Ciekawostki przyrodnicze

Na jednej z bardziej ruchliwych ulic w Warszawie trwa nieustający remont. Wszystko tam remontowali a czego jeszcze nie remontowali to aktualnie remontują. To nawierzchnia, to wierzchnia wierzchniość nawierzchni, to znów, wiercenie w świeżo wygładzonej bo ktoś zapomniał, że tak właściwie to tam jakaś rura chyba była i należało ją wymienić. Innym razem prawie znaleźli skarb ale prawie jak wiemy robi wielką różnicę, zatem okazało się, że nie prawie a z pewnością, nie skarb a maszynę i nie znaleźli a ktoś ukradł. Nie wiem po co komu ubijarka do żwiru ale ok, niech ma. Może chce sobie rabatki wyobdrębnić w ogrodzie.

Obecnie zajęli się chodnikiem.
Ci tajemniczy Oni.

Wejścia na trotuar dzielnie strzeże solidnej maści ogrodzenie i żółta tabliczka, na której czarnym wytłuszczonym drukiem stoi:

PRZEJŚCIE DRUGĄ STRONĄ ULICY

Niby wszystko fajnie.

Z tym, że po drugiej stronie ulicy znajdują się całkiem wyraźnie widoczne i mocno eksploatowane z dawien dawna tory tramwajowe.

To chyba część kampanii społecznej pod tytułem: lotem bliżej.

Najlepiej koszącym 😉

Czasami pocą mi się oczy

Słuchajcie, no więc jestem. Znaczy byłam już wczoraj ale wybitnie nie chciało mi się włóczyć po sieci i wybrałam obiad w Mamutowie (biteczki są absolutnie poza wszelkim konkursem – będą mi się znów śniły przez dwa miesiące póki Zdzich nie zdecyduje się na repetę) a następnie spacer po parku do późnych godzin wieczornych.

Młody szalał. Aczkolwiek później wszystko wróciło niestety do przykrej ostatnimi czasy normy pod tytułem: Mamo, wychodzą mi całkiem nowe zęby, umieram! Biedak straszliwy z Niego, bo nie je, nie śpi i w ogóle oraz generalnie nie, ale po cichu liczę, że wyjdzie znów kilka na raz i potem będzie kilka odcinków świętego spokoju. Jeśli nie to uroczyście przysięgam, że oszaleję.

Tu śmiem napomknąć, że otrzymałam przemiłego e-maila, a w nim stoi jak byk, że działam prorodzinnie. Nie wiem co na to Piękny Roman i kiedy zainkasuję stosowną sumkę za to działanie, ale mam na piśmie: jak czytam Zochę to mi Dzieciów się nie chce i w ogóle won a jak czytam Ciebie to mi się chce. Czy jakoś tak.

I w związku z tym może nie powinnam pisać o ząbkowaniu, albo o konkursie: po ilu próbach pięć łyżek kaszki w końcu znajdzie się w lokatorskim żołądku zamiast panoramicznie rozpościerać się po okolicy. Ale liczę na to, że nawet tak drastyczne sceny batalistyczne nie odstraszą prawdziwych śmiałków.

Poza tym czy ja już pisałam, że nie lubię Dzieci? 😉

Mało ekonomiczne są. Kosztowna i długotrwała hodowla, maksymalne zużycie energii i środków a post faktum przychodzi taki smród i gada: Co Ty matka w ogóle wiesz… No ale jak już zabrnęłam to idę dalej. W końcu teraz wyszłoby tylko z 5 kilo bez kości.

Gwałtowna zmiana tematu.

Co do Hajnówki to przyznam szczerze, że byliśmy chyba najbardziej zaskoczonym zespołem w historii tego konkursu.

Z przesłuchania pamiętam niewiele, gdyż jednak albowiem byłam tak stremowana, że skupiałam się głównie na tym żeby malowniczo nie wyłożyć się jak długa przed komisją, nie zaplątać w kieckę, ustać na obcasach i generalnie wydobyć z siebie cokolwiek, choćby oddech. Głos mi drżał ale życzliwe dusze donoszą, że było czarownie, drżenie było tylko w mojej głowie i nawet było mnie całkiem wyraźnie słychać. Pamiętam za to, że jak popłynął dźwięk to dałam mu się ponieść zupełnie bezwiednie i w zasadzie to śpiewało się samo. Zupełnie jakby dopiero w tych murach i w tych okolicznościach przyrody, odblokowała mi się odpowiednia zapadka. Tam kluczyk pasował. Pasowało wszystko. Nie powiem żebyśmy byli super zadowoleni z występu bo my perfekcjoniści i zawsze masę potknięć i pomyłek wychwycimy, ale to akurat według mnie bardzo dobra cecha. Nawet Nowy, który zrobił mi super-niespodziewankę i przyjechał z Warszawy na to nasze pół godziny, twierdził, że wszyscy pytani przez Niego chórzyści zgodnie marudzili, a Jemu podobało się bardzo. I chyba nie tylko Jemu…

Potem było już z górki.

