Sztuka i racuchy

Zima w mieście.

W szkole fajne zajęcia: kino, wycieczki, wystawy, basen, fabryka cukierków, wizyta w ambasadzie różnych państw etc. Dla rodziców dobre wyjście w przypadku braku opcji wyjazdowej na ferie – dzieć się nie snuje po domu marudząc, tylko robi coś ciekawego i (co ma niebagatelne znaczenie) poza domem. Oraz bardzo smaczne stołówkowe jedzenie – mój własny osobisty syn-niejadek zachwalał. Same plusy.

Igor wrócił ze szkoły i od progu oznajmił:

– Byłem dziś w Muzeum Narodowym…

Glorie i hosanny rozległy się w mojej głowie przepięknym tadaaam. Mój ci On! Lata wleczenia go od oseska po muzeach, koncertach, filharmoniach jednak procentują.

-… bo do obiadu potem mieli dawać dodatkowe racuchy.

Ostatnia hosanna spadła popiskując z wysokiego C i plasnąwszy o podłogę roztrzaskała sobie D.

– Straszne nudy.

Podsumował pierworodny boleśnie masakrując moją artystyczną duszę.

– A „Bitwa pod Grunwaldem” Ci się podobała? – zagaił ze słabnącą nadzieją Książę Małżonek.

– No, niezła. – odparł krótko Syn.

I pogalopował rączo do swoich arcyważnych spraw.

Niezła?
Niezła to może być nowa kiecka z wyprzedaży.
Nieźle faktycznie Ci to wyszło Matejko, ziom. Joł.

Bez okularów i nie w ciąży

Tomografia żuchwy.

Przyjemny gabinet, stado różnych urządzeń, które buczą, szumią i robią ping!

Pani Radiolog od progu pyta mnie czy jestem w ciąży, dopiero potem prosi o skierowanie i nazwisko.

Nazwiska! Adresy! Kontakty!

W ciąży akurat wyjątkowo szczęśliwie nie jestem, skierowanie podaję, takoż nazwisko.

– Proszę zdjąć okulary, biżuterię, kolczyki, łańcuszki, protezy, wszystko co metalowe – odzywa się do mnie głosem zza grobu kanciapa, w której zniknęła ze skierowaniem miła Pani.

W żuchwie mam metal ale to na stałe, nie wyjmę. Miła Pani przyjmuje to ze spokojem.

– To proszę mi to jeszcze szybko wypełnić – wystawia z kanciapy kartkę.

Wyjmuję okulary z torebki, zakładam, wypełniam.

– Ale mówiłam żeby okulary zdjąć! – grzmi Pani, która zdążyła już wyjść z kanciapy i patrzy na mnie z naganą.

– Przy minus cztery i pół bez okularów mogłabym co najwyżej zlokalizować kartkę – wyjaśniam uprzejmie.

– Acha, no tak.

No tak. Bezokularnik okularnika nie zrozumie.

Staję przy największej maszynie i kładę brodę na wskazanej podkładce. Pani układa sobie moją twarz i szczękę dowolnie jak tam jej akurat pasuje. Jestem dzielna i nie warczę. Nic a nic.

Za chwilę było już po wszystkim. Ale łatwo nie było 😉

W momencie gdy Pani Radiolog powiedziała „teraz przez minutę proszę oddychać spokojnie, nie poruszać się i nie przełykać śliny”, natentychmiast wszystkie moje ślinianki podjęły wzmożoną pracę, oblazły mnie wściekle łaskoczące mrówki i przypomniałam sobie wszystkie ataki astmy w historii ludzkości.

Boże prowadź, byle do baru!

Najkrótszy na świecie poradnik dla Cashew

Chuda mnie zmobilizowała i postanowiłam jednak uwiecznić zanim zniknie w czeluściach fejsbunia.

Jest to najkrótszy na świecie poradnik o tym jak nie drzeć się na dziecko, w tym wypadku dwuletnie, choć przy ciut większym też się nada.

Po pierwsze oddychaj, oddech jest bardzo ważny.

Po drugie oddychaj.

Po trzecie jak już dobrze odetchniesz zwizualizuj sobie kwiat lotosu na tafli jeziora.

Po czwarte pomyśl jak ważne jest dla Ciebie dziecko.

Po piąte wykonaj okolicznościową mandalę i zrelaksuj się.

Po szóste pomyśl, że Twój wściekły dwulatek za chwilę będzie uroczym dwuipółlatkiem a potem płynnie przejdzie we wściekłego trzylatka, bo nic nie jest constans.

Po siódme czy już wkurzyłaś się wystarczająco na te porady i wkurw na dziecko Ci przeszedł?

Trzymaj się. Mocno.
🙂

Dzikość wsierdzia

Książę Małżonek zostawił mi kluczyki do służbowego auta.

Ulala. To chyba wyraz najwyższego uznania dla mego kunsztu prowadzenia pojazdów. Nie wiem jak sobie z tym poradzić, doprawdy.

Dzieci rozwiezione po placówkach, Młoda aktualnie tnie komara.

To może ruszę w miacho? Hę?

W końcu mam 15 do 20 minut niczym nie skrępowanej dzikiej swobody 😉
Ahoj przygodo.

Sino-brąz-koperek

– A Ty będziesz się musiała malować – westchnął Bóg, stworzywszy kobietę.

Ha, haha, hahahaha. – odszczekałam kiedyś do męża, gdy wyczytał to w jakimś piśmie.

Po obiedzie wyszłam do warzywniaka.

Normalnie mąka orkiszowa, żytnia razowa, czarnuszka, ziemniaki, jabłka, banany, gruszki, marchewka, buraki, dwa twarde pomