Dzień Dziadków i klawiatura

W piątek wróciłam z pracy i zastałam Mamuta w absolutnej rozsypce. Płacz, lament, zgrzytanie. Igor 40 i 2. Osz kurwa. Deszcz zacina, zimno, noga boli, wiatr zdmuchnął mi parasol tuż za przystankiem, więc zaczęło mną telepać podwójnie. Chwyciłam Dziecko starając się nie panikować. Kontaktował. Dzielny Mały. Chłodna woda do wanny i sru. Mamut nie zdążył zaprostestować. Tylko patrzyła na mnie wielkimi oczyma, które mówiły: mam nadzieję, że wiesz co robisz… bo ja nie. Nie wiedziałam, bo i skąd. Młody oczywiście wydarł się straszliwie ale zaraz potem zawinięty w ręcznik i przytulony poczuł się znacznie lepiej. Zainstalowałam lek przeciwgorączowy w stosownym otworze, wmusiłam trochę letniej herbaty, zasnął. Dopiero w tym momencie zorientowałam się, że nadal tkwię w kurtce i butach.

Tak. W trudnych sytuacjach zachowuję zimną krew. Nie wiem gdzie mi się ochładza ale grunt, że włącza mi myślenie. Choć nie wszyscy zapewne widzą to jednakowo.

Rozmawiałam z pewną osobą, która bardzo otwarcie potępiła fakt, iż nie zabrałam Lokatora tak jak leżał i nie zawiozłam Go taksówką do szpitala. Bo Ona by tak zrobiła. I fajnie. Ja zrobiłam inaczej. Doskonale wiem co by mi polecił lekarz. Zabrać do domu, zbijać gorączkę, poić i obserwować. To wiem bez wydawania kasy na taryfę. Bez pobłażliwego spojrzenia doktora. I bez czekania w pełnej wszystkiego poczekalni na pełną mutację dostępnych w okolicy chorób. Szpitale mamy przepełnione. Łóżka stoją na korytarzach a rotawirus jak co roku ma olbrzymie powodzenie zarówno wśród pacjentów i ich rodziców jak i personelu. Według mojego rozmówcy postąpiłam skrajnie nieodpowiedzialnie. Ośmielę się mieć inny pogląd na tę sprawę.

Gorączka spadła i w sobotę najwyższa była 38. Wczoraj było już znacznie lepiej. Śmieję się, że na przywitanie Nielota i Lukrecji z Nikodemem. [Albo wcześniej na babską kuchenną nasiadówkę w miłym towarzystwie.] Nawet wyszliśmy na dziesięć minut przewietrzyć się w parku (tak wiem, to już w ogóle dramat i na pewno słońce i świeże powietrze Młodego zabije). Co prawda apetytu dalej brak i Dziecko jak nie moje ale idzie ku lepszemu. Udaje się przemycić kilka łyżek tu i tam. Nadal nie wiem czy to tylko zęby bo coś za często Młodzież majstruje koło uszu, ale zaglądałam, sprawdzałam – czysto, a majstrował i wcześniej, bez gorączki. Obserwujemy dalej. Jeszcze na dziś i jutro na posterunek powołana została Babcia ale liczę, że do środy Obywatel odzyska dawną werwę i humor. I będzie się uśmiechał dwunastoma już klawiszami.

Doniesienia z pola boju

Najpierw nius – ‚na szczęście płuca i oskrzela czyste’. Tym stwierdzeniem Pani Doktor sprawiła, że odetchnęłam z ulgą a huk spadającego kamienia rozległ się echem po Przychodni. Bo cokolwiek będzie lepsze niż powtórka sprzed roku. Brrr. Tfu, tfu i wszyscy spluwają przez lewe ramię. W warszawskich żłobkach i przedszkolach epidemia zapaleń. Szpitale zawalone po sufit. Nie chcemy, nie chcemy, nie chcemy.

Bardzo serdecznie dziękujemy za kciuki i ich trzymanie. Najwyraźniej pomogło.

Teraz po kolei.

Rano cisza, spokój. Młody wesolutki jak szczygiełek. Normalka. Zawiozłam go do żłobka i pojechałam do pracy. Byłam w niej półtorej godziny. Zadzwonili, że właśnie podskoczyła Mu temperatura, do 38 i rośnie. Pojechałam. Za pół godziny miał już 39. Wzięłam przelewające się przez ręce Dziecko, zostawiłam wózek i poszłam do Przychodni. Bardzo szybko poszłam. Padał straszny deszcz, o wietrze nie wspomnę, więc postanowiłam nie jechać do naszej (dwadzieścia minut tramwajem), tylko skorzystać z tej tuż obok żłobka. Bardzo Ważna Recepcjonistka raczyła przerwać pasjonującą rozmowę o nowej diecie dopiero, gdy prawie przewiesiłam się jej przez ladę. Oczywiście ponieważ Igor ma już swojego lekarza, za wizytę u innego (w ich Przychodni), musiałam zapłacić. 60 zeta. Zgrzytając zębami na ten NFZ, z którym umowa ponoć i tu obowiązuje a składki pobierają sobie z każdej mojej pensji, zapłaciłam. Pani Doktor dla odmiany była miła. W sumie nic dziwnego – za sześdziesiątaka też bym była. Oczywiście, że mogłam zrezygnować, wyjść i pójść do naszego Doktora Królika. Tyle, że wichura z tym deszczem, niepewność czy się w ogóle dostaniemy, czy Doktor Królik dziś przyjmuje, czy nie złapiemy kompletu wszystkiego od innych dzieci i pewna odległość do pokonania w tym wszystkim z Lokatorem, któremu temperatura wciąż rośnie, jakoś nie nastrajały mnie optymistycznie. Tu przynajmniej nie czekaliśmy.

Lokator został dokładnie osłuchany, obejrzany, obmacany brzusznie, pozaglądany w uszy i w gardło… i Pani Doktor stwierdziła, że prawdopodobnie to przez cztery zęby, które na raz właśnie za chwilę powitamy. Nie poczułam się idiotycznie tylko dlatego, że zbytnio byłam zestresowana. Tyle to i ja mogłam stwierdzić, ale jakoś do głowy mi nie przyszło by zajrzeć w gardziel. Tym bardziej, że ten nagły skok temperatury wyglądał mi groźniej niż trudne ząbkowanie. Oczywiście wg Pani Doktor równie dobrze może to być infekcja, którą w początkach zazwyczaj ciężko stwierdzić, ale ona stawiałaby na to. Poleciła tylko jeszcze ewentualne badanie moczu gdyby się pogarszało (bo zapalenie układu moczowego też się tak zwykle zaczyna) i uzbrojenie się w cierpliwość.

W tym miejscu wszyscy dalej trzymamy kciuki, żeby to jednak nie było to.

Odczułam wielką ulgę. Wielką. Doprawdy nawet ta kasa nagle przestała mi przeszkadzać i to, że o zębach nie pomyślałam, tylko od razu o najgorszym. Pomyśleć, że nigdy wcześniej do panikar nie należałam, a teraz, cóż. Jeśli chodzi o mnie zawsze mam aż nadto zimnej krwi, jeśli o Młodego – od razu uruchamia mi się cały kalejdoskop schiz wszelkiego autoramentu. Wróciliśmy spokojnie do domu a wieczorem przyjechała do pomocy Hala (senkju i w ogóle). Młody do końca dnia był biedny straszliwie. Gorączka skakała po nim jak chciała pomimo medykamentów, zmieniałam mu ubranie za ubraniem, nie chciał nic jeść, tylko pić i to spał, to znów marudził. No i ciągle na rękach oczywiście. Przy tych dwunastu kilogramach to już nie takie proste ale czego się nie robi z miłości. Ja w każdym bądź razie staję choćby na głowie. Albo krzywo. Bo moi Państwo, żeby dopełnić przygód tego dnia, spadłam z kapcia.

Tak. Zdaję sobie sprawę z tego jak to brzmi i też się śmieję gdy to czytam ale taka jest właśnie prawda. Spadłam z kapcia… i skręciłam nogę.

Nosz w mordę jeża. Jeden centymetr robi czasem naprawdę wielką różnicę.

Czy wczoraj był może trzynasty?

Siedzę teraz w pracy, odnóże zawinęłam elastycznie uprzednio namaściwszy je obficie traumonem i mam nadzieję, że nie będę musiała schodzić dziś dużo po schodach. No i jak to brzmi w ogóle?

– Co się Pani stało?
– Spadłam z kapcia.

Nawet się poskarżyć nie można normalnie.

Rano przyjechał Mamut, więc Igor dziś jeszcze pobędzie w domu. Mam nadzieję, że to jednak tylko zęby a nie początek czegoś innego. I że do poniedziałku Syn będzie miał całkiem nowy komplet piątek. A ja święty spokój. Przynajmniej do następnego razu.

Ps. Bardzo Was proszę o kciuki. Tym razem dla Małego Franka. Wiem, że pomagają te ciepłe myśli, więc do dzieła kochani.

Przypadki

Kwestie sedesowe uratował El Wujo (brat tatowy), który to przy pomocy silikonu zatka dziś to co zatkane być powinno i przywróci należny ład i porządek w mojej łazience. Co prawda nie sprawi to, że Kozi Bobek przestanie być Kozim Bobkiem, ale przynajmniej nie muszę wzywać kolejnego ‚fachowca’, którego potem będę zmuszona nazwać brzydko i niehigienicznie. Przy okazji lekki uśmiech wywołuje u mnie myśl, jak różne bywają zastowowania silikonu w otaczającym mnie świecie. Nawet krem do rąk mam z silikonem. Ale nie zaobserwowałam powiększenia ich rozmiaru.

——————

Tak jak już przewidziałam, niedoszły Rumak Na Białym Koniu, Pan X znaczy, co to mnie odnalazł był po latach nastu i postanowił napisać, ma kiepskie baterie. Energii starczyło mu bowiem jedynie na e-mail o swojej wielkiej law, który to już opisywałam trochę notek temu. Od tamtej pory cisza. W sumie to tak trochę głupio najpierw pisać do kogoś po takim czasie i że fajna historia, jak on się cieszy i w ogóle, a potem zapomnieć. Musi dziwniejsza jestem niż sądziłam. Bo dla mnie to z deka mało logiczne. Po kiego było do mnie pisać to wszystko? Pewnie wszyscy wiemy. Chyba, że wystarczy mu świadomość, że jestem, żyję, mam się i że potrafił poprawnie wstukać w google moje nazwisko. Nie wiem. Jeśli chodzi o niepotrzebne zawracanie dupy robię się cyniczna.

——————

Dostałam zaproszenie na czwartkowy KULT, znaczy trochę się wprosiłam a trochę dostałam, więc kontynuuję muzyczny tydzień i cieszę się generując promienne uśmiechy. Trochę dziwnie musi to wyglądać w ciemnym kącie, w którym siedzę sam na sam z monitorem i dłubię w tabelkach, ale ustalmy, że nigdy nie czułam się normalna.

——————

Jutro czeka mnie też zebranie w żłobku (tak wiem, dla mnie też brzmi to trochę irracjonalnie, ale mam). Trzecie. Na drugim nie byłam i potem mnie Kierownica złapała na schodach żeby zwrócić mi na ten fakt uwagę. Myślała, że nie zauważyłam, czy jak? Nie wiem jak to jest, ale do tej pory czasem są sytuacje, w których czuję się jak wtedy, gdy miałam dziesięć lat i utknęłam na jabłoni sąsiada. Utknęłam bo on był na dole i wzrokiem ciskał w moim kierunku pioruny. Tylko teraz mam prawie trzydzieści i jestem dorosła. Ale nadal czerwienię się wtedy jak całkiem pokaźnych rozmiarów burak.