Co prawda koncert plenerowy wyszedł tak, że wolę go nie pamiętać, bo nie był najlepszą wizytówką naszego chóru, ale z drugiej strony w takim zimnie i bez przygotowania to tylko kaczorowi w Zimnej Wodzie staje…

Jeszcze na studiach na zajęciach z logiki prowadzący je profesor podał nam przykład typowego błędu. W formie żartu z nazwą pewnej miejscowości w tle. Na przystanku PKS zdyszana kobiecina otwiera drzwi szykującego się już do odjazdu autobusu i woła do kierowcy: – Panie! Staje w Zimnej Wodzie? Na to kierowca: – Chyba kaczorowi.

W ogóle to miejsce urzeka. Małe miasteczko, w którym co krok strojna cerkiew i wszyscy zdają sie żyć tym corocznym konkursem chóralnym. W końcu jest tam organizowany od lat idących już w setki. Organizatorzy zresztą spisali się na medal. Byliśmy już w wielu miejscach ale Dni Muzyki Cerkiewnej w Hajnówce pozostawiły w nas najlepsze wspomnienia. Nie tylko z uwagi na werdykt jury. Noclegi, posiłki, opieka nad naszą grupą – wszystko było dopięte na ostatni guzik i pyszne. A do Dworku, w którym nocowaliśmy warto będzie powracać na całkiem prywatne wakacje, bo okolica przepiękna a warunki lokalowe wybitne. Nawet łóżeczka dziecięce w pokojach. Tylko brać znajomych i wyruszać.

Najmilej patrzyłam jednak na ludzi. Żyją tam obok siebie w całkowitej zgodzie katolicy i wyznawcy prawosławia, mieszają się języki i akcenty, nikt nikomu nie wadzi i nie poucza, że moja racja mojsza a moja religia lepsza. Każdy wierzy w to co chce i żyje jak chce i potrafi. Tam po prostu jest to naturalne. Bo tak było od zawsze. Takie obrazki zawsze uczą mnie pokory i tolerancji.

Na sobotnie ogłoszenie wyników poszliśmy z przeświadczeniem, że naprawdę super byłoby dostać wyróżnienie. Choć po cichu każdy liczył na to trzecie miejsce… Myśmy przecież pojechali tam za przygodą bardziej niż po laury, zobaczyć jak to jest, zmierzyć się z chórami, dla których cerkiewne brzmienie to druga skóra a cyrylicą piszą notatki w nutach, które nie miały dylematu czy wymawiać jewo czy jego i nie spierały się co może oznaczać ten dziwny znaczek po n, które nie istnieją dopiero sześc lat… a kilkadziesiąt i wreszcie, których członkowie są po akademiach muzycznych, albo w trakcie. Startowaliśmy w kategorii chórów akademickich i mieliśmy bardzo mocnych przeciwników. W zasadzie tylko jeden z tych „naszych” chórów wydawał nam się ciut gorszy. Ciut. Inne zdecydowanie mocniejsze.

Gdy odczytywano wyniki chyba wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Nie było wyróżnień. Trzecie miejsce przyznano Chórowi Politechniki Gdańskiej, który śpiewał dzień przed nami i ponoć występ miał bardzo dobry – był jednym z naszych poważniejszych konkurentów. W tym momencie nieco zrzedły nam miny. Ale jakimś zupełnie absurdalnym marzeniem wciąż koncentrowaliśmy się, że może stał się cud i mamy drugie. Profesor Sokołowska wyczytała, że są dwa drugie miejsca ex aequo. Była szansa. I co? I nic. Gdy odczytano, że dostają je Chór Państwowej Akademii Nauk Ukrainy „Zołoti Worota” oraz Iwanowski Chór Kameralny z Rosji straciliśmy nadzieję. Słyszeliśmy ich. Zwłaszcza ten z Kijowa. Za wysokie progi. Siedzieliśmy tam i powoli zaczynało do nas docierać, że wrócimy z pustymi rękami, nawet bez wyróżnienia… gdy nagle z głośników padło: Pierwsze miejsce otrzymuje Chór Akademicki Politechniki Warszawskiej.

Ludzie kochane!!!

Takiej radości chyba dawno ta sala nie widziała. Piski, ogólna wrzawa i łzy wzruszenia. I my z Anią telefonujące do Arsena, który leżał w szpitalu z chorym sercem. Że wygraliśmy, że mamy pierwsze miejsce i że dziękujemy… bo bez Niego tego wszystkiego po prostu by nie było. Zryczeliśmy się wszyscy jak bobry. Naprawdę. Nikt się nie spodziewał…

Grand Prix całego festiwalu dostał Chór Państwowego Kolegium Sztuk z Białorusi. Absolwenci i studenci Akademii Muzycznej. Oni byli w ogóle poza konkursem. A my? A my z niedowierzaniem przyjęliśmy, że w śpiewaniu muzyki cerkiewnej jesteśmy najlepszym polskim chórem akademickim. Najlepszym w ogóle z naszej kategorii. I to, że wygraliśmy z Ukrainą, czy Rosją w „ichniej” muzyce, jest dla nas wielkim wydarzeniem. I pomyśleć, że większość z nas bardziej zna się na budowie głośnika albo opornikach niż na czytaniu nut czy akordach. My bez muzycznych szkół. My tylko pasjonaci.

Na koncercie laureatów już nie drżał mi głos. I koleżanka twierdzi, że widziała jak siedzący w pierwszym rzędzie zwierzchnik kościoła prawosławnego arcybiskup Sawa wycierał mokre oczy gdyśmy śpiewały solowe trio wozniesu tia boże moj… I słyszałam swój głos. Prawie mogłam go dotknać.

Zanim zaczęliśmy śpiewać konferansjer zapowiedział, że nagrodę dedykujemy Arsenowi Szkurhanowi, w podziękowaniu za przygotowanie i pracę. Tak chcieliśmy. Co prawda on powiedział występ a miał powiedzieć nagrodę, bo tak mu pamiętam na kartce napisałam, ale i tak wiem, że Arsen się wzruszy. Zasłużył. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy była 23. I kto nas powitał pod siedzibą? Właśnie On. Nowy mówi, że gdy przyjechał, Arsen już czekał. Tego dnia wyszedł ze szpitala i stał tam powtarzając raz po raz: najlepszy zespół, najlepszy zespół

I być może obudziliśmy kogoś na Koszykowej, jeśli tak to przepraszamy ale musieliśmy tam na środku ulicy zaśpiewać Arsenowi. Bo przecież nas w Hajnówce nie słyszał.

Nie wiem, nie umiem tego wyjaśnić ale w takich chwilach właśnie czuję, że warto było to wszystko robić, poświęcać, zdzierać i wymęczać. Pakować siebie i Małego dwa razy w tygodniu w środki lokomocji w obie strony, nawet zimą, taszczyć toboły i wózek (dwa razy po czterdzieści dwa schodki i tak we wtorki i czwartki plus dodatki środowe – właśnie policzyłam) wyjeżdżać na warsztaty gdzie kilka godzin dziennie śpiewania i notoryczny deficyt snu, ogarniać jedną ręką nuty a drugą niemowlę, kąpać Lokatora w plastikowej misce na środku małego pokoiku gdzieś w górach i usypiać Go przy dźwiękach Rammsteina oraz zaangażowanych pieśni Dużego płynących z korytarza nawet w najodleglejsze zakamarki kosmosu. Że warto mieć swoją pasję i o nią walczyć. O prawo do niej, o organizację z samym sobą i zmęczeniem, o czas z resztą świata. O możliwość przychodzenia na próby z Dzieckiem już chyba walczyć nie mam prawa ani siły, więc pewnie na tym zakończę swoją karierę wokalną, trochę szkoda ale trudno. Warto było choć tyle tej miłości muzycznej mieć. Zupełnie na własność. I nieważne, że pojechałam z gorączką i katarem. Nieważne. Bo ostatnio taka dumna czułam się gdy Igor powiedział mama.

A potem wieczorem kasując ze skrzynki esemesy trafiłam na swój jeden do Nowego:
– Mam takie marzenie… żebyśmy wygrali…
I dostałam odpowiedź:
– Trzymam kciuki za Twoje marzenie.

Spełniają mi się.
Spełniają.

________________________________
A dla tych co jeszcze chcieliby, koncert ostatniej szansy w Warszawie. Czwartek, godzina 19.00, wstęp wolny.
Namiastka ledwie, bo nie w cerkwii a w Małej Auli PW ale zawsze.
Szczegóły

A TU linka od Majeczki – można posłuchać tego co było w Cerkwii Marii Magdaleny tydzień przed Hajnówką. Jak będzie nagranie z Hajnówki – wrzucę.

