Jak dobrze wstać skoro świt

Z uwagi na fakt, iż położyłam się spać o drugiej a wstałam o szóstej.trzydzieści, mam prawo czuć pewien dyskomfort. Głównie odczuwam mentalny ale biurko też mnie uwiera, więc nie pozostaje nic innego jak wyżywanie się na otoczeniu.

To wychodzi mi całkiem nieźle, gdyż jako Zołza Nad Zołzami spełniam się doskonale.

W końcu każdy może być dobry w czymś innym. Jedni dobrze gotują, inni znają na pamięć encyklopedię i kilka podręcznych bibliotek mają w małym palcu, a ja jestem wredna.

Ustalmy – ktoś musi.

Nie podoba mi się na przykład zaczepianie mnie na przejściu dla pieszych.

– Dzień dobry, (tu miało miejsce moje niestety, nie mam czasu bo już widziałam karteluchy ale Młodzieniec je zignorował dokumentnie) czy znalazłaby Pani chwilę czasu na wypełnienie ankiety?
– A czy ma Pan chwilę papryki?
– Eee? Słucham??
– Chwila zawsze jest czasu.
– Aha… faktycznie. Czy wobec tego znalazłaby Pani…
– Nie.
– Nie?
– Nie. Nie znalazłabym.
– A dlaczego jeśli można spytać?
– Zupełnie nie mam na to czasu ani ochoty.
– Ale…
– Mam dalej mówić nie czy napisać sobie to słowo na tabliczce?
– Pani jest nieuprzejma.
– A Pan jednak spostrzegawczy.

Jak widać irytuje mnie namolność.
Zwłaszcza gdy umieram z niewyspania.

Moja tolerancja w takich okolicznościach kończy się na nie_wyżłopaniu całej kawy ze wspólnych pracowniczych zasobów i nie wyrywaniu ludziom serc za zatrzymywanie windy na każdym kurde piętrze gdy akurat rozpaczliwie chce mi się siku. Ale bywam blisko.

I parafrazując Hal: jeśli ktoś miałby potrzebę nagłego i niespodziewanego kontaktu z moją lewą dłonią, to serdecznie zapraszam. Lutuję dziś z nieukrywaną przyjemnością.

Łóżko! Królestwo za łóżko!
Może być bez królewny, to królestwo, za to z wielbłądem.
Tak dla fanu.

————–

Dekoltów ciąg dalszy.

W ramach odreagowania Nowy zabiera nas dziś na reggae. Pobujamy się, odreagujemy wszystkie złe emocje i bedziemy przytulni jak stado piesków preriowych po prozacu.

Rano oczywiście robię się na bóstwo.

W wolnym tłumaczeniu: doprowadzam do takiego stanu, w którym mogę spojrzeć w lustro (mając soczewki) i dziko nie wrzasnąć.

– Ślicznie wyglądasz.
– Dziękuję.

Przerywnik zaangażowany w stylu: daj, spróbuję czy Twoja pasta do zębów smakuje tak samo jak moja.

– Ale ten dekolt to stanowczo za duży do pracy.
– Pff. Mój drogi, jeszcze nie widziałeś dużych dekoltów.

No.

Przedpola obronione.

W kwestii kciuków

Niniejszym serdeczne dzięki za kciukotrzymactwo zaangażowane.

Czy trzymaliście skutecznie, dowiemy się – mam nadzieję – niedługo. Niestety póki co z różnych przyczyn nie mogę o tym napisać na blogu. Ewentualne jednostki z silną potrzebą inwigilacji zapraszam standardowo na e-mail. Reszcie mocne uściski za ciepłe myśli i słowa otuchy. Chciałabym by pomogły.

A jak poszło?

Poszło dziwnie. Jak wszystko mogło być gorzej ale mogło być lepiej. Okaże się. Zatem chwilowo ogryzam pazury i zaklinam swojego życiowego farta by i tym razem dał o sobie znać. Liczę na to, że to taka dobra fala. I że będzie dobrze. W końcu i na długo.

Choć nie ukrywajmy – musiałby się zdarzyć cud żeby mi się to udało. Ale, że lubię wyzwania, więc jak to mówią zagraniczniaki: we’ll see.

Dzień wolny wykorzystałam pracowicie.

Odebrałam nowy dokument tożsamości i stwierdzam, że wyglądam jak idź stąd. Śmieszny kawałek plastiku, do którego nijak nie mogę poczuć sympatii. Bo ja sentymentalne zwierzę jestem. W zielonej książeczce miałam plamy po pierwszym winie pitym na Agrykoli w czasach buntu i naporu, oraz spodni chlapanych na pasiasto bielinką i włosów na cukier. Makabra. Dobrze, że z tamtego okresu mam mało zdjęć i wszystkie skrzętnie ukryte. W przeciwnym wypadku bałabym się o to, że Lokator w przyszości, wpadłby na genialny pomysł naśladownictwa. A tak, pozostawię Mu ten temat otwartym. Jeśli to geny, sam trafi.

Oba portrety w dowodach mają krótkie włosy i są w identycznie ustawione. Widać różnicę lat. Znacznie większą niż faktyczna. Na jednym z nich wyglądam ślicznie. Nie wiem jak to się stało, że zobaczyłam to dopiero teraz. Zawsze wydawało mi się, że to było najkoszmarniejsze zdjęcie mojej młodości – taki wczesny przylizany Beattles. Teraz patrzę i widzę zupełnie co innego. Tylko oczy się nie zmieniają. Żorżyk twierdzi, że mam w sobie coś z postaci mangi. I że to nie wielkość i proporcje. Raczej przyciąganie.

W Biurze Paszportowym kolejka jak stąd do Irkucka. Przegryzłam i przeczekałam – w końcu godziny przyjęć interesantów mają tak zupełnie z innej galaktyki, że nawet nie próbuję wnikać czy ktoś daje radę w normalny dzień pracy. Chyba zawsze trzeba brać sobie urlop na takąż okoliczność. Zaborczy są skubańcy – jak randka to TYLKO z nami, z nimi więcej – powinni mieć takie hasło reklamowe w charakterze banerka nad drzwiami. Stoję, siedzę, czekam, położyć się nie ma gdzie. Pan Z Lewej usiłuje przekonać Panią Pośrodku, że kolejka go nie obowiązuje. Chory jest i zostawił włączone żelazko. Pan Z Prawej radzi mu za jednym zamachem wezwać Straż Pożarną i karetkę. Pan Z Prawej od razu zostaje moim ulubieńcem. Wymieniamy kilka zagadkowych uśmiechów i jedną gazetę. Też lubi Urbana. Po czterdziestu minutach wchodzę.

Miła Pani Z Okienka łaskawie informuje mnie żebym się odpierwiastkowała albowiem nie przyniosłam ze sobą Stosownej Karteczki i Aktu Urodzenia Dziecka. Uprzejmie nie daję za wygraną i dezinformuję Miłą Panią Z Okienka, że Koleżanka Z Okienka Sprzed Miesiąca nie dała mi nic poza złudzeniem, że będzie bezproblemowo, a już na pewno żadnej Karteczki, nawet niestosownej. I że skoro przyjęła wniosek o wydanie paszportu musiała widzieć zarówno Dziecko, jak i Jego Akt. Czyż nie?

Okazuje się, że czyż tak.

Moje spojrzenie musiało zawierać bardzo dużo treści. Pani wyraźnie zmiękła, razem z okienkiem, Stosowną Karteczką i trwale zaondulowanym loczkiem.

Wniosek o upierdliwość do bólu nasuwa się sam. Jeśli bowiem, Drogi Rodaku, nie wydrążysz, wywalczysz i wyrwiesz siłom i godnościom osobistom tego co Twoje i Ci-Należne, będziesz popierdalał z karteluszkami rozmaitego autoramentu do końca świata. I o jeden dzień dłużej.

Tyle, że w odróżnieniu od słynnego propagatora tego chwytliwego hasła, Pana Jurka, nawet gdybyś miał jakąś orkiestrę nikt Ci z tego tytułu nie wrzuci nigdzie złamanego grosza.

Lokator zyskał pisemne potwierdzenie faktu, iż jest Obywatelem. Też mi coś. Wiedziałam to i bez ubiegania się o paszport.

W czerwonej książeczce, o niespotykanie jak na tę gramaturę sztywnych okładkach, poza złotymi zgłoskami o przynależności do Unii Europejskiej i zaraz pod spodem do Rzeczpospolitej Polskiej, zawarto człowieka instant. Cyferki, skróty, umowne znaki – ciągi liczbowe o nadprogramowo wygiętych brzegach. Tak, to najbliższa mi Osoba. W Światowym Rejestrze od teraz ma swój numer i czyste konto. I za pięć lat prawdopodobnie zabije mnie plastikową łopatką za zdjęcie, na którym wygląda jak wielki roześmiany gremlin.

W ogóle czasem mam nieodparte wrażenie, że urodziłam ludzika z modeliny – coraz bardziej plastyczne miny potrafi zrobić. Jednakowoż mając w pamięci wydarzenia sprzed półtorej roku, zdecydowanie stwierdzam, że jak na to tworzywo, Lokator zdecydowanie zbyt opornie się ugniatał.

Być może trzeba było najpierw podlać wrzątkiem? Hmm…

Po południu, w ramach urozmaicenia, wybraliśmy się na umówioną wizytę do Ortopedy. Ortopeda zajrzał mi parę razy w dekolt a następnie z miną lubieżnego satyra i uśmiechem z gatunku znaczących poinformował mnie zniżając głos, że Syn dobrze się Pani rozwija.

Naturalmą.

Nie sieknęłam przez łeb tylko dlatego, że po pierwsze nie wiedziałam czy chodzi o wydatny lokatorki bęben, czy o chód, który w końcu ustabilizował się na takim jak trzeba poziomie, czy raczej o ten dekolt, do którego praktycznie cały czas gadał. Nie mam pojęcia co na to mój biust ale ja już teraz wiem, że nowa bluzka robi wrażenie.

Po Nowym też widzę, że Go feromon strzela.

Jak mnie zobaczył w niej w przymierzalni, nawet nie poczekał na resztę zakupów. Zanim zasznurowałam buty już była zapakowana i grzecznie czekała na mnie w firmowej torebce. A z wieszaka jakoś nie rzuciła Go na kolana. Mnie owszem – głęboki matowy brąz, w japońskim stylu z pasem owijanym wokół talii jak kimono, no i ten dekolt. Fajna po prostu. Taka inna i bardzo, bardzo prosta. Polubiłyśmy się od pierwszego spojrzenia. Poza tym nie pamiętam kiedy ostatnio kupowałam coś dla siebie.

Nie powiem oczywiście, że cierpię z tego powodu, ale dobrze się w niej czuję i dobrze wyglądam. Mam teraz dobry czas. Korzystam.

Ech, faceci – to tylko odpowiedni krój, push-up i wiosna.
A Wy myślicie, że my takie zawsze 😉

Przecież wiadomo, że w domu to ślip, fiok, papilot i przydeptany kapeć.
I pet malowniczo zwisający z kącika ust.
I plucie na paprotki.
Opcjonalnie.

Oczywiście stosownym milczeniem pominęłam, jak widzicie, w jakiej części ciała najmocniej czułam o 22 z minutami cały dzień kurcgalopkiem na wysokich obcasach, ale wierzcie mi, w życiu nie miałam tak długo tak długich nóg.

Super hiper mega giga ponętnych odnóży.

Normalnie bowiem jestem dość nisko skanalizowana i mam krótkie niby-nóżki ( w książce do biologii byłabym rozrysowana w przekroju i z legendą). Za to oczywiście grube. Bo równowaga w przyrodzie być musi. Na obcasach jednak to wszystko się zmienia i z miejsca czuję się jak kobieta. Prawdziwa i bezwzględna. Nie zaś jak serdel z dwoma pętkami podwawelskiej w strategicznych momentach mojej konstytucjonalnej budowy. Niestety, kilometrowe, szczupłe i zgrabne nogi wylosowała w naszym związku Haluta. Nie wiem wprawdzie nadal co w tej loterii przypadło mnie, ale pielęgnuję nadzieję, że nie obsrany gołębnik na podwórzu sąsiada.

Gdyby nie to jak się teraz czuję i jak bardzo mam ochotę położyć się i czołgać za każdym razem gdy muszę iść dwa kroki obok do drukarki, nawet spałabym w dziesięciocentymetrowych szpilkach. Nigdy przecież nie wiadomo czy ten przypadkowy włamywacz nie byłby akurat najprzystojniejszym pretendentem do tytułu Zenka Spod Celi w moim prywatnym Prizonie.

Umieram.

Dziś niech mnie noszą w lektyce.
Casting rozpisze mój osobisty sekretarz.
W późniejszym terminie.

Rzut na taśmę

Ponieważ wszyscy kibicują Nowemu, też chciałabym by mnie trochę podopingować.

Tym bardziej, że się przyda.

Jutro o 9.00 mam bardzo poważną rozmowę.
Pierwszą w swoim życiu taką.

I choć idę totalnie bez sensu bo na przysłowiową „pałę”, to zamierzam nie poddać się bez walki. Jak to ja.

Być może nie wygram, to nawet bardzo prawdopodobne jeśli mam być szczera, ale mam nadzieję przynajmniej przegrać w pięknym stylu.

Trzymajcie za mnie kciuki.
Bardzo mocno.

Dziury w całym

Nie jestem przyzwyczajona do bycia z kimkolwiek innym niż mój paproch w łazience.

Ba! Nawet do bycia z Lokatorem przyzwyczajałam się przepisowe dziewięć miesięcy plus nieprzepisowe trzy. Bo upłynęło trochę wody zanim Go pokochałam i nie miałam już odruchu wystawienia go za okno i poczekania na wiosnę z tekstem: eee, chyba zaszła jakaś pomyłka. Jeśli ktoś ma wątpliwości to niech sobie zajrzy do zeszłorocznej archiwalnie jesieni. I nadal nie wiem czy jestem przyzwyczajona. Chyba najtrudniej było przywyknąć do myśli, że już nigdy nie pomyślę o sobie w błogi egoistyczny pojedynczy sposób JA. I nie pójdę sobie na długi spacer w śodku nocy bo akurat to jest mi aktualnie niezbędne do życia.

