolejny dzień. W całkiem innej rzeczywistości. Start. Jestem tak cholernie zorganizowana, poukładana i wyliczona, że odnoszę wrażenie, iż wystarczyłby drobny zgrzyt, na przykład nie_przyjechany_tramwaj, a efekt motyla strząsnąłby z powierzchni ziemi jakiś lodowiec. Ja nie wiem, może to chore, ale poczucie, że mogłabym nawalić przeraża mnie zawsze najbardziej. Nawet jak na próbę chóru nie pójdę, bo zdycham, czuję się jak zbrodniarz.

Ale nie poszłam. Bo rano czułam się źle a potem było już coraz gorzej. Jeszcze nigdy nic nie atakowało mnie w takim tempie. W południe nie mogłam już mówić, w okolicach trzeciej umarł mi nos a jak wyszłam z pracy to tylko modliłam się o miejsce w tramwaju. Musiałam wyglądać bardzo nieszczególnie bo miejsca ustapił mi rosły młodzian w dresie. Taki z gatunku nigdy nie ustępujących niczego, na pewno zaś miejsca. Do żłobka wgramoliłam się siłą woli. Lokator nie mógł zrozumieć czemu nie całuję Go na przywitanie i nie przytulam jak to zwykle robię. Bardzo nie mógł. Pierwszy raz. Zawinęłam go w kokon kurtki, bo nie miałam siły iść po wózek i po prostu poszłam do przychodni.

Zdziwiona recepcjonistka wskazała mi godzinę. Lekarz przyjmował jeszcze tylko przez dziesięć minut i już praktycznie go nie było. Powiedziałam, że w takim razie to ja teoretycznie poproszę o zaświadczenie o odmowie przyjęcia mnie bo nie wiem co się dzieje a nie chcę zarazić Dziecka. Lekarz wyrósł spod ziemi i już mógł. Żadnych problemów. W końcu to jeszcze aż dziesięć minut. Ja z góry i z dołu przepraszam wszystkich spieszących się do swoich domów lekarzy ale ja też nie wychodzę z Firmy przed czasem. To moja praca. A jak coś nagłego stanie się w ciągu tych ostatnich dziesięciu minut, to też nierzadko trzeba zostać i naprawiać.

Okazało się, że mam silną gorączkę, zapalenie zatok o dziwnym podłożu i zapalenie gardła o podłożu zwyczajnym – wirusowym. I gdybym poczekała do jutra, mogłabym już nie móc wstać rano z łóżka o własnych siłach a Lokator miałby to świństwo na tysiąc dwieście procent. Dostałam recepty, wykupiłam antybiotyk, serdecznie podziękowałam za pomoc i poszłam. A jak zacznie mi być dziwnie, gorączka nie spadnie i będą boleć mnie uszy bardzo bardzo, to mam w trybie natychmiastowym udać się do szpitala z podejrzeniem zapalenia opon ale to tak tylko mówi mi pan Dotor, profilaktycznie. Jak uroczo.

Tylko raz zrobiło mi się dziwnie. Jak musiałam powiedzieć, że nie chcę zwolnienia. Wzrok pana Doktora wyrażał wielką dezaprobatę, że oto kolejna karierowiczka mu się trafiła. Uszy nie bolały co prawda, ale piekły z czerwoności. Jakoś jednak ani siły ani ochoty nie miałam by mu wyjaśniać, że za 80% gołej podstawy jednej pensji to ja nawet mieszkania nie opłacę. Bo to mi zabiera właśnie 80%… ale tej z premią.

Trudno. Nie wszyscy muszą rozumieć.

Bardzo moje Mikołajki

Dawno, dawno temu w odległej Krainie Miękkich Misiów żył sobie pewien chłopczyk. Nie pamiętał jak mu na imię ani skąd się wziął, ale w tej krainie nie było w tym nic dziwnego. W końcu rządziły tam całkiem inne prawa – prawa miękkości, przytulności i ciepłej kołderki, a nie pochodzenia, nazw i przynależności. Chłopczyk pewnego dnia po prostu pojawił się i został, a że był niewielkiego wzrostu, wszyscy wołali na niego Malutki.

Malutkiego kochały wszystkie misie w okolicy i gdy tylko szedł na spacer, zaraz jakiś pluszak wskakiwał mu na ramię, domagając się głośnym mruczeniem drapania za uchem. Malutki zatem drapał. Drapał, miział i łaskotał. Misie wtedy robiły się jeszcze bardziej miękkie i cieszyły się po czubki guzików. Czasem pozwalały Malutkiemu podrzucać się do góry i zaśmiewały się wtedy w głos, uradowane, że umieją latać. Całkiem jak ptaki. Ptaki od zawsze bardzo fascynowały zarówno Malutkiego jak i całą resztę misiowego pospólstwa. Były takie wolne i wyniosłe, szybując niespiesznie po niebie i zatrzymując się tam gdzie akurat zapragnęły.