Włamanie…

Było jak poniżej. Moim zdaniem było co najmniej dobrze, ale ja się nie znam 😉

Proponuję – trzymajmy kciuki.
N.

_________________________________
Apdejt autoryzowany „z ostatniej chwili”:

Jak donoszą bardzo wiarygodne źródła ta oto grupka wspaniałych:

WYGRAŁA HAJNÓWKĘ !

G R A T U L A C J E ! ! !


N.

_______________________________
Ajm back!

Już wszystko wiecie.
Fajnie co? Ja nadal nie mogę w to uwierzyć podobnie jak blisko czterdziestka innych zapaleńców… ale się udało.

Dziękuję, dziękujemy nawet za wiarę i za kciuki. Było warto. Mamy pierwsze miesce. Fanfary i w ogóle makong delta :)))

No a tu bonus w nagrodę – GALERIA

Hasła dnia

Hasło dnia na wczoraj: – Nażreć się i umrzeć.
Hasło dnia na dzisiaj: – Nie patrzeć na jedzenie.

A to wszystko przez to, że wczoraj odwiedziliśmy z Halutą i Nowym – nie nie założę Nowemu bloga bo będzie tam pisał jaka jestem okropna, zła i niedobra a chcę żeby każdy sam się o tym przekonał 😉 – w Pizzerii na Barskiej.

Chadzałam tam jeszcze w czasie studiów, bo to rzut kapciem było od uczelni. Swodobna dygresja pozwala mi napomknąć, że nic się nie tam zmieniło – nawet noże tak samo ostre_inaczej.

Ale poza nożami to akurat komplement.

Nawet Pani Za Ladą ma ten sam zaondulowany fiok. No i ten Facet Z Głosem, co chodzi i mówi na przykład czterdzieści trzy a mnie od razu mrówki kręgosłupowe urządzają sobie piczi_polo na żużlu. Jezu no. Aż człowiek żałuje, że nie ma w łapie numerka siedemdziesiąt siedem. Brzmiałoby dłużej.

Nie mogłam sobie przypomnieć czemu ostatnio byłam tam dwa lata temu, bo pizza jest przecież pyszna, ceny nie zwalają z nóg (ok 20 złotych polskich nowych za trzyskładnikową) i lepiej brać mniejsze porcje bo większymi to się można owinąć. Serio serio.

No ale jak już zjadłam to sobie przypomniałam.

Będę to trawić z tydzień.

Halo! Czy jest na sali rapaholin?

___________________
I tak kurde zawsze. Tu się odchudzam, ćwiczę, tańczę na rzęsach i jak mi się udaje w końcu to 60 utrzymać i zostaje tylko 5 do zrzucenia, nagle pyk i idę na pizzę. Oczywiście ten placek z dodatkami nie ważył sześciu kilogramów, ale za to jestem pewna, że odłoży mi się wszędzie gdzie tylko będzie mógł a ja nie chcę. Cały.

Co nie zmienia faktu, że pizza była pyszna.

Wot pokręconość.

Ps. A to śliczne. Ulubiam sobie.

Jaszczomb atakiren

Młody na wszystko ma swoje osobiste i bardzo zawiłe, choć oczywiście na pewno sensowne, wytłumaczenie. Co to sensowności dogłębniej się nie wypowiem albowiem jednak nie posiadłam jeszcze znajomości tego jakże złożonego dialektu. Ba! Nie mam pojęcia nawet z czym to zjeść.

Ostatnio ktoś zadał mi pytanie, co bym zrobiła gdybym miała za zadanie przekazać do tłumaczenia pewien tekst zapisany bliżej nieokreślonymi krzaczkami i musiałabym bez pudła zdecydować w jakim to języku. Choćby dlatemu, żeby wybrać tłumacza. Odpowiedziałam, że wstukałabym w google tak zwane byle_co, na przykład alfabet i jakieś przypadkowe dwa zdania, a następnie sprawdzała język po języku (z którymi ewentualnie mogłyby mi się owe hieroglify kojarzyć) jak też to wygląda. W efekcie mam wrażenie, że natrafiłabym na podobne wizualnie krzaczki i rozwiązała problem.

Tego co generuje Młody jednak w google wpisać nie sposób. Nie idzie tego nawet zrozumieć a co dopiero usiłować stworzyć transkrypcję fonetyczną. Pocieszam się jednak, że wszyscy bez wyjątku przechodziliśmy przez tę fazę w nauce mowy, a niektórym się nawet udało.

Nie jestem w stanie przytoczyć żadnego słowotokowego przykładu. Prędkość godna karabinu maszynowego mnie trochę onieśmiela.

Ponadto w gwarze miłościwie nam panującego Lokatora daje się zauważyć tendencja zoologiczna. Można akurat pochłaniać ulubioną drożdżówkę popijając ją obficie smakowitym sokiem – co jak wiemy jest jako czynność ulubiona celebrowane każdorazowo niczym święto narodowe – ale gdy tylko na horyzoncie pojawi się jakiś zwierz, bułka ląduje w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni a sok malowniczą hosanną rozbryzguje się na wszystkie strony wokół.

Bo Lokator zwykł kochać zwierzątka nad bułkę z kruszonką nawet.
Bo Lokator zwykł rezygnować z dotychczasowych rekwizytów błyskawicznie i całkowicie nieoczekiwanie – z impetem ciskając wszystko co krępuje mu pulchne dłonie gdziebądź.
Najchętniej za siebie.

Wysiadamy wczoraj z tramwaju linii 24 i kierujemy się w stronę schodów do przejścia podziemnego. Młody zobaczył gołębie. Cały szaro_ptasi zastęp. I wyciął w długą.

Spokojnie pozbierałam fragmenty nadgryzionej drożdżówki, butelkę z piciem i chustkę, w zapamiętaniu zdartą z głowy przez młodocianego ornitoentuzjastę i sandał lewy, rozmiar 23.

Wyżej wzmiankowanego (Młodego, nie sandał) odnalazłam gdy dreptał z groźną miną wokół ogłupiałych z lekka gołębi i pokazując ze znawstwem paluchem to jednego to drugiego, wydawał z siebie: łuuu łuuu.

Czyli, że niby co robi piesek.
Czyli, że niby szczeka.

Tak… dla Lokatora wszystkie zwierzątka to pieski. Tylko niektóre większe, inne mniejsze, a jeszcze inne latające.

Łatwiej tak, prawda?

Ciekawe co powie na komary.
Raczej trudno będzie wyjaśnić, że to nie ratlerki 😉


Sytuacje

Sytuacja pierwsza wygląda tak, że nie mam kiedy się po tyłku podrapać i chyba niedługo zacznę potrzebować w tej kwestii pomocy. Myślicie, że telefon do przyjaciela załatwi sprawę?

Na odpisanie czeka list od Lennki. Na napisanie czeka bajka dla Maćka. Na wypisanie czeka całkiem miły długopis znaleziony rano w parku.

Bo znów szłam przez park. Żaden skrót. Na około nawet i zupełnie inny azymut. Ale przyjemniej. W parku o tej porze dyżurują tylko ptaki i ludzie pospiesznie przemykający obrzeżami. Do swoich spraw. Do swoich prac, światów i priorytetów.

Takie roboty wielozadaniowe.

A ja lubię poranki w parku. Wtedy cały jest tylko dla mnie. Samolub taki jestem.

————

Sytuacja druga wygląda tak, że miotam się i początki z końcami pogubione sztukować próbuję. Tu chwycę, tam złapię, pociągnę. Czasem pasuje, częściej nie.

W sytuacji drugiej mamy kulisy sceny, na której rozgrywa się Zwyczajne Życie i aktorzy ze swadą recytują wyuczone dowcipne scenariusze. Gag za gagiem, oklaski i kurtyna. Kurtyna i oklaski. A pod spodem kurz, stęchły aromat konopnych sznurków i skrzypoty podłóg. Taka teatralność, tylko prawdziwa.

W sytuacji drugiej jest On i Ona, którzy próbują być Dwojgiem ale każde przez ładnych kilka lat żyło w pojedynczo. Oczywiście, że nikt nie mówił, że będzie łatwo, oczywiście powinno im się udać i oczywiście są na świecie większe kataklizmy niż rozmowa do trzeciej trzydzieści dokładnie o tym samym a prowadzona jakby jedno mówiło po chińsku.

Ważne, że o pół do czwartej spotkali się na jednym wniosku.

————

Sytuacja trzecia wygląda tak, że Piąty Element naszej układanki mocno nie pasuje. Nie dość, że nie pasuje to jeszcze burzy, niszczy i zwyczajnie psuje mozolnie ścibolony całokształt. Zupełnie jakby czerpał z tego organiczną przyjemność.