Już zawsze będzie MY.

Podobnie jak to, że pawian zawsze będzie mi się kojarzył wyłącznie z łysą, czerwoną dupą na wietrze, bo tak go właśnie zapamiętałam z dziecięcej wizyty w ZOO.

Nie twierdzę, że to źle z tym MY, ale tak się składa, że zawsze miałam bardzo silną potrzebę autonomii i to bardzo wyraźnej, więc nie powiem jak te wszystkie Wzorcowe Matki: było super, od razu wiedziałam co robić a mój Maluszek wypełnił mi cały świat i ogólnie fajerwerki.

Bzdura.

Jedyne czym mi Lokator wypełnił świat przez pierwsze trzy miesiące to wrzask. Dziki i przerywany tylko kilkunastominutowym snem. Myślałam, że Go posiekam, zapekluję i sprzedam do Azji, bo tam zjedzą wszystko. Potem było w porządku, oboje się wzajemnie oswoiliśmy, przyzwyczailiśmy i w efekcie pokochaliśmy. Ale ile razy wyobrażałam sobie, że odwirowuję Go w pralce ustawionej na 1600 obrotów to moje. Wyobraźnia mi wtedy pomagała. Bo nawet głosu nie podniosłam nigdy. Ale w życiu nie powiem, że było łatwo.

Na pewno było mi dużo gorzej bo w pojedynkę.

Wprawdzie przychodziły Hal i Kata, znajomi robili cięższe zakupy i ktoś zawsze zaglądał by sprawdzić czy jeszcze żyję, ale z najtrudniejszymi rzeczami zawsze się jest samemu.

Ja w ogóle uważam, że większość współczesnych kobiet to niestety samotne matki. Samotne, bo nawet gdy jest ten sztandarowy mąż/partner, to z reguły wraca po pracy do domu o tak dzikiej porze, że Młode już śpi, albo akurat zasypia i w efekcie matka musi radzić sobie sama, bo tatusiowie to raczej weekendowi są. Ewentualnie nocą pomagają przy karmieniach, przewijaniach i takich tam a to i tak jak są „normalni”. Jasne, że nie wszyscy tak mają – istnieją tacy, co są Ojcami przez duże „O” i chwała im za to – ale sami przyznacie, że większość dzieciatych i pracujących związków tak właśnie wygląda.

Mnie osobiście brakowało choćby takiego nocnego wytchnienia, albo możliwości rytualnego pierdolnięcia drzwiami i pobycia choćby pół godziny w odosobnieniu.

Na pewno nie było łatwo, lekko i przyjemnie.

Dopiero teraz podziwiam te wszystkie kobiety, które odchodzą od złych mężów/partnerów i zaczynają życie od nowa, na własną rękę z Dzieckiem pod pachą, albo dwojgiem. Które nie zostają w czymś co dawno umarło i gnije tylko dlatego, że strach, albo wygoda, albo cokolwiek innego. Bo to jest niemożliwie ciężka praca. I teraz wiem o tym sama.

Teraz, znaczy do teraz.

Do teraz bowiem radziłam sobie ze wszystkim i miałam to wszystko tak poukładane, że z dziedziny organizacji zrobiłabym doktorat, profesurę i dostała Nobla. Musiało się tak poukładać. Inaczej wszyscy byśmy zwariowali – ja na pewno. Wszystko miało swoje miejsce i było samowystarczalne. Taka symbioza całkowita. Uzupełnialiśmy się z Lokatorem wzajemnie i każde wiedziało o co biega, mogło mieć swoje małe rytuały, przyzwyczajenia i fazy Księżyca.

I nagle jebło mnie takie wielkie pudło.

Zakochałam się.

Z wzajemnością (a nawet ta wzajemność była wcześniej niż moje zakochanie) i to tak intensywnie, że wszystko stanęło na głowie. Wszystko na opak. Jak budowa płatów czołowych orangutana w negatywie.

Młody błyskawicznie przystosował się do nowej sytuacji i zachowuje się jakby o to Mu szło od samego początku, jakby dla Niego to nie było coś innego, dziwnego, ekscytującego. Po prostu teraz ma dopełnienie i widzę, że jest szczęśliwy po czubki rachitycznego nieco jeszcze, ale zawsze uwłosienia. A jak się śmieje to mało Mu głowa nie eksploduje z tej radości. Po prostu żaba szerokoustna. I mam taki cień, że nie chcę by nagle ten obiekt uwielbienia stracił. Gdzieś. Kiedyś.

Mnie to mimo wszystko zajmuje trochę więcej czasu.

Każdy z nas ma swoje przejścia, traumy, złe doświadczenia. Każdego boli w innym miejscu i jesteśmy na etapie badania czy to to aby tak boli i jak głęboko możemy tam wetknać palec zanim druga strona nie zacznie wrzeszczeć. I jak głośno da się to jeszcze podkręcić. Nie, nie zawsze jest różowo. Wręcz przeciwnie – są wszystkie kolory. I te jasne, dobre i ciepłe – i te szarobure. Nie o wszystkim tu piszę, bo przecież to blog, bardzo wybiórczy pamiętnik do którego mam chcieć wracać i niekoniecznie muszę pisać jak bardzo mnie wkurwiają porozrzucane skarpetki, czy naczynia pozostawione na noc w zlewie. Albo niezamknięta klapa od sedesu.

Generalnie myślę, że należałoby powołać jakąś światową komisję i zrobić badania jaki gen u kobiety jest odpowiedzialny za wkurw w temacie podniesionej deski i gdzie ten gen jest umiejscowiony, bo to chyba musi być genetycznie uwarunkowane – inaczej kompletnie nie rozumiem czemu mnie to tak wnerwia.

Bo przecież wiemy wszyscy, że nie zawsze jest Dzień Świni i czasem idą skry. Jak w szalonym śnie hutnika-cyklisty.

Szalony sen hutnika-cyklisty to grubsza sprawa ale chodziło głównie o to, że Żorżyk – zapalony rowerzysta, który, gdyby tylko mógł, spałby z rowerem w jednym łóżku i oddał mu swoją ukochaną podusię – wyśnił sobie ostatnio sen, w którym jeździł nocą po mieście i spawał. Wszystko spawał. Jak leci. Latarnie, kosze, witryny, słupy ogłoszeniowe, klamki, staruszki w bramach (spać powinny france jedne a nie po bramach się szlajać przecież). I moim jedynym pytaniem, jak już przez pół godziny wywnętrzył się z podekscytowaniem olbrzymim i wygłosił całą baterię tez o rozmaitych uwarunkowaniach tegoż snu, było skąd on kurde wziął przenośny palnik. I czy go nie uwierało w plecy.

Jest intensywnie, bardzo intensywnie i to co z reguły w związku zajmowało mi zwyczajowo kilka miesięcy tu trwa dwa dni. Dwa dni to w naszym przypadku szmat czasu. Może dlatego, że praktycznie nie przestajemy rozmawiać, widzieć się, słyszeć. Rano, w przerwie na obiad, po południu, wieczorem, w nocy, rano. Czasem przestajemy się za to rozumieć. Silne charaktery i osobowości robią swoje. Każde ma jakieś poglądy, swój światopogląd, obawy i dziwactwa a im człowiek starszy, tym trudniej mu się dostosowuje do nowości. I chęci też robi się mniej. Wojny i tłuczone talerze jeszcze przed nami ale namiastki już się zdarzają. Bo nie ma bata by idąc w takim tempie ominąć kłótnie i inne rafy. Ponadto nadal oswajam się z myślą, że Nowy pojawił się w moim, w naszym życiu lotem koszącym, namieszał i raczej nieprędko (przynajmniej z tego co mówi) zniknie. A ja poukładałam sobie świat z tych moich odłamków i nie wiem czy znów chcę je zbierać, gdy którymś z kolei razem okaże się, że nie rozumiemy się już aż za bardzo.

Prawda jest taka, że nie chciałam się już wiązać. Nie mówię, że z nikim i w życiu. Ale nie myślałam o tym. Zwyczajnie.

Zrobiłam sobie swoje małe Idaho i od biedy mi wystarczało. Miałam swoje doły ale skutecznie rekompensowałam to sobie spotkaniami ze znajomymi, podróżami, książkami i muzyką. Teraz to wszystko stanęło na głowie a ja wiem, że to dobre i tego chcę, ale jednocześnie tak trudno uwierzyć, że mogłoby być na dłużej. Że mogłoby być. Po prostu.

Jeśli zostaniemy dotkliwie pogryzieni przez psa, prawdopodobnie raczej nieprędko pomyślimy o zamieszkaniu z kolejnym.

Długo byłam sama i trudno mi teraz odwyknąć od pewnych rzeczy a przestawić się na nowe. Ale już wiem, że będę próbować. W końcu nie byłabym sobą gdybym nie zaryzykowała.

Prawda?

Nowy przyszedł na obiad z długim wydrukiem. Szuka mieszkania do wynajęcia. Większego. Na Woli. Żeby było do żłobka blisko i w ogóle bo ja przecież tak lubię Wolę…

I mnie pyta jak ja bym najbardziej chciała mieć urządzone mieszkanie a ja gęsto mrugam, bo ostatnie na co mam ochotę, to się spektakularnie rozbeczeć z nosem tuż za menu…

A Igor, mimo że nikt Go tego nie uczył, od trzech dni mówi do Niego tata

I nie wiem jak mam się w tym wszystkim odnaleźć.

Na pewno bardziej przypomina to życie na wulkanie niż sielankę. Ale ten wulkan jest z mojej strony, Nowy to ten spokój, którego było mi trzeba. I choć nadal będę się wściekać, szukać dziur w całym, odkopywać z nagła swoje traumy, szperać w szafach za trupami sekretarek i wychodzić o drugiej w nocy na huśtawki na placu zabaw by odreagować i nikogo nie zabić jakimś przypadkowym tępym narzędziem, ciągle mam nadzieję, że jest szansa na w miarę bezinwazyjne się_dotarcie i fajne sobie_razem życie.

Podobnie jak na to, że tym razem nie usłyszę słowa koniec.

W tym miejscu załoga siedzi już w małym żółtym pontoniku a przed nimi widać podłużny prostokątny guzik z napisem WYŁĄCZ KOMPLIKATOR.

Wciskam.

Wypadki wieczorne

Bardzo lubię wannowe kąpiele.
Świece, aromatyczne olejki, balsamy do ciała i inne wonne utensylia.

Nowy bezbłędnie mnie wyczuł i od czasu do czasu (czytaj: praktycznie co wieczór) bawi się w przygotowywanie kąpielowych rytuałów. Napuszcza wody, zapala świece, wciepuje do wody różne mazidła i jest zadowolony, że zrobił coś pożytecznego dla ludzkości (czytaj: unieszkodliwił mnie na jakąś dłuższą chwilę). Ja również się cieszę, nie powiem, że nie.

I nawet wśród tych wszystkich gromnic nie czuję się jak nieboszczka.
Wcale. Wręcz przeciwnie.

Tylko czasem przez ułamek sekundy mignie mi mgliście galopem przez wyobraźnię wizja płonących lokatorskich rajstop, jakże malowniczo zwisających z suszarki.

Gdy jednak żadna rajstopa, nawet niekoniecznie płonąca, nie zajmuje mnie nawet na moment i gdy siedzię sobie w tej wannie i nie ma mnie dla rzeczywistości, Nowy przychodzi i rozmawiamy.
Jacy jesteśmy szczęśliwi.
Albo co nas w sobie najbardziej denerwuje i którędy najwygodniej to olać.
Albo czy zmywamy jutro czy dziś.
Albo czy pieluchy to cztery i pół czy już pięć.
Albo czy na Marsie są kozie bobki.

I generalnie zawsze chiałabym mieć tylko takie problemy.

Ja w tej pianie wciągam brzuch, żeby było, że niby jak już coś zobaczy, to niech to przynajmniej będzie chude i bez słoniny (chyba, że go wyślę do mięsnego po boczek ale to w innym jakby terminie i niekoniecznie w slipach) a On siada na sedesie i jest czarownie.
Obawiam się wprawdzie, że nam się nieco romantyzm z reumatyzmem w tej konwencji myli, ale z drugiej strony kto powiedział, że musi być jak w Magdzie M.?
Mamy własny wenezuelzski odpowiednik.

Czasem Nowy odpala laptopa i czyta radzieckie archiwum głośno komentując swoje ulubione fragmenty.
Albo jemy kolację.
Wykwintną, a jakże, bo może wanna plus sedes nie tworzą najlepszej oprawy do wina i deski serów, ale gdy uśpimy wreszcie Dziecko, równie dobrze moglibyśmy siedzieć na schodach pod Centralnym i jeść śledzia z celofanu. Wszystko robi się luksusowe.

Ostatnio były grane polęwiczki w kurkach.

Wszystko super, wlazłam do wody, Nowy miał zrobić kanapki z tymiż i przynieść je standardowo do łazienki.

Przyniósł.

A nawet podał.

Pierwszy raz kąpałam się w polęwiczkach z kurkami.

________________________________
Ps. Pamiętajcie Ci, którzy pytają czy mi nie za dobrze, że raz – to dopiero początek a początki zawsze są jak te promocje, w których mały druczek widać dopiero po pierwszej naprawie bo był pisany sympatycznym atramentem, a dwa – o kłótniach i rzucaniu talerzami napiszę innym razem 😉

A poza tym to jasne, że mogłam napisać „Stary poślizgnął sie i wywalił mi do wanny cały kurde talerz z kolacją” ale o ileż mniej dramaturgii by w tym było. O polocie i finezji nawet nie wspomnę 😉

Parafrazując

Trudno uwierzyć w nic.

Niby wiemy, że różne rzeczy się zdarzają. Ale przecież nigdy nam. Nas chroni wielki, kolorowy parasol. Przecież. Myślenie magiczno-życzeniowe pielęgnuje w nas osobistego leniwca. Nie śmierdzi tchórzem. Daje złudne poczucie, że mamy co najmniej trzy miliony różnych wyjść. Przecież.

dzisiaj znów płakałam, że nie umiem na skrzypcach grać

Dawno nie płakałam.

Zawsze, gdy robię to po jakimś długim czasie, zadziwnia mnie, jak ciepłe są łzy. Zupełnie jakbym się spodziewała kryształków lodu. Jakby pewna część mnie zamarzła. Dłonie chyba. Czasem marzną mi dłonie ze smutku. Tak, zdaję sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi. Równie dobrze mogłabym napisać, że z radości życia wypadają mi włosy. Taka siła odśrodkowa.

Spokojnie możemy to zwalić na PMS.
Wam będzie wygodniej bo nie trzeba będzie pocieszać, mnie prościej – bo nie wyjdę na desperatkę. Nie, nie mam depresji. Ustalmy, że to Babski Hormon. Oczywiście wszyscy wiemy, że za plecami krzyżuję palce, ale to jedna z tych informacji, które każdy zatrzymuje dla siebie.

Jestem szczęśliwie zakochana i czuję się bardzo niepewnie.

Zdania są łączne tylko pozornie. Ale nie będę rozwijać wątku. Ustalmy, że mam zły dzień. Zwalmy to na piątek, trzynastego. I posypmy prażonymi migdałami.

—————–

U Kardiologa, do którego dostaliśmy się dzięki nieocenionej Meg i dla której z tego miejsca gromkie DZIĘ-KU-JE-MY, tylko przez chwilę było nerwowo. Lokator wybudzony z głębokiej fazy Snu O Parówkach, ogłosił alarm dla miasta Warszawy. Dwie przeciągłe trzyminutowe syreny. Jedna, gdy Pan Doktor nieco zbyt długo wsłuchiwał się w szmer nad sercem. Druga, gdy Kobieta Z EKG wyjęła te wszystkie przypinki, przyssawki, kable i usiłowała połączyć to w jedną całość na obiekcie. Obiekt szalał. Koniec końców udało się jednak wszystkim wszystko przeżyć i nie zwariować.

Szmer nad sercem Lokatora jest wrodzony i prawdopodobnie nie będzie szkodliwy. Wiem, że ma to połowa ludzkości i z reguły nic się z tego nie rozwija. Co prawda mój dawny wczesnodziecięcy szmer rozwinął się i swego czasu pogalopował nawet w niedomykalność zastawki mitralnej, ale głęboko chcę wierzyć, że Lokatora to ominie.

Nie lubię prawdopodobnie i z reguły bo dają złudne poczucie bezpieczeństwa. I potem można się nielicho zdziwić. Z drugiej strony nigdy nie byłam typem panikary, więc przyjmuję z ulgą do wiadomości i nie zamierzam się zadręczać. Co roku mamy się zgłaszać na kontrolę i wszystko będzie dobrze.

Tak postanowiłam.

—————–

Zaszczepiłam Igora przeciw meningokokom.

Sepsa znów zaatakowała w kilku żłobkach i jest średnio fajnie o tym czytać. Znów chciałoby się rozpiąć ten kolorowy parasol i prychnąć mnie to nie dotyczy. Szczepionkę ciężko zdobyć a Młody jest w grupie ryzyka. Biorę te zastrzyki za dobrą monetę i chcę wierzyć, że robię dobrze. Na sobie mogę oszczędzać, mam wprawę – na zdrowiu Igora nigdy. Młody zreszta ułatwia, bo nie płacze – beknie raz przy wkłuciu i koniec. Dzielny jest jak cholera. Chyba wie, że musi.

Panicznie się boję powrotu czasów szpitalnych.

Tak, to moja trauma i jestem pewna, że nie każdy jest w stanie to zrozumieć. Ale na pewno każdy, kto miał Dziecko w szpitalu. I komu mówiono, że najbliższa noc jest decydująca. Od tamtej pory, gdy w strzępku jakiejś przypadkowej rozmowy usłyszę słowa: stan krytyczny, kurczę się w sobie i mam w gardle wielką gulę. Nie da się jej przełknąć.

Za bardzo pamiętam noce z szeroko otwartymi oczami, gdy wcale nie chciało mi się spać bo był taki mały i taki bezbronny a ja do kurwy nędzy nie potrafiłam Mu pomóc. Taka bezsilność właśnie zamyka we mnie wszystko. Amba. Zamieniałam się w maszynkę do łapania rzygów, zmieniania pościeli, odśluzowywania, odsysania, odklepania, podania lekarstw, wmuszeniu tego co odciągnęłam w pracowniczym kiblu metr na metr gdzieś pomiędzy Szanowny Panie a cena zakupu, cena sprzedaży, marża, dane ogólne artykułu, łapaniu rzygów. Blink.

Przed mdleniem w tramwaju powtrzymywało mnie tylko poczucie obowiązku. Pieprzone macierzyństwo. I tak mi potem ktoś napisze w e-mailu, że takie na pokaz to wszystko, po współczucie.

Czasem mam ochotę wyjść na ulicę i wrzeszczeć. Aż ochrypnę. Niektórzy ludzie to mendy. Zrobią wszystko by Ci dopierdolić bo nie oddychasz w tempie jakiego sobie życzą. Albo jesteś inny niż sobie ustalili za wzornik w takiej to a takiej sytuacji. Klapki, szufladki, etykietki. Bo przecież tego co się nie mieści w głowie nie ma. Nie istnieje. Podobnie jak bezdomni, samotne matki i alkoholicy dla nowej władzy. I zawsze znajdzie się ktoś, kto Ci pokaże co jego zdaniem robisz nie tak.

A może dla odmiany ktoś spytałby mnie czy mnie to w ogóle interesuje?

Bo odpowiedź brzmi nie. W dupie mam. Żyję sobie po swojemu i mam do tego pełne prawo. Od tego każdy ma swoje kawałki podłogi by na nich sobie własnoręcznie sadzić w przysadzistych donicach rododendrony, albo moczyć nogi w miednicy, albo rozpalić ognisko z pierwszego wydania „Wojny i pokoju”… jeśli lubi.

Z wierzchu jestem twarda a pod spodem miękka i krucha. Nadwrażliwa i światłoczuła. Nie, życie mnie nie nauczyło twardych łokci i dopierdalania innym. Z tego akurat bywam dumna, choć to trudna przypadłość. Bywam strzępkiem.

Jeśli chodzi o igorowe zdrowie często zdarza mi się drżeć. Choć nie przesadzam i nie chowam Go pod kloszem, a wręcz przeciwnie – wystawiam na głęboką wodę i teraz sobie Synu radź a ja tu patrzę jakby co czy nie toniesz bo za wszelką cenę chcę Go uodpornić na to co mogę – to kaszel uruchamia we mnie Centrum Kryzysowe. I wszystkie diody migają wtedy na czerwono.