Pewnego dnia gdy Malutki spacerował po lesie, znalazł u stóp potężnego drzewa małą białawą kuleczkę. Kuleczka była nieduża i jeszcze ciepła. Malutki nie wiedział co to takiego, ale że nie zobaczył w pobliżu nikogo innego, kogo mógłby o to spytać, postanowił schować kulkę do kieszeni i zanieść do domu. Misie jednak też nie wiedziały skąd pochodzi kulka i do czego służy. Malutki nie zastanawiając się długo położył wciąż ciepłe znalezisko do swojego łóżeczka i szczelnie nakrył kocykiem. Coś mu podpowiadało, że kulka boi się chłodu. Za dnia obok kocyka układał kolejno zaprzyjaźnione zabawki, by za sprawą ich miękkości, kulce nie było zimno, w nocy ostrożnie kładł się obok i przytulony do kulki smacznie zasypiał.

Mijał czas. Po kilku dniach kulka zaczęła delikatnie drgać. Ale Malutki nie przestraszył się. Wiedział, że za chwilę nastąpi coś ważnego. Coś, co zmieni na zawsze jego życie w Krainie Miękkich Misiów. Obserwował swoją kulkę
i czekał. Biaława powłoka drgała coraz mocniej aż wreszcie cicho zatrzeszczała. Po chwili pojawił się w niej malutki otworek i pęknięcie, potem drugie i trzecie. Kulka rozłupała się a ze środka wyskoczył… Koralik.

Koralik był ptakiem, to nie ulegało wątpliwości odkąd tylko stanął chwiejnie na swoich patykowatych nóżkach i otworzył dziobek, jednak tak uroczo błyskał paciorkami czarnych okrągłych oczu, tak je mrużył, gdy Malutki głaskał go po maleńkim skrzydle i przytulał, że został Koralikiem zanim ktokolwiek zdołał o tym dłużej pomyśleć. Misie z miejsca pokochały Koralika. Prawie tak samo jak Malutki. Wszyscy znosili młodemu skrzydlakowi kolejne przysmaki i nadskakiwali, żeby tylko zechciał coś skosztować. Jednak Koralik nie chciał jeść. Był bardzo smutny i markotny. Lubił oczywiście gdy Malutki chował go w swoich małych dłoniach i głaskał po łebku ale ciągle czegoś było mu brak. Na coś czekał i do czegoś tęsknił.

Malutki zaniepokojony tym co dzieje się z przyjacielem, postanowił wrócić z nim do lasu. Pod to samo drzewo, pod którym znalazł małą białawą kuleczkę. Jeszcze ciepłą. Gdy tylko znaleźli się w lesie, Koralik, początkowo chmurny i nastroszony, wyraźnie się ożywił. Jakby cieszył się z powrotu w dawno nie widziane strony. Pod drzewem skakał już raźno i zaczął popiskiwać. Nie minęło wiele czasu gdy z wierzchołka drzewa sfrunęła do nich Szaroskrzydła. Popatrzyła na Koralika a Koralik na nią i nagle wszystko stało się jasne. Byli do siebie podobni jak dwie krople deszczu. Jedna większa i druga – maleńka – jakby jej kopia.

Mamo! – zapiszczał radośnie Koralik i rzucił się pod miękkie i ciepłe skrzydło.

Szaroskrzydła zagruchała czule a Malutki poczuł nagłe ukłucie gdzieś w swoim małym serduszku. Całkiem jakby właśnie w tym momencie stało się oczywiste, że jest zupełnie gdzie indziej niż by chciał. Nie na swoim miejscu. I zaczął tęsknić sam nie wiedząc do czego. Wrócił do swoich misiów, mając nadzieję, że to o nie chodziło, ale ich towarzystwo też nie ucieszyło go tak jak zawsze. Nic nie było takie jak przedtem. Wciąż czuł jakąś pustkę. Wieczorem położył się do swojego łóżeczka, nakrył kołderką, która jakby mniej miękka niż ostatnio była i zasnął łykając swoje małe smutki pomiedzy jednym a drugim oddechem.

