Obecna nieprzytomna

Dobra, dobra. Piszę. To jakaś lipa z tym spaniem w pracy. Niestety się nie da. Nawet jak nic się nie dzieje, bo przecież nagle coś może się zadziać, prawda? Poza tym biurko twarde, komputer szumi, telefon dzwoni – same problemy. Dzisiaj będzie notka o prezentach. Takim jednym, kontrowersyjnym w pracy i takim drugim zupełnie niespodziewanym i wzruszającym.
Najpierw to co dziś, czyli praca.

Jakiś czas temu Niesamowicie Ważni Ludzie ustalili a następnie wszem i wobec ogłosili, że oto mamy swój Kodeks Etyki Biznesu Absolutnie Boski, w skrócie KEBAB. Do każdego poszedł e-mail z tą jakże istotną nowiną i zostaliśmy zobligowani do jego przestrzegania. No więc mamy ten swój KEBAB i mamy się do niego stosować pod groźbą rozlicznych wrogich spojrzeń, uwag i nagan. A być może nawet klapsa od samego Prezesa. Sam KEBAB był tak idiotyczny, że od razu zrobił mi się z niego kabaret (nawet zanadto starać się nie trzeba było) i zawierał wiele cennych pomysłów. Mało istotne, że niektóre się wykluczały. Oczywiście nie mogę pisnąć ani o jednym bo to już by stanowiło naruszenie odpowiedniego punktu, podpunktu i paragrafu. Ale możecie wierzyć mi na słowo – zabawniejszy niż początki Mumio. A że jestem prawie grzeczną dziewczynką, a prawie jak powszechnie wiadomo robi wielką różnicę, o jednym pisnę. Mianowicie o prezentach. W naszej Firmie czasem tak już jest, że niektórzy dostają jakieś upominki od kontrahentów – najczęściej zadowolonych ze współpracy. Czasem zaś trafia tu towar przysłany przez producenta jako tak zwana ‚okazówka’, której zwrotu najczęściej producent nie oczekuje. W tej branży to norma, bo bez okazówek nie wiadomo na czym się pracuje, a są towary, które trzeba obejrzeć, zanim się je zamówi. Ale ale. Niesamowicie Ważni Ludzie, ponieważ dostęp do tego typu upominków mają tylko ludzie, którzy bezpośrednio kontaktują się z dostawcami, uznali, że to nie do końca fajnie i w KEBABIE zainstalowali odpowiedni podpunkt. Zgodnie z nim każdy prezent należy niezwłocznie zgłosić do odpowiedniej osoby. Ta osoba zdecyduje czy można go przyjąć, czy też należy zwrócić darczyńcy. I kolejne ale ale. Nawet jeśli będzie można ów prezent przyjąć to otrzymany w okolicach świąt bożego narodzenia i wielkanocnych (dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po) trzeba oddać do innej osoby. Ta z kolei wszystko zgromadzi, posegreguje, popakuje, opatrzy numerkami, zrobi losy i z okazji ‚choinki’ rozda wszystkim pracownikom. W ten sposób każdy dostaje coś a firma ma z głowy ewentualne posądzenia o korupcję oraz problem świątecznych prezentów dla pracowników. No i zaoszczędzoną kasę w kieszeni. Dostawcy i tak zawsze coś przecież przyślą a tak, to Góra dostanie większe premie. Albo wycieczkę na Kanary. W Firmie generalnie najpierw zawrzało, bo jedna strona nie chciała oddawać prezentów a druga zabierać czegoś co komuś wydarto, ale koniec końców jakiś konsensus osiągnięto. Pomijam oczywiście drobny fakt, że nie wierzę, by co lepszych kąsków ludziska nie zostawili sobie ukradkiem w biurkach, ale tym sposobem przynajmniej każda osoba zostanie czymś obdarowana. Bo w końcu bądź co bądź wszyscy pracują na ten sam wynik. Nie tylko ci, co mają bezpośredni kontakt z kontrahentami. Nie jest źle. W porównaniu z latami poprzednimi, kiedy dostawałam firmowy parasol, albo szalik, albo portfel, w którym nie da się trzymać pieniędzy bo wypadają, ten prezent był doprawdy super. Wylosowałam reklamówkę z butelką wina (niezłe), płytą z konkursu Chopinowskiego (całe szczęście, że trafiło na tego kto podobną muzykę lubi a nie na przykład na entuzjastę hip-hopu li i jedynie), filiżanką i dwoma spodeczkami (napis na opakowaniu głosi, że powinny być dwie filiżanki ale średnio urodziwe, więc nawet faktu, że ktoś sobie jedną zajumał nie skomentuję), wiązką siana (!), dwiema mikroskopijnymi czekoladkami i jednym piernikiem z cyklu alpejskich opakowanym w celofan i przewiązanym odkwiatkową wstążeczką. Cóż. Ktoś podobno trafił i-poda ale narzekać nie będę. Kolega dostał bombkę i czekoladę. Ja przynajmniej mam wino.

Drugi prezent przyszedł zupełnie niespodziewanie i wywołał całkiem spore wzruszenie. Niedawno napisałam w notce o tym, że uwielbiam utwór U2 ‚Electrical Storm’. I że go nie mam. Tak? No to już mam. Któregoś dnia po prostu Pan Listonosz zapukał do moich drzwi z tabliczką ‚bajtki małe dwa’ i wyraził swoje zaskoczenie, że kogoś zastał (bo to w godzinach pracy Pana Listonosza wydarzenie nie lada) słowami:

– Eeee.

A jak się już odbąblował był to rzekł:

– Jest przesyłka.

Fakt, była. Nie spodziewałam się żadnej przesyłki ale ponieważ nie podejrzewam siebie o śmiertelnych wrogów w krajach arabskich, odebrałam, podpisałam co trzeba w odpowiednim okienku i nieco zdębiała położyłam kopertę na stole, po czym rozpoczęłam proces się_przypatrywania. Koperta była bąbelkowa, ze znaczkiem (bez bąbelków) była z Poznania (podobnie jak jej nadawca) i miała w sobie coś. Tym czymś był właśnie singiel U2 z wyżej wzmiankowaną piosenką. Normalnie nie wiedziałam czy najpierw wrzasnąć ze szczęścia czy się kontrolnie rozbeczeć. Ale ponieważ ostatnio hormon mnie lekko trąca i jestem nie ten teges zrobiłam obie rzeczy na raz. Znaczy nie rozbeczałam się do końca ale oczy mi się cokolwiek spociły. Naturalmą, że byłam ciekawa komu podziękować za tak miłą niespodziankę, więc szybko przyjrzałam się danym osobowym nadawcy. Nie miałam bladego pojęcia kto to. Z początku pomyślałam, że to po prostu jakiś obcy mi czytelnik bloga postanowił obdarować mnie ulubioną piosenką zespołu. Wzruszyłam się więc ponownie, że się komuś pomyślało i chciało i w ogóle. Zaraz potem jebło mnie takie wielkie pudło. Z wielkim różowym neonem. No bo skoro ja go nie znam to halo halo skąd miałby mieć mój adres? Przecież mu się nie przyśnił. W tym momencie w mózgu, pomiędzy pokładami kurzu i zaległego prasowania, włączył mi się Sir Sherlock i rzekł:

– Ktoś mu podał.

Oklaski.

Napisałam esemesa do Pierwszej, która jak mi wiadomo jest z Poznania i już kiedyś zrobiła podobny numer (znaczy wysłała mi coś przez kogoś), czy zna tegoż nadawcę. Nie znała. Potem w podobny sposób wypytałam wszystkich znajomych poznaniaków oraz znajomych ich znajomych. W końcu mnie olśniło. Następnego dnia byłam już w pracy, więc odpaliłam allegro, wpisałam tytuł piosenki, wysortowałam single i wcisnęłam szukaj w aukcjach zakończonych. Oczywiście było tego jak stąd do Irkucka i z powrotem na czworakach. Ale byłam twarda. Otwierałam każdą zakończoną aukcję, szukałam kupującego i przyglądałam się z uwagą informacjom o nim. Jakieś pięćdziesiąt trzy osoby były do nikogo nie podobne. Zarówno z wyglądu (stron ‚o mnie’) jak i z nicka. W końcu – TADAM! – trafiłam na znajomy pseudonim. No i wtedy to już się rozbeczałam koncertowo. Po raz kolejny bowiem okazało się, że pod latarnią bywa najciemniej. Podziękowałam osobiście. Za bardzo dużo. Ale najbardziej za umiejętność słuchania i słyszenia. To bardzo rzadkie. I niezwykle cenne.

Fajnie mam 🙂
Co nie?

Hal, dziękuję.

Chrapacz leśny

Generalnie to śpię. I umieram.
Nie wiem co bardziej.
Zrobiłam wczoraj 70 brzuszków-scyzoryków i dobrze, że akurat leżałam na łóżku bo z podłogi bym się doczołgała. A tak to przy siedemdziesiątym mogłam już chrapać. Dżizas.
A sąsiedzi pewnie myślą, że mam udane pożycie.

Dobra, idę utopić się w kawie.
Jak się obudzę to coś napiszę.

Czy jest na sali leżak?

Fernando Szperando na tropie

Bardzo lubię buszować w lumpeksach. I tych sztukowych i na wagę. Za symboliczne kilka złotych, na przykład pięć, można sprawić sobie fajny ciuch i w dodatku mieć pewność, że będzie się oryginalnym. Że w jednym tramwajowym wagonie nie spotka się czterech osób w identycznych spodniach. Od lat kompletuję w second-handach swoją garderobę, a jak urodził się Igor, zaczęłam korzystać z bogatego asortymentu ubranek dziecięcych. Za złotówkę lub półtorej kupiłam mu większość koszulek i innej drobnicy. Spodnie maksymalnie po trzy. Kurtka zimowa za sześć. Żyć nie umierać. W dodatku z odzieży przez Dziecia ‚wyrośniętej’ korzystają następne maluchy. Bo my nie samoluby, dzielimy się, a co. Niech i innym się dobrze nosi i wyrasta. W końcu z nami też się dzielą.

Pomijając oczywisty fakt niemałej oszczędności dodam tylko, że wszystko co kupuję to świetnej jakości tekstylia, za które z sklepach o nazwach widniejących na metkach, zapłaciłabym tyle, że musiałabym najpierw ocipieć by chcieć to w ogóle kupić. A potem jeszcze parę razy spaść z wysokości. Dla przykładu: wczoraj rano zaopatrzyłam Młodszą Młodzież w zestaw różności od Mothercare, Nexta, Marksa&Spencera, H&M, Chicco, GAPa i… Armaniego (tak właśnie, bo bezrękawnik był od Armaniego) za całe 30 złotych polskich. Dwadzieścia sztuk ubrań. Ładnie co?

Strasznie fajnie jest poza tym ubierać później Młodego i się też, bo są to wyjątkowo ładne rzeczy. Fakt, trzeba swoje przeszperać żeby wyrobić sobie jakiś taki dryg i umiejętność szybkiego wynajdowania cacek, ale warto. Za każdym razem przypomina mi o tym wgląd w szuflady komody. No i satysfakcja jest olbrzymia. Mamy zupełnie na własność ładne szmatki, czasami jeszcze z metkami, a w portfelu nie ubywa dużo.

Kiedyś Siostrzyca dziwiła mi się, że noszę rzeczy UŻYWANE i robiła przy tym minę jakby samo wypowiedzenie tych słów napawało ją wstrętem i odrazą. Wystarczyło jednak kilka wspólnych spotkań, komplementów na temat mojej ‚nowej’ bluzki, czy sukienki, albo pięknych i kolorowych lokatorskich ubranek i teraz proszę, sama buszuje między wieszakami i w usypanych hałdach, raz po raz wynajdując nowe cuda dla siebie i dziewczyn.

Mam swoje ulubione sklepy. Wiem gdzie i czego szukać. Raz czy dwa razy w miesiącu wybieram się na rekonesans i zawsze z czymś wracam. Niesamowicie poprawia mi to humor i daje zastrzyk energii na następne tygodnie. Bo ja typowa baba jestem, bardzo typowa. I na chandrę zawsze najlepszy jest nowy ciuch. Najlepiej jak urokliwy.

Do ostatnich zakupów Pani Zza Lady dołożyła mi za złotówkę śmieszną winylową sukienkę i czarne koronkowe coś pomiędzy gorsetem a koszulką na ramiaczkach. Sukienka jest maksymalnie plastykowa, coś jak lateks i maksymalnie krótka – odjechana taka. Koronkowe coś to w ogóle szał w tomacie.

W ramach poprawy nastroju idę więc w sobotę na GOTHIC FETISH PARTY. I zamierzam się dobrze bawić przebrana w winylowy lateks, bądź koronki. Jeszcze nie zdecydowałam.

Nagły Atak Ziewacza

Ustalmy fakty. Żeby nie było. Nie rozpaczam i… chciałam napisać, że nie rwę sobie włosów, ale nie mam, więc jakby samo przez się rozumie, że nie rwę. Zatem nie rozpaczam i ciąć się nie będę. Po prostu sprawdził się najbardziej prawdopodobny scenariusz i tyle. Żaden, ale to żaden normalny i fajny facet nie będzie czekał aż mnie przypadkiem nie odnajdzie po latach bo ja taka urocza byłam. Nie byłam. A gdyby nawet tak zrobił, to wiałabym gdzie nawet psy dupami nie szczekają, bo to już musiałby być desperat. A od desperatów mam zajady. I rosną mi szpony. Ponadto kolega X być może i nie jest rumakiem na białym koniu, ale też nie sądzę by miał czego żałować. W końcu spójrzmy prawdzie w oczy – demonem urody i wdzięku to ja nie jestem a on świeżo zakochany, więc aktualnie mogłaby mu nawet sama Andżelina usiąść na twarzy, a on wkurzyłby się tylko, że go obca baba zaczepia. I widok na law jedyną zasłania. Albo, że ciężka.

No. To cieszę się, że mamy jasność i teraz ewentualnie możemy przystąpić do kontynuowania tej jakże ekcytującej znajomości. Choć jak znam życie to przy drodze mailowej pozostaniemy, bo kobiety – zwłaszcza takie co to musiały czekać dwa lata aż dla nich rzuci swoją poprzednią law – są piekielnie zazdrosne. Ale tu też jakby parcia nie mam. Owszem, ciekawa jestem jak się zmienił, ale nie kosmicznie. Bo tak się akurat składa, że zajętość jakakolwiek działa na mnie jak chłodny prysznic. Od czasu do czasu mogę się przywitać ale godzinnych kąpieli z książką i przy świecach sobie jakoś nie wyobrażam. Se ne da.

W sprawach odchudzania powzięłam pewne zamierzenia i mam nadzieję, że wytrwam. Jasne pieczywo zamieniłam na ciemne, ograniczam porcje i w miejsce jednego wieczornego dużego jem kilka mniejszych posiłków w ciągu dnia. Po dziewiętnastej jeść nie będę, a jeśli już to jakieś owoce. No i generalnie bez przesady. Soki pić będę nadal bo woda mi jakoś nie przechodzi a coś jakby poza herbatą muszę. Cukru używam do gorących napojów bo bez tego są dla mnie niewchłanialne. Słodycze od czasu do czasu lubię, a że nie jadam ich codziennie, nie sądzę by to był mój największy problem. Największym problemem dotychczas był obiad jedzony w okolicach 21. Bo dopiero wtedy był jakiś ewentualny czas wolny. No to teraz nie będzie. Acha. Oczywiście ćwiczę też brzuszki. Zakwasy obecne ale tylko motywują przypominając o dawnej świetnej kondycji. Proszę zatem trzymać kciuki, życzyć wytrwałości i generować systematyczny doping.

Wczoraj na przykład kolega Rybak wysłał mi esemesa: rób brzuszki! rób brzuszki!.
I bardzo fajnie. I o to chodzi i o to chodzi. Zrobiłam 60 i padłam. Fajnie się śpi jak się człowiek tak porządnie umęczy z własnej nieprzymuszonej woli. Szkoda tylko, że o czwartej Lokator zarządził pobudkę pod tytułem: pobawmy się w kto głośniej wrzaśnie!.
No halo. Czy ktoś może mi przypomnieć dlaczemu nazwałam go Ludzkim?…

___________________
A w bonusie się pochwalę. Tutaj i tu.

Jednak mamy jasność

Odpisał. Przeprasza, że dopiero teraz ale po powrocie miał mnóstwo zaległych spraw, które musiał pozałatwiać i w ogóle. No. A teraz przechodzimy do meritum i…

Tadam!
Proszę bardzo.

W moim życiu dzieje się właśnie mała rewolucja, która pochłania mnie w całości. W pierwszy dzień Świąt pożegnałem stary, trwający dwa i pół roku związek i rozpocząłem nowy. Wyjazd na Słowację zaplanowałem razem z A. moją obecną lepszą połową i muszę przyznać, że udał się naprawdę świetnie.

Zna ją od dwóch lat, pracują razem w jednej firmie a od pół roku zaczęło się zagęszczać. I wreszcie są razem. Zakochany, szczęśliwy, fiołki i generalnie wielka law.

Muszę przyznać Ci się do jednego, zawsze szukałem kogoś przy kim będę czuł się spokojnie i szczęśliwie. Nigdy wcześniej nie czułem tego co czuję teraz.

Cały rok byłem grzeczny.
I wreszcie Święty Mikołaj trafił pod mój adres.

Czyli mamy jasność. Bardzo ładnie napisał – trzeba mu przyznać. Z jednej strony mi ulżyło trochę, bo zawsze wolę wiedzieć niż nie wiedzieć. Ale z drugiej trochę żal, że jednak nie telenowela. Musiałabym być kłodą drewna gdyby nie było żal. Cóż, odpisałam bardzo ciepło, że się cieszę i gratuluję i mam nadzieję, że teraz będzie już tylko dobrze. Napisałam też o Igorze. I że mam wielu wspaniałych ludzi wokół. I że całkiem sympatycznie poukładało się to moje życie mimo tylu raf i zawirowań. Nie wiem czy w to co napisałam wierzę, ale bardzo chcę. Więc ustalmy, że wierzę. Pozostaje mieć nadzieję na fajną starą-nową znajomość.

Oczywiście, że jestem już od jakiegoś czasu duża i w zasadzie nawet się nie zdziwiłam, ale siedzi we mnie nadal i chyba na stałe ta dziewczyńska i durnie naiwna ja, z marzeniami i jakimś takim podskórnym certoleniem się, że tak, tak, naturalnie, nie wierzę by coś mogło z tego być, ale głęboko w środku mam nadzieję. Bo miło byłoby się pozytywnie rozczarować. No ale czegoś ty się dziewczyno spodziewała? No właśnie. Więc rzeknę jak to było u Potemowców: Trochę szkoda babci. Taka fajna babeczka była. I wrócę na ziemię.

Jak już pisałam, podobne rzeczy to tylko w filmach się spełniają.
Ale zawsze to miło przeżyć taką przygodę.

No dobra

Napisałam.

Kontrolnie. Żeby oczywiście nie było, że mi zależy albo co. No i to, co napisała Lumpiata:
no i na wszelki wypadek wolisz uciec, zanim się okaże, ze to mogłoby coś z tego być.
Cóż. Sedno.

Zatem parę minut temu nacisnęłam wyślij. I poszło.

Jak tam było na Słowacji?
Udał się urlop?
A.

Teraz zrobię sobie okop i poczekam na rozwój wydarzeń.

___________________________
Ps. Nie wiem jak mam nauczyć się żyć bez pieczywa. I to aktualnie mój wielki życiowy dramat. Nie żebym nie miała ważniejszych zmartwień. Ale te najmniejsze czasem najbardziej uwierają. Bo takie banalne niby a tu proszę. Zonk.

W kwestii marzeń

Chciałabym mieć wielkie, naprawdę olbrzymie łóżko, wściekle wygodne przy tym – ma się rozumieć, z którego mogłabym wcale się przez najbliższy miesiąc nie ruszać. Tylko leżeć i pachnieć. Ewentualnie pachnieć i leżeć. I machać sobie wyimaginowanym obcasikiem wte i wewte. I nucić sobie aktualnie pasujący do nastroju muzyczny urywek. A gdyby mi się znudziło leżenie i pachnienie, to ewentualnie mogłabym pójść na spacer albo poczytać w wannie.

