Notka uprzejma

Uprzejmie informuję osobę, która trafiła na mój blog poszukując odpowiedzi na pytanie:

CO ZROBIĆ ABY DOBRZE WEPCHNĄĆ?

że to zależy…

Sądząc po pojemności szafek w moim mieszkaniu nie trzeba robić nic szczególnego – dobrze wypychają się same i w dodatku nie wiadomo kiedy.

Jeśli chodzi zaś o przesyłki polecone upychane w skrzynce to mistrzem na mistrzami jest mój Pan Listonosz – potrafi tak wcisnąć nawet największy format, że przesyłka nie dość, że dramatycznie zmienia kształt, to jeszcze daje się ją wyjąć tylko etapami, dzieląc na fragmenty. Nie wiem czy ktoś jeszcze jest posiadaczem dzieł tak bardzo zebranych jakiegokolwiek autora. Ja jestem.

Natomiast jeśli problem dotyczy Dziecka i piekarnika, to z przykrością muszę zauważyć, że w pewnym wieku się już nie da. Przynajmniej nie w jednym kawałku.

Kolejnym szczęśliwcem będzie dziś człek, który zawitał do mnie przeszukująć sieć pod kątem zagadnienia:

KOBIETA FATALNA CZY ZLEWOZMYWAK?

Jeśli mogę doradzić, to zdecydowanie zlewozmywak. Zdecydowanie. Ładny, miły, małomówny i jeszcze garnki pozmywa. Kobiety fatalne z reguły nie robią nic dobrego a jak już im coś przez przypadek wyjdzie to z reguły są to włosy, które jak wiemy z upodobaniem dzielą na czworo albo ratują w SPA i innych biologicznych odnowach za grubą kasę… Zdecydowanie zlewozmywak.

W przypadku zaś hasła-klucza:

MAJTKI PRZEZ GŁOWĘ

Rzec mogę tylko tyle, że z żarówką w ustach jest ponoć zdecydowanie łatwiej. Przynajmniej można się potem skupić na czymś innym. A i niech na ostrym dyżurze mają ubaw. Należy im się.

W następnym odcinku mili Czytelnicy może odpowiemy sobie wspólnie na pytanie:

CZY GAŚNICĄ MOŻNA ZROBIĆ DOBRZE?

Bo ja przyznaję, że po światłym acz wewnętrznym spostrzeżeniu – chyba koniowi – usiadłam i rżę.

I tak oto nieustannie instytucja blogowych statystyk wprawia mnie w dobry nastrój 🙂

Epopeja przedszkolna, ciąg dalszy

Dzieci rosną w imponującym tempie. Tak płynnie przeszliśmy w akuratny rozmiar 98 i mówienie zdaniami w miejsce pojedynczych wyrazów, że nie zauważyłam braku zimy. Obecnie przechodzimy etap A TO??, czyli niekończących się pytań prowokujących niekiedy do wad zgryzu – zwłaszcza gdy zęby same zaciskają się po takich upojnych 8 godzinach. Czyli klasyka gatunku. Będzie jeszcze trochę takich upierdliwości podejrzewam zanim się Młody naumie co nieco. Chwilowo zachwyca bliskie otoczenie doskonałą znajomością praktyczną proszę, dziękuję, już nie chcę i starczy. No i oczywiście śpiewaniem o poranku.

W Przedszkolu, do którego mam nadzieję odprowadzać Lokatora od września, zorganizowano Dzień Otwarty. To taki podwójny pretekst, by Część Rodzicielska obejrzała Ciało Wychowawcze oraz okolice, a Ciało Wychowawcze na podstawie kilku spojrzeń oceniło, czy Dziecko to nie młodociany psychopata albo marudna beksa a rodzice będą grzecznie płacić. Dzieci wydają się najmniej zainteresowane obserwacjami, ponieważ po prostu podchodzą do zabawek i na dłuższą chwilę są w innej galaktyce.

