Joanna.

„Joanna” – film o wspaniałej, pięknej, czułej i bardzo mądrej osobie jest nominowany do Oscara. To wielkie wyróżnienie dla filmu i jego twórców. Dla nas, tych którzy z Joasią Sałygą spędzili trochę tego czasu, który wywalczyła dla siebie i bliskich, największym wyróżnieniem jest to, że mieliśmy szansę Ją znać. Choć przez chwilę. Ja poznałam Ją tylko wirtualnie. Nie zdążyłyśmy zrealizować planowanego spotkania. Wierzę jednak, że kiedyś gdzieś jeszcze wypijemy razem za tego Oscara. Nawet jeśli go nie będzie. Dla mnie zdobyła już cały wagon statuetek.

Brakuje mi Chustki.
Przydawała się do życia.

Kiedyś będziesz miała swoje dzieci, to zrozumiesz

Taki tekst słyszałam dawniej w tak zwanych trudnych momentach wychowawczych od rodziców. Kiedyś zupełnie to mnie nie ruszało, „ot kolejne wyrzekanie starych” myślałam sobie i sarkałam pod nosem, że może nie będę mieć dzieci, tylko hodowlę kóz.

Dzisiaj dość często zdarza mi się żałować, że jednak nie wybrałam bramki z kozami. Miałabym święty spokój, nosiłabym watowaną kufajkę, żyła sobie spokojnie w Tadżykistanie i piła dużo wina.

Zamiast tego mam troje dzieci, zero kóz a pić jeszcze jako matka nadal karmiąca nie mogę. A akurat dziś jak raz bardzo by się przydało.

Po powrocie z wywiadówki potrzebuję melisy, valium, dolarganu… albo młotka, łopaty i dobrego prawnika.

Igor jest zdolny ale jego zachowanie pozostawia wiele do życzenia.

Gadanie na lekcjach i super kreatywność na przerwach pominę, bo to standard. Ale dokuczanie w mało wysublimowany sposób koleżance z klasy, nawet jeśli bardzo mu się ta koleżanka podoba, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Szkoda, że musi jeszcze minąć trochę czasu, zanim to odkryje.

Tymczasem jest szlaban na gry do końca stycznia a jutro przed szkołą Igor zakupi z własnych funduszy rafaello, które z żarliwymi przeprosinami zaoferuje koleżance. Dzisiaj karnie poszedł do łóżka jeszcze przed Jankiem.

Musi zaboleć.

Gdy mu mówię, że kiedyś sam będzie miał dzieci bla bla bla… patrzy na mnie jak na kosmitę, który przyleciał na Ziemię, upodobnił się do jego matki i gada od rzeczy.

Dzieci to wielka przygoda.
Trochę jak jazda bez trzymanki kolejką w wesołym miasteczku.
Bywa zabawnie i uroczo, ale czasem robi się niedobrze i człowiek może zobaczyć w innym świetle swoje wnętrze.

A jeszcze dostałam ocenę semestralną. To też niezłe. Generalnie artysta i matematyk. Tylko by rysował, malował, lepił albo śpiewał. Ewentualnie biegał, ćwiczył na wuefie i kopał piłkę. A oprócz tego liczy jak kalkulator. Śpiewający malarz-piłkarz-akrobata z wyświetlaczem i baterią słoneczną. Jest w tym pewien potencjał ale nie wiem czy znajdzie swoją niszę. Mógłby to być dość śmiały wybór źródła utrzymania.

Cytat: „zamknięty w sobie, nie zabiera głosu z własnej inicjatywy, wypowiedzi konkretne, krótkie” a pod spodem podkreślone grubym szlaczkiem „wspaniale recytuje”.

Hmmm. Może powinien wypowiadać się wierszem?

Konspiracja to podstawa

Wujek Heniutek nazywany jest przez nas żartobliwie przyjaciółką Mamuta. Przyjaciółką, bo zawsze przychodzi poplotkować przy kawie. Tak co kilka dni. Mieszka niedaleko, jest Mamuta kuzynem i właściwie wychowywali się razem, nic dziwnego więc, że przychodzi pogadać. Bardzo fajnie.

