Nawet z gówna da się wyrzeźbić Wenus z Milo.

Taka oto złota myśl uderzyła mnie dziś w samo południe gdzieś w okolice płatu czołowego. Bo to prawda najszczersza. W sprzyjających okolicznościach można nawet takie dzieło wstawić do galerii, być od tego bogatym do wypęku i żyć z odsetek oraz ponad stan. Historia jak sądzę zna takie przypadki. Natomiast taki Van Gogh musiał sobie odciąć ucho żeby odreagować rozmaite frustracje a i tak na niewiele mu się to zdało, bo doceniono go grubo po pogrzebie. Jego własnym.

Nie zamierzam nic sobie odcinać, bo raz, że jestem przywiązana do wszystkich moich osobistych elementów, a dwa, że żeby odreagować frustracje musiałabym wyjść na ulicę z siekierą i w ramach nowych trendów fryzjerstwa wykonać komu się da gustowne przedziałki. Ucho to mały pikuś jest. W dodatku z własnym to zero zabawy.

Ponadto nie znam się na sztuce, bo Wenus mnie nie kręci. A wyrzeźbieni chłopcy mają tak małe siusiaki, że przykro patrzeć. Nie mówię żeby zaraz Rocco Dostawca Pizzy, ale bez przesady – nie wierzę, że wszyscy rzeźbiarze mają rozmiar azjatycki albo wyłączone ogrzewanie w pracowni. Nic dziwnego, że modele woleli pozostać anonimowi.

Tu zawsze przypomina mi się wizyta lekarska z niezwykle młodym Młodym, kiedy to Pan Doktor orzekł z zadowoleniem, że oto Młody jest bardzo dobrze wyposażony przez naturę i to Mu bardzo dobrze wróży. A ja – spojrzawszy na dość mizerny z racji wieku niemowlęcia instrument – miałam przemożną chęć odrzec, że bardzo, ale to bardzo Panu Doktorowi współczuję. Ugryzłam się w język.

Ja ostatnio czuję jakbym rzeźbiła gęstniejącym w betonie. Szydełkiem do kordonka. I się kurka siwa dziwię, że mi opornie idzie. Nie czytam horoskopów. Nie lubię, nie wierzę, mam gdzieś. I zawsze jak mi ktoś przeczyta – Co jesteś? Waga? O to słuchaj koniecznie! – utwierdzam się w przekonaniu, że te wszystkie kawałki pisze Stefan z Kotłowni albo Pani Jadwiga między jednym a drugim oczkiem w dzierganiu szaliczka.

Dobra passa trwa. Świetnie ci idzie.

Sukcesy gwarantowane i to na twoim ulubionym polu.

Idzie mi fenomenalnie, bry_lan_to_wo wręcz, nie odnalazłam tylko jeszcze tego pola, na którym mam te wszystkie spektakularne sukcesy. Ale oj tam. Chyba, że moje ulubione pole to pole buraków – barszczyk wyszedł rewelacyjny. Albo minowe. Hmmm.

Najwyraźniej minęłam się z powołaniem. Jako saper miałabym przynajmniej raz w życiu zapewnioną rozrywkę.

Generalnie miałam napisać notkę o tym, że niemożebnie wkurwiają mnie Królewny. A trafić można na taką absolutnie wszędzie. Królewny to takie zjawiska wśród kobiet, które kiedyś zamykało się w wysokiej wieży i trzymało w odosobnieniu pod strażą Wielkiego Smoka i czekalo aż zeżrą je galopujące suchoty, wolne rodniki i menopauza, ale teraz słabo w branży budowniczej z wieżami, wobec tego łazi to to na wolności i się snuje.

Nie wiem o co mi właściwie chodzi ale z pewnością jest to sprawa najwyższej wagi (w końcu powstała w mojej głowie), wobec tego Reszta Świata powinna natychmiast rzucić wszystko i pędzić na sygnale z pomocą. Jeśli tego nie robi jestem bardzo rozczarowana, rozżalona i ogólnie roz. Rozpierdzielam wprawdzie włos na czworo przy użyciu młotu pneumatycznego i zużywam przy tym energię potrzebną do oświetlenia Rio w czasie karnawału… ale spójrz tak przy tym szałowo wygladam.

Królewny w przyrodzie występują niestety wszędzie i w dość dużej liczbie. Charakteryzują się wysoko rozwiniętym fochem i skrajnym infantylizmem narastającym niestety wraz z wiekiem oraz przyprawiają mnie o żywą chęć mordu. Nie bez kozery wpajam Lokatorowi od lat najmłodszych, że baba o najgorszym z możliwych charakterze – zjadliwa horpyna i wredna łajza bramaputra – lepsza jest po stokroć niż byle_jaka i rozlazła pudernica. Bo lepiej się pokłócić i wytłuc rodową zastawę niż zejść z nudów. Przynajmniej są jakieś emocje.

Królewny natomiast przyprawiają mnie o takie emocje, że Alien zmutowany z Predatorem to przy mnie różowy Kucyk Pony z tęczowym grzebyczkiem. Jeszcze jedna a zrobię korespondencyjny kurs murarstwa, wzniosę tę wieżę, zgromadzę tam wszystkie i zamuruję wejście. A następnie przejdę się po deptaczku u jej stóp z megafonem i ogłoszę super_hiper_mega_giga wyprzedaże.

Taaaaaaa.

Jestem bezwzglednie bezwględna. Ktoś musi.

Pitu pitu?

Czy rozliczyli się już Państwo mili z podatku?

Jeśli nie, to możecie pomóc Blobkowi, który jest absolutnie fantastycznym facetem i zasługuje na zdecydowanie więcej niż ktokolwiek może Mu dać. Niestety.

1% to niedużo – a że i tak nikt z Państwa by tych jakże zawrotnych sum nie uświadczył, decyzja o ich pożegnaniu powinna być łatwiejsza – ale jak się zbierze większa gromadka… to wiadomo całkiem całkiem.

W każdym razie warto rozważyć.
Bannerek po prawej.
I z dołu.
A co!

Piąteczek

Jestem wielką entuzjastką piątków. Uwielbiam je i mogłabym spożywać je garściami. Gdyby się dało. Piątek to bowiem dzień, w którym już od rana każdym porem skóry czuć, że już WEEKEND. Laba, relaks i machanie nóżką. No dobra, niektórzy z nas wiedzą, że weekend z Małoletnim z tym opisem jakby nie koreluje, ale warto mieć marzenia. Najważniejsze, że nigdzie mi się nie będzie spieszyć, będę mogła snuć się po mieszkaniu w stroju dowolnym, albo saute w japonkach ino i mieć wszystko tak głęboko w poważaniu, że to aż nieprawdopodobne.

Plan jest taki.

Ponieważ Lokator wstaje świtem wściekle bladym – to nieludzkie, ale jeszcze do Niego nie dociera, że są istoty odzyskujące przytomność grubo po szóstej – w pogotowiu podręcznym są nowe puzzle oraz Wall-E na dvd. Jak wszystko zawiedzie, zostaje jeszcze PanKot, aczkolwiek obawiam się, że kudłata menda zbunkruje się skuteczniej niż ja pod kocem.
Po godzinie i tak trzeba będzie się zwlec, ale siódma to nie szósta, więc i tak będę szczęśliwa jak dzika świnia w dżdżysty dzień. Wstaniemy więc, dokonamy niezbędnych ablucji i udamy się na zakupy. Śniadanko, sprzątanko, zabawianko i sru do parku.

Przegonię po placu zabaw, przewlokę ścieżką zdrowia i w końcu z uśmiechniętej od ucha do ucha obywatelskiej paszczy usłyszę nieśmiałe: – Jeśtem męciony, męciony mama. Na to odpowiem z przejęciem: – Czy to znaczy, że idziemy do domu? Tu padnie filozoficzne: – No cósz… Racej znacy. I już po chwili – och jakie to niezwykłe szczęście, że mieszkamy rzut kapciem od parku – Obywatel już raczej nic nie powie, bo omdleje przeciągle chrapiąc.

Drzemka! Ha!

Drzemka Igorowskiego to coś co uwielbiam na równi z piątkiem. Albo nawet bardziej. Z reguły podczas jej trwania jestem tak przenikliwie podekscytowana tym bonusowym czasem tylko dla siebie, że po prostu siedzę i jestem zen. Przynajmniej na początku. Przez kwadrans jest zen absolutny i chyba nawet z tej radości nie oddycham. Potem nie mogę się zdecydować czy kawa, czy książka, czy leżenie do góry masztem, więc robię kompilację i mam wszystko na raz. Zastanawiające doprawdy jak skurczyły się moje potrzeby. Właściwie wydarzeniami niemal mistycznymi są zjawiska takie jak nieprzerwany sen do południa, godzinna kąpiel w wannie czy samotny wypad na zakupy albo poczytanie wieści z ulubionych blogów, więc nawet namiastki w stylu nikt_mnie_nie_śledzi_i_o_nic_natentychmiast_nie_prosi są na wagę złota. I niezwykle je sobie cenię.

Potem Młody się budzi i oboje już jesteśmy zrelaksowani. Przynajmniej przez dłuższą chwilę. Ale już da się z Nim żyć. I ze mną 🙂

I tu zaczniemy się rozumieć i dobrze bawić.

Trzy i pół roku to trudny wiek. Prawdopodobieństwo, że przez kolejne trzy i pół będzie łatwiej, jest równe gwałtownym upałom zimą w Irkucku, bo będzie z każdym miesiącem inaczej, co wcale nie znaczy łatwiej. Ale nieodmiennie pociesza mnie fakt, że kiedyś w końcu to ja będę mogła Go beztrosko zerwać w sobotę o szóstej rano, zadawać szalone jak na tę porę pytania z pogranicza fizyki kwantowej i logiki, oraz kategorycznie domagać się do jedzenia wszystkiego, czego akurat na pokładzie brak. I niech tylko spróbuje wspomnieć o bolącej głowie.

Prima Aprilis, czyli bez żartów

No dobra, nareszcie mamy wiosnę, którą widać i czuć. Bo już zaczynałam myśleć, że mamy tylko dwie pory roku: deszczową i mroźną. Oraz naturalnie rozmaite kompilacje wymienionych. Ale od dwóch dni jest mi ciepło i świeci słońce, czyli świat jednak nie ma w ryj. Przynajmniej chwilowo.

Z okazji pierwszego dnia kwietnia nikt mnie dziś na nic nie nabrał. Fatalnie. Liczyłam na jakieś spektakularne momenty, które mogłabym przeżywać: urojone ciąże, zaskakujące śluby, nagłe wyjazdy w sprawach pilnych i nie cierpiących zwłoki, dziwne wiadomości. A tu nuda, marazm i powszedniość. Doprawdy nie spodziewałam się tego. Od wczesnych godzin porannych byłam przyczajona jak tygrys i uważna jak nie wiem co. Tyle godzin podejrzliwości na marne. Żadnej bomby w pracy, w przedszkolu wydali mi moje osobiste Dziecko, do domu też trafiłam bez przeszkód, choć oczywiście starałam się bardzo żeby nie. Nic to. Hiszpańskiej inkwizycji też się nikt nie spodziewał.
A przyszła. Jutro rano pewnie nie przyjadą cztery autobusy z rzędu, bo to będzie taki Prima Aprilis z poślizgiem. Ostatnio co drugi dzień się tak zaczyna, więc właściwie nawet przestałam się irytować.

Jedynie Ziuta stanęła na wysokości zadania i ogłosiła powrót do Polski. Ale to akurat na serio. Przynajmniej w chwili ogłaszania, bo na ile ją znam, pojutrze może jednak zmienić zdanie.

Nie mam pojęcia którędy nam zeszło na kino i okolice.

A nie, przepraszam, mam pojęcie. Referowałam dawny dość ale pamiętny wypad do kina, kiedy to miałam przyjemność wraz z resztą widzów prócz filmu podziwiać Milejdi Latex. Lala przyszła z górą nachos, tapirem na łbie, ABS-em* u boku i trzeszczącym tyłkiem. Tyłek trzeszczał jej nie tak samopas i zwyczajnie a dlatego, że jego właścicielka skoczyła z szóstego na oko piętra by wbić się w portki. Oraz naturalmą białe kozaczki z podobnego tworzywa. Myślę, że zarówno portki jak i ich zawartość były przerażone podobnie jak reszta świata. No może wyłączyłabym z opisu ABS-a, którego oblicze nie zdradzało zmącenia choćby cieniem jakiejkolwiek refleksji w temacie innym niż „eee… fajna dupa, nie?”. Nikt ze zgromadzonych – poza Milejdi oczywiście – nie mógł się skupić na filmie i wszyscy obserwowaliśmy kiedy coś w końcu trzaśnie. Bo chrzęściło i trzeszczało przy każdym ruchu. Ruchów natomiast była spora częstotliwość. A ja to już w ogóle byłam w strachu, bo po pierwsze siedziałam obok a po drugie, Milejdi oraz jej tyłek przecisnęli mi się przed twarzą jakieś trzy razy podczas 120-minutowego seansu. Film nie był straszny, ale tego widoku i tych emocji nie zapomnę.

– A właściwie, to powinno się przechodzić przodem czy tyłem do delikwenta?

– Najlepiej wcale, bo jak już się spóźnisz, to siadasz gdzieś z brzegu i nie piskasz bo i tak wszyscy na ciebie syczą.

– A jak brzegi zajęte a komuś na kolanka nie masz chęci?

– To nie wiem. Przodem?

– To zależy od tego czy masz fajniejszy tyłek czy biust i czym chcesz akurat zamachać 🙂

– Musiałabym bokiem…

– Jak chcesz zamachać bokiem??

– Przechodzić bokiem bym musiała.

– Znaczy wszystko masz reprezentacyjne i odstawisz pełen taniec godowy?

– Znaczy, że jestem niezdecydowana.

Kobiety.

——————————————–

* ABS – osobnik Absolutnie Bez Szyi

Panie doktorze, wszystko mnie wkurwia!

Marzec. Krzywa nać, srał go pies oraz inne wyrazy cisną mi się na myśl, gdy pomyślę o tym jakże uroczym, mijającym właśnie miesiącu. I szczerze się dziwię, że się tym kotom chce. Doprawdy. Zimno, jak nie powiem gdzie bo mi żal Eskimosów, z nieba siąpi to deszcz, to śniegodeszcz to grad a one niezrażone celnym kapciem dozorczyni mrauczą przeraźliwie pod oknami serenady do białego rana. I to w altanie śmietnikowej.

Gdyby nie fakt, że mnie to wkurwia, nawet bym im współczuła. A tak, to tylko podgłaśniam CSI Miami i w duchu cieszę się, że mam Dziecko wychowane na chóralnych wyjazdach – uśnie w najgorszym jazgocie i choćby na polu minowym. Byle przy zasypianiu trzymać Go za rękę a potem położyć do łóżka, okryć kocem i dać święty spokój.

Znów jestem chora. I to też mnie wkurwia. Zawlekłam się do przychodni. Po raz drugi. Za pierwszym razem pokonała mnie wizja zejścia wprost na linoleum w kolorze przetrawionego siennika i po trzech godzinach wysiadywania w atmosferze inkubacji wszelkich możliwych bakterii i wirusów oraz opowieści o domowych sposobach urynoterapii, postanowiłam wrócić do domu, zjeść wszystko co znajdę a będzie przypominało tabletkę a następnie poczekać na efekty. Po czterech gripexach, ibupromie zatoki, efferelganie i tabcinie obudził mnie dopiero Lokator odziany jedynie w skarpety, wymachujący mi przed oczyma obuwiem w liczbie mnogiej i dopytujący: – Chtóle mama!?… Gdyby miał dwadzieścia parę lat więcej i nie był ze mną spokrewniony, byłoby to nawet zabawne. A tak to westchnęłam, że oto zbliża się nieuchronnie chwila, kiedy przyprowadzi mi do domu rudą pindę, która już od progu będzie mnie wkurwiać i powie: – To jest Żaneta, poznaliśmy się pół godziny temu ale jesteśmy ze sobą szczęśliwi oraz wyjeżdżamy pasać owce w Tadżykistanie.

Po raz drugi zawlekłam się do przychodni dziś po pracy. W rejestracji moja ulubienica – Jadwiga. – Pani Jadziu, Pani Jadziu – bo kolejka się robi. Pani Jadzia przerywa konwersacje z Panią Helenką i błyszczy humorem: – Kolejka jest po to żeby stała. Rechot. Po drugiej stronie raczej warkot. W końcu docieram do zielonego blatu i już niemal jestem szczęśliwa.

– Słucham. – doznałam iluminacji albowiem oczy Jadwigi spoczęły na mnie
– Chrr Chrr Krr Chrr – wyskrzypiałam znienacka
– Nie słyszę! Głośniej proszę! – zniecierpliwiła się ona
– Ja na wizytę do internisty. – wyartykułowałam siłą woli
– A co Pani tak chrypi? – zaciekawiła się Jadwiga i łypnęła badawczo
– Chyba jestem chora. – podzieliłam się z nią refleksją
– A to się proszę Pani okaże. – wysyczała – Tu każdy chory.

Nie wątpię.

– Zapisana Pani? – padło podchwytliwe pytanie
– Tak. Na osiemnastą. – potwierdziłam
– Opóźnienie mamy! – ucieszyła się – A legitymacja jest? – podchwytliwe pytanie numer dwa
– Jest. – odparłam niwecząc wszelką radość
– A ważna? – dodała z nadzieją
– Niestety tak. – powiedziałam zgodnie z prawdą
– Gabinet numer cztery. – powiedziała ze smutkiem i jęła przepytywać następnego szczęśliwca.

Po gabinetem numer cztery czekał tabun znudzonych i rozdrażnionych osobników o czerwonych nosach, uszach i oczach. A wszystko rzęziło, pokasływało i smarkało rozgłośnie. W takich chwilach zawsze mam nadzieję, że jednak nie przyjdzie nikomu by pytać, czy może wejść z kimś na chwileczkę i tylko o coś spytać doktora. W takich chwilach zawsze jednak się jakiś kamikadze znajdzie. Od ogólnego rwetesu uratowało mnie jakieś babskie kolorowe czytadło pozostawione na ławce. A tam na przykład o trudnym życiu aktorek. Że wyjazdy, że plany, że muszą nauczyć się pływać albo jeździć konno a czasem to nawet gotować i generalnie to strasznie męczący i niepewny zawód jest. Następnie autorzy artykułu dokonali syntezy cech dobrego i pewnego zawodu. I w sumie to nie wiem co im, bo nie napisali o wnioskach, ale mnie wyszedł grabarz i babcia klozetowa.

I taka myśl głęboka właśnie podówczas mnie naszła, że Monica Belucci to nawet brudna jak ósma córka Baby Jagi i w powyciąganej koszuli wygląda seksownie. Nie wiem jak to się dzieje. Jestem przekonana, że gdyby wzięła udział w maratonie, następnie wytarzała się w błocie, a na koniec wyczyściła miejski szalet na dworcu w Częstochowie nadal wygladałaby ponętnie i niezwykle kobieco.

Albo Angelina Jolie. Właściwie odkąd poznała Pana Smitha-Pitta nie wychodzi z łóżka, nie? Albo jest w ciąży, albo właśnie urodziła i karmi, albo za chwilę znowu w ciąży będzie. I w zasadzie nadal wygląda tak samo. To nieprawdopodobnie niesprawiedliwe jest. Ja odkąd tylko pomyślałam, że jestem w ciąży, wyglądam inaczej. Przede wszystkim wystarczy, że zobaczę pączka, już tyję. A tam zobaczę, wystarczy, że o nim pomyślę. To dramat na skalę światową jest. Bo znam co najmniej dwie kobiety i jednego mężczyznę, którzy mają tak samo – no może za wyjątkiem tej ciąży w ostatnim przypadku, ale delikwent myśli o żonie w ciąży, więc prawie można to uznać.

A ja co? W łóżku za długo nie poleżę, bo albo okazuje się, że spałam zaledwie do siódmej a Młody już rozmraża lodówkę, albo akurat uwiera mnie w prawy bok stado resoraków i jeden motocykl. W ogóle mam wrażenie, że dom, w którym mieszkam zbudowano na starym indiańskim cmentarzu – Lokator notorycznie rechocze przez sen, Kot ma zeza i słyszy głosy oraz uprawia nagły jogging o czwartej nad ranem, a w rzadkich chwilach ciszy, słyszę chrapanie labradora sąsiadki z góry, któremu natychmiast odwrzaskuje się ratler z naprzeciwka. Dramat w ciapki.

Potem już weszłam do gabinetu i uciełam sobie krótką pogawędkę z Panem Doktorem, więc refleksje na temat aktorek i ich trudnego zawodu zeszły na bardzo odległy plan. Ale wracając myślałam o tym grabarzu, co to obok babci klozetowej taki dobry w kwestii profesji – w końcu mamy kryzys i dobrze być przygotowanym na każdą ewentualność. Zawód grabarza potrzebny jest niezwykle, właściwie pewny, kwalifikacji szczególnych doń nie trzeba, a i spokoju wiele, i poczytać można do woli, więc nadrobiłabym zaległości czytelnicze wreszcie. Nic tylko brać za łopatę.

Kariera grabarza stoi przede mną otworem. Otworem dość prostokątnym.

300 słonecznych dni w roku

A jak Agadir

Agadir przywitał nas słońcem i wiatrem. Powietrze nasycone ciepłem niosło zapach oceanu i orientalnych przypraw. Wokół palmy, gwar, bielejące pośród feerii barw hotele i ceglasty piach. I zieleń, świeża, jaskrawa wręcz, przetykana tylko ciemnymi drzewami arganii. Pora deszczowa to błogosławieństwo, a wodę szanuje się tu do tego stopnia, że głupio mi na samą myśl ile już zdążyłam jej zmarnować podczas zwykłego mycia zębów. Z samolotu widać było prostokąty szklarni i ogrodów, a przy każdym zbiornik.

Przyjechaliśmy niemal w rocznicę trzęsienia ziemi, które w lutym 1960 roku zrównało całe miasto z ziemią. Zginęło 18 tysięcy ludzi. Później Agadir odbudowano, ale już jako miasto turystyczne. Typowo marokański charakter mają raczej wioski, które mijamy w drodze z lotniska Al Massira. Po ruinach dawnych domów stąpamy podczas wycieczki na Kazbę. Wokół cisza. Nie mogę się pozbyć uczucia zdumienia, że oto pod bujną roślinnością, która jest tu teraz, zniknęło całe miasto… i już.
Do kazby idzie się długo i często w upale, dlatego dobrym pomysłem jest wjazd na górę taksówką (grand taxi) i powrót piechotą.

Skóra opala się nie wiadomo kiedy, bo promienie słoneczne zdają się padać pod zupełnie innym kątem, niż ten, do którego przywykliśmy w Polsce. Na pewno mają też do przebycia znacznie mniejszą warstwę chmur. Przydaje się krem z filtrem i okulary przeciwsłoneczne.

B jak Berberowie

Rdzenna ludność Maroka. Plemiona owiane tajemnicą i mocno związane ze sobą tradycją, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Nazywają siebie wolnymi ludźmi, nie płacą podatków i nie domagają się pomocy od Państwa. Po prostu tu są. Berberyjskie kobiety mają tylko oczy, a ich spojrzenia twarde są i nieustępliwe, choć piękne. Widziałam niebiesko-zielone. Na widok Dzieci oczy berberyjskich kobiet jaśnieją i uśmiechają się w kącikach.

Berberowie słyną z wyrobu biżuterii. W Tiznicie w słynnej oazi srebra, mogłabym spędzić – podobnie jak wiele Pań – długie godziny. Tuaregowie – choć zapewne całkowicie niechcący – sprawili mi kompas gdzieniegdzie zwany krzyżem, który zakupiłam dzięki namowom Agi. To piękny naszyjnik z drobnymi czarnymi koralikami i ciętym, wyrysowanym w srebrze filigranem. Ma chronić przed nieznanym i pomagać odnaleźć drogę. Mamy teraz z Agą bliźniaki.

C jak Creme Carmel i inne desery

Desery w Maroko były tak pyszne, że właściwie to żałowałam tylko ograniczonych możliwości żołądka. Taka krowa to dopiero miałaby pojemność. Pracowałam jednak dzielnie i w licznych zawodach z Michałem Agi udowadniałam, że dwa talerze creme carmel to mały pikuś. A już fakt dopchnięcia do tego kremu mandarynkowego, kilku rogalików i kilograma pomarańczy – po dość obfitej jednakowoż kolacji – oraz przeżycia następnych kilku godzin w dalszym ciągu uganiając się za Młodzieżą i bez wyraźnych zazielenień, daje mi niewątpliwie miejscie w pierwszej dziesiątce Wielkich Wydarzeń Wyjazdu.

Notorycznie znajdowałam się w fazie węża, który połknął słonia i aktualnie trawi. Gdybyśmy przebywali tam dłużej niż tydzień, zapewne nie zmieściłabym się na pokład samolotu.

D jak Dirhamy

Dirhamy to waluta obowiązująca na terenie Maroka. Można też płacić w euro i dolarach. Kurs jest stały, więc zamiast kantorów na każdym kroku znajduje się punkt wymiany waluty, tzw change. Change do złudzenia przypominają bankomaty ale nie ma w nich możliwości wypłaty środków z karty. Bankomatów nie jest tak wiele jak możnaby się spodziewać, dlatego jeśli już znajdziemy jakiś działający, warto wypłacić od razu więcej gotówki.

1 dirham to ok 0,115 dolara. Tanie jest jedzenie i kosmetyki, droższa biżuteria, odzież czy obuwie. Warto szukać miejsc nieco mniej turystycznych – harirę w typowo tubylczej części miasta można zjeść za 5 dirhamów a gdzie indziej za 50 i więcej. Napoje typu cola, herbata, kawa, soki to wydatek rzędu 10-16 dirhamów. Kopiasty talerz frytek z prawdziwych ziemniaków kosztuje 20 dirhamów, tyleż samo mięsno-warzywny tadżine, a na przykład wielka rybna wyżera w porcie wybackim u stóp kazby wyniesie nas, w zależności od gatunku i wagi fisza, 30-70 dirhamów.

E jak Ecco Holiday

Ecco Holiday to biuro, z którym Aga trzeci już raz odwiedziła Maroko. Przyznaję, że wcale się jej nie dziwię, bo sprawdziło się w stu procentach. Mieliśmy doskonałą opiekę i bardzo miłych rezydentów, którzy faktycznie interesowali się uczestnikami wycieczki, byli zaangażowani i zawsze chętni do pomocy. Jeśli wybiorę się tam jeszcze raz, to na pewno z nimi. Kawał zasłużonej wazeliny.

F jak Fale

Tego, że ocean jest cudowny i absolutnie przepiękny nie muszę nawet pisać. Ale jest. Plaża ma kształt półksiężyca a godziny spędzone na niej mijają nie wiadomo kiedy. Wiem na pewno, że mogłabym bez końca wpatrywać się w fale podczas wieczornego sztormu, a potem rano iść brzegiem po piasku i zbierać muszle, po południu zaś mogłabym bardzo długo brodzić na bosaka w wodzie i patrzeć na ten bezkres.

Piersze dwa dni nie sprzyjały, bo mocno wiało i nie było zbyt upalnie, ale potem Maroko podkręciło termostat i było bosko.

G jak Garść Różności

Marokańczycy się nie spieszą. Przebywając wśród nich najlepiej poddać się temu i cieszyć. Nigdy nie wiadomo na przykład kiedy delikwent wyciągnie ręczniczek i zacznie się modlić. Póki nas obsługuje, bądźmy szczęśliwi.

Zegarki przestawiamy tam o godzinę wstecz i kiedy u nas zegar wybije północ, w Maroku to dopiero dwudziesta trzecia.

W tiwi z polskich kanałów jest polonia, a wieczorynka tamże jest o 18.15 czasu marokańskiego. Poranne bajki w marokańskiej tiwi szczerze odradzam – że te Dzieci nie mają koszmarów to cud jakiś.

Publiczne toalety są
rzadkością, zresztą szczerze odradzam korzystanie z nich. Lepiej wejść do jakiejś knajpki. Zazwyczaj trzeba mieć własny papier, 1 dirham na opłatę i buty na wysokiej podeszwie. Ubikacje publiczne to najczęściej dziura
w podłodze. Resztę pozwolę sobie przemilczeć.

H jak Harira i herbata miętowa

Harira to zupa ze świeżej kolendry, soczewicy, fasoli i jagnięciny. Jest tak pyszna, że kubki smakowe dostają pierdolca i tańczą kankana. Ponadto – jak do wszystkiego – podaje się tam absolutnie uzależniające pieczywo. Po pierwszym kęsie prawie zemdlałam z zachwytu. Resztę wchłonęłam pomrukując.

Herbata miętowa to marokański sposób na upały i pyszny przerywnik. Pije się ją do posiłków, po posiłkach, między posiłkami i przerwami w przerwach – właściwie stale. Podawana w małych ręcznie zdobionych szklaneczkach jest sama w sobie tak słodka, że nie trzeba dosładzać. Rewelacyjna.

I jak Ibrahimowie i Fatimy

Mali Marokańczycy są śliczni jak z obrazka. Śniada cera, ciemne oczy, czarne loki i uśmiechy od ucha do ucha. Chłopcy to głównie Ibrahimowie a dziewczynki Fatimy. Nasze Dziateczki tylko potwierdziły powszechne pogląd, że dla Młodych nie ma granic w kulturze czy barier językowych i ochoczo dokazywały z małoletnimi tambylcami głaszcząc się wzajemnie po głowach, pokonując sobie tylko znane umocnienia i szczebiocząc każde w innym dialekcie.

A kiedy mała Dziewczynka podbiegła do mnie pałaszującej harirę i wskazała na moją miskę było dla mnie oczywiste że następna łyżka musi powędrować do jej buzi. Bo po pierwsze od obcego zawsze smakuje lepiej, a po drugie Dzieci pod każdą szerokością geograficzną w pewnych kwestiach są takie same.

J jak Jedzenie

Marokańska kuchnia zasługuje na smakowego Oskara, a nasza wyjazdowa wersja: śniadania + obiadokolacje na oklaski. Śniadaniować można było od 6 do 10, obiadokolacjować od 18.30 do 22. Rano napoje były za free, do kolacji płatne. Wybór potraw był zaiste imponujący. Od porannej jajecznicy, bagietki z masłem, słodkich bułeczek czy rogalików, przez pomarańcze z miodem i rozmaite sałatki, aż do popołudniowych zup, tadżine, pysznych ryb, mięs, warzyw duszonych, pieczonych, z grilla, czy wreszcie upragnionych deserów. A to wszystko w ilości masowo zabijającej wszystkich dietetyków świata.

Furorę wśród Małoletnich zrobił Pan Makaron, który na życzenie i wskazanie paluchem składników, w mig wyczarowywał na patelni makaron z sosem specjalnie dla delikwenta.

K jak Kazba

Na Kazbę najlepiej wjechać taksówką i zejść z niej na piechotę. Odwrotnego mechanizmu bym nie proponowała. Widoki przepiękne. Obecnie wprawdzie fragment trasy dla pieszych jeszcze w budowie, ale da się przetuptać bokiem. Poza tym świetny pomysł na umieszczaniu na drodze na zasadzie to tu to tam wydzielonych i ozdobionych kamulcami kaktusów i sukulentów. Po pierwsze robi wrażenie (głównie takie, że w naszej rodzimej Polsce to niestety ale nikomu by się nie chciało i raczej wycięliby prastary las by zrobić chodniczek zamiast układać go slalomem pomiędzy drzewa), po drugie praktyczne, bo nikt się nie będzie rozpędzał na rowerze, co byłoby kuszące ale w takim wypadku raczej błyskawicznie uruchamia wyobraźnię. Kolce w tyłku? Przypuszczam, że wątpię by znalazły chętnych. I dobrze.

Na Kazbie trudno się opędzić od właścicieli wielbłądów, którzy za punkt honoru stawiają sobie wsadzenie turystów na wielbłądzi grzbiet, przewiezienie w atmosferze grozy i nie najprzyjemniejszych oparów, a na koniec zdarcie z nich maksymalnej kwoty, niekoniecznie wyrażonej w diramach. Standard. Nie skorzystaliśmy. Za to Młodzież z upodobaniem głaskała młode koźlę. Oczywiście zostało to uwiecznione na zdjęciach a opiekun zwierzęcia wyegzekwował należność.

Poza tym są tam miejsca, gdzie cisza sama się zachowuje. Ot tak. Na przykład jak się patrzy na fragmenty cegieł, czy murków wystające z pokrytej zielenią ziemi i jak dreszcz przebiega po plecach na samą myśl, że to kiedyś był czyjś dom. Gdzieniegdzie widać nawet schody prowadzące do piwniczek…

L jak Lotniska i Samoloty


Lot do Maroko? Spoko. Dzieci ogólnie wyluzowane jak sanki w maju. Iggy coś tam podziamgotał i zaraz już spał. Za to na prawdę Go kocham. Bardzo. Poza tym mieliśmy szczęście – kwestia nie do wzgardzenia w przerwach od drzemek – wylosować miejsce z widokiem na mikroekran, na którym od czasu do czasu pojawiały się jakieś pokemony. Brzydkie to było okrutnie ale przy olbrzymim zamiłowaniu Maloletnich do kiczu (kwestia kompletnie dla mnie niezrozumiała i na szczęście niektórym później przechodzi) nie sposób było mikroekranu zignorować. Na szczęście było bez głosu i najwyraźniej nudne bo generowało kolejne drzemki. Zatem cztery godziny z lekką tylko nutką dekadencji na "mamo soku", "mamo pić" i "mamo jeść" oraz z względnie przeczytanym archiwalnym numerem Zwierciadła uważam na spędzone modelowo.

Lot do Warszawy? Dramat w ciapki. Znaczy nie sam lot, ale dwie godziny na lotnisku w totalnej dezinformacji i galopującej duchocie kolejkowej plus ze skwierczącym dziarsko słoneczkiem oraz pociechami w fazie Bardzo Złego Potwora i liczbie mnogiej, to doprawdy hardkor. Miałam już szczery zamiar przegryźć Jednemu Panu w Uniformie tętnicę szyjną, ale chyba przeczuł, że na tę jego szyję to bynajmniej nie z pożądaniem spoglądam, wziął koleżankę i w końcu wypuścił nas z tego ogonka. Budujące. Lokator zasnął po kwadransie – czym zasłużył sobie u mnie na co najmniej jedną imprezę z kumplami do białego rana grubo przed osiemnastką i kto wie, może nawet wyjazd pod namiot z koleżanką – a ja oddałam się pasjonującej lekturze. Katarzyna Bonda "Polskie morderczynie" – polecam. W sam raz do pełnego ludzi samolotu 😉

M jak Mruczusie Wszędobylskie

W Maroko jest kult kotów. Co najmniej po jednym w każdym miejscu, gdzie można usiąść i coś spożyć. Oczywiście kocury są tu ogólnie lubiane i dokarmiane, o czym świadczyły wymiary niektórych przedstawicieli Felis Silvestris Domesticus. Dość obłe. Najlepsze koty rosną na placu… Wróć 😉 Najdorodniejsze koty można spotkać oczywiście w porcie rybackim, gdzie obok pysznych ryb, którymi zajadaliśmy się wręcz dziko, pozostaje całkiem dużo smakowitych resztek. Po prostu koci raj. Niektóre z napotkanych to oczywiście obdartusy ale każdy jeden miał przepiękne, gęste, bujne futro. I chyba nieco dłuższe niż u naszych dachowców. Tamtejsze też bardziej budową przypominały egipskie – tu jakby im bliżej.

N jak Napiwki

Odnoszę wrażenie, że napiwki i targowanie się stanowią sens życia
Marokańczyków. Ogólnie przyjęty jest bakszysz za wszystko i
nie warto się temu dziwić. Lepiej się przystosować, bo choć tubylcy są niezwykle grzeczni i nikt złego słowa nam nie powie, warto wpisać się w klimat nieco lepiej niż niektórzy rodacy z naszej wycieczki, którzy dla przykładu ostatnią noc spędzili wrzeszcząc  na korytarzu, że Polska i biało-czerwoni. Wstyd jak cholera. Zwłaszcza, że Marokańczycy lubią Polaków i kilka zwrotów nawet mało łamaną polszczyzną przyswoili. Urzekło mnie wypowiedziane przez śniadego chłopca na suku: "ta cena to masakra".

Wręczenie kilku dirhamów za
przysługę na pewno ułatwi życie. W restauracjach należy dać napiwek w
wysokości 5–10% (oczywiście, nie wtedy, kiedy obsługa była kiepska), w
kawiarni wystarczy kilka dirhamów. Kierowcy zorganizowanej wycieczki daje się zwykle 10 dirhamów od pasażera, a pani sprzątającej hotelowy pokój zostawmy na stoliku 20 dirhamów.