Chciałabym jednocześnie przy okazji tego łóżka i li tylko horyzontalnej aktywności książkowej pozostać smukła, wiotka i pełna gracji. Co tam smukła. Chciałabym być chuda. Żeby znów mieścić się w te wszystkie spodnie dwa rozmiary temu, na które już nawet z wyrzutem przestałam patrzeć, tylko nie patrzę wcale. I rączki żebym miała rachityczne i cherlawe. Nie takie ala sflaczały Pudzian. Marzę o tym by ktoś nazwał mnie wieszakiem, tyczką, szkieletorem. I żeby nie odkładało mi się nigdzie nic prócz procentów na bankowym koncie. Bo chwilowo to mam wrażenie, że odkłada mi się nawet każdy łyk kawy i tworzy mi w obwodzie mało gustowną oponkę.

Znaczy nie oszukujmy się – to nie kawa się odkłada, tak? No. Czyli jak nie kawa to co u licha? Bo odnoszę nieodparte wrażenie, że nie dość, że nie mam wielkiego wyra i brakuje mi doby na to co powinnam jeszcze zrobić, to wszystko co zjem rozmnaża się przez pączkowanie i zakłada kolonie. Nie wiem kiedy mi przybyło to wszystko i dlaczego nie ma adresu nadawcy ale najwyższa pora to zrzucić. Choćby ze stromych schodów. Bo mocniej niż mieć to łóżko, marzę o powrocie do siebie. Sprzed Igora. Z talią i kilkoma kilogramami mniej. I to marzenie chciałabym aktualnie zrealizować najbardziej.

Jakieś sugestie na starcie?

Lekcja numer 1394: nigdy nie jedz żółtego śniegu

Niniejszym informuję, że moja własna, prywatna i osobista telenowela wenezuelsko-brazylijsko-meksykańsko-argentyńska zagulgotała, zachrzęściła, zmarszczyła się w sobie i znikła. Wyemitowano jeden odcinek – pilot tak zwany – i następnie serial zdjęto z uwagi na kompletne zidiocenie scenarzysty i nieprzystający do realnych wyobrażeń o serialach charakter postaci. Nieistotne, że chciałam zobaczyć czy w następnym odcinku ona jego, czy on ją. Nieistotne również, że potencjalną oglądalność miał zabójczą bo odcinek-pilot oglądało jednego dnia 406 osób. Cóż, szoł mast goł on, wszystko płynie, nu pagadi i takie tam. Xawery nie odpisał. Albo się przestraszył, że nie umie nacisnąć jednocześnie alt i iks, żeby wyszło ziet w zdaniu: ‚każde źdźbło trawy przypominało mi o tobie najmilsza’, albo ma wszystko w odwłoku, albo jebło go takie wielkie pudło. Generalnie średnio mnie to zwilża. Poza tym, no halo, ale trawy to ja żadnej nie widziałam, mimo przecudnej pogody ze świecącym słońcem i spoconymi pasażerami tramwaju w tle. Pomijam już fakt, że marnie by się przebiła przez zagon psich kup, które nawet nie miały szansy zamarznąć w tym roku, bo piękną mamy jesień tej zimy, ale w styczniu trawę to tylko w erze. Ewentualnie w Holandii ale to jakby daleko i nie pedagogicznie. Proponuję zatem przestać krochmalić firanki, nieść suknie, welony, Cyganów i inne przytupujące konie. Windą to ja sobie mogę pojechać do biurra. Na drugie piętro. Wyżyć się emocjonalnie na ekspresie do kawy. Bądź nawet w chwili szału pozmywać naczynia. Alti co prawda twierdzi, że może zwyczajnie jeszcze nie wrócił, ale jak dla mnie sześć dni to minęło w piątek. I to z przerwą na siusiu. Jakby chciał to by na piechotę z tej Słowacji już przytruchtał. Tyle powiem. I w żadne optymistyczne zakończenia w stylu ‚leżę i choruję’ nie wierzę. Maila można wysłać nawet z telefonu. Chyba, że akurat ma się na składzie żonę, która filuje, więc sprawa jakby wyjaśniona.