Bo kaszel to taki sygnał-znak. U alergika-astmatyka kaszel nie musi ale może być sygnałem. I właśnie to nie musi ale może powoduje drżenia. Na szczęście nie przesadzam i zawsze najpierw usiłuję uspokoić samą siebie. A potem na chłodno oceniam sytuację. Potrafię.

Taka wewnętrzna panikara ze mnie. Nie biegam, nie lamentuję i nie smędzę. Analityczno-logiczna i konkretno-obrazowa panikara. Szybko wyciągam wnioski i zanim wypanikuję na zewnątrz, uspokajam się w środku. Pomaga.

—————–

Tak, to zupełnie inna notka.

Wbrew pozorom nie jestem Robocopem.
Nie sypiam w nocy na siedząco i nie wkładam sobie nigdzie baterii.
Komuś ewentualnie mogłabym.
Całą elektrownię.
Od czasu do czasu hobbystycznie tak.

Bywa lepiej i gorzej. I nijak.
A czasem po prostu odzywa się zmęczenie materiału.
Albo nakłada się życie osobiste jakoś dziwnie i czuję się strasznie słabiutka w tym nieustającym mamowaniu i byciu subtelną, eteryczną, kobiecą i kurwa nie wiem jeszcze jaką jednocześnie.
Czasem mam ochotę pierdolnąć talerzem, wywieźć Syna do na Grenlandię, zahibernować i wrócić jak ochłonę.
I to samo z Nowym.
Czasem wychodzi z Niego taki ciężki kretyn, że nie wiem czy zabić od razu żeby się nie męczył, czy dosypywać arszeniku do zupy sukcesywnie.

Całe życie z wariatami.

Odzwyczaiłam się od związków i czasem bywa trudno.

Golić nogi i takie różne, nie bekać, systematyczniej odgruzowywać okoliczne sprzęty z porzucanych zwykle gdzie popadnie ubrań, wciągać brzuch, nie ziewać rogłośnie i udawać, że rozmowa o najnowszym dziecku Microsofta jest absolutnym szczytem polotu i finezji, albo, że wiem co to WiFi

No halo!

Nie da się też być Supermamą.

Synu, to jest ptaszek, ptaszek nazywa się gołąb i czasem sobie lata a czasem nie. Zwykle jak nie lata to grucha. Albo jabłoń. Nie, nie rusz tego kochanie. Nie wolno. Igor, nożyczki nie są najlepszą zabawką dla Dzieci. Czasem nie są nawet dla dorosłych. O, a to jest Synu koparka. Koparka nie lata tylko jeździ i jest dość nieżywa. W odróżnieniu od gołębia. Ale jak się do niej wsiądzie i zamajta dźwigienkami, to potrafi taka koparka bardz dużo. Igor! Zostaw! Nie wyciągaj butów Synu, nigdzie się nie wybieramy. O rety! Zupa!

I tak o. Jak w czeskim filmie – nikt nic nie wie.

Ale można bardzo się starać.
A ja zawsze byłam ambitna.

Proszę nie regulować odbiorników.
Za chwilę dalszy ciąg programu.

Szumy – zlepy – ciągi

Instytut Badań Literackich PAN wydał książkę pod tytułem „Literatura. Historia dziewictwa”.

Gdyby nie tytułowa wzmianka, że o literaturę biega, pomyślałabym, że to bardzo cienka książka. Zwłaszcza, jeśli traktowałaby o czasach współczesnych.

Na drugim piętrze Domu Handlowego Smyk znajduje się odzież dla Dzieci w wieku 0-3.

Zawsze intrygował mnie wiek zero i to czy gdy się rodzimy to mamy właśnie owo zero jako punkt wyjścia i wejścia jednocześnie. I czy stąd też per analogiam zaczynamy od zera.

Na drugim piętrze Domu Handlowego Smyk czasem zatrzymuje się winda, w której brzuchu tkwię i czekam wyplucia. Wygodę jak widać przedkładam nad klaustrofobię. Do windy wsiadają ludzie a ja mam całe dwie powolne kondygnacje na obserwację uczestniczącą. Chcący, czy też niezupełnie.

Matka z córką. Czterdzieści i trzynaście? Podobieństwo zauważalne choć nie w pierwszym okamgnieniu. Na drugi rzut już bliźniaczki. Mentalne. Matka bardzo wyzwolona: odważne bojówki, mało apetyczny nawis w miejscu talii, błysk złota i cyrkonii, samoopalacz… bo wiosna. Córka w wersji: nieco młodszy klon, bez biustu (jeszcze) ale nawis dziedziczny. Zamiast złota i cyrkonii bransoletki. Im więcej tym lepiej. Brzęczały gdy drapała się po udzie niczym dzwonki parzystokopytnej łąki.

Zastanawiam się czasem czy się_drapanie po Czymkolwiek w miejscach publicznych powinno być zauważalne i akcentowane, czy też – co jest mi znacznie bliższe – powinno być raczej dyskretnym sposobem wybawienia się z opresji. W przypadku bransoletek w ilości hurtowej z tak prozaicznej czynności jak odgarnięcie włosów znad czoła robi się happening.

Matka wszczęła rozmowę o urodzinowym przyjęciu, na które zostały zaproszone. Po wyborze piętra, z którego wchodziły w windziane otchłanie, śmiem mgliście przypuszczać, że Jubilat średnio sędziwy.

Nagle dzwoni telefon.

Bo telefon zawsze dzwoni nagle. Nawet gdy spodziewamy się rozmowy, dzwonek telefonu zaskakuje. Zdaje się być inny od tego, który zapamiętaliśmy ostatnim razem. A co dopiero gdy w windzie. Inny pogłos. I metal.

– No hej. Coś przerwało.
– …
– A to, to wiem. Już dawno.
– …
– No coś ty? Olka dziewicą?
– …
– Przecież ona już po gimnazjum jest.

Matka w spokoju kontemplowała własne paznokcie. Długi tips. Chyba tylko kokardy zbrakło w asortymencie co nań. Potem nastał parter i wysiadły, dalej rozprawiając o urodzinowych przyjęciach i ewentualnym prezencie dla Jubilata.

Myślę, że jestem z jakiejś bardzo starej szkoły w odległej galaktyce.

W miejscu aktualnego gimnazjum uczyłam się o osi współrzędnych i komórkach. Mitochondrium i aparat szparkowy to był szczyt perwersji i przyczynek do histerycznego rechotu połowy klasy. Druga milczała zawstydzona. A na historii, moment albo dwa wcześniej, śmieszyły nas piece dymarki.

Jestem szowinistką. Czasem mam nieodparte wrażenie, że Syn to dobry pomysł. I wyedukować da się na przykładach (banany tanie są) i konkretniej pójdzie. A jak Go odpowiednio podszkolić to w Przedwczesną Babcię mnie nie wrobi. Z Córką miałabym większy zgryz. Bo uwarunkowania kulturowe na to co komu wolno a co nie mamy jednak nadal silne. Tylko Dzieci robią się niebezpiecznie wyzwolone.