O jak Olej Z Arganii

Drzewa arganiowe rosną tylko w Maroko. I Maroko bardzo wyraźnie umie z nich korzystać, bo między innymi z nich żyje. W związku z tym obkupiłyśmy się w czarne mydło, olejki, kremy, szampony i inne specyfiki na bazie oleju arganiowego. Fanką czarnego mydła jestem bezapelacyjnie od czasu niezapomnianych kąpieli u Agi, gdzie to było mi dane pierwszy raz wymazać się tymże i doznać olśnienia. Capi to to jak tysiąc diabłów, wygląda jak towot albo inny smar i w pierwszym wrażeniu słusznie napawa obrzydzeniem. Wystarczy jednak rozcieńczyć nieco siuwaks wodą i umyć się, wysmarowawszy się uprzednio od stóp do głów łącznie z twarzą i włosami, a po zakończonej kąpieli definitywnie zmieniamy zdanie. Skóra jest… hmmm… niesamowicie miękka, elastyczna i po prostu piękna. Nic dziwnego, że Marokanki mają taką ładną cerę.

P jak Petit Taxi i Grand Taxi

Po mieście najlepiej poruszać się taksówkami. Szybko i tanio, ale trzeba pamiętać by upomnieć się u kierowcy o włączenie taksometru. Za przejażdżkę z Hotelu Tivoli do Uniprixu (około 10 minut) płaci się 6-8 dirhamów. Z bakszyszem 10. Z większością przepisów tamtejsi kierowcy mają mocno na bakier, jeśli ktos chciałby wypożyczyć samochód i poruszać się nim na własną rękę (a wypożyczalni jest w samym Agadirze całe mnóstwo), czeka go co najmniej jeden rozległy zawał i skoki adrenaliny godne bungee-jumpingu.

Taksówkarze z uporem maniaka pilnują za to liczby pasażerów przypadającej na jeden samochód. Do Petitki nie wsiądzie więcej niż trzy osoby. Uwaga – Dziecko również jest liczone jako pasażer, choć fotelików tam ni widu ni słychu. Jeśli jest nas więcej, warto wziąć kilka Petitek, bądź skorzystać – po obowiązkowym wytargowaniu ceny – z Grand Taxi. Grands Taxis to stare mercedesy w kolorze kości słoniowej, zwykle zabierają sześciu pasażerów – dwóch z przodu, czterech z tyłu i odjeżdżają gdy zbierze się komplet, ale to zapewne tylko i wyłącznie kwestia ceny. Po zachodzie słońca włącza się taryfę drugą i liczy podwójną stawkę. Po mieście jeżdżą również autobusy – sądząc po osobliwym wyglądzie wchodzisz na własne ryzyko i odpowiedzialność, oraz dzwoniący tramwaj, okupowany głównie przez obłych germańskich najeźdźców. Wycieczka tramwajem marzyła się głównie Dziateczkom, ale jakoś nie udało nam się namierzyć postoju.

R jak Rajd Jeepami


Rajd po pustyni był jednym z moich ulubionych punktów programu. Cóż z tego, że jeden z jeepów zakopał się w piasku i potrzeba było zaangażowania tabuna facetów, by go stamtąd wydobyć. Było pięknie. Widoki? Rewelacja. Kierowca? Przystojniak. Towarzysze podróży? Sami swoi. I tak to proszę Państwa można sobie podróżować. Spostrzeżeń mam kilkadziesiąt co najmniej, ale ograniczę się do kilku.

Po pierwsze zwierzęta hodowlane pasące się tu i ówdzie a mijane po drodze to wyczynowcy. Krowy to alpinistki po prostu, bo był widoczek ze skałą i skalnymi na niej półkami… a na każdej kondygnacji krowa. A kozy zeżrą wszystko łącznie w tekstyliami. Po drugie tamtejsze banany są malutkie bardzo wprawdzie ale bardzo smaczne – tu zdecydowanie pogląd o rozmiarze i jego wpływie na cokolwiek nie ma racji bytu. Choć oczywiście w innych okolicznościach miałby. Zdecydowanie. Po trzecie szkoła srebra w Tiznicie i piekarnie tamże są absolutnie nie do pominięcia podczas wyprawy do Maroka. Jak i zresztą – po czwarte – ceramiczna manufaktura. Zakupiłam nieco miseczek oraz kubeczków i całą drogę powrotną do Polski drżałam czy cztery warstwy tekstyliów w walizce na każdą sztukę wystarczą by nie dowieźć skorup. Zakochałam się również w wielkim talerzu na pomarańcze ale stwierdziłam, że musiałabym go chyba wieźć na głowie w charakterze kapelusza, albowiem bagaż i tak równo wyniósł po 20 kilogramów, a 32 euro za kilogram walizkowej nadwagi nie miałam ochoty cyzelować. Po piąte nie pamiętam, ale jak sobie przypomnę to dopiszę.

S jak Suk

Suk to targ rozmaitości. Kolorowo, gwarnie, tłoczno. Jest tu wszystko i to w ilości hurtowej. Nawet jeśli nie szukasz niczego szczególnego, po powrocie z suku masz pełne ręce. Tu warto kupić oliwki, daktyle, cytrusy, miód i savon noir pakowane w pudełka. Między innymi. Trzeba pilnować toreb i portfeli, ale mnóstwo ludzi o tym przypomina gdy tylko zobaczy turystę z rozpiętym plecakiem, czyli ogólnie wrażenie bardzo pozytywne. Grunt to umieć się targować i nie dawać za wygraną. Czasem wystarczy odejść trzy kroki, a już sprzedawca, który na naszą ofertę tylko pogardliwie prychnął, goni nas chcąc sfinalizować transakcję. Oni to lubią.


T jak Tivoli Hotel

Mieszkaliśmy w przepięknym hotelu Tivoli. Wszystko było super tylko na basen jednak za chłodno i zanadto świeżo po chorobach. W pokojach podwójne łóżka (da się w razie czego rozdzielić na dwa pojedyncze), szezlong, dwa fotele, dwie szafki, telewizor i spora toaletka. Balkon z widokiem i zagospodarowaniem w białe meble ogrodowe. Łazienka z wanną, a w części sedesowej dodatkowo bidet – sprzęt nieoceniony przy spragnionym autonomii i swobodnych działań trzylatku a jednoczesnym braku stopnia z Ikei. W przedpokoju szafa wnękowa. Całość na kartę magnetyczną, którą – aby można było zapalić światło czy uruchomić klimatyzator – zostawia się w specjalnym uchwycie przy drzwiach, ale łatwo było to obejść. Wystarczy kawałek tekturki czy zgięta na cztery kartka papieru. Karty wolałam nie wypuszczać z kieszeni, na wypadek gdybym postanowiła radośnie o niej zapomnieć. A to – bardziej niż pewne – udałoby mi się z oszałamiającym sukcesem. W Hotelu wszędzie piękne mozaiki i rośliny, i urocze małe szybki. Ech.

Igor najmocniej ukochał sobie cytrynowe mini-mydełka, które każdorazowo pozostawiała Mu Pani Sprzątająca, a ja ukochałam sobie Panią Sprzątającą zwłaszcza za tony ciastoliny, które bez pudła zgarniała z podłogi i za składanie w fantazyjne wzory naszych piżam. Oraz układanie lokatorskich zabawek kolorystycznie i gabarytowo. Anioł nie kobieta. Gdybym mogła przemycić ją w bagażu podręcznym i przywieźć do domu, brałabym urlop by leżeć i napawać się idealnym porządkiem. A moje mieszkanie musiałoby się poddać terapii u specjalisty.