Ze spostrzeżeń luźnych:

– najfajniejsi faceci albo wymarli, albo są zajęci (co w zasadzie można podpiąć pod to pierwsze), albo są akurat kobietami,
– z takimi facetami po dwóch butelkach wina i desce serów nawet podczas oglądania telewizyjnych reklam jest się błyskotliwym,
– no i czytanie w myślach to pestka,
– filmy w telewizji są coraz głupsze,
– za to w kinie byłam ostatnio na ‚Babel’ i wcale nie Bradley mi się tam najbardziej podobał (choć on oczywiście też) ale podobało mi się wszystko, ze wskazaniem na bardzo,
– dzieci mnie męczą i mam ochotę na osobowy pospieszny do Gdziekolwiek,
– pod warunkiem, że średnia wieku mieszkańców wynosi więcej niż 20 lat,
– rodzaj męski i miła prezencja będą dodatkowym atutem.

Okno dzienne, okno nocne

W moim pokoju jest okno, które nie wiedzieć czemu i kiedy stało się osią wewnętrznego, domowego świata. Nie zasłaniam go żaluzjami, nie zawieszam firanek ni zasłon. Lubię mieć pogląd na rzeczywistość z drzewami w tle i od czasu do czasu spoglądać na ten podwórkowy świat z trzepakiem, krzywo ściętym żywopłotem i pustymi oczodołami zasypanych piaskownic na dziedzińcu. Jest pierwszą rzeczą, na jaką patrzę rano po przebudzeniu. Bo pierwszą osobą jest Syn. Za oknem czasem szaleje wiatr i wysokie, stare drzewa kołyszą się na boki jak niewprawne tancerki na zbyt wysokich obcasach, czasem szyby smaga deszcz, czasem prześwieca przez nie słońce tworząc w załamaniach i rysach na szkle barwne ogrody. Wtedy okno zamienia się w pryzmat. Samo jest nieruchome, ale za nim i przed nim toczy się życie. Taki obserwator, idealnie wtopiony w tło, jak kuchenna tapeta z lekko wyblakłym motywem. Na okiennym parapecie mieszkają w swoich doniczkach kwiaty, kilka płyt, stos książek i czarny kudłaty pies, ni to z pluszu ni z włóczki. Dobrze im tam. I dobrze mnie tu. Lubię patrzeć jak za oknem świat gdzieś mknie i gubi liście. Ja mam swój tor. Swoje przystanki i przymrużenia.

Na ścianie nad łóżkiem mam okno drugie. Nie przeszkadza mu, że tuż za nim śpi akurat sąsiad. Mnie też bo to okno jest tylko moje. Widzę je zawsze gdy tylko zgaszę światło a do snu jeszcze kilka odmierzeń i stukotów. W tym oknie odbija się noc i kładzie cieniami o najprzeróżniejszych kształtach i materiach. Lubię je nazywać i choć z oknem znamy się dobrze, zawsze ze zdumieniem obserwuję zmiany, które za każdym razem zachodzą w jego mieszkańcach. Bo dziś w nocy to drzewo było bardziej gibkie i wątłe niż wczoraj a ni pluszowy ni włóczkowy pies dawał inny cień. I książki jakby szybciej oddychać zaczęły. To okno ma życie w sobie, nie poza. Wszystko w nim drga, zmienia się, migoce. Wszystko gra. Mam tu dramaty w trzech aktach i operetki. Kalejdoskopy z kryształków i podłużne smugi monologowych wspomnień. Wystarczy odpowiednio przekrzywić głowę na poduszce i już mogę podróżować po Grenlandii spokojnie machając stopą pod ciepłym kocem. Albo zdobyć szczyt. O ten, tuż nad moim palcem. Cały mój teatr. Bez aktorów, bez widzów. Z wyobraźnią. Dzięki jednej małej ulicznej latarni.

Jakiś mój gość ostatnio się zdziwił, że taka pusta ta ściana. Że czemu nic nie powieszę. Spojrzałam i uśmiechnęłam się lekko, że może kiedyś, kto wie…
Nikt przecież nie wie, ile w niej magii.