Śniło mu się, że pojawił się w zupełnie innej krainie, gdzie miał Imię i swoją własną historię. W tej krainie miał też kogoś, kto się nim opiekował i nie był to kolejny miękki miś. Ten ktoś co rano budził go całusem w ciepły od snu policzek i ubierał, przyrządzał specjalnie dla niego smaczne posiłki i zabierał na różne wyprawy, i na karmienie kaczek w parku albo nadawanie imion chmurom, albo turlał się z nim po podłodze i wynajdował tysiące różnych zabaw, a wieczorami kąpał go w puszystej, pachnącej mandarynkowo pianie, szczelnie otulał mięsistym białym ręcznikiem, aż było mu cieplutko i dobrze, a potem czytał książeczki. I zawsze przytulał go aż zaczął śnić się jakiś kolorowy sen. Miękki jak motek wełny.

Rano Malutki obudził się… i już miał Mamę.

fot: Bruno Braun

klik

W związku

W związku z akcją ‚Święta w kraju i na świecie’ wszyscy biurwownicy* jak co roku zostali oddelegowani Gdzie Indziej. Żeby sobie pojeździli po warszawskich sklepach i pointegrowali się z innymi przy wspólnym zapierdalanku. Firma stawia. Za każdym razem to Gdzie Indziej jest inne i za każdym razem stanowi taką niespodziankę jak granat w wychodku. Oczywiście nie muszę dodawać, że w czasie tej szeroko pojętej integracji, przydziałowa robota w Firmie leży odłogiem i czeka narastając równomiernie. A to dopiero początek. Zazwyczaj w ostatnim tygodniu przed świętami (włącznie z Wigilią) kwitniemy na zapleczu jakiegoś salonu przegrzebując kurz i sterty towaru, klepiąc zamówienia i faktury, układając na półkach książki i płyty, bądź tkwimy na chwiejnym stanowisku w samym środku gigantycznej kolejki i udzielamy informacji o rzeczach, o których przez cały rok nie mamy pojęcia. Mnie się z reguły dostawało dziesięciogodzinne pakowanie prezentów, po którym miałam odruch składania szalika w kancik i obwiązywania wstążeczką kanapek. Ale pakowanie nie było takie złe bo przynajmniej stało się w jednym miejscu, w wątłych chwilach małego ruchu można było sobie przycupnąć na zydelku, nikt nie atakował w poszukiwaniu ‚jakiejś gry, o której słyszał, że fajna’ i poza rękami i nogami nic nie bolało. Bo na przykład tych co musieli nosić ciężkie kartony bolało wszystko łącznie z paznokciami.

Tak, przyznam szczerze, że po prostu jako biurwownicy, mający w aneksach całkiem różne od tych sklepowych obowiązki, nie nawykliśmy do pracy fizycznej i sprawiało nam to nie lada problem. Trudno sie zresztą dziwić. W efekcie nie wiem czy dużo napomagaliśmy, bo ktoś, kto pracuje tam okrągły rok dobrze wie, gdzie znaleźć tomik poezji Rilkego a gdzie rozmówki polsko-węgierskie. My czasem miotaliśmy się jak wściekli zanim w końcu udało się znaleźć to, czego szukał klient. Integracja też w warunkach świątecznych wychodzi nie najlepiej, zwłaszcza że sklepownicy z zasady nie lubią biurwowników, bo są obcy, z centrali i tylko przeszkadzają. Ale jak widać Firma postanowiła uszczęśliwiać na siłę. Finalnie każda strona całą akcję traktuje odwiecznie jako dopust boży, ale jak wiadomo trzeba to odbębnić, miec spokój i wrócić do własnych papierzysk, z których w tym czasie tworzą się już pokaźnych rozmiarów hałdy.

Tym razem pracę w terenie zaczęliśmy już teraz. Dziś rano na przykład dostałam radosny sms a w nim informację, że jadę do… nazwijmy to Magazynem. No więc jadę do Magazynu. Wszystko byłoby fajnie gdyby Magazyn nie znajdował się już poza granicami Warszawy, a mianowicie w Jabłonnej. Ja w końcu nie wiem bo może kogoś obrażam i Jabłonna (znana ze wspaniałej stadniny koni i pięknego szlacheckiego dworku) po ostatnich podziałach administracyjnych już jest częścią stolicy, ale nie zmienia to faktu, że jest w chuj daleko. I że trzeba tam oczywiście dojechać na własną rękę, nogę i odpowiedzialność. Nic to – pomyślałam sobie – nie tylko ja muszę tam jeździć, więc nie będę marudzić. Przyjechałam do Firmy, zabrałam otrzymanego laptopika, zataszczyłam go do tramwaju, z tramwaju do metra, z metra do autobusu i pojechałam. Jechałam, jechałam i jechałam, i zastanawiałam się jak cudownie mieszka mi się teraz tu gdzie mi się mieszka, gdzie – w odróżnieniu od Mamutowa na przykład, dokąd wrócę jak tylko zrobią się tam warunki nieco inne, niż jeden pokój z kuchnią dla wszystkich – wszędzie jest blisko a podróż do pracy nie stanowi całej wyprawy. I jak bardzo wolałabym teraz siedzieć przy swoim biurku i marudzić, że znów skończyła się kawa. Wreszcie dojechałam.