U jak Uniprix

Uniprix to odpowiednik naszego Tesco. Supermarket, gdzie właściwie i tanio i na pierwszy rzut oka beznadziejnie, ale wystarczy pozagłębiać się w niektóre alejki i można wpaść w zakupowy amok. Osobiście weszłam w arbuzowe gumy (wyglądają jak maleńkie arbuziki i smakują bajecznie) i rachatłukum (zwłaszcza miętowe). Ponadto kupiłam sobie absolutnie przepiękne sandały, które właściwie składają się z rzemyków i gdyby nie cieniutka podeszwa, w życiu nie wpadłabym na to, że są obuwiem. A są. I wyglądają bosko. Oraz wreszcie mogę sobie osznurować łydkę wzwyż i nie wyglądać przy tym jak gigantyczny baleron. Uniprix to jeszcze cudne barwione chusty, całe morze kosmetyków (oczywiście albo na bazie arganii albo oliwek), biżuteria, kalendarze, plakaty, miętowe herbaty, puzderka z drewna sandałowego i jeszcze stado innych rzeczy, które warto przynajmniej obejrzeć.

Pierwszym co przyśniło mi się po powrocie do domu było magiczne hasło: Tu de Juniprix! 😉

W jak Wiatr

Plaża w kształcie półksiężyca jest absolutnym hitem, ale bywa, że znad oceanu wieje tak mocno, że urywa głowę. Wprawdzie tylko podczas sztormu, ale nie jest to jednakowoż taka rzadkość. Dlatego na wyprawę gdziebądź warto zabrać bluzę, albo dwie i czapkę lub kapelut lub kaptur z bluzy. Ubieraliśmy się warstwowo, na tak zwaną cebulkę, bo pogoda tu jak kobieta – zmienna. Raz słońce, że krem z filtrem 30 można sobie wiadomo gdzie wsadzić (przy naszej bladoróżowej karnacji), a zaraz włącza się wiatr i robi się chłodno, po czym nie mija kwadrans, a znów błękitne, wręcz turkusowe momentami niebo i upał. Obowiązkowo chusta na szyję dla siebie i Małoletnich.

Z jak Zabawić Dziateczki

Zabawić Dziateczki w Maroku wbrew pozorom nie jest trudno. Trudno jest raczej wymóc by rozbrykane towarzystwo zachowało cień choćby ciszy w hotelu czy przy posiłku. Zwłaszcza gdy jedno chce akurat w lewo a drugie w prawo i najfajniejsze wydaje się wzajemne przekrzykiwanie, które chce bardziej. Albo gdy Dziateczki nie chcą jeść, albo gdy chcą, albo gdy same nie wiedzą, czego chcą w tym konkretnym momencie, który za chwilę będzie już zupełnie innym momentem i wtedy będą chciały czegoś całkiem odmiennego. Poza tym wszystko jest proste.

Idzie się na plażę zbierać muszelki i kopać tunele. Albo ucieka się przed falami i goni się je, gdy one uciekają przed nami wgłąb oceanu. Albo idzie się do parku zwanego Ptasią Doliną i ma wszystko chwilowo w odwłoku. Ptasia Dolina jest ogrodem zoologicznym w skali mikro ale urokliwym wielce. Znajduje się tam rozmaite ptactwo, poopisywane ładnie, pogrupowane w zagrodkach, ale również inne przedstawicielstwo królestwa zwierząt. Igorowski i ja ukochaliśmy sobie zwłaszcza młode kózki. Ponadto w Ptasiej Dolinie jest pierwszorzędny plac zabaw. Godzina i Dziateczki spokojne jak z obrazka.

Generalnie wygląda mi na to, że naszą ambicją było by towarzystwo przegonić plażą, albo z Kazby, umęczyć z deka, posilić, napoić i ćwiczyć krzepę niosąc w drodze powrotnej do hotelu. Bardzo ale to bardzo polecam zabranie wózka parasolki, takiej do upodlenia i zniszczenia na miejscu. Trzylatek, nawet z bardzo mocnymi aspiracjami do czterolatka to nadal mały Dzieć, co nóżki ma krótkie a ich męczliwość wręcz potworną. Obstawiam, że dopiero prawdziwy pięciolatek może dać spokojnie radę i nie marudzić jak leniwiec ze sraczką.

Ż jak Żal…

… że czas mija tam piekielnie szybko.

Ale cieszę się, że byłam tam w takim towarzystwie. Bezcenne 🙂

Przeczytane w GW

"Wielu właścicieli psów to emeryci. Nie możemy się schylać i sprzątać. Może z podatku psiego, który płacimy, miasto wynajmowałoby kogoś do sprzątania? Przecież jest tak duże bezrobocie."

Ciekawe. Bardzo.

Jak rozumiem taki pies nie dostaje również jedzenia albowiem aby postawić/podnieść miskę z podłogi trzeba wykonać skłon. Albo kucnąć… ale tego może nie piszmy, bo jeszcze by się wydało, że kucać można w każdym wieku. Albo przyklękać. W kościele całkiem ładnie to przecież wychodzi.

Pfff.

Ostatnio wyprosiłam z przedszkolnego ogrodu, w którym – jak można się domyślać – nader często bawią się Dzieci, Podeszłą Wiekiem Damę z pieskiem. Na teren przedszkola wchodzi się przez furtkę, którą zamyka się dopiero wieczorem, bo okoliczna małolać również czasem lubi pozjeżdżać na zjeżdżalni albo skorzystać z huśtawki niekoniecznie bywając przy tym przedszkolakiem akurat w tym konkretnym przybytku. Podeszła Wiekiem Dama srała swoim psem u podnóża zjeżdżalni jakoś w porze teleekspresu. Na moje veto pojechała taką wiązanką okolicznościową, że Kapela z Gnojnej nakryłaby się nogami i dopchnęła akordeonem. Zareagowała dopiero na propozycję podwiezienia do domu samochodem Straży Miejskiej, który zaoferowałam się specjalnie dla niej wezwać. Widać było jej tak spieszno, że wolała piechotą.

Urocza i jakże przemiła starsza pani.

Nic nie mam do psów. Bardzo je lubię i w Mamutowie zawsze się z nami wychowywały. Natomiast w przypadku niektórych właścicieli zastosowałabym zestaw wymyślnych tortur, albo lepiej… kazałabym turlać się murawą pierwszego lepszego publicznego ogrodu czy parku. Codziennie. Najlepiej w marcu właśnie.

Bo to tak, jakbym po opróżnieniu kociej kuwety radosną hosanną wypieprzyła wszystko przez okno. W końcu za oknem mam trawnik.

.

——————-

Poza tym Zoś agowy doszedł już całkiem do siebie, Igo lepi jej codziennie nowe kwiatki z ciastoliny i rytualnie pokrywa nią kolejne warstwy PanKota i dywanu a ja właśnie przed momentem odkryłam, że głęboko w czeluściach panelu administracyjnego blogaska mam ukrytą notkę marokańską, która dzielnie sobie czeka aż ją dokończę i upublicznię. Nieźle co? Zapomnieć o zaczętej i niemal pełnej notce to mi się jeszcze nie zdarzyło.

Zajmę się tym później, albowiem teraz biegnę kurcgalopkiem poprzed deszcz do domu, gdzie czeka mnie Lord Fader, Stabat Mater, Kniaź Igor, Kot bez Butów za to w doniczce na parapecie i inne ciekawe historie.