——————

Wczoraj na próbie Dyro-Daro wyczytał listę osób, wśród których również się znalazłam i zawezwał nas na stronę. Usiedliśmy lekko zacukani, bo żadne z nas nie wiedziało o co biega.

Macie najlepszą frekwencję na próbach – powiedział Dyro-Daro i omiótł nas wzrokiem głodnego Hrabiego Draculi – Tylko żeby wam się teraz w głowach nie poprzewracało.

Ot, ciekawa forma pochwały.

Zależy mi też na tym żebyście się rozszerzali – kontynuował swoją mowę Dyrygent.

Popatrzyłam na siedzącego na moich kolanach Igora.

No ja to już bardziej nie mogę – zauważyłam z wyrzutem.

——————

Wieczorrem przybyła Haluta z winem i serami. Już przy wejściu do mieszkania dostałyśmy głupawy i zaczęłyśmy sypać tekstami w stylu:

– Azaliż…
– A co mam kurna zalizać?

Teksty były oczywiście okraszone wybuchami śmiechu, celnymi ripostami i mnóstwem innych słownych fajerwerków. Powody do rechotów były. Do tego obie mamy donośne głosy – w końcu lata śpiewania w chórze zobowiązują. A dźwięk po klatce schodowej niesie się znakomicie.

Dopiero po kwadransie spostrzegłam, że drzwi wejściowe nie są zamknięte.

Wkurw wielopoziomowy niejednostajnie przyspieszony

Igor wrócił ze żłobka z guzem wielkości dorodnej węgierki. Wygląda to szczerze mówiąc strasznie, ale Młody najwyraźniej nic sobie ze swojego wyglądu nie robi, bo dokazuje standardowo. Uśmiechnięty buduje z klocków krzywe wieżyczki, by na koniec z obowiązkowym wrzaskiem łupnąć we wszystko plastikowym młotkiem. Nadal bardziej podoba Mu się niszczenie niż budowanie. I nie chce czytać książek. Po minucie lądują na podłodze. Guzem najbardziej przejął się Dziadek, który akurat wczoraj odebrał Lokatora z Miejsca Gdzie Dzieci Przerabia Się Na Parówki (w skrócie: żłobka) i ze ściśniętym wszystkim oczekiwał na mój powrót z pracy. Spodziewał się chyba hekatomby. A ja cóż. Wróciłam, popatrzyłam i westchnęłam tylko:

– Nie pierwszy i nie ostatni.

A potem pocałowałam na szybsze gojenie i już nie mogłam utrzymać tego urwipołcia. Pognał atakować pralkę. Nie da się Dziecka związać i zabronić Mu wszelkiej aktywności. Znaczy da się ale to nie u mnie. A tylko w ten sposób przed podobnymi wypadkami można by się uchronić. Kiedy widzę, że już za chwileczkę, już za momencik, będzie dzwonek czy inne łup, a nie da się już zderzeniu zapobiec, odwracam wzrok i udaję, że niczego nie widziałam. Działa. Bo Młody ryk celebruje dopiero gdy ma widownię. A wtedy to już robi się opera – normalka. Kiedy trzeba przytulam ale kiedy widzę, że dzwon niegroźny, nie roztkliwiam się. Poza tym może i raz przywali czołem w nogę od krzesła czy szufladę komody, ale następnym razem będzie wiedział, że nie warto sprawdzać czy są elastyczne. Jasne, że mnie bolą paznokcie jak na tę śliwkę patrzę ale tylko w pierwszym momencie. Potem widzę, że nic Mu nie jest, zapomniał. Zazdroszczę Dzieciom tej wspaniałej umiejętności zapominania. Potem rosną i im przechodzi. A czasem mogłoby tak zostać na niektórych płaszczyznach.

Wkurw jest natomiast przez łazienkę. Klozetmuszlę ściślej rzecz ujmując. Wymieniali te piony, napieprzyli trzy tony gruzu, napylili mi tu Sahary i poszli. Klozet najpierw się lekko ruszał ale dało się z tym żyć. Teraz jednak już jakby nie bardzo, bo uszczelka za sedesem okazała się mieć marzenie by się teleportować do Krainy Szczęśliwych Uszczelek i to marzenie wprowadziła w czyn. Nie wiem, zjadł ją kto, czy też dostała małych nóżek i pobiegła na spacer – nie mam fioletowego nawet pojęcia. Grunt, że jej nie ma. Jest za to woda, która początkowo kapała a teraz to już wylata sobie całkiem solidnie w dowolnych kierunkach przy każdorazowym spuszczaniu z siłą wodospadu. Oczywiście z miejsca trafił mnie szlag jasny jak sam piorun i zadzwoniłam do Firmy Od Robotów, której telefon przezornie zachowałam. Ach, jak ja bym czasem chciała nie być tak przewidującą. Po milionie sygnałów ostrzegawczych, z których już przy trzydziestym miałam szczękościsk, odebrał Pan. Nazwijmy go umownie Kozim Bobkiem. Kozi Bobek, gdy już zreferowałam mu w skrócie problem, wydał z siebie kilka pomruków mających imitować (kiepsko) zrozumienie i powiedział, że się wymyła ta uszczelka. Fajnie, że się wymyła – pomyślałam sobie – przynajmniej będzie czysta, ale generalnie to średnio mnie zwilża co ta cholera zrobiła. Chcę mieć swój sedes z powrotem – szczelny i pełnosprawny. Poza tym skoro wcześniej się nie wymyła a teraz obserwuję jej nagłe zniknięcie to chyba oni coś pogrzmocili. Czyż nie? Kozi Bobek oczywiście trzymał się wersji, że nie, absolumą i że zawsze wymieniają na nowe ale te nowe są takie dobre, że ja nawet nie mam pojęcia jak bardzo i jeszcze nikomu nic. Oczywiście już nie dodałam gdzie mam to, że jeszcze nikomu nic. Tym bardziej, że Bobek podsumował, że tak w zasadzie to oni się już tym nie zajmują i życzył mi udanego dnia. Udanego dnia? O 19:32 on mi życzy udanego dnia rosomak jeden? Spoko. Wszak czekał mnie jeszcze w założeniach udany koncert Closterkellera. Co z tego, że mam w domu nie działający, a za to cieknący sedes, za pół godziny muszę wyjść a dramatycznie chce mi się siku. Przecież zawsze mogę popuszczać i wcierać, nie? Myślę, że to świetny pomysł.

Tak więc proszę się nie dziwić, że dziś lekko zgrzytam.
Jeszcze bowiem nie zapomniałam jednej łazienkowej przygody z robotami…

Przy okazji

Kolega Żorżyk twierdzi mi na maila, że zdjęcie z poprzedniej notki jest obsceniczne i nie koresponduje z wizerunkiem matki polki na resorach. Mam to szczerze w tyłku. Na półce. Po lewej stronie. Co też spiesznie napisałam. W odpowiedzi dostałam zdjęcie monitora z fragmentami pizzy malowniczo udrapowanymi na jego tle. Zawsze był uroczy.

Aha. Kupiłam sobie świeczkę. Wielką i czerwoną.

tłusta, ogromna i pot z niej spływa

Jak zacznę mruczeć w niezrozumiałym języku, ubierać się wyłacznie w czerń… lub w czerń, przekłuję sobie wszystko co choćby lekko wystaje i obłożę kolczykami i pokryję okienne szyby sfermentowanym przecierem pomidorowym, proszę mnie zastrzelić.

Prawdopodobnie pod moim łóżkiem znajdziecie pentagram wysmarowany kremem do stóp przez małe parszywe gnomy.

Zapewne to one budzą mnie co rano tupaniem.
No i zajumały mi krem.
Świnie niemyte.

A świeczka jest piękna i nie mogłam się jej oprzeć. Po prostu nie mogłam. Kiepsko u mnie z asertywnością. No i nie było się o co opierać. Na ulicy stałam.

Teraz będę sobie palić świeczkę w charakterze kolacji.
Przez najbliższy tydzień.

Jestem w kropce….. zgadnij w której

Kolega przyszedł, zrobił pranie, zapakował do torby i dziękując wylewnie odjechał w dal siną a odległą… o jakieś dziesięć przystanków tramwajowych. Nie kąpał się co prawda – mówi się trudno, choć zawsze mogłam pochować wszystkie ręczniki i zostawić mu ściereczkę w rozmiarze 10x12cm – ale za to zasiedział się znacznie. Gadaliśmy i gadaliśmy, a w przerwach bawił się w Młodym. Pojechał ostatnim tramwajem. Dopiero później odkryłam lokatorską zabawkę – znikopis. Rysunek przedstawiał uśmiechnięte krzywo słoneczko z wyraźnym przodozgryzem i rachitycznymi promyczkami naokoło pyzatej buziuchny. Napis głosił: DZIĘKUJĘ BAJKA. Bardzo miło mi się zrobiło. Bardzo. Igor oczywiście z samego rana radosny jak szczygiełek zamazał wszystko jakąś nową odmianą sztuki pod tytułem: ile kresek zmieścisz w jednym kółku, ale przyjemny nastrój pozostał.

W sobotę rano umarłam.

Moje Dziecko najwyraźniej po mamusi przechodzi na system nocnego czuwania. Przy czym wolałabym by poczekał z tym jeszcze jakieś naście lat. Względnie ograniczył się do opcji stand by. Doprawdy uroczo jest położyć się spać po północy, a już po godzinie usłyszeć rozanielone paaa czy inne dzia zwiastujące ni mniej ni więcej tylko fakt, że teraz oto bawimy się w Indian i że skoro ja nie śpię droga mamo to nikt inny też nie może. I tak jeszcze o trzeciej, czwartej i w pół do piątej.

Po takiej nocy nieodmiennie przychodzą mi do głowy różne pomysły na obiad…
Czy małe dzieci mieszczą się do piekarnika?

Zreanimowałam się około dziesiątej i już prawie miałam się ubrać, gdy wtem (bo takie rzeczy zawsze są nagle lub wtem) usłyszałam pukanie do drzwi. Nie dzwonek domofonu, który ewentualnie pozwala jeszcze – bo to pierwsze piętro, a więc jakieś 30 sekund w zapasie – pochwycić z poręczy krzesła jakieś wolno stojące portki do spółki z podkoszulkiem a właśnie pukanie. Oczywiście momentalnie zestresowałam się bo stałam w samych gaciach. I to bardzo mocno nie_wyjściowych. Męskie bokserki rzadko kiedy stanowią odpowiedni do witania ewentualnych gości strój. Tym bardziej jeśli stanowią główny i zarazem jedyny element tegoż. Nie mogłam pukania zignorować gdyż Lokator już z radosnym kwikiem potruchtał do drzwi i rytmicznie odpukiwał przybyszowi, zaśmiewając się przy tym do rozpęku. Cholera, cholera, cholera. W ułamku sekundy wskoczyłam w spodnie, w których jeszcze do wczoraj absolutnie się nie dopinałam nawet przy wciągnięciu brzucha aż pod szyję i jednocześnie utknęłam w tiszercie. Zdążyłam jeszcze rozpaczliwie wrzasnąć – momę – i przeszedł. Znaczy głowa przeszła. Na szczęście. Otworzyłam już w miarę spokojna. Za drzwiami stał Mamut, z którym się na dziś umówiłam i oczywiście kompletnie o tym nie pamiętałam. Znaczy pamiętałam, ale przypomniałoby mi się za jakieś dwie godziny, po mocnej kawie. Zresztą umówiłam się z Mamutem na ‚w okolicach południa’. Nic nie poradzę na to, że dla mnie okolice południa nie zaczynają się tuż po dziesiątej. Odetchnęłam jednak z ulgą i w ułamku sekundy odpowiedziałam na większość nurtujących Rodzicielkę pytań.

Dlaczego nie otwierałam aż 11 koma 2 sekundy? Przecież ona już myślała, że coś mi się stało i że leżę nieprzytomna w łazience albo nie wiadomo gdzie? Dlaczego mam takie wory pod oczami? Dlaczego Igor jeszcze w piżamie? No i dlaczego u licha założyłam podkoszulek tyłem do przodu? I to jeszcze na lewą stronę?

Po zwyczajowym powitaniu przeszłyśmy na niższe częstotliwości. Ludzki został ‚ogarnięty’ i nakarmiony a ja mogłam chwilę poleżeć w wannie i podelektować się złudzeniem wolności. Oczywiście co minutę z małym hakiem pukanie do drzwi z pytaniem czy wszystko w porządku sprowadzało mnie na ziemię ale i tak było przyjemnie. Wszystko przez to, że Mamut znów oglądał jakiś dziwny program z gatunku: zabiłam się we własnej łazience i ją wzięło. W przyszłym tygodniu będzie pewnie: rozmawiałam przez komórkę i o mało nie trafił mnie piorun, co zapewne oznacza, że skonfiskuje mi telefon i parasol. Na wszelki wypadek. Nie no tak na serio to cieszę się, że jest jaka jest, nawet gdy martwi się całkiem niepotrzebnie ale to jest już wpisane w jej charakter, więc i marudzić będę wewnętrznie. Poza tym chyba każda matka prędzej czy później ma to samo. Życzę sobie żeby mieć jak najpóźniej i w możliwie najłagodniejszej formie.

Wieczorem wbiłam się w czarną przezroczystą bluzkę (clockhouse – ciuchland na ożarowskiej – 2 złote), wzmiankowaną kilka notek temu lateksowo-winylową sukienkę (tamże – 50 groszy), do której doszyłam czarną koronkę (była stanowczo za krótka nawet jak na bardzo mocne wyluzowanie a ja jednak wolę jak kiecka sięga przynajmniej uda), czarne kabaretki, długie buty, zrobiłam sobie makijaż a la upiór w operze, założyłam długie krwiste kolczyki i pozwoliłam się porwać niejakiemu Bornowi do krainy mroku, wrzasku i zbyt mocnych perfum. On z kolei poszedł na imprezę w mundurku harcerzyka. Oczywiście bawiłam się świetnie i poszłam spać w okolicach czwartej. Przy okazji po raz kolejny spotkałam znajomą osobę, która kompletnie mnie nie rozpoznała. Śmiesznie tak trochę, zwłaszcza jak stoi sie w kolejce do jednego wuce. Do Kiszczuna powiem tylko: winyl rządzi i fotki będą gorące. Jak atmosfera sauny na sali. Schudłam cały kilogram. Chyba muszę częściej chodzić na duszne imprezy. Doprawdy.

Zastanawiałam się, czy jakbym się bardzo mocno kręciła, mogłabym zagrać coś ciekawego? Czy tylko słychać byłoby trzaski starej płyty? Ot zagwozdka.

Niedziella do późnego popołudnia była leniwa i rozciągała się na kanapie jak mruczący kocur. Główną aktywność skupiałam na generowaniu kolejnych ognisk odczuwalnych zakwasów i czytaniu Dzieciowi książek. Usiłowaniu czytania znaczy, gdyż Igor przerzuca kartki szybciej niż zdołam przeczytać do końca zdanie. Liczę na to, że mu przejdzie. W przeciwnym razie marnie widzę jego przyszłe klasówki i wypracowania.

Pod wieczór wybraliśmy się z Młodym na urodziny do Arsena (współtwórcy i pedagoga emisji głosów naszego chóru). Było miło, kameralnie i wspominkowo. Jadłam bardzo dobrą baraninę z ryżem a Igor wdzięczył się i rozdawał uśmiechy. Pogawędzili my, pośpiewali ‚zakazane malodie’, posłuchali niejednego dobrego kawałka, który możnaby kiedyś gdzieś z kimś jeszcze rozognić na sześć głosów i mikrodynamikę. W tym roku wybieramy się do Hajnówki zmierzyć z cerkiewnym brzmieniem ale w obecnym składzie, po takich rotacjach, nie widzę nas na podium. Jeszcze nie. Tym niemniej miło będzie spróbować dosięgnąć do tej wyższej półki. W drodze do domu ludziska w puszkami WOŚP po raz piętnasty uśmiechami przyjęli wszystkie drobniaki z moich kieszeni. Lokatorski wózek poczerwieniał od serduszek a właściciel wpatrywał się w nie szeroko rozdziawonymi oczami. Śmiały się do mnie mówiąc: popatrz mamo, ale jest fajnie! A ja zastanawiałam się kiedy to wszystko tak minęło. Dałabym głowę, że jeszcze wczoraj wychodziłam z taką samą puszką na drugi i trzeci finał, co do końca świata i jeden dzień dłużej a Mamut przypominał mi o szaliku.

– Dobrze, już dobrze Mamo – pomyślałam.

Za kilka chwil będę po tej drugiej stronie i ciekawe, czy po raz enty marudząc o tym szaliku, pomyślę, że to niezłe deja vu.

Dziś idę sobie przypomnieć jak gra Closterkeller. Koncert zaczyna się o 21. Znaczy chyba dam radę zrobić się na bóstwo, co?

Tak. Stanowczo nie przystaję do wizerunku matki. I nawet to lubię.

Bajka nieprzystająca.

Przemyślenia przy kawie

Nadal nic się nie dzieje.

Czytam sobie wiadomości i normalnie mam wytrzeszcz. Poziom zidiocenia społeczeństwa osiągnął już chyba zenit, rów mariański, jądro ziemi, wystrzelił się w kosmos i teraz będzie jakaś implozja o ile się nie mylę.

No bo czy jest możliwe, żeby przejechać rosłego człowieka rowerem?
I żeby on później był trzy tygodnie w szpitalu a potem wyszedł i przejechał tym samym rowerem tego co to jego najpierw przejechał?
Dwa razy?
Bo przejechał i wracał?
I teraz się o to sądzą…

Nie szkoda papieru?
No halo!

——————————

A dziś przychodzi kolega co to sobie mieszkanie wynajął i nie ma pralki oraz ciepłej wody. Kolega jest siedem lat młodszy, ma długie pióra i wygląda jak moje dawne wyobrażenia o przystojnych chłopcach. Czasem chodzimy do kina, bo i on lubi i ja lubię, a żadne z nas nie lubi samo. Poza tym gadamy sobie na różne tematy i fajnie jest czasem usłyszeć, że się jest wyluzowanym i w końcu z kimś można. Zwłaszcza jeśli nie chodzi tu o wyluzowanie rodem z hurtowni drobiu a o dzieciatą kobietę tuż przed trzydziestką i z przejściami. Czasem to nawet żałuję, że zupełnie nie jest mną zainteresowany. Choć z drugiej strony przynajmniej sytuacja jest jasna.

Kolega przychodzi zrobić sobie u mnie pranie i się wykąpać. Bardzo grzecznie mnie poprosił, czy mógłby. Rety. Pytanie retoryczne. O słup się nie zabiłam (bo to na ulicy było) ale byłam blisko.

Kamery w łazience dotychczas nie zainstalowałam tylko dlatego, że rzeczonej nie posiadam. Ale rozważam możliwość ograbienia stosownej wystawy w drodze do domu.

Muszę się bardzo skupić by nie oblizywać brwi… 😉