My przyszliśmy w stylizacji zerowej, czyli bez krawatów, odprasowanych koszulek z mankietami i lakierków. Wystarczyła nam bluza i dżinsy. Mieliśmy za to ze sobą Ciotkę Hal i wyraźny strup na świeżo rozbitym lokatorskim nosie, co jakoś mało chyba licowało z typowym modelem Tatuś, Mamusia plus Grzeczny Bobasek. Już na wejściu padło pytanie o kontuzję oraz seria spojrzeń z cyklu: jeśli grałaś Nim w krykieta, to słabo Ci szło maleńka. Zgodnie z prawdą objaśniłam, że Lokator biegł a drzwi wręcz przeciwnie, stały w miejscu i ani drgnęły, wobec tego nastąpiła defragmentacja czasoprzestrzenna i… se rozwalił. O!

Na szczęście potem zyskaliśmy przychylność Ciała Wychowawczego. A to wszystko dzięki złotym lokom Loczysława, bezpośredniości w komunikacji, śmiałości w zdobywaniu zabawek, serii roztapiających każdy lód uśmiechów oraz braku problemów z jakąkolwiek adaptacją. Podejrzewam, że dla Dziecka, które od czwartego miesiąca życia znaczną część dnia spędza w Żłobku, coś takiego jak adaptacja w ogóle nie istnieje. Igor zaklimatyzowałby się nawet na Księżycu. O ile oczywiście nie potrzebowałby do szczęścia tlenu i odpowiedniej temperatury.

Przedszkole, wraz z Personelem Dowodzącym, zrobiło na mnie dobre wrażenie. Nie szukam nie wiadomo jakich doznań, więc ciekawe wyposażenie sal, ogólna schludność i przytulność mi w zupełności wystarczyły. Są zajęcia dodatkowe, na które można ale nie trzeba, jest fajny program z dużą dozą literatury, nie ma problemu z początkową pieluchowatością nieletnich, zwłaszcza gdy tak jak mój dopiero uczą się lubić nocnik, albo z tym, że zabraknie nam miesiąca do tych trzech wymaganych lat i kobiety są normalne, takie bez zadęcia, nadęcia i zbytnich zapędów filozoficzno-religijnych, co mnie jednak mocno podkurza. Budynek stary i duży, mocno peerelowski ale przyjaźnie odremontowny i miły. Kojarzy mi się z zapachem zupy jarzynowej i kredek z mojego dzieciństwa. Może dlatego postanowiłam, że tu będę przyprowadzać mojego Syna. Nie byłam nawet nigdzie indziej. Jest blisko, po drodze i sympatycznie. Poza tym widać było, że Igorowi się podoba – w końcu ten regał samochodów różnej maści i całkiem żywy żółw w terrarium zobowiązują.

Wystarczy. W przedszkolu ma Mu być dobrze, ciepło, bezpiecznie i możliwie jak najmniej nudno. Miłość i resztę świata dostanie w domu.

I to by było na tyle podchodów. Teraz czekamy do 21 kwietnia na wyniki rekrutacji i wywieszone listy przyjętych szczęściarzy, ale pozwolę sobie być dobrej myśli. Młody sam w bardzo wyraźny sposób i bez najmniejszego wysiłku wywalczył sobie miejsce w sercach Pań Przedszkolanek, mam więc nadzieję, że i rozbity nos ich nie przestraszy.

Very Superstitious

Niedawno na angielskim było o przesądach. Anglicy to jednak zboczeńcy i sadyści. Nałogowo dotykają drewna i sypią solą przez ramię. A jak by tak na ten przykład ktoś za nimi szedł? I akurat zupełnym przypadkiem nie posiadał osłony hutniczej? Ha! To by było. A mówią, że tacy spokojni ci Anglicy. U nas jednak porządniej. Wiadomo – zakonnice z wiadrami, bo niby na kij im te wiadra skoro mają gromnice, przechodzenie pod drabiną, bo to niebezpieczne, zwyczaj by przysiąść na moment, gdy się czegoś zapomniało zabrać, bo nigdy nie wiadomo czy jeszcze coś się nam nie przypomni, chuchanie na znaleziony drobniak, czerwone majtki na studniówkę i takie tam. Tylko z czarnymi kotami się nie zgodzę, bo te akurat są bardzo w porządku.