.

Ps0. A może ten kocur jest dzikiem uwięzionym w ciele kota? Co? I on trufli szuka albo kurka siwa nie wiem czego? Już mu mówiłam, że skarbu w kwiatkach doniczkowych nie znajdzie, ale może jakiś z niego niepoprawny romantyk-indywidualista? Tak czy siak dostał ultimatum – jeszcze jedna doniczka i piorę go w zwykłym proszku. Magiel prasujący mam w podwórzu nieopodal.

Ps1. Chcesz mnie wkurwić jeszcze bardziej niż przewiduje ustawa? Pisz do mnie na gadu-gadu co drugie zdanie wstawiając "tia" i "nio". Wymiennie. Efekt murowany. Niestety możesz się spodziewać, że pisaliśmy po raz ostatni… TY WALE MIEDZESZYŃSKI!!!

Ps2. Albo nadciąga PMS albo będę musiała kogoś zabić. Ochotnicy powinni skorzystać z informacji zawartych w peesie pierwszym dodatkowo podając swój adres zamieszkania i/lub szlaki powrotne z siatką godzinową.

Kobieta dzienna i okolice

Z okazji Dnia Kobiet weekendowałam stacjonarnie z Nielotem, która to przybyła w sobotę punktualnie w samo południe z białą różą w zębach. Ach jakże uroczy był to widok. Róża znalazła miejsce w niebieskim wazoniku oraz czułych objęciach PanKota. PanKot zaś jest żywym przykładem na sprawne funkcjonowanie zjawiska reinkarnacji a w poprzednim wcieleniu musiał trudnić się ogrodnictwem, albowiem w życiu nie spotkałam kota, który tyle czasu poświęcałby roślinom, z taką uwagą i namaszczeniem je podgryzał oraz z taką determinacją wracał na parapet ułamek sekundy po tym jak został stamtąd brutalnie i ze ścierą przegoniony.

Nielot w pakiecie powitalnym dostała ściski na chodniczku w przedpokoju, pełne uwielbienia popisy Lokatora, rozmruczanego PanKota na kolana i ogólny szum informacyjny. Bośmy się okropnie dawno nie widziały.

Sobota i spora część niedzieli upłynęła nam na niczym nie skrępowanej dzikiej konsumpcji i lenistwie. Dodatkowo w sobotę dołączyła do nas Haluta, zatem sabat czarownic, przełamany tylko jednym przedstawicielem rodzaju męskiego (PanKota już jakby ciężko liczyć bo został części swoich atrybutów pozbawiony), miałyśmy całkiem konkretny.

U jednego takiego prawdziwego Męcizny byłam w piątek. Znaczy pojechałam do Gogi, ale raczej trudno byłoby udawać, że tylko dla niej. Przy całym jej uroku i powabie, niestety Jaśko jest bezkonkurencyjny. Fajny – taki męski i konkretny. Najpierw spał, potem kategorycznie zażądał okazania matczynego biustu a następnie beknął rozgłośnie i zapadł w drzemkę regeneracyjną, przerywaną odgłosami trawienia dobiegającymi z innej zgoła strony.

Małe dzieci są uroczo bezproblemowe.

Niestety potem rosną i zaczynają się schody. Obecnie mamy na tapecie niekończący się potok dziwnych pytań, niekonktrolowanych okrzyków i nagłych zwrotów akcji w postaci śpiewu na całe gardło w tramwaju pieśni narodowo-wyzwoleńczych. Tak ot z cicha pękł. Jedziemy sobie trzynasteczką, całkiem wygodnie bo wyjątkowo nie w uścisku z resztą dzielnicy a cywilizowanie i zajmując miejsca siedzące. Jedziemy, jedziemy, słowotok w pełni, czyli "tu czelwony samochót, a tu pacz mamo, pacz, drugi czelwony i dziewionty i czternasty, o, tu pan duubie w nosie niegrzecny taki, a tu drzefko, ładne takie i ptaszki na nim siedzom i śpiewajom…"

WTEM!

i tu poziom decybeli niebezpiecznie rośnie a rozlegający się z nagła dyszkant przyprawia o rozległy zawał i drżenie łydek:

– Czelwone maki na Monteeee Kasynooo! – opcjonalnie – Myyy pielsa blygaaaada!

Tu Pan po lewej upuszcza gazetę, Pani z przodu krztusi się drożdżówką a kilka mniej zorientowanych osób rozgląda wokół się w pełnym rozdziawie i osłupieniu. Motorniczy twardy jest niczym Roman B. – nawet mu brew nie drgnie – ale koniec końców często podróżujemy tą trasą, więc jakby nie patrzeć pierwszy szok ma za sobą.

Jeszcze niedawno na topie była Ola, co szła do przedszkola po chodniku, Puszek-Okruszek oraz ogórek w zielonym garniturze, ale odkąd Lokator odkrył utwory patriotyczne i zaangażowane, mamy w domu i okolicy zlot kombatantów w pigułce. Strach pomyśleć co będzie gdy kiedyś trafi na jakieś godzinki albo nie wiem co. Maryja Królowa Polski w drugim wagonie w drugi i czwarty wtorek miesiąca? Hmm. Nie wiem czy ludzkość jest na to gotowa. Doprawdy.

Dobra, idę bo Lokator świeżo zafascynowany filmem o budowie człowieka – odcinek: układ oddechowy, raz! – właśnie wykonuje freediving bez wody i wstrzymał oddech, przez co przybrał wyjątkowo żywe barwy.

Macierzyństwo składa się ze wzruszeń, wkurwów i nieustanych dylematów.

Teraz też mam dylemat: zapytać wizażysty, czy pąsowe na twarzy dziecko to typ wiosenny i dopasować kolorystycznie chodniczek, czy też poprzestać na zasłonach?

Dzień Pierwiastka Kwadratowego

Czy wiecie, że dziś jest Dzień Pierwiastka Kwadratowego? Nie wiem wprawdzie co ten fakt wnosi do stanu gospodarki wolnorynkowej, ani jaki ma wpływ na przyrost masy węgorzy… ale informacja arcyciekawa.

Data 3.3.09 jest jak "kometa w kalendarzu"- doniósł mi onet – zarówno dzień, jak i miesiąc stanowią pierwiastek kwadratowy dwóch ostatnich cyfr roku. Normalny człowiek przeczyta i natychmiast zapomni ale podobno matematycy są w ekstazie. Aczkolwiek przyznaję, że jak pomyślę o matematyku w ekstazie, przychodzi mi na myśl wyłącznie moja matematyczka z liceum rozgłośnie gryząca marchewkę podczas niezapowiedzianych kartkówek i z lubością obserwująca ilu osobom nie pozwala się to skupić. Rodzice w dzieciństwie pewnie budzili ją w nocy co 30 minut i kazali recytować Pana Tadeusza, więc się lampucera mściła. Mam jednak nadzieję, że nie wszyscy matematycy są wredni, podobnie jak nie wszyscy informatycy mają tłuste włosy i obłęd w oczach.

W każdym stuleciu jest tylko 9 dni, których daty mają taką własność.
Poprzedni "dzień pierwiastka kwadratowego" przypadał 2 lutego 2004 r.
(2.2.04), kolejne zaś będą obchodzone 4 kwietnia 2016 r. (4.4.16) i 5
maja 2025 r. (5.5.25).

Nie ma jak długoterminowy blog – od razu sprawdziłam co robiłam drugiego lutego 2004.
I proszę jak miło – choć marudnie jak zawsze – było 🙂

A Państwo co robili?