Absolutnie

Uprzejmie poproszę o szezlong. Albowiem nie mam gdzie malowniczo omdleć. Z wrażenia.

Zdecydowanie są informacje, które powinno się przyjmować tylko w pozycji siedzącej. I tu zaliczyłabym wszelkie śluby, ciąże, zmiany płci, wygrane w totka i inne nagłe zawirowania czasoprzestrzenne.

Zgodzicie się ze mną?

Jakby co to idę usiąść.
I może profilaktycznie pooddycham trochę do torebki.

Ps. Nie wychodzę za mąż i nie jestem w ciąży. To tak na wypadek gdyby się ktoś rozpędził w spekulacjach. Ale też możecie posiedzieć.

Sennik egipski dla opornych

Znaleźć w torebce kotleta – siedem lat tłustych Cię czeka, zainwestuj w niezły odplamiacz.

Posiadanie Dziecka – którego się przecież de facto nie posiada, bo to raczej jak z kotem, co to możesz żyć w przekonaniu, że Go masz ale to On ma Ciebie – to nieustanne żeglowanie po oceanie pełnym niespodzianek. Niby widoki piękne i przy okazji dobrego sternika można opłynąć świat dookoła, ale ani się nie obejrzysz a w scenariuszu wyskoczy góra lodowa, albo jakiś sztormik i już z naszego małego żółtego pontonika schodzi powietrze a my sami w charakterze rozbitka lądujemy gołym tyłkiem na piachu.

Bywa też zabawnie. Można się obudzić rano i ujrzeć Dziecię wymachujące nam nad głową świeżo wyjętym z zamrażarnika kurzym udźcem albo po prostu znaleźć w torebcie kotleta. Schabowego. Niedużych rozmiarów. Nadgryzionego w sposób jednoznacznie demaskujący schabokryjcę. Nie wiem… może Lokator uznał, że trzeba mnie podkarmić? Grunt, że kotlet w torebce był. Znajdowałam tam już klocki, ukochanego Misia Z Wydłubanym Okiem i lewą lokatorską skarpetkę w gustowne paseczki. Ale przyznaję, że kotlet przebił wszystko.

Igorowski w ogóle ma urocze zwyczaje. Na przykład zrywa wszelkie znajdujące się w zasięgu wzroku i swych macek etykietki. Normą jest już otwieranie puszki z pewną nutką ekscytacji i nadzieją, że to jednak nie będzie kolejna czerwona fasolka. Bo problemu nie ma gdy opakowanie jest przezierne. Ogórka widać gołym okiem. Natomiast czwarta fasolka wyselekcjonowana metodą chybił-trafił z ogołoconej piramidki doprawdy nie wpływa konstruktywnie na moje kulinaria.

A co gdy pastę do butów zostawi się na zbyt mało niedosiężnej półce? Powitajmy domorosłego Rudolfa Valentino i brand nju stajl, czyli czarny lok i subtelny wąsik. Z lekkim odchyleniem w kierunku lewego policzka. Zmywa się to to długo i namiętnie ale z pomocą odżywki do włosów i kremu nivea daje się nawet zniwelować powód do wrzasków i ogólnych cierpień.

Młody ma też ostatnio bardzo wyraźne upodobanie do zgłoski pe, wobec tego wiele znanych już w naszym domu postaci i określeń nabrało nowych znaczeń. Miś to piś, małpa to pałpa. No i ostatnio gotowaliśmy ogórkową:

– Igorku zjesz zupę?
– Zjeś pupę! Zjeś pupę!

Teraz droga Kasiu mam dylemat – czy martwić się, że z Syna rośnie kanibal, czy zmieszać, że erotoman. I czemu do cholery tak wolno.