Dylematy

Czytam poranną gazetę i popijam kawą galopujące podwyżki, kolejne afery, wracający jak bumerang każdego roku w styczniu efekt cieplarniany z topniejącymi lodowcami. Myślę sobie jakie to wszystko odległe. No może prócz podwyżek, bo to bardzo, bardzo bliskie. Ale te wojny, lustracje, prowokacje w galeriach i nerwy na wysokościach. Myślę sobie, pomiędzy jednym a drugim łykiem z niebieskiego kubka, że dobrze mi. Jestem sobie. Taka zwyczajna, czasem śmieszna, czasem mądra, częściej zagubiona i przypadkowa. Ale jestem. Aż trafiam na artykuł o Pillow Angel, małej Ashley, która nie będzie już duża. Dorosła nie byłaby nigdy, przynajmniej nie w prawidłowym tego słowa znaczeniu. Zbyt na to jest upośledzona. Ma dziewięć lat i encefalopatię. To nieuleczalne uszkodzenie mózgu. Powstaje przez niedokrwienie i pozostawia żadnych szans. Ashley do końca życia pozostanie na poziomie umysłowym trzymiesięcznego dziecka. Nie ma zdolności kojarzenia, nie rozumie słów, nie potrafi utrzymać głowy, nie przełyka samodzielnie i nie da się jej nauczyć niczego. Rodzice podjęli bardzo trudną i kontrowersyjną decyzję – poprosili lekarzy by ich córka na zawsze pozostała małą dziewczynką. Dziewięcioletnią. Którą będą mogli pielęgnować nawet gdy się zestarzeją i którą będzie można przenosić, zabierać na wycieczki, której ciało nie będzie miało odleżyn od ciągłego przebywania w łóżku i która nie będzie mogła być wykorzystana, zajść w ciążę, mieć raka piersi czy szyjki macicy. Chcieli ograniczyć do minimum cierpienia, jakich może doznać ich niepełnosprawna do końca życia córka. Pierwszy raz w historii medycyny podjęto taki krok. Lekarze zatrzymali rozwój fizyczny Ashley usuwając niektóre organy i podając bardzo wysokie dawki hormonów powstrzymujących wzrost. Powstało wieczne dziecko.

Brzmi jak scenariusz horroru, czyż nie?

Ja sama, gdy czytałam ten artykuł, a potem jego uzupełnienie, miałam bardzo różne, pogmatwane myśli i emocje. Od oburzenia, poprzez niesmak, aż do zrozumienia i akceptacji. Bo to bardzo trudny przypadek i bardzo trudna decyzja. Kawa wystygła całkiem a ja nadal nie wiem czy to dobrze, czy źle, że tak się stało. Na pewno lepiej dla rodziców dziewczynki, którym zwyczajnie będzie łatwiej się opiekować dzieckiem. Ashley na zawsze pozostanie Pillow Angel.

Od razu na internetowym forum zawrzało. Tysiące ludzi, których kompletnie tak na prawdę nie obchodzi to wszystko, ocenia, komentuje, oskarża. Że z wygody, że bzdura i że nieludzkie. Ja tymczasem pamiętam swoje studenckie praktyki. Hospitacje na szpitalnych oddziałach i w domach, terapię małej-dużej Ewy, w którą w ramach wolontariatu się wciągnęłam i dramaty starych, zmęczonych życiem ludzi, którzy nie mają siły zanieść dorosłego syna do wanny, wynieść na podwórze, czy związać… żeby nie zrobił sobie krzywdy jak zwykle uderzając głową o ścianę. I nie wiem co jest bardziej nieludzkie – dać rodzicom niepełnosprawnego, ciężko upośledzonego dziecka prawo do choć odrobinę lżejszego życia i możliwości lepszej opieki nad nim, czy nazwać ich zwyrodnialcami i osądzić w jedyny słuszny dla niektórych sposób.

To dla mnie za trudne. Nie umiem oceniać takich spraw. Używanie mają tu specjaliści od etyki i moralności. Ja za głupia jestem. Ale dwie rzeczy nie dają mi spokoju. Pierwsza to refleksja, że nie ma rzeczy i wydarzeń całkowicie jednoznacznych a nałatwiej ferują wyroki ci bezmyślni i puści. Druga – za każdym razem, gdy widzę Igora, dziękuję losowi, że nie postawił mnie przed koniecznością podjęcia takiej decyzji. I mam nadzieję, że nie postawi nigdy.