Ani przez moment nie pomyślałam, że gdyby ktoś chciał mi tego otrzymanego laptopika zabrać, to nie dość, że nie wypłaciłabym się do końca świata, to jeszcze mogłabym nawet nie mieć okazji. Gdyby na przykład przy okazji ów ktoś ukręcił mi łeb. A okolica była raczej nieprzypadkowa, jeśli chodzi o osobniki skłonne do podobnych czynów. Podmokło, odludnie i zagajnikowo. Co jakiś czas tylko tu i ówdzie rozkwitały szyldy hurtowni, magazynów i hal pokrytych blachą falistą. Magazyn znalazłam stosunkowo łatwo. Ładny, wypasiony wszelkimi srebrzeniami, fikusami i biurwowymi mebelkami wyższego sortu. Oczywiście dla dyrekcji. Bo reszta zaiwaniała na hali przy taśmie. Oczywiście nikt nie wiedział po co przyjechałam, więc pierwsze pół godziny zmitrężyłam na tłumaczenie i objaśnianie. Jak się w końcu dodumali kto zacz i w jakim celu, okazało się, że laptopik super, ale nie ma gdzie go przypiąć co by się połączył z siecią. Dla mnie bomba. Kiedy wreszcie przyszedł jakiś informatyk z kabelkiem, zrobiłam to, z czym nie mogli sobie poradzić od tygodnia (czytaj: wyszukałam im w bazie towar, którego oni wyszukać nie umieli) i okazało się, że w zasadzie to już. I mogę wracać do Firmy. A w zasadzie to nie chodziło im o kogoś od nas, tylko z sąsiedniego działu. Niby blisko, ale robią zupełnie co innego. Szlag mnie lekko trafił, bo od wyszukiwania to jest książka telefoniczna, względnie gugiel, a to co chcieli a im się nie udało, każda małpa przeszkolona w systemie by zrobiła, ale stłumiłam wkurwa w zarodku, zawinęłam laptopika, pożegnałam się bardzo uprzejmie i wyszłam.

Pracuję osiem godzin. Ósma – szesnasta. Dyżur mam jeden w tygodniu. Do osiemnastej. Mam swoje do zrobienia i z tego się wywiązuję. Ale jeśli muszę rzucić wszystko w diabły i półtorej godziny jechać na Koniec Świata W Komunikacji, dźwigając chrzaniony, drogi jak stuletni bonsai sprzęt, tylko po to, by popracować dwie godziny, stracić kolejne dwie na dojazd z powrotem (nigdy nie wiem czemu z powrotem zawsze wychodzi dłużej) i z wywieszonym ozorem dotrzeć do biura, gdzie muszę laptopika zdać i jeszcze skończyć to, co było na dziś do zrobienia, to ja to pergolę. To nie jest zła praca i bardzo rzadko na nią narzekam, ale organizacja w niej leży i wzdycha. Jest żadna. Więc niech się potem nikt nie dziwi, że za każdym razem gdy idą Święta, wszyscy biurwownicy zgodnie utyskują, robią się nerwowi i rosną im włoski. I że trzeba wprowadzać zakaz pobierania urlopów, by w ogóle było kim zarządzać. Bo ja mogę jeździć nawet do Gorzowa. Tylko niech to ma jakiś sens.

No, to tyle.
Poza tym jestem szczepiona i wcale nie gryzę.

_________________
* strasznie lubię takie słowa-walizki, niby mogłabym napisać pracownicy biura ale o ileż sympatyczniej układa się toto pod palcami

Leżak twój wróg, leżak twój przyjaciel

Leżakowanie powinno być obowiązkowe. Tacy na przykład mądrzy Japończycy wprowadzili codzienne leżakowanie przez godzinę w pracy. Co prawda mnie to spokojnie możnaby położyć na pięć godzin i spokojnie dałabym radę, ale nie bądźmy zachłanni. Wzięłabym co dają i byłabym szczęśliwa jak świnia w obierkach. Zwłaszcza dziś, po nocy z Nowym Zębem. Nowy Ząb ma numer dziewięć, należy do Lokatora i koniecznie trzeba było go obgadać o trzeciej.