Nie za bardzo rozumiem ludzi, którzych świetnie charakteryzuje określenie pies ogrodnika… co sami zrezygnowali dawno dawno temu i wybrali całkiem inną dróżkę i całkiem innego po niej przewodnika, ale komuś na szczęście nie pozwolą – dla zasady.

Ale nie zmienia to faktu, że są tuż obok nas.

————

W sytuacji czwartej nie dzieje się nic.

Staruszek wstaje z ławki by nakarmić łabędzie. Białe szyje z gracją płyną w powietrzu choć potrafią też, gdy strach, przeciąć je jak ostrze miecza. Tafla wody marszczy się na wietrze. Jest stalowoszara a mimo to sprawia wrażenie ciepłej i miękkiej. Jeszcze rześkie powietrze zwiastuje ciepły, słoneczny dzień. Choć może jakaś burza wiosenna po południu? Kto wie.

Lubię burze.

Park też. Zwłaszcza o poranku. Na wyłączność.

Taki samolub jestem.

Kobiety i gen leminga w płacie… 4.99 za kilogram

Kobiety, poza tym, że posiadają wiele nieprzydatnych i niewiele przydatnych elementów natury ogólnej, wszystkie są stworzone do tego żeby się od siebie różnić. Każda jest indywidualistką, żadna nie założy tej samej kiecki co ją miała Ta Flądra Zocha gdzieś_tam w czterdziestym czwartym i wszystkie są wyjątkowe. Jak nie wiem co. Ale tak strasznie się od siebie różnią, że w zasadzie to są podobne. Jak dwie krople octu.

Znacie jakąś co lubi jak przy niej jakiś facet mówi: Bo Wy Kobiety…?

Ja osobiście znam wiele, która za ten tekst zastosowałaby cały wachlarz rozmaitych środków zapobiegawczo-naprawczych – od strzelecha focha, czy choćby nadąsanej lekko minki, poprzez wściek kontrolowany, puszczenie soczystej wiąchy, czy też na odrąbaniu delikwentowi głowy siekierą skończywszy – w tym naturalmą i ja, ale w sumie nie znam takiej co by jej to przynajmniej lekko nie podniosło poziomu cukru w cukrze. W najlepszym przypadku zignoruje, ale musi mieć dobry humor i wściekle dużo cierpliwości. Zaraz się oczywiście znajdą i takie, co nigdy, bo zawsze i w ogóle ale prawda jest taka, że Wy Kobiety, które mówi facet dokładnie w tym momencie, w którym to wypowiada, działa lepiej niż płachta na byka. Byk bowiem czasem się męczy. I zapomina. Baba nigdy.

Albo cycki.

Niejeden facet cieszyłby się i klaskał w powietrzu wszystkim co posiada plus tym co pożyczone od sąsiada, że w ogóle ma jakiekolwiek na stałe i nie musi nic robić – a już zwłaszcza przymilać się, kupować kwiatów, prawić komplementów, pilnować się żeby nie bekać i znosić różne inne jakże okrutne ograniczenia swobód obywatelskich – żeby sobie pooglądać, podotykać, pomiziać. Zresztą nadal twierdzę, że gdyby mężczyźni mieli biust, miejsc pracy byłoby jak mrówków, bo większość kolegów siedziałaby w domu i generowała przed lustrem kolejne uśmiechy.

A kobiety co?

Ta ma za duże, ta za małe, ta za bardzo, ta nie bardzo, a ta to w ogóle uszy jamnika. Albo pod pachami. Potem oczywiście zawsze jest jakiś ślizg na tyłki, brzuchy i uda a nawet łydki. Albo włosy. Generalnie wszystko do wymiany. Jak u jedynego we wsi mechanika gdy następny 100 kilometrów stąd.

Ja to bym sobie nawet kolana wymieniła. Bo w sumie po co mi takie. Zawsze jakieś inne są bardziej.

Albo pytania z cyklu: A misiu jak wyglądam?

I tu nie wystarczy jedyna politycznie poprawna odpowiedź: ładnie. Ładnie musi być z odpowiednim natężęniem, modulacją głosu, mimiką i gestykulacją, spojrzeniem i przy odpowiednim nachyleniu ziemskiej orbity względem poziomu decybeli, na jaki narażony jest przeciętny chłoporobotnik podczas ataku szarańczy. I oczywiście musi być stopniowalne.

– Ale bardziej ładnie, mniej ładnie, czy ładnie ładnie po prostu?

Przy czym trzeba pamiętać, że nigdy przenigdy nic nie jest po prostu. Ani tym bardziej mniej. Jednakowoż przy opcji z bardziej trzeba iście po sapersku uważać, gdyż w wypadku przedobrzenia wkopać się można jeszcze głębiej.