Dawniej smok żywiący się dziewicami, potrzebowałby diety-cud, żeby zmieścić się w jakiekolwiek wrota.
Dzisiaj pewnie umarłby z głodu.

Bosz, jaka ja jestem stara.
Idę sobie wyprostować zmarszczki suszarką do rąk.
Ma ten nawiew.

Style i sposoby radzenia sobie ze stresem

Wkurw generalnie napędza. Bierze za pysk, wytarmosi, sponiewiera a potem daje kopa w szanowną osobistą na rozpęd. Najlepsze rzeczy zawsze powstawały z wkurwienia. Na coś, na kogoś, bądź bez bliżej sprecyzowanego adresata ale powstawały. Kto wie, może gdyby Fryckowi dała ta jego Muza coś więcej niż tylko rączkę do cmoknięcia na adieu, nie mielibyśmy co roku Konkursów Chopinowskich i tłumu rozszalałych Japończyków z aparatami fotograficznymi w warszawskich Łazienkach jak również na rynku w Krakowie. Bo nikt mi nie wmówi, że Frycek to ze smutku i żałości tak. Frustracja seksualna to była i syndrom. Wszyscy wiemy jaki.

W ogóle te wszystkie weltszmerce biorą się według mnie z braku satysfakcji seksualnej. Czyli, jak to pięknie acz dosadnie ujął Żorżyk przy okazji jakiejś libacji serowo-wytrawnej, z niedoruchania.

W tym miejscu robię przerywnik i wszystkich wrażliwców leksykalnych zapraszam tędy – o… tam są drzwi. Potem wstukajcie sobie grzeczniutko w przeglądareczkę „ojczyzna-polszczyzna” i ziuu. Ale uwaga uwaga! Miodek też rzucał kurwami. Niejednokrotnie.

Aaa!

Zabierzcie mi wyobraźnię, proszę. Właśnie zwizualizowałam sobie Pana Jana, który z uroczym uśmiechem i akcentując wybornie wszelkie ąę ciepnął solidnie o ścianę Elektromonterką z Poznańskiej. Trzymała się tylko na podkładzie i sypkim pudrze. Masakra normalnie.

Tak, wiem, że nie jestem normalna.
Koniec przerywnika.

Jasne, że nie rozmawiamy ze sobą. Ale jak mamy rozmawiać, gdy najczęściej pryszczate nastolatki zamiast konwersować, spieszą się żeby zdążyć „z lekcjami” przed powrotem protoplastów a protoplaści uprawiają seks trzy razy do roku (święta, święta i urodziny żony), po ciemku i po wielkiemu cichu. Zresztą bardziej przypomina to uprawianie ogródka – trzeba wypielić żeby zielskiem nie zarosło. I od czasu do czasu motykę pożyczy się od sąsiada.

Ja wściekam się głównie o pierdoły. Rzeczy ważne można ze mną omawiać na dowolne sposoby i nawet mi brew nie drgnie.

Kiedyś nakryłam narzeczonego, co to za dwa tygodnie mieliśmy powiedzieć światu: tak, in flagranti z Kobietą Jego Życia (w mojej nocnej koszulce przebywającą tak przy okazji) w pozie lotosu chyba. I spokojnie spytałam czy też mają ochotę na herbatę. Bo akurat mi się zachciało. Co prawda później, gdy już wróciłam tam sama po resztę rzeczy (koszulki nie wzięłam), pieczołowicie zajęłam się wycinankami w ulubionych narzeczeńsko koszulach (chyba łowickie były) ale Niedoszły Małżowin sam przyznał po latach, że wykazałam dużą klasę. Nie wiem co innego w tej sytuacji mogłabym wykazać, bo chyba nie objaśniać im prawo tarcia, ale było wesoło. Jakieś dwa lata później. Gdy Kobieta Życia urodziła… nie bójmy się tego stwierdzenia… lekko ciemnoskóre Dziecko. A Narzeczony był taki raczej cherubin – świński blondyn z loczkiem, bladolicy i zdecydowanie nie nadużywał słonecznych kąpieli. Mariolka (czy One ZAWSZE muszą mieć TAKIE imiona?) widać lubiła solarium 😉

Ale pierdoły wytrącają mnie z równowagi tak dalece, że the roof, the roof, the roof is on fire.

Jestem młotkiem trafiającym w palec proboszcza.
Jestem upadającym granatem bez zawleczki.
Jestem zapachem napalmu o poranku.

Rozumiecie?

Ja mniej.

Mamut twierdzi, że wściek panoramiczny generuje u mnie rozwój kulinarny. Bo nie patrzę dokładnie co wrzucam do gara i nie oszczędzam na przyprawach. Fakt. Ojcu potem co prawda czasem oczy wychodzą na wierzch ale w życiu nie powie, że coś jest zbyt pikantne. Lubi. No i wymyśla się podówczas całkiem smaczne potrawy z pozornie kiepsko ze sobą korespondujących składników. Czosnek i ananas na przykład. Pychota. Tylko może nie polecam tuż przed planowanymi kontaktami z resztą ludzkości.

Prócz pasji gotowania sprzątam. Ale nie tak jak Mamut, gdy w latach ubiegłych w ramach wkurwu na Zdzicha myła okna, prała firanki, pastowała podłogi i był ogólny zapierdol na wysokości lamperii a potem wracał skruszony Zdzich z kwieciem rozmaitym w zębach, a Ona była już zbyt zmęczona by połamać na nim wałek albo stolnicę, toteż z braku koncepcji godzili się. Do następnego razu. Mieszkanie mieliśmy więc sterylne, bo jak wszyscy wiemy po kimś ten temperamencik odziedziczyłam i bynajmniej nie był to Bocian Kajtek.

Ja nie sprzątam mieszkania, ja układam. W kosteczki, sterty, kopczyki i skompresowane zbiorowiska. Mam nawet na tę okoliczność przygotowanych kilka pudeł o pozornie bliżej nie sprecyzowanym znaczeniu bojowym, ale gdy łapie mnie wściek, każde z miejsca znajduje swoje zastosowanie. W jedno wrzucam pieczołowicie wyprasowaną odzież polokatorską, w drugie za mały obuw, w trzecie zabawki, które muszą swoje odczekać bo chwilowo się nieco znudziły i nie cieszą jak mogłyby. Oddzielam własną odzież zimową od letniej, tworzę podkategorie koszulek, swetrów, spodni, spódnic i bielizny, poparuję trochę skarpet. I z reguły tyle wystarczy bym wkurwiła się jeszcze bardziej.

Bo przecież nie cierpię sprzątania.

Wczoraj wściek zaatakował w pracy. A w pracy jak wiadomo nawet najbardziej wyluzowane biurwy nie posiadają szafy z ubraniami i szuflady na bieliznę. Jeśli takie są, to nie wiem czy współczuć czy podziwiać. Jeszcze się nad tym zastanowię. Ja w każdym razie posiadam tu dużo przedmiotów z praca nie związanych ale nie garderobę.

Obecnie jestem właścicielką najlepiej poukładanego biurka na świecie. Przyjmuję zapisy na zwiedzanie i oglądactwo pospolite. W szufladzie mam ołówki pogrupowane tematycznie. Znaczy te w robale do tych w robale, te ogryzione na lewo, te nówki_sztuki_nie_śmigane na prawo a pośrodku równy rządek pod względem wielkości i kolorystyki: od bardziej zielonych do bardziej nie-zielonych. Fletnia kurde pana.

Patrzę teraz na to i właśnie stwierdzam, że mam świra. Na cholerę mnie tyle ołówków? Naostrzyć i rzucać w dal czy jak? Nie wiem.

Spinacze tak samo. W przyborniku równiutko tu największe, tam malutnie a tutaj kolorowe. Szkoda, że ich jeszcze nie wypucowałam. Ostatnio spinacza używałam dwa lata temu jak suwak w spodniach powiedział: stara przytyłaś, dość tego! i nastała era Lokatora Uwypuklonego W Dolnych Partiach Kosodrzewiny. Wydłubałam z klawiatury pieczołowicie zbierane przez lata okruszki i poczułam, że ogarnia mnie nostalgia. Pamiętacie jak kiedyś ze śmiechu walnęłam czołem w pączka? No. A dziwiłam się skąd tu stuletni lukier.

I karteczki mam kolorystycznie posegregowane ala Tęcza Nad Doliną.
I kwiatek podlałam.

Jezu!

Ktoś mnie podmienił jak nic.
Albo jebło mnie takie wielkie pudło i nawet nie poczułam.

Koniec świata.

Muszę odreagować. Zjem teraz kilogram rzodkiewek i albo potem umrę albo sprawdzę czy potrafię wybekać alfabet.

Lubawo, na mym grobie posadź orchidee…

A Wy jak radzicie sobie ze wściekiem i stresem?

Tak na szybko. Natentychmiast. Gdy spacer i książki odpadają a z jedynych dostępnych ciężkich przedmiotów macie własnego buta. Tudzież worek cementu w piwnicy.

Ps. Bury – ananasa siekasz w kawałki (dość drobne), dodajesz kilka razy przeciśniętego przez praskę czosnku (ile lubisz – ja lubię dużo), trochę majonezu zmieszanego z jogurtem naturalnym (1:1), szczyptę soli, kardamonu, białego pieprzu i voila. Wychodzi świetny dip do maczania krakersów, bagietek albo paluchów. A gdy polejesz tym jakiś gorący stek, masz danie obiadowe z pysznym sosem.

!@$%!&%$#@!

Dżizas kurwa ja pierdolę!

Dajcie mi siekierę.
Błagam.
Przynajmniej wytnę jakiś bór.
W czynie społecznym.
Albo kurwa nie wiem.
Puszczę Białowieską.
Nawet ciupagą dam radę.
Po ciemku.
I lewą ręką.

!!!

Nawet nie, że bez kija.
Po prostu nie podchodź.
Zeżrę i nawet nie mlasnę.

Rany! Jaka jestem wkurwiona!

Ktoś chce może coś załatwić w jakimś urzędzie?
Zwindykować płaczliwą emerytkę?
Zabrać dziecku lizaka i urwać głowę temu misiu?
Nastrój mam jakby co fachowy.

Co to ja?

Co to ja pisałam?
Że niby Nowy normalny jest?

Taa. Jasne.

Jak wszyscy, którzy na oddziale zamkniętym jednej z placówek każą do siebie mówić per Napoleon.

Otóż Nowy ma fantastyczny zwyczaj wyciągania mnie na lunch. Wyżerę w czasie pracy znaczy, ale nazywa się toto tak ładnie, żeby nie było, że niby kebab w ciemnej bramie i kawa z automatu na dworcu. Nie jest.

Przecież Ci nie powiem po godzinie, że się za Tobą stęskniłem.
Fakt. Zabiłabym śmiechem. Kiedyś.
Teraz jakaś taka miętsza jestem.
I się uśmiecham.

To straszne!

A w zasadzie to nawet nie to jest straszne tylko to co było na tym lunchu. Oprócz bowiem ryżu smażonego z warzywami i kurczakiem w Barze Chińskim nieopodal i kawy z ekspresu, Nowy kospiracyjnym szeptem wyznał mi, że chyba założył coś mojego.

Przez przypadek naturalnie.

Taa. Jasne.

Od razu oczyma wyobraźni zobaczyłam Go w ponętnych pończoszkach i koronkowej bieliźnie. I momentalnie straciłabym apetyt, bo wybaczcie ale faceci w damskiej bieliźnie dość średnio mnie kręcą. Na szczęście zaraz mi się przypomniało, że ni pończoszek, ni koronkowej bielizny nie posiadam a w tym co mam, wyglądałby raczej jak siódme dziecko Baby Jagi, niż transwestyta. Nawet z ambicjami.

Nie chodziło jednak o dessousy.

– Podkoszulek – wydukał Nowy rozglądając się na boki czy aby nikt nie czyta z ruchu Jego warg i nie notuje w tajnym kajeciku.

– Że co? – zdziwiłam się, bo jak znam swoje i Nowego gabaryty, to nawet gdyby się bardzo postarał, w któryś z moich podkoszulków zmieściłoby Mu się co najwyżej pół ręki. Albo ćwierć.

Nowy westchnął i z zagadkowym uśmiechem rozpiął guzik koszuli.

– Nieprzytomny byłem – bąknął pierdołowato ale za moment zamilkł był całkiem albowiem wzrok mój zabić mógł solidne stadko średniowiecznych smoków. Liczne do tego.

Aaa!!! Toż to mój ulubiony bezrękawnik! ULUBIONY!

Oczywiście nie omieszkałam Mu tego stanowczym głosem zakomunikować. I że to żaden podkoszulek. I że w ogóle jest ignorant. I osioł. I ciekawe czy gdyby był z golfem ten bezrękawnik też by nie wpadł, że to jednak może moja garderoba. A potem przypomniało mi się dodatkowo, że rozmiary mamy różne… cokolwiek.

– Rozciągniesz mi. – zadrżałam i zażądałam kategorycznie – Ściągaj! Ale migiem!

– Teraz? Tutaj? – zacukał się z lekka Nowy i spojrzał czy aby na pewno nie żartuję.

Nie żartowałam.

Oczywiście, że tutaj, a gdzie?
Może jeszcze nie zdążył się tak bardzo rozciągnąć i nie zadziała jak jedna z tych rzeczy, które dostosowują się do określonych kształtów i takie pozostają na wieki wieków amen.

Koniec końców Nowy zdjął domniemany podkoszulek, czyli mój bezrekawnik z bardzo kobiecym dekoltem w łódeczkę w chińczykowym wucecie i z miną zbitego cocker-spaniela poinformował mnie, że nigdzie się nie rozciągnął. Bezrękawnik, nie Nowy rzecz jasna.

A pewnie. Bo to dobry materiał przecież. Mam go od lat. Nie rozciąga się.

Śmieliśmy się z tego dobrych kilka minut. Ale ustaliliśmy przy okazji, że nie będzie sobie pożyczał moich ciuchów. Never ever. Mnie jest w nich zdecydowanie lepiej.