Kolega ma jednego i on działa jak pies obronny. Tyle, że z wysokości. Kiedyś udaremnił włamanie zrzucając na złodzieja puchar, który stał na szafie. Puchar był spory, blaszany i za osiągnięcia sportowe a szafa była wysoka. W efekcie rumor obudził właściciela mieszkania, szafy, pucharu i kota, przestraszył włamywacza i jeszcze sprowadził na górę ochroniarza. Wszystko w ułamku ułamka, więc niedoszły rabuś został złapany za kark i na komendę. A kot od tej pory ma ksywę Terminator i przyzwolenie na drapanie mebli.

Ja osobiście mam kilka swoich szajb, ale nie wiem czy to się jeszcze mieści w kategorii konkursowej, czy już kwalifikuje do Tworek.

Gdy widzę kominiarza to zawsze ale to zawsze łapię za guzik. Choćby nawet nie należał do mnie. Udało mi się nawet zawrzeć w ten sposób kilka udanych znajomości i jeden prawie związek małżeński, ale to było dawno i na szczęście wystąpiła okoliczność przedawnienia oraz Urodziwa Mariola. Gdyby nie to miałabym dziś strasznie śmieszne nazwisko i mało śmieszną gromadkę dzieci. A sądząc po charakterze Prawie Niedoszłego, który to niestety dramatycznie nie miał szans się zmienić, nie byłabym zbytnio szczęśliwa.

Gdy widzę kota, niekoniecznie czarnego, nie dość, że nie spluwam, nie zawracam i nań nie wrzeszczę żeby spierdzielał, to jeszcze nie ma bata bym nie zawołała kici kici i nie wyszperała czegoś z torebki. Ten ostatni został potraktowany petitkiem i trzeba przyznać, że chyba się polubili. Choć nie do końca jestem w stanie stwierdzić to po herbatniku, gdyż ponieważ albowiem znikł nad wyraz szybko. I z chrupnięciem.

Gdy widzę kogoś czytającego książkę i mam możliwość podglądnięcia tytułu, zawsze ukradkiem zerknę.

Czasem mam fazę na chodzenie według jakiegoś klucza i albo stąpam tylko po pękniętych płytkach, albo tylko po pełnych, albo synchronizuję kroki z aktualnym towarzyszem marszu.

Boję się wchodzić do piwnicy sama, więc ostatnio poszłam ze zrzewką papieru toaletowego. Bo akurat był pod ręką.

W szufladzie trzymam młotek, centymetr i taśmę klejącą. Za to gwoździe w schowku na buty, przybornik krawiecki w szafce z ręcznikami a nożyczki na parapecie. Nie wiem czemu, ale gdyby mi ktoś to posprzątał i zebrał do kupy, w życiu bym nie znalazła w potrzebie.

A na przykład gdy widzę tramwaj numer 13, to od razu biegnę. Być może
ma to związek z faktem, iż w 99 na 99 przypadków właśnie mi zwiewa a ja
jestem dramatycznie spóźniona gdzieś_tam, ale oczywiście może być inne
wytłumaczenie. Freud by znalazł coś z seksem.

Kiedyś, gdy bardzo usilnie czegoś pragnęłam, albo równie bardzo nie mogłam podjąć jakiejś decyzji, uprawiałam myślenie magiczno-życzeniowe, czyli coś w stylu: jeśli teraz wejdzie pan w zielonym płaszczu, to powinnam to i to. Pamiętam, że była to jakaś głęboka podstawówka na wylocie a ja się oczywiście śmiertelnie kochałam w Takim Jednym. I oczywiście byłam wściekle nieśmiała a policzki płonęły mi rumieńcem ognistym nawet w wypadku przejścia obok Niego korytarzem, choćby nawet był na jego najodleglejszym końcu. Wykradłyśmy w końcu z Przyjaciółką dziennik z pokoju nauczycielskiego i zdobyłyśmy Takiego Jednego numer telefonu. Z zapasem żetonów poszłyśmy pod budkę telefoniczną, odstałyśmy swoje w bezpiecznym oddaleniu żeby było wiadomo, że kto miał dzwonić już zadzwonił i nie ustawi się żadna nieoczekiwana kolejka i zbierałam się do wykonania tej niezwykle stresującej misji by w końcu powiedzieć Mu jakoś prosto z mostu, że mógłby mnie w końcu zaprosić do kina Szarotka, bo może nie wie że chce. Pomyślałam sobie, że jak teraz zatrzyma się przed budką samochód dostawczy z piekarni i wysiądzie zeń ruda baba z walizką, to idę i niech się dzieje. Było to tak nieprawdopodobne, że aż powiedziałam Przyjaciółce. Zabiła mnie śmiechem i powiedziała, że równie dobrze od razu możemy wracać.

I wiecie co?

Wtem…

No pewnie. Podjechał samochód, z piekarni, wysiadła baba, kasztanowo ruda, z neseserem i wszystko normalnie jak ze scenariusza. Wcięło nas obie. Znaczy mnie i Przyjaciółkę, nie mnie i rudą babę. Potem przez pół godziny spierałam się, że neseser to nie walizka. A gdy wreszcie zatelefonowałam, okazało się, że Obiekt Westchnień wyszedł pograć w piłę z kolegami. I tak o! Potem kino Szarotka zamknęli, ale mnie i tak przeszło, więc nie tonęłam w dzikiej rozpaczy. Tylko żetonów miałam po kieszeniach mnóstwo. Ale historia jest niezła i nauczyła mnie by rozważnie wymyślać różne takie Mount Everesty dla marzeń.

A Wy jesteście przesądni?

Marud Straszliwy vs Zły Pies

Rano w okolicznościach medycznych straciłam górną siódemkę.

Leżałam sobie na fotelu do góry nogami a w otworze gębowym miałam tyle rzeczy, że szczerze się zdziwiłam, że jest tam jeszcze miejsce na zęby. A potem szycie, myk myk i po sprawie. Minusem jest niewątpliwie to co poczułam gdy znieczulenie przestało działać. Plus jest taki, że ta siódemka była ostatnia.

Poza tym boli mnie brzuch, mam grube nogi, podkrążone oczy i czuję, że absolutnie ale to absolutnie nikt mnie nie lubi. Oczywiście, że ten stan mija. Nie takie pms-y się w życiu miało.

Jednakowoż obecnie leżę i cierpię. A raczej siedzę.
A za chwilę w dodatku będę musiała wstać i cierpieć w ruchu.

Podłość ludzka nie zna granic.

Ps. Statystyki też mnie wkurwiają. Masa ludzi wchodzi tu chyba tylko po to by trzasnąć wyimaginowanymi drzwiami. Tak, jestem dziś jak osa. Tylko talii takiej nie mam.

O krowim placku, parasolu i brojlerze

Skacząc po kanałach celem totalnego ogłupienia i nabrania chęci na sen, natrafiłam na arcydzieło polskiej kinematografii lat dziewięćdziesiątych, czyli "Młode Wilki". Poza Jakimowiczem, który wygląda tam jak idź stąd, gra równie przejmująco co krowi placek podczas dżdżu i jak zwykle jest nikim ale rzuca się w oczy, urzekła mnie dramaturgia. Muzyka albo pościelowa do granic panoramicznego rzygu albo w stylu dreszczowców z lat wczesnopięćdziesiątych. Tylko jakaś Lipnicka w starym Various Manx w tle się broni, ale to i tak chyba tylko przez sentyment.

Nie mogę oglądać takich filmów bo potem wzmaga mi się perystaltyka. I ziemniaki same czwórkami wychodzą z piwnicy. Naprawdę ktoś na to poszedł do kina? Z własnej i nieprzymuszonej? Gra aktorów jest tak drewniana, że sceny w lesie musieli chyba kręcić z czerwonymi opaskami na ramionach żeby operator wiedział, że to nie brzoza.

Trzydzieści sekund wystarczyło. Po tekście "w dupie mam księżyc i chce mi się wyć" pognałam z rechotem rozwiesić pranie. Księżyc jak księżyc ale proszę spróbować otworzyć w tyłku parasol. Wrażenia mogą być jak mniemam niezapomniane.

——————————

Pralka znów pożera mi skarpety.
Po jednej.

Jak się wkurwię to jej nawet hydraulik Zając, co od trzydziestu lat naprawia jedną pralkę calgonem, nie pomoże.