– Bo Ty mi powiedziałeś, że bardziej ładnie, a wyglądam przecież w tym grubo! Ty wcale na mnie nie patrzysz!!

Prawdopodobieństwo szóstki w totka to przy tym pikuś.

Albo sklepy…

Spotykamy się wczoraj ze znajomymi. Pięć bab, bo Nowy się sprytnie ewakuował. Mamy w planach pójść gdzieś posiedzieć, pogadać, zjeść, obrobić w czynie społecznym kilka tyłków. Przechodziny bardzo nieostrożnie bo przez centrum handlowe – niby, że od auta bliżej. Trzy sekundy i jedną wciąga Euro, lider RTV i AGD… Bo Ona sobie zmywarkę tylko obejrzy i momencik. Kilka kroków dalej jest czarna dziura i trójkąt bermudzki w jednym. Sklep z obuwiem. Znika następna. Jezusie nazareński. Stoimy, czekamy.

– O, świeczki! Jakie ładne!.
– O biżu briżit!
– O cokolwiek!

A potem jeszcze ja zobaczyłam książki i urwał mi się film.

Nie wiem ale to działa jak na te lemingi co niezwykle inteligentnie skaczą z byle jakiej skały do morza. Bo one czują, że jak nie, to nie wiem… eksplodują chyba. I tak grupowo raczej. Być może mamy ten sam gen gdzieś w jakimś płacie – bynajmniej nie śledziowym Panowie, bynajmniej – i ktoś go kiedyś odkryje, kto wie.

Tylko czy to cokolwiek zmieni?

Bo ja to się czasem czuję jakbym działała na pilota. Buty, torebki, zmywarki, turbogumonapawarki z wodotryskiem – nic. Za to wystarczy, że na horyzoncie pojawia się księgarnia, czy choćby niewielkie stoisko z literaturą – wzzium.

Wessało.

Rozumiecie więc, że nawet nie zdążę nigdy pomyśleć gdzie on, ten pilot znaczy, mógłby mieć wyjmowane baterie.

I każdy ma coś na co leci jak muchy do wychodka. Równie niezrozumiale co obligatoryjnie. Choć oczywiście do sweterków w pepitkę czy seksszopowych akcesoriów nie każdy się przyzna.

A Wy? 😉

Niechybnie dziś umrę przez zaziewanie

Ziuta
I jak było?
Bajka
W porządku.
Ziuta
Tylko w porządku?? Ja tu kciuki i w ogóle a Ty mi w porządku?!
Bajka
Kochana, ja przed każdym koncertem mam tremę jak stąd do Rzeszowa a potem się okazuje, że w porządku.
Ziuta
Do Rzeszowa wcale nie jest daleko.
Bajka
Może od Ciebie. Jak się jest na przykład na Bahamach to jest.
Ziuta
Ale Ty nie jesteś na Bahamach.
Bajka
O! Widzisz? W dodatku niszczysz mój światopogląd. Moje marzenia.
Ziuta
Ty mi kiedyś powiedziałaś, że nie ma Świętego Mikołaja to teraz masz za swoje.
Bajka
Bo miałaś 14 lat i chciałaś żeby Ci Mikołaj przyniósł pod choinkę Bartka z 8c…
Ziuta
Do tej pory nie wiem czy to był zbyt infantylny czy zbyt wyuzdany prezent 😉
Bajka
To zależy, czy Bartek wystąpiłby jeno w igliwiu czy jednak ze wstążeczką 😉
Ziuta
Jeny… wyobraziłam sobie tę wstążeczkę i gdzie możnaby ja zawiązać…
Bajka
Weź bo rechoczę no 😉
Ziuta
A tak bajdełej, jak tam ten Twój Nowy?
Bajka
Całkiem dobrze. Przeżył.
Ziuta
A robił zdjęcia?
Bajka
Robił. Co prawda wieczorem zrobiłam wstępną selekcję i oczywiście tylko kilka nadaje się by je komukolwiek pokazać a resztę należałoby spalić, zatopić, zabetonować i wysadzić w kosmos…
Ziuta
A co? Macie miny pod tytułem: kto pierwszy połknie dyrygenta?
Bajka
Coś w ten deseń. No wiesz… śpiewamy, więc jakby rozdziaw pełen i przegląd migdałków.
Ziuta
Hehe, to się chłopcom muszą podobać niektóre zdjęcia 😉
Bajka
Chłopcy też jak u laryngologa 😉
Ziuta
Uuuu…
Bajka
Przy tym ja to w ogóle wyglądam jak idź stąd. Tu jakaś krzywa, tu podbródek, tu zapomniałam wciągnąć brzuch a tu w ogóle wstyd się przyznać, że to nie wazon a jednak ja.
Ziuta
Ty miałaś śpiewać a nie wciągać brzuch.
Bajka
Trzeba być wszechstronnym i wielozadaniowym.
Ziuta
I na czym w końcu stanęło?
Bajka
Że w zasadzie to powinien mi robić zdjęcia tylko jak śpię, jest generalnie ciemno jak wiadomo gdzie i akurat zapomniał zdjąć osłonę z obiektywu.