Nagie pięści węża

Wzruszają mnie niektóre tytuły aukcji internetowych. Już nawet nie "kozak z charakterem", a na przykład "sukienka z rozcięciem na studniówkę". Zastanawia mnie czy w rozcięciu mieści się również bal maturalny, czy tylko studniówka. Wszystkie tekstylia są teraz stylowe, ekscytujące bądź zmysłowe, chyba, że to rękawiczki – wówczas są niezapomniane. To akurat miło bo samej zdarza mi się często zapomnieć swojej aktualnie posiadanej pary z domu, albo zostawić w autobusie. Obuwie jest albo nieziemskie albo rewelacyjne. Moim zdecydowanym faworytem są "wysublimowane czółenka"? No halo! Nie wiem z kim się autor na głowy pozamieniał ale proszę mi wierzyć, że to nie do końca udana transakcja była. Aha, żeby było ciekawiej hasło-wabik to teraz skumulowanie określeń "emo, punk, lolita oraz gothic". Atak modnie zbuntowanych małoletnich gwarantowany. No i oczywiście wszystko śliczne, stan idealny, a w gratisie królestwo i pół córki.

O "płaszczu za pupę" to już w ogóle nie wiem co myśleć. Rozumiem, że do łask wraca wymiana barterowa ale to było na zasadzie ja Ci płaszcz a ty mi trzy swetry. Ale za pupę…

Degrengolada jak nic.

Albo wielka niewiadoma, czyli "rajstopy z dwoma otworami, dużymi, białe". Zawsze myślałam, że rajstopy owszem duży mają otwór ale zdecydowanie jeden. Tymczasem jak widać wiele można się jeszcze nauczyć. Te miały łącznie trzy. Co najmniej. Znaczy spokojnie można było wskakiwać w nie bokiem. Z półobrotu. Haluta wysnuła nawet przypuszczenie, że może one takie seksualne bardziej są niż do noszenia, ale ja doprawdy nie wiem czy w kość udową da się wsadzić coś bez użycia chirurgicznego wiertła.

Poza tym nuda, Doda i cekiny.

I takie mam wrażenia po wieczornym buszowaniu w poszukiwaniu czerwonego płaszczyka. Bo straszną mam na niego ochotę i właściwie nawet mi nie przeszkadza, że nie wiem jak wygląda. Wierzę, że zakochamy się w sobie od pierwszego wrażenia i mam cichą nadzieję, że drugie wrażenie dostrzeże gdzieś jakąś miłą promocyjną cenę. W przeciwnym wypadku, miłość natentychmiast uda się do okulisty i nadal będę chodziła w swojej wygodnej i miłej acz mocno już wieloletniej kurtce.

Płaszczyka nie znalazłam ale wyszperałam boskie kalosze.

Trochę umarłam, przyznaję 🙂

Bardzo o filmach i kąpieli

Bardzo mi się podoba, że gdy w telewizji jest "Tango i Cash" – a jest dajmy na to dwudziesta pierwsza – i Sly Stalowy mówi, że fakju to każdorazowo tłumaczą niech was/cię/trójkołowy_rowerek szlag. Wyobrażam sobie jak nadużywanym zwrotem byłaby motyla noga u Pasikowskiego. Boguś Linda wyjmowałby przy tym świeżo wykrochmaloną chustkę – oczywiście w idealnym kolorze zębów Toma Cruise’a – ocierał kącik ust z emfazą i dzielił się z widzem refleksją w temacie swojego nowego tomiku poezji. I co taki widz do licha wie o zabijaniu? A wszystko z lekką nutką dekadencji, nonszalancji i z obowiązkowym grymasem w stylu średnio mnie to zwilża maleńka.

Słuchowiec jednak jestem. Mogę dostać dreszczy gdy ktoś mi trafi w ulubiony tembr i tonację. Mam kilku takich i o dziwo – bo filmy z nim to niekoniecznie ulubiam – Boguś dałby radę. Ale chyba bardziej Żebrowski jako Doktor Haust. Niby w samych slipach i niby taki niedomyty, niedogolony, niedospany a pamiętam, że wszystkie panie na widowni nawet mrugać starały się rzadziej niż powinny.

Dobry aktor nawet dupa powie przez "ł" przedniojęzykowo-zębowe.

Bardzo mi się podoba, że Lokator w kąpieli wyraźne ma preferencje.
Najpierw hipopotam, potem kaczka. Siada zawsze z tej samej strony wanny
– niekoniecznie tak jak większość waniennej populacji ma w zwyczaju,
zawsze sam zakręca kran a przy myciu zębów nuci. Ogólnie mam niezwykle
muzykalne Dziecko. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić czy to efekt
genów czy późniejszych przyzwyczajeń.

Niezwykle wyraźną preferencją jest też pełne uspołecznienie Lokatora i
nieustanne pragnienie towarzystwa. Osamotniony natychmiast prezentuje
całą gamę posiadanych wad i wpada w pluskiem w otchłań rozpaczy. Poziom
decybeli dopuszczalny na terenach mieszkalnych jest przy tym
przekroczony co najmniej dwukrotnie, więc posłusznie wracam, zajmuję
miejsce w pierwszym rzędzie i świat wraca do zwyczajowych proporcji.

Gdyby lakier wysychał tak szybko jak lokatorskie łzy, polubiłabym nawet malowanie paznokci.

Bardzo mi się podoba uczucie przyjemnego zawstydzenia, które mam gdy ktoś mi powie komplement. Od niedawna w sumie mam. Nie jestem przyzwyczajona. W czasie mojego dzieciństwa preferowało się raczej oszczędny w tego typu określenia wychów a w późniejszych terminach na ogół spoglądałam na śmiałka, który mnie brał pod włos, dość podejrzliwie i z przekąsem. Teraz chyba się po prostu uśmiecham. I powoli uczę się wierzyć, że niektórzy mówią to bezinteresownie. Bo już jakby mam pod trzydziestkę i wątpię by ktoś mnie chciał rwać jak świeże wiśnie. Zwłaszcza gdy pcham przed sobą dziecięcy wózek.

Mocno starsza pani w metrze powiedziała mi wysiadając, że pięknie pachnę i że bardzo przyjemnie się koło mnie siedziało. I że się uśmiecham jak wiosna.

Tak, nadal się w takich sytuacjach czerwienię.

Hamaczek poproszę… i drinka z palemką

Marzy mi się przynajmniej tydzień odpoczynku. Ale takiego totalnego, żebym nawet chcąc ruszyć palcem musiała wysłać do mózgu podanie z trzema znaczkami skarbowymi i zdjęciem. I doprawdy nawet nie musi być Teneryfa. Wystarczyłby namiot na Mazurach. Byle w głuszy i z zapasem sprayu na komary. Jestem permanentnie niedospana, wszędzie gdzieś pędzę i w bardzo widoczny sposób potrzebuję fryzjera. Chcę pobyć trochę w bezruchu, żeby mnie zdążył malowniczo opleść jaki bluszcz i żeby mi Pani W Tramwaju mogła powiedzieć, że wyglądam jak pomnik Chopina. Cała zaśniedziała. Serio serio. Może tylko z gołębiami dałabym sobie spokój. Normalnie poza tym to mogłabym być siostrą bliźniaczką Fryderyka.

Fryzjer. Zanotowałam.

Włamię się do jakiegoś salonu i kategorycznie zażądam pomocy. W końcu to pierwsza pomoc, prawda? Nie może być tak, że się co rano mam stany lękowe na myśl o lustrze. Bo nie wiem co tam zobaczę. Nie no ogólnie w tym momencie moje włosy to dramat. W pięćdziesięciu aktach. A w czapce to tej zimy kurde nie bardzo sie widzę. Włosy to rzecz stanowczo przereklamowana i fryzury powinny się dobierać automatycznie do naszego najaktualniejszego nastroju.