Sęk w tym, że za każdym razem usilnie się stara, by wyglądało na to, że nie przyszedł specjalnie, tylko albo przechodził akurat obok, albo zauważył bezpańskiego psa i się przestraszył, że coś nam zrobi (ale co? zje chleb dla ptaków? pobiega po podwórku?), albo latem narwać sobie jabłek papierówek, bo mamy dobre, albo przyszedł sprawdzić, czy mamy pożyczyć żeliwny kocioł, taczkę, drewno na ognisko. I temu podobne pomysły.

A już najgorzej jak Mamuta nie ma w domu, bo akurat jest w sklepie, czy u lekarza i drzwi otwiera mu inny członek rodziny. W ogóle najlepiej jak Mamut jest u siebie na dole sam.

Dziś rodzice pojechali do mojej siostry.
Wujek Heniutek pojawił się przy drzwiach punktualnie o 10.00.
Otworzyłam ja.

– Jest mama? – zapytał wujek Heniutek z nadzieją.

– Nie ma – powiedziałam – Pojechali z tatą do Moniki.

– Acha. – zmartwił się nieco i już zaczął odwracać na pięcie.

– Ale może wujek wejdzie na herbatę?  Strasznie leje… – zaprosiłam.

– Nie. – odpowiedział szybko i wypalił – Chciałem tylko spytać czy za gaz już rachunek przyszedł?

Deszcz pada, wiatr dmucha, zimno i wstrętnie, że człowiek zastanawia się pięć razy czy na pewno wszystko wyżarł z lodówki i czy na pewno trzeba trumnąć się do sklepu, a on o tu z pytaniem o rachunek 😉

Rachunek nie przyszedł.
Wujek Heniutek poszedł.

Wpadnie pewnie pojutrze bo akurat będzie na spacerze a ma po drodze.

Z cyklu: światłe pomysły ciemną nocą

No to mamy chyba porę monsunową. Albo nie wiem jaką. Zima to to nie jest, co mnie akurat cieszy, bo nie muszę odśnieżać chodnika, auta, dziecka etc, ale te wichury po nocach mnie trochę przerażają.

Mieszkamy na poddaszu, więc gdy wszyscy jakimś cudem już zasną i jest cicho, wiatr wyje jak chór potępionych dusz nieprzygotowanych do koncertu chórzystów. Taka prywatna ścieżka dźwiękowa do horroru klasy C. Dziś do tego Książę Małżonek był w pracy i ja tu sama w tym wyjącym domu z tymi złośliwie rozkopującymi się spod kołder dziećmi. Malowniczo, prawdaż?

A po trzech pobudkach do Młodej na karmienie, przewijanie i kołysanie „bo już nie chce mi się spać Mamusiu” to ja w ogóle wyglądam dziś bardziej jak Koala. I to zupełnie na trzeźwo. Niestety.

Śniło mi się dziś, że weszłam na strych trzymać dach, żeby go nie zerwał wiatr i z tym dachem odleciałam, niczym na paralotni. Ale w ogóle co za pomysł – iść trzymać dach. No brawo ja…

Świetny pomysł miał kiedyś przez sen Książę Małżonek. Mianowicie śniło mu się, że wiózł gazety do Gdańska ROWEREM. Jakieś 400 kg, dwie palety. Nie wiem gdzie on sobie wsadził te gazety bo to normalnie ładowność jak do busa. I najlepsze jest to, że o trzeciej w nocy miał zrobione większość trasy, czyli jechał ze średnią prędkością 80 km/h.

Można? Można.
To u nas rodzinne.

Może kawa pobudzi mój mózg do pracy.

Nabzdycz Klasyczny a sprawa snu

O szesnastej Jan łaskawie pozwolił odebrać się swemu Tacie z przedszkola. W drodze do domu zachowywał wymowne milczenie. Na pytania reagował półgębkiem. Na czole jaśniała mu pokaźnych rozmiarów śliwa. Dokładnie w tym samym miejscu co pięć poprzednich. Nieco później dowiedzieliśmy się, że to kolejny burzliwy związek – tym razem z Zuzią i plastikową ciężarówką.

W domu Jan spojrzał na mnie wymownie spode łba. Powietrze zgęstniało i poszarzało.