Co do trzeciej to nigdy nie wiem czy ona jest jeszcze w nocy czy już nad ranem. No bo druga to w nocy jest a nad ranem to czwarta. Wobec tego co z tą trzecią i dlaczego nikt o niej nie pisze wierszy i piosenek? Literaturoznawcy też milczą w temacie trzeciej jak zaklęci. A przecież to bardzo fajna godzina jest. Występuje w większości podrzędnych horrorów a ostatnio nawet sam Pan AntyBond przyznał w wywiadzie dla Cosmo albo innego Glamura, że właśnie wczoraj się o trzeciej obudził i nie mógł zasnąć. No halo. To on się obudził a ja nawet nie wiem jak dookreslić tę godzinę. Normalnie odczuwam dysonans, dyskomfort i dysproporcję w stosunku do mojej niewiedzy na ten temat. Jak tak dalej pójdzie to założę Związek Jednego Anonimowego Zegarmistrza z Drugim i pójdę z pikietą pod sejm. Teraz wszyscy tak robią.

A wracając do leżakowania…

W zamierzchłych czasach przedszkolnych, gdy byłam jeszcze mała i miałam dwa chude warkoczyki w charakterze włosów, dwie pokancerowane i obficie znaczone gencjaną patyki w charakterze rąk i dwa rachityczne odnóża w żółtych rajtkach w charakterze nóg, nienawidziłam leżakowania szczerze i z właściwym dramatyzmem. Dramatyzm polegał na bunkrowaniu się pod stołem i zapieraniu pazurami w czasie ustalonego wypoczynku. Jestem pewna, że na wykładzinie pozostawały dziesięciopalczaste ślady. Trzeba mnie było w przenośni i dosłownie odrywać od tego stołu i w akompaniamencie beku odnosić na szary, pleciony leżak, gdzie mogłam się oddać narodowej żałobie. Wszak tyle jeszcze było lalek do zdekapitowania, tyle resoraków do przeprowadzenia wyścigów i tyle sznurówek do związania chęcią sprawienia psikusa. Leżak pachniał przedszkolną pościelą i przypalonym mlekiem a ja śledziłam trajektorie lotu wszystkich much w okolicy, byleby tylko nie zasnąć. Koniec końców gdy przychodziła pora wstawania, zawsze chciało mi się spać od tego owadziego oczopląsu, ale dzielnie tłumiłam przeciągłe ziewy. Nie mogłam przecież dać po sobie nic poznać. Ja, wielka opozycjonistka leżakowania.

Z biegiem lat doszłam do wniosku, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Bo zmieniło mi się prawie wszystko. Poza tym, że nadal jestem płci żeńskiej i nadal nie znoszę różowego.

Obecnie uważam leżakowanie za pomysł tyleż fantastyczny co pomocny. I to wszystkim. Zarówno władnym jak podwładnym. Mądrzy Japończycy wprowadzili leżakowanie i od razu wzrosła im wydajność pracy. Co prawda na ile znam rodaków, to mogę obstawiać w ciemno, że u nas to co najwyżej wzrosłoby co poniektórym ciśnienie, gdyby ich położono obok jakiegoś przystojnego sąsiada albo ponętnej sąsiadki. Za to gdyby jako nową dyscyplinę olimpijską wprowadzono obniżanie wydajności, z każdej wracalibyśmy ze złotymi medalami na kilogramy. Ale ponieważ dobra atmosfera w pracy jest połową sukcesu a zadowolony pracownik to drugie pół, to w dość dowolnym wnioskowaniu postuluję o leżaczek całodzienny w doborowym sąsiedzko towarzystwie Bradleja Pe i drinka z palemką. Firma eksplodowałaby od nadmiaru sukcesu. Tylko jeszcze nie wiem jak do tego przekonać szefa.

Może na początek delikatna sugestia? Na przykład zdjęcie w ramce na biurku z podpisem KOCHAM MOJĄ PODUSZKĘ…


Dialog z Siostrzycą

Obgadujemy przez telefon jedną z siostrzycowych koleżanek, która w latach szkolnych charakteryzowała się paskudnością współmierną do cech charakteru. Zalety bynajmniej nie przysłaniały jej wad.

– A wiesz, że X wyszła za mąż?
– Serio?! Przecież ona brzydka jak noc listopadowa była…
– …i nadal jest.
– I głupia jak marzenie.
– No.
– To kto ją chciał?
– Właśnie sama się zastanawiam.

Po chwili.

– A może to wędkarz jaki?
– A co jak wędkarz?
– Nic. Pewnie miała robaki.

Zła. Zła jestem i niedobra.
I mam to po przodkach.