_________________
Przykłady

Ps. Bardzo serdecznie dziękuję za przyjście i się_ujawnienie niejakiemu Goldie’mu. Fajnie jest potem móc kojarzyć komentarze z facjatą 😉

Depesza, pepesza i tymczasem

Sytuacja opanowana. Stop. Igor u Mamuta. Stop. Mamut ogarnięty. Stop. Ja lżejsza o kilogram stresu pod tytułem i co teraz. Stop. Nowy zostanie odznaczony medalem z kartofla. Stop. Nie wiemy co na to kartofel. Stop. Aktualnie jestem w drodze na nagranie. Stop. Jak przeżyję ten weekend to umrę zaraz po nim. Stop. Życzcie mi szczęścia i braku tremy. Stop. Postaram się wreszcie wstawić te zdjęcia ze Szwica. Stop. Bo i tak mam wyrzuty po mordzie, że Alty całe wieczory i ranki dłubała, żeby wlazły na zoto.com a tu nadal nic. Stop. Może jutro?

Stop.

Do zobaczenia.

Ranek

Szczekanie budzi nas jednocześnie.
Jakie szczekanie? Przecież my nie mamy psa!

To kaszel Igora.

U Igora kaszel nie bywa zwyczajnym symptomem. Kaszel zwykle zwiastuje kłopoty.

Nowy pojechał z Nim do lekarza.

Przedtem przez 30 minut usiłowałam streścić historię chorób mojego Syna. I to co według mnie najważniejsze. I że gdy choruje wcale nie jest osowiały i apatyczny, bawi się normalnie i uśmiecha, a temperatura to groźna rzecz, bo z reguły nie towarzyszy. Po raz pierwszy to nie ja, Matka. Nie ja, która zawsze przecież musi wszystko sama bo wie najlepiej. I nikt nie wie tak jak Ona. Bo nie.

No a jak to będzie, kiedy to nie ja usłyszę co Mu jest. Kiedy nie ja będę się wpatrywać w grymas twarzy Człowieka Ze Stetoskopem i skubać rąbek mankietu w oczekiwaniu na wróżbę. I może czegoś nie przekaże mi Nowy. Nie zapamięta. Może przejedzie za oknem tramwaj i zagłuszy coś co mogło być ważne, a On nie dopyta. Albo nie tak.

Niby ziemia nie zacznie się nagle kręcić w drugą stronę, ale…
Niby wiem, że świetnie sobie poradzi, i to nie jest konkurs omnibusów a tylko zwykła wizyta u lekarza, ale…

Bo zawsze robiłam to ja.

I właśnie uzmysłowiłam sobie, że nie powiedziałam Nowemu, że do rozpięcia dzisiejszej lokatorskiej koszulki nie trzeba rozbierać Go do rosołu. Bo ona ma w kroku taki zatrzask. I to wystarczy.

A to przecież ważne…

Tak, Nowy pojechał z Nim do lekarza.
A ja sobie z tym nie radzę.

Siedzę w pracy i bezmyślnie stukam w rzędy umownych znaków. I zrobiłam sobie przerwę bo gdzieś to nie_radzenie muszę wylać. Bo w środku mam, że powinnam tam być i czemu właściwie mnie tam nie ma. Powinnam rzucić w diabły i być. A z zewnątrz mam, że przecież przez to wcale nie jestem zła. A tylko pojechał akurat ten kto mógł. I wcale nie znaczy, że to gorzej.

To nic takiego. Doskonale wiem.
I jestem pewna, że obydwaj poradzą sobie doskonale.
Ale powiedzcie to temu czemuś we mnie.

Nieustające mamowanie, tak?
Czasem naprawdę srał je pies.

________________________
Płuca i oskrzela czyste.
Wirusówka.
Leki i trzeba obserwować.
To ja już jestem spokojna.
Albo przynajmniej spokojniejsza.