Nabzdycz Klasyczny – zdiagnozowałam błyskawicznie niczym wytrawny patolog z CSI podczas autopsji.

– Jasiu, jak było dziś w przedszkolu? – zagaiłam chcąc zyskać na czasie i obmyślając plan awaryjny.

Nabzdycz przybrał na sile.

– Nie lubię Cię, Mamo! – wypalił Młody butnie.

– Ale tak na zawsze – postanowiłam dopytać – czy tylko teraz?

– Teraz – odparł obrażonym tonem.

– A dlaczego mnie teraz nie lubisz? – postanowiłam dowiedzieć się więcej.

– Nie wiem – padło z rozbrajającą szczerością.

– A spałeś dziś na leżakowaniu? – zadałam kluczowe pytanie.

– Nie – powiedział Jan, wygiął usta w podkówkę, po czym oddalił się w stronę drugiego pokoju.

– I nie odchodź w gniewie… – powiedział za nim Książę Małżonek.

Dlatego właśnie postuluję leżakowanie i drzemkę jako obowiązkowy plan dnia. O ileż mniej nabzdyczona bym była. Wręcz miła może nawet. A już na pewno nie musiałabym malować tuszem rzęs, by zaznaczyć miejsce, w którym mam oczy.

Leżakowanie w domu, pracy i zagrodzie.
Leżakowanie na prezydenta.

I taki milutki mięciutki kocyk w misie.
Chrrrrrrrr

Ratunku, fitness mnie zaatakował

Wczoraj po świątecznej przerwie wybrałam się na ćwiczenia. Wprawdzie codziennie rano i wieczorem ćwiczę sama w domu przed komputerem, ale to nie jest to samo. Zdecydowanie.

W domu zawsze ktoś coś ode mnie chce. Okazuje się, że 20-40 minut bez mamy grozi trwałym kalectwem, śmiercią a już na pewno końcem świata. Dzieciom zawsze nagle się przypomina, że zapomniały czegoś do szkoły, albo przedszkola, albo postanowiły się pokłócić, naprać po pyskach, wysmarować klejem i drzeć w niebogłosy.

Klub mam niedaleko, 20 minut szybkim marszem od domu i chyba nawet lubię tam chodzić. Dwa razy w tygodniu mogę trochę odseparować się od tej mojej jakże uroczej ale męczącej gromadki, na zajęciach porządnie zresetować, a w drodze powrotnej ochłonąć, uspokoić i stracić z twarzy nieco tej dramatycznej purpury.

Potem wracam do domu i widzę w domu istne pandemonium a na twarzy Księcia Małżonka mieszaninę paniki, rezygnacji i ulgi, że już jestem. Oczywiście nie ukrywam wrednej satysfakcji, że przecież ja tak mam stale i jakoś jeszcze nie umarłam a na dodatek sprzątnęłam, zrobiłam pranie, przypilnowałam odrabiania lekcji i upiekłam chleb.

Książę Małżonek jednak uparcie twierdzi, że w domu może robić jednocześnie tylko jedną rzecz. Czyli albo pilnuje dzieci, albo porządku. Ja tak trochę mam z jazdą samochodem. Albo się mieszczę w pasie i jadę, albo patrzę w lusterka.

No ale miałam o ćwiczeniach, że się wybrałam.

Dotarłam jako pierwsza, więc trenerka zagaiła do mnie, jak święta i w ogóle, czy udało się utrzymać wagę w ryzach etc. No i oczywiście odparłam, że fajnie, że tak ale już najwyższa pora wrócić do zajęć, bo oponka jest bezlitosna.

W tym miejscu powinnam się zamknąć, ale nie. Musiałam, po prostu musiałam.

– A jak sobie poradzić z ramionami i tymi wiszącymi „pelikanami”? – spytałam wskazując na własne tłuste łapki.

Trenerka niczym pies gończy, który zwietrzył zdobycz, temat ochoczo podchwyciła i jęła mi objaśniać, że to triceps trzeba pomęczyć i że to tak i owak, a do tego biceps i mięśnie kapturowe, czy jakoś tak, żeby się cała obręcz barkowa ukształtowała.

Obręcz to ja musiałam mieć chyba w oczach jedną wielką, bo nagle stwierdziła, że pokaże na zajęciach i poćwiczymy sobie to dziś.

No to poćwiczyłyśmy. Z ciężarkami a potem sztangami przy jednoczesnym użyciu stepu i pierdyliarda przysiadów. Sztanga na karku, ręce rozpostarte po bokach ją podtrzymują, noga lewa wypad w tył i tysiąc pięćset góra-dół. A potem na leżąco sztanga za głowę, z powrotem, „brzuszek” i od nowa. Miliard powtórzeń.

I jeszcze do nas krzyczy: – Zepnij pośladki, wciągnij brzuch, plecy proste, oddychaj!!!

Dla mnie to jest bardziej albo-albo. A tu trzeba wszystko jednocześnie i jeszcze wykonać poprawnie ćwiczenie i nie wyłożyć się centralnie na parkiet. Czary z mleka.

Po zajęciach buty musiałam sobie wiązać przez WiFi, gdyż albowiem straciłam połączenie z własnymi rękami.

Wracając modliłam się żarliwie. Boże,  spuść nogę i kopnij. A nade wszystko obdarz mnie darem trzymania ozora za zębami. Amen.

Instrukcje są dla ludzi bez polotu i finezji

Zawsze tak myślałam.

Kiedyś rodzice zakupili okazyjnie regał na wysoki połysk. Dawno temu to było, kiedy takie regały to było jedno z największych życiowych osiągnięć statystycznego Kowalskiego, wręcz przejaw luksusu. Regał wprawdzie posiadał instrukcję, ale była ona napisana chyba przez wiewiórkę na psychotropach i koniec końców Tato z Siostrą skręcali to sami metodą prób i błędów.

Do dziś instrukcje wydają mi się czymś całkowicie zbędnym, zabijającym wyobraźnię i ograniczającym. Coś jak szkoła.

Kto by tam czytał instrukcje, prawda?

No właśnie.

Dlatego dziś elegancko zatkałam odpływ w wannie. Kretem w granulkach.

Co miesiąc miałam sypać, tak jak Pan hydraulik doradził. No to sypnęłam tyle, ile weszło. Jakoś pół butelki. Pojemny to odpływ jak widać, bo to dość duża butelka.

Polałam i czekam.

Zasyczało, zabulgotało, podymiło. Żaden Dżin się nie pojawił. Nawet z tonikiem. Pojawił się natomiast problem w postaci stojącej w wannie wody. Ilość niewielka ale nadal to sytuacja z gatunku tych, o których mówi się „ups” albo „oj”. I kaplica.

Powzięłam zamysł, wzięłam pędzelek od plakatówek i drugim końcem pogrzebałam w odpływie. Już się miałam klasycznie załamać albo przynajmniej porządnie wkurwić, ale przybył Książę Małżonek i mi wypalił, czy nie myślałam żeby instrukcje jednak czytać.

Naprawdę?! Ale jak to?

Zawsze sądziłam, że instrukcjami pali się w kominku, ewentualnie omiata się je wzrokiem z politowaniem i wzgardą. A tu proszę takie nowum i zaspawana wanna.

Na szczęście Książę Małżonek odetkał ale, że ma pamięć jak kura – parszywie pamięta tylko złe rzeczy – będę go musiała teraz zabić.

Podobno wystarczy dwie łyżki stołowe i zalać wrzątkiem.

Wystarczy – srarczy.

Mistrz kierownicy i jego muza, a raczej muz

Zrobiłam dziś rodzinie kurs na Ochotę i z powrotem. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ten mój Książę Małżonek taki zdenerwowany i ciągle się łapał za serce. Czyżby nie doceniał moich fantastycznych  umiejętności kierowcy rajdowego? Auto nadal całe, więc nie wiem doprawdy… Chyba, że to meteopata jakiś z opóźnieniem i mu ciśnienie skoczyło.

Wyjeżdżam z bramy i hamuję przed ulicą, a ten do mnie z obłędem w oczach: – Uważaj autobus!!!

Przecież widzę, okulary mam. Autobus był doskonale widoczny na naszej pustej jak mój portfel o tej porze miesiąca ulicy. Zresztą naprawdę trudno byłoby go nie zauważyć, skoro był kilka metrów od nas.

Jedziemy, jedziemy, nadal jedziemy. W oddali widać czerwone światło. Dystans się zmniejsza,  odpowiednio redukuję prędkość, a ten:

– Zwolnij! Hamuj!

Przecież zwalniam, przecież hamuję. Czuję się jak pilot, któremu mamusia przed wylotem każe latać nisko i powoli.

Wprawdzie raz prawie wymusiłam pierwszeństwo ale tylko raz i prawie,  więc się nie liczy. Prawda?

– Spowodowałabyś wypadek!  – grzmi na mnie w drodze powrotnej.

Wrrrr. Warczę sobie pod nosem i przechodzę w czwarty wymiar, czyli jadę 80-tką na Trasie Łazienkowskiej.

– Zwolnij! Ślisko jest…

A w innym miejscu:

– Dawaj, tu szybciej trzeba!

I tak o. Przynajmniej nie nudzi mi się podczas jazdy.

Oj słabego zdrowia ten mój Małżonek, słabego. Ale spokojnie. Przy mojej jakże doskonałej technice jazdy zapewnię mu odpowiednio wysoki poziom adrenaliny jeszcze wielokrotnie. Na serce nie zejdzie. Prędzej na suchoty, bo od tego gadania przy tak zawrotnych prędkościach może się ich nabawić.

Przy obiedzie Igor z miną szpiega oznajmia Dziadkom pewnym głosem:

– A mama dziś prawie spowodowała wypadek.

Na krótką chwilę buraczki stanęły mi w gardle. Potem szybko zmieniłam temat. Po co się Dziadki mają nerwicować.

Jedno jest pewne. Pięć razy pomyślę zanim dam zdrajcy na własnej piersi wyhodowanemu pograć w Subway Surfera na moim nowym telefonie.

Czy zamawiała Pani budzenie?

Gdy właśnie odkładam nakarmioną i uśpioną córkę do łóżka jest 4.30. Skradam się jak najciszej pod własną kołdrę. Zasypiam. Pół godziny później budzi mnie tupot małych nóżek Janka i radosne „dzień dobry”. Nie tylko mnie. Dzień dobry jego mać! Jedynie Igor, wychowany na chóralnych imprezach, smacznie i rozsądnie śpi dalej. Mam ochotę schować się pod dywanik łazienkowy i zapaść w stupor. Albo dokonać kilku niezobowiązujących morderstw. Tymczasem układam puzzle o piątej z minutami. Z Bobem Budowniczym. I zastanawiam się jakim cudem ludzkość przetrwała. Chyba siłą rozpędu.

Cztery i pół godziny snu. To i tak wyczyn.

To się nazywa niezły jubel

– Robiłem dziś tort na 70-lecie ślubu – oznajmił Tato (cukiernik od lat pięćdziesięciu) przy obiedzie.

– I oboje żyją? – dopytał na wszelki wypadek Mamut.

– No tak. Imiona obojga wystąpiły i z tego co wiem nie bardzo pośmiertnie – odparł Tato tłumiąc chichot.

Popatrzyliśmy na siebie z Księciem Małżonkiem z mieszaniną podziwu, niedowierzania i lekkiego obłędu, bo to był kolejny długi dzień z kompletem znudzonych i rozbrykanych dzieci na małej przestrzeni z kuszącą choinką w tle.

– No to ja nie mam szans kochanie. – podsumował Książę Małżonek już na osobności – Za 65 lat to ja będę już nieźle próchniał.

– Chcesz powiedzieć, że zmarnowałam 5 lat ze starym dziadem? – dotarła do mnie rzeczywistość.

– Dokładnie.

– Matko, to straszne… Pięć lat poszłooo… A tyle jeszcze mogłam – zamyśliłam się.

– No… Mogłaś – przytaknął On.

– Dobra, to kto myje maluchy – Ty czy ja?

Zgłosił się na ochotnika, więc mam chwilę dla siebie. Witaj kanapo. Pomyślę sobie o tym, co jeszcze mogę 😉