——————————

Na marginesie:

Lokator na skarpetki mówi kap-kiep-ki wzbudzając tym niesłychaną wesołość. Dziś na kontroli u Doktora Królika, gdy ten orzekł rozbiórkę od pasa w górę (nie moją niestety a ubolewam, bo akurat zupełnym przypadkiem założyłam wyjściowy stanik, który całkiem apetycznie mi się wybrzusza tu i ówdzie), Młody zapragnął się upewnić co do swoich przypuszczeń i spytał czy "kapkiepki tes?"

Ale jeszcze lepszy jest broj-ler.
Brojler mili Państwo znaczy rower.

Umarłam nieco 🙂

Zwyczajny weekend, tak?

No więc…

Zacznę może od tego, że aktualnie jest mocno po dwudziestej trzeciej a
Lokator, zamiast spać, właśnie w najlepsze układa z klocków sztab generalny sił
zbrojnych Kataru po drzwiami wejściowymi naszego Em. Sąsiedzi napuszczą na mnie Supernianię albo mundurowych ale szczerze powiedziawszy mam to w tej chwili głęboko. Młotka nie posiadam a Młody do spania ma dziś taką melodię jak Pudzian do czaczy. Nie wiem czy Katar
ma bogatą infrastrukturę komunikacyjną ale jeśli nie to natentychmiast
powinien się na tym polu rozwinąć, albowiem Dzieć użył wszelkich
dostępnych resoraków, ciężarówek, wagoników kolejki, ciuchci i nawet
włączył w to ochoczo służbę zdrowia i policję. Nie wiem co z tego będzie ale
sądząc po skupieniu i ciszy jest to misja utajniona po czubeczki
tajności. Ostrzegałam jednak, że jeśli w przyszłości zostanie politykiem, będę musiała Go zabić.

Przenikam do kuchni po ścianie i z radości, że nastąpiła przerwa w konkurencji Wiszenia Na Matce Na Czas, jednocześnie grzebię w necie, oglądam telewizję, zerkam w gazetę i zakąszam ogórem. Moje spodnie są za to nieutulone w żalu i gnają mnie do tego przedpokoju bym raz po raz sprawdzała, czy Lokator aby nie chory, czy nie głodny, nie spragniony, nie smutny i czy nadal mnie kocha. Bo w życiu przecież nie przyznam, że to ja.

No ale muszę się przecież zamartwiać już teraz bo później mogę nie zdążyć. Za chwilę będzie przedszkole, wycieranie policzka i "oj mamo" przed kolegami, zaglądanie dziewczynom pod sukienki, do majtek, ślub i czterdziestka. I gdzie w tym wszystkim miejsce na nasz kurde ryż.

Poza tym w tak zwanym międzyczasie Lokator zdołał trzy razy narazić się na
złamanie, zwichnięcie, siniaki i inne trwałe uszkodzenia oraz kalectwo
a mnie doprowadzić do globusa, migotania przedsionków i galopujących
suchot. Rozległy zawał był wczoraj przy okazji bliskiego spotkania
lokatorskiego czoła i nosa z podłożem z klepki (o jezusmaria czy on jest złamany TEN NOS?? aaaa ratunku! czy ON puchnie, czy sinieje, czy odpada??? umieram). Czy Młody doprawdy musi?
Ja nie wiem, ale może by Go tak profilaktycznie wiązać? I dlaczego w pakiecie nie było instrukcji? Bycie Matką to
doprawdy mocno przereklamowana kwestia. A już małego Chłopca z zasobem
energii mogącym zasilić sporej wielkości państwo, to dramat w trzech
aktach. Najpierw się opatruje te wszystkie rany, niemal mieszka na
ostrym dyżurze, robi okłady i ociera łzy, a potem przychodzi lafirynda i Dzieć głupieje.

Będę okropną teściową. Jak będzie za grzeczna to upchnę w beczce i sturlam z dachu. A jak będzie dobra, czyli z charakterem, to będę zazdrosna. Ja poproszę małą trepanację z dostawą do domu…

O! O weekendzie miało być i znów mi się wymsknęło było.

Bo wczoraj miałam dom otwarty. Zaiste niezbadane jest jak można całkiem wygodnie zmieścić tyle bab z torebkami na tak małej przestrzeni, ale okazuje się, że mieszkanie mam z gumy. I całkiem w porządku to wszystko wyszło. Choć przypadkiem niejako. Najpierw przyjechała Haluta z Bratem. Po pewnym czasie domofon zaćwierkał przybycie Kreski (lublinianki, która lubi czytać radziecki-termos i tropić mnie na warsztatach gospel) a nieco później przybyła Aga (też z Lublina i też lubi termos ale nie śpiewa, a przynajmniej mało słychać) i Wiola (kobieta ze Śląska, której do wczoraj nie znałam ale jak się okazało dobrze, że ten stan zmieniłyśmy). Była jeszcze Ania Londyńska ale dołączyła później. Posiedziałyśmy trochę – bo Przedstawiciel Męski Starszy głównie milczał a Młodszy głównie prezentował rozmaite wdzięki i łapał laski na zaposiadane blond loki – poobgadywałyśmy Ogiera Rozpłodowego Sezonu, czyli Borna, który okazał się jednak kretynem (mając jednocześnie tyle osobistych kobiet na podorędziu mógł się jednakowoż zatroszczyć by nie poznawać ich ze sobą), pokręciłyśmy się i pozostawiając dwóch Przedstawiciemi Męskich w swoim towarzystwie, ruszyłyśmy do kina. Na Lejdis oczywiście.

Film na ten stan umysłu i to towarzystwo rewelacyjny. Aczkolwiek średnio wyobrażam sobie podobny odbiór gdybym była zbyt poważna i na ten przykład na randce. Mogłabym potencjalnego absztyfikanta zabić śmiechem, albo przynajmniej dotkliwie ogłuszyć.
Kilka stwierdzeń przejdzie do słownictwa potocznego. Poza tym bez rozpaczy i bez uniesień. Korba jest mi zdecydowanie najbliższa mentalnie, aczkolwiek nie mam takich nóg do samej szyi. I paru innych drobiazgów. Prawdopodobnie dlatego nie rozdaję aktualnie autografów i nie pozuję fotoreporterom. Ale doprawdyż czy to istotne? Acha, zapomniałabym dodać a strasznie i niemożebnie mnie wnerwia nachalna reklama rozmaitych marek w polskich filmach. W tym w co drugiej scenie musi być widać Fit Up a w co trzeciej Fantazję. Na mnie to działa dokładnie odwrotnie. Zeżrę z głodu paprotkę a Fantazji nie ruszę. Nawet długim kijem. Co do Fit Upu nie wiem co to, nie znam się, ale brzmi jak OB.

Oczywiście do domu biegłam z ozorem powiewającym na wietrze niczym sztandar. Przecież zostawiłam w mieszkaniu dwóch facetów, jednego nieletniego a drugiego bez kariery opiekunki w cv. Mogli się tam co najmniej pozabijać. Albo na ten przykład przymierzać moje rajstopy.

Oczywiście okazało się, że cisza, spokój a Lokator wykąpany, czyściutki, pachnący i świeżutko wykropkowany na biało. Myśl o tym, że czuję się niepotrzebna i chyba się zaraz rozpłaczę gwałtownie zderzyła mi się z myślą, żeby wyjść i wrócić we wtorek.

W castingu na Matkę Idealną byłabym ostatnia, zaraz za Ojcem Rydzykiem, ale za to ładniej się uśmiecham.

Ps. Rajstopy przeliczone.

Ciekawostko przyrodnicze i okołodzieciowe

O strasznie okropnych porannych godzinach, w stylu piąta.cztery, zamieniam się w Smoka Wawelskiego i wypijam Wisłę. Moja Wisła ogranicza się do tego, co akurat posiadam w mieszkaniu w formie płynnej. Omijając oczywiście płyn do płukania, naczyń i spray do mycia okien. Ale czasem jestem tak nieprzytomna, że wrodzone lenistwo bierze górę i sięgam po to, co akurat pod ręką.

Zdecydowanie muszę zapamiętać by syropy na kaszel kłaść gdzieś wysoko i maksymalnie niedostępnie. Zwłaszcza paskudne.

Budzik. Baczność. Łazienka. Szczoteczka. Ręcznik. Soczewki. Krem. Tusz. Spodnie. Reszta. Zmiana. Bo humor. Perfumy. Płaszcz. Buty. Suwak. Torba. Klamka. Pa.

Z Igorem jest cała opowieść. Ze mną samą ledwie kwadrans. No może dwa. A przed wyjściem zdążyłam usłyszeć i zobaczyć jak moje Dziecko śmieje się przez sen. W głos. Zarechotał, potem jeszcze raz i jeszcze. Aż przysiadłam z wrażenia, takie to mile niesamowite było. Otworzył nieobecne oczy, zogniskował na mnie, wykrzyknął śpiewnie mama i z błogim uśmiechem zapadł w dalszy sen. Dla takich chwil warto się spóźnić do pracy. Pewnie opowiadał sobie sprośne dowcipy o misiach ale lubię myśleć, że ma fantastyczne sny.

W poniedziałek czeka mnie batalia na linii angielski – zakupy – przedszkole – przychodnia. Wzięłam wolne. I tak jak wyjdę rano to wrócę na siódmą. W Przedszkolu mam już nadzieję wypełnić wszelkie wymagane papierki i skonkretyzować z Panią Dyr rozmowy o wrześniu i Młodym. W przychodni będę wysiadywać jajko by się dostać do Doktora Królika i mam nieśmiałą nadzieję, że uda się przed Wielkanocą.

I taki paradoks, który zawsze mnie urzeka i męczy zarazem:

Bez papierka, że zdrowy, Lokatora nie przyjmą po chorobie do Żłobka. Żeby zdobyć papierek muszę Go zapisać do Doktora Królika na wizytę kontrolną. Żeby to zrobić dzwonię dwa dni z rzędu po dwie godziny z samego rana i za żadnym razem nie udaje mi się wylosować szczęśliwego numerka. Zapisy beznumerkowe, klasyczne – dopiero na koniec marca. Soł… Wyjścia są dwa – albo kupić stosowny argument w dyskusji z pełnym magazynkiem, wystrzelać go w Przychodni i na koniec palnąć sobie w łeb z rozpędu i konieczności, albo pójść wysiadywać jajo z nadzieją, że pomiędzy czternastą.zero a osiemnastą.zero któryś z Szanownych Pacjentów nie przyjdzie i będzie można łaskawie wskoczyć na miejsce delikwenta. Dodam, że wysiadywanie odbywać się będzie w Poradni dla Dzieci Chorych, nikt mi zatem nie da gwarancji, że nie wrócimy z czymś zupełnie nowym, świeżym i nieokiełznanym. Ja bym nie dała.

Przypomina mi to gaszenie pożaru saletrą.

______________________________________________________
Ps. Gdybym urodziła się 29 lutego miałabym dopiero 7 lat. Jak na siedmiolatkę mam strasznie dużo kosmetyków w łazience i brzydkich wyrazów w słowniku.

Z cyklu: przemyślenia nagłe

Co jest gorsze od zastania siedzącego w niedomkniętej damskiej toalecie mężczyzny z opuszczonymi spodniami i głupią miną?

Zastanie siedzącego z opuszczonymi spodniami i głupią miną – w niedomkniętej damskiej toalecie – mężczyzny, który dłubie w nosie.

Ratując ryby od utonięcia

Nie wiem na czym dokładnie polega fenomen nowych notek. Moich osobistych i całkiem prywatnych. Bo w tematach obcych blogasków to się wywnętrzać nie będę. Moje powstają z reguły w mocnej okolicy północy, albo rano, albo wcale. Zdarza się i tak, że na raty. Mam w komórce urywki takich różnych co to je kiedyś pozlepiam pewnie. Obawiam się jednakowoż, że wtedy to będzie miało tyle sensu co zaczes Wujka Heniutka.

A Wy w ogóle wiecie jak wyglądał zaczes Wujka Heniutka? —- tak ubóstwiam wszelkie dygresje i odchodzenie od tematu na milę —- Pewnie, że nie wiecie bo niby skąd.

Otóż heniutkowy zaczes wyglądał okropnie. A ściślej rzecz ujmując leksykalnie jak pół dupy zza krzaka. Wątłego raczej. Fryzura miała chyba w założeniu maskować galopującą łysinę, bo polegała głównie na hołubieniu tego co jest na obrzeżach i przekonywaniu brylantyną, że grawitacja to bujda na resorach i te rachityczne włosiny dadzą radę niczym Neo w Matrixie. W praktyce nawet gdyby szanowny Wuj zaczesał sobie brwi na czoło – a przyznać trzeba, że brwi by mu sam Breżniew pozazdrościć mógł – nie odwróciłoby to niczyjej uwagi od bijącego po oczach białego placka pośrodku głowy. Poza tym Wujek Heniutek był niegroźny i sympatyczny. Chyba, że było wietrznie i akurat musiał wyjść do kiosku. Żadna brylantyna bowiem nie da rady porządnej wichurze a Henio na nawietrznej zawsze miał najdłuższe w okolicy… kosmyki.

Wracając do notek… chociaż nie, właściwie to wcale nie mam na to ochoty. Ogórka bym zjadła, albo ptasie mleczko. A najlepiej komplet. Po dogłębnym zanalizowaniu zawartości kuchennych szafek i lodówki stwierdzam cierpko, że albo wędzona makrela, albo cukier, albo nic. Mam jeszcze piwo ale nie lubię. Nie mam pojęcia skąd się wzięło ale może ktoś się kiedyś skusi.

A moja na ten alkoholowy przykład —- bo znów mam myśl na myśli i mi się zazębiają —- Koleżanka to zawsze jak sobie popije, zakłada nogę na kark i śpiewa pieśni maryjne. I tu wiem, że się każdy zastanawia którą, czy może potem chodzić i czy zdejmuje sobie tę nogę sama czy też trzeba ją dobić. A ja dla odmiany łapię się na refleksji, że strasznie trudno musi być jej wypiszczeć to wszystko z tak ściśniętą przeponą. Tak wiem, zboczona jestem.

Co poza tym?

Igorowskiemu schodzą ciapki ale dla odmiany przydzwonił dziś przy kąpieli dość ostro skronią o kran i jakby nie śpię pozostając w stanie czuwania-obserwacji a w środku mam kłębek. Mamut szykuje się do desantu a ja wczoraj straciłam górną siódemkę i ósemkę na poczet kolejnej kombinacji alpejskiej w stylu dowolnym, czyli akcja podnoszenia szczęki w toku jak co tydzień, oraz jest mi w związku z tym chomiczo aczkolwiek jednostronnie. Byłam znów postraszyć Panią Dyr w Przedszkolu i za tydzień mam wypełnić formularz. Potem dostanę formularz do formularza i manual, którym zapewne finalnie i tak będę się mogła dyskretnie podetrzeć ale, że uparłam się jak to ja, obstawiam sukces. Inaczej ktoś umrze i raczej nie będę to ja. Dostałam książkę Amy Tan o tytule podanym powyżej i myślę sobie, że ratując ryby od utonięcia można się całkiem zdrowo umęczyć. A tak całkiem na serio to bardzo lubię książki tej Pani i miło mi będzie utonąć w lekturze… jak tylko zacznę nadrabiać zaległości. Mam całkiem milutką kolejkę do obskoczenia i tylko czekam na dogodną dogodność. Umiejętność nie zasypiania ze zmęczenia po trzech zdaniach będzie dodatkowym atutem.

Nadal lubię zaglądać ludziom w okna. Wieczorami. Raz trafiłam na sobowtóra ale spłoszył się gdy pomachałam.

Pamiętam, że jak Młody był całkiem świeży i sobie nocami grzecznie spał
a mnie brakowało głośnego a ostrego dupnięcia muzycznego w kolumienki,
tańczyłam po mieszkaniu z discmanem i nierzadko ubrana byłam jedynie w
bieliznę i słuchawki. Całkiem na trzeźwo. Do dziś współczuję sąsiadom z
naprzeciwka przymusu poważnej miny gdy mijamy się przelotnie w altanie
śmietnikowej. Mnie mało co worek nie pęknie. Niebieski. Z taśmą.

Wczoraj przeciskając się pomiędzy starą walizką na pasek a gipsowym popiersiem średnio urodziwego pana doszłam do wniosku, że najcenniejsze dla archeologów znaleziska to archaiczne śmietniki i cmentarze.

Przegląd torebek już był, pora na kolejny.
Czym karmicie śmietniki?

—- spytała z głupia frant i poszła pogadać od serca z wanną