Chociaż jak sobie pomyślę o nagłych zmiennych typu wkurw i tym co musiałoby się wówczas dziać z upierzeniem, to otoczenie mogłoby nieco protestować. Natomiast z pewnością i całą stanowczością twierdzę, że ewentualne mordy popełnione przez kobiety w fazie Włos Mi Odrasta Wszystko Mnie Wkurwia Umieram, powinny być z góry, z dołu i z boku wybaczane. Inaczej się nie da. Pewne bitwy wymagają ofiar.

Dobra, jak zaraz nie znajdę czegoś co lubię to wyjdę na ulicę i nastukam pierwszej napotkanej w bramie staruszce. Albo kibicowi. Albo kotu. Wszystko jedno. Komuś się wgryzę w tętnicę.

Zatem…

O! Uwielbiam serię "Polityki" Cała Polska Czyta Dzieciom. Właśnie zakupiłam tom dziesiąty – "Ferdynanda Wspaniałego". Młody wkroczył akurat w fazę żywego zainteresowania słowem czytanym, więc jest szansa, że za lat kilka osiągnę absolut. W tym przypadku będzie to kawa + książka + Dziecko z własną lekturą obok. I sielanka. I samo_rozwieszające_się pranie. I almette z czosnkiem niedźwiedzim.

Co do jest do cholery czosnek niedźwiedzi?

Pozostając w tej niewątpliwie porażającej niewiedzy względem biologii, odkryłam dziś po raz kolejny, że wystarczy do zwykłej pomidorówki dorzucić garść suszonej papryki i zawartość słoiczka czarnych oliwek, by zyskać prawdziwie śródziemnomorski aromat i doskonały smak. Mała rzecz a cieszy.

A czy mówiłam, że byłam na kolejnej rozmowie w sprawie przedszkola? Nie. To powiem. A raczej napiszę. Otóż deptałam od czasu pewnego ścieżki do Pani Dyr, bo przedszkole – jak wszyscy wiemy, a jeśli nie wiedzieliśmy, to właśnie mamy okazję ów dogmat poznać – nie jest zwykłą placówką, w której Miłe Panie opiekują się naszymi Dziećmi a Pani Dyr z łagodnym uśmiechem dogląda swojej trzódki zza węgła tudzież okiennych żaluzji. Przedszkole to przywilej, z którego nie każdy jest godzien skorzystać. Na samą audiencję u Przewielmożnej czekałam miesiąc. A i tak przyznaję, że przebicie się przez zwarty szereg: nie ma, na urlopie, nie ma czasu, a czy spotkanie umówione, proszę nazwisko… pochłonęło sporo energii. Nie mam pojęcia kto i w jaki sposób prowadzi castingi na przedszkolaków w innych miejscach, ale przyznaję, że szereg pytań zwiadowczo-naprowadzających w wykonaniu Pani Dyr mnie z lekka powalił i w solidnym a niewygodnym przykurczu trzymał spory czas. W tym mój osobisty faworyt:

– A czy Synek jest żywy?

Jak wychodziłam do Pani to jeszcze był. Ale nie wiem bo jakby trochę tu kwitłam pod drzwiami.

Dobra. Następna tura pod koniec lutego. Mam przyjść się pokazać. Rozważam też przyniesienie oprawionego w ramki portretu. Powinno znacznie ułatwić sprawę się_pokazywania. – O! Widzi Pani? Tu mam taki ładny dołeczek jak się uśmiecham. I to jednak tak jak myślałam trochę mit, że samotne matki mają pierwszeństwo. Totalna bzdura. Swoje trzeba wydeptać, wystukać i na ławeczkach odsiedzieć. Zawzięłam się jednak i ścieżkę wychodzę. W żłobku się udało to i tu się uda. Kwestia motywacji. Moją jest wizja Lokatora dziarsko przemierzającego kolejne kilometry – wzrokiem – w autobusie jakiejś podmiejskiej linii. Mają długie trasy. Albo smycz i kaloryfer. No… ale smyczy nie mam i średnio widzę ZTM w charakterze niańki. Obawiam się, że kierowcy nie posiadają odpowiednich referencji. Zatem jak widać bardzo jestem ukierunkowana na przedszkole. Jednak.

I świetny tekst dosłyszałam w metrze z ust jednej takiej z wyglądu Małoletniej: – Ona myśli, że jak On przy Niej usiądzie, to Ona mu od razu nogi na szyję założy…

Nie ma co. Młodzież wygimnastykowana teraz. Szacun i inne wyrazy 😉

Idę spać.

Szukam palacza na kajak

Są takie dni w tygodniu, kiedy właściwie mogłabym stale przebywać w pozycji horyzontalnej i ani na chwilę się nią nie znudzić. Jak tak pomyślę, to każdy z siedmiu się kwalifikuje.

Poniedziałki są z zasady lekko przesrane bo po weekendzie człowiek do roboty nie nawykły i ma większość w odwłoku a to co się nie zmieści, w drodze wyjątku, w poważaniu. Głębokim. W poniedziałki w tramwajach po butach depczą nam borostwory i zawsze pada deszcz. A jak czasem się zapomni i nie spadnie, to i tak rano nie mamy się w co ubrać i włosy sterczą nam na wschód, jak akurat chcieliśmy na północny zachód.

Wtorek jest do bani bo po poniedziałku, który był naszą taryfą ulgową, jednak już trzeba się wziąć i w garści trzymać. A do piątku daleko. We wtorki rodzą się sami seryjni mordercy i psychopatyczni maruderzy. Chyba, że po czternastej, bo wtedy na ten przykład czasem się zdarzy autorka jakiegoś bloga. Może być radziecki.

Środa jest w środku czyli tak właściwie nijak. Ni to początek tygodnia, ni koniec. We środy nie dzieje sie nic ciekawego i wszyscy notorycznie ziewają albo drapią się po jajkach. Opcjonalnie. Są też jednostki wybitne, które wypracowały sobie system i potrafią wykonać obie rzeczy równocześnie ale nie jestem pewna czy to zasługa środy. Nawet porządnie pomarudzić na nią się nie da, więc spuśćmy na środę zasłonę milczenia i przejdźmy do czwartku.

Czwartki są miłe ale nadal wkurwiające bo to jeszcze nie piątki. Czwartki mają to do siebie, że jak się zaczną to za kilo wiśni nie chcą się skończyć. A jak się kończą to zawsze nie tak jakbyśmy chcieli. Albo się zaiwania na wysokości lamperii i pod koniec dnia na stojąco wiążemy sobie sznurówki, albo wykańcza nas ziewanie i złamany paznokieć.

W piątki budzik zawsze dzwoni o milisekundę za wcześnie i nanodecybel za głośno byśmy nie rzucili weń jakimś soczystym bluzgiem. Bądź kapciem. Budziki to wredne łajzy i obstawiam, że w poprzednim życiu wszystkie były różowymy kucykami pony. I teraz się mszczą za tę majtkową paletę barw. Na szczęście piątki zwiastują też koniec tygodnia pracy i początek Wielkiej Laby.

Wielka Laba zaczyna się w sobotę i gdyby nie obecność małego upierdliwego gnoma, w niektórych kręgach zwanego Dzieckiem, byłoby czarownie do wypęku. Tymczasem już na wstępie zaliczamy wkurw dziki a nieokiełznany, gdy o szóstej.piętnaście, w godzinie wilków z chorym pęcherzem i telezakupów w mango, budzi nas gromkie i radosne: – Mama ee?! co w wolnym tłumaczeniu oznacza ni mniej ni więcej tylko: – Teraz mi się nudzi i mnie zabawiaj bo jak nie to wyjmę Ci tchawicę przez ucho i zrobię z tego ukulele. Nie chwytamy młotka tylko dlatego, że z reguły albo nie możemy go znaleźć albo nie mamy siły. Sobota mija szybko i niepostrzeżenie, czyli jak wszystko co dobre i potrzebne dla zachowania resztek zdrowia psychicznego. I już mamy wieczór i siedem absolutnie_do_obejrzenia filmów na siedmiu kanałach w tym samym czasie. Oczywiście w pozostałe dni tygodnia najciekawsze są obrady sejmu i nocne porno-krzyżówki na polsacie. Wybieramy bramkę numer trzy czyli puszczamy kino własnego sortu, na dvd, po czym zasypiamy już na pierwszym bardziej rozbudowanym dialogu. Ale gnom śpi i ogólnie jesteśmy przeszczęśliwi, że nic nie wisi nam na spodniach i nie marudzi/krzyczy/wyje/śmierdzi. Doprawdy niewiele do euforii nam brakuje, zwłaszcza gdy przechodzimy w fazę REM.

W niedzielę jeszcze mamy dobry humor ale z godziny na godzinę mamy też coraz większego globusa i świadomość nieuchronnie nadchodzącego poniedziałku. Niedzielę lubi tylko ksiądz proboszcz na plebanii i jego taca oraz wielbiciele szpitala w Leśnej Górze – najśmieszniejszego serialu science-fiction w historii polskiego kina, którego odcinek miałam ostatnio okazję obejrzeć i szczerze doceniam wyobraźnię scenarzystów. Wniosek mam, że najwyraźniej żaden z nich nie zbliżył się nigdy do szpitala na odległość bliższą niż rzut piłką lekarską, ale może to i dobrze.

Na szczęście już niedługo piątek.

Wszelkie konotacje z rzeczywistością są absolutnie nie na miejscu a podobieństwa do miejsc i zdarzeń są tak przypadkowe, że prędzej spotkamy własny szalik w słoiku z dżemem. I on powie nam dzień dobry.

Osobiście uwielbiam poniedziałki, gdyż ponieważ albowiem jako rasowa Matka Wyrodna mogę skorzystać z instytucji Żłobka – czyli jak pamiętamy miejsca, gdzie małoletnich przerabia się na parówki – i nieco wypocząć w pracy. Zwłaszcza po weekendzie z ładunkiem wybuchowym w charakterze butnego i pełnego energii dwulatka, z którego niestety nawet po wielu bliższych oględzinach nie da się wymontować baterii i o którym myślimy – bywa – z bardzo ambiwalentnym natężeniem.

Osiem godzin niczym nieskrępowanego kontaktu z dorosłymi, szansa na wypicie ciepłej kawy w czasie dłuższym niż siedem sekund, w pełni słyszalne wiadomości w radio i brak kukurydzianych chrupek w dekolcie. No i CAŁY "Przekrój" w tramwaju.

Niekiedy praca to poemat.
Pal sześć, że dygresyjny.

Jeśli napiszę, że kocham swój budzik proszę mnie dobić.
Niech się nie męczę.

Wuzetka plus kawa

Powodowana dziką chęcią zysku oraz duchem rywalizacji donoszę, iż nadal bijemy się o Złotą Patelnię. Do strefy jurorów i ich ocen zabrakło 9 głosów, może więc teraz pójdzie lepiej. Taki laptop to jednak nie w kij dmuchał. Prawdaż?

Zatem drodzy Czytelnicy… uprasza się o zwarcie mocy przerobowych i nadużycie wszelkich dostępnych komórek, kilka niedostępnych również nie zawadzi. Nie gwarantuję żadnych nagród i nic obiecywać nie będę – nie ukrywam jednak, że to duuuuża frajda pobyć przez chwilę na wyżynach 🙂


Jeśli ktoś chciałby na mnie zagłosować również
w trzecim etapie blogokonkursu, to ja się oczywiście bardzo ucieszę. Znaczy to, że ponownie można wysłać sms (też tylko jeden z jednego numeru) i wybulić drugą złotówkę (w szczytnym mam nadzieję celu).

SMS O TREŚCI A01222 POD NUMER 71222



Ukłony, podziękowania i sernik na zimno.
Z brzoskwiniami i galaretką.
Z wierzchu.

🙂

Motyw żaby a zarost w stylu PKP – rozprawa poglądowa

W związku ze związkiem, że lokatorska chorość płucna nałożyła się na bal karnawałowy w Żłobku (tak… teraz już od najmłodszych lat robimy lansu lansu a kto wie, może niedługo będzie tam casting do "You Can Dance"), a ja obiecałam, że – Synu, przebierzemy Cię i będzie fajnie, zobaczysz! – i Lokator już się jakby zdążył napalić jak Arab na kurs pilotażu… jako Mamut Wzorcowy posłałam dziś Dziecia do żłobka w stroju… tu werble proszę… żaby.

Miejsca na rechot pozostawiam jakby dużo.

Potomek do wyboru miał, z racji zaposiadanych w domu tekstyliów i okolicznych rekwizytów:

a – strój Jezuska ze stajenki (dziecięca wersja stroju Adama, z pieluchą w miejsce figowego liścia)
b – strój czarodziejki Witch (ostatnio była u mnie koleżanka z pomysłem, że od ponad dwóch lat mam jednak córkę)
c – strój rockmana czyli klasyka (lokatorskie ubranie codzienne, czyli czarna koszulka w czaszki, bojówki moro + plastikowa gitara)
d – strój żaby czyli bóle w stawie (zielone rajtki, zielona bluza i pelerynka w żaby z kapturem z oczami i ogólnym wodotryskiem)
e – strój kowboja czyli Clint i rewolwer (do pożyczenia od Jednej Koleżanki Z Pracy)
f – strój biedrony czyli ekologia na wesoło (do pożyczenia od Drugiej Koleżanki Z Pracy)

Wybrał żabę z takim entuzjazmem, że nie miałam sumienia przekonywać Go, iż w przyszłości ma szansę gorzko tego pożałować. Bowiem z podobnie gorącym przyjęciem Akcja Peleryna i uroczy Przebieraniec spotkali się ze strony żłobkowych Ciotek Etatowych, które obiecały okolicznościowe fotki i żabki z kolorowego papieru w wykonaniu innych Dzieci. I ogólną imprezę o charakterze spontanicznym.

Naprawdę lubię mój Żłobek. A Ciotki to w ogóle. Gdybym miała ich zdjęcia, nosiłabym stale w portfelu.

Nie wiem tylko czy Lokator w przyszłości jako Młodzieniec Z Wąsem W Stylu PKP (czyli co stacja to kępka), natrafiwszy na archaiczny portret w żabo_pelerynie, będzie podzielał moje aktualne zachwyty. Istnieje posybilitacja, że poczerwienieje – jako kiedyś macierz ujrzawszy się w wersji przedszkolnej Krakowiaczek Ci Ja – strzeli focha i kategorycznie odmówi oddania albumu grożąc, że go zje, podpali, zakopie oraz utopi w studni.

Kolejność dowolna.

Ponieważ, czyli apel

Ponieważ wszelkie małorozmiarowe dobra po Lokatorze posłałam już w świat, czytaj innym potrzebującym Małym Ludziom, a znajoma znajomej znajomego właśnie świeżo powiła Dziecię (płci męskiej) i raczej mało dlań posiada…

…wszelkie osoby posiadające za dużo i chętne do pozbycia się części ubranek na rzecz tegoż Mężczyzny, proszone są o pilny kontakt mailowy:

pasztetowa_raz@gazeta.pl


z góry oraz z dołu
w różnych imionach
dziękuję

____________________________________________________________
Uprasza się osoby czytające, zahasłowane blogi posiadające o podanie dostępu na adres powyższy. Wolałabym nie wywoływać do tablicy ale widzę w statystykach. Milej byłoby mieć równe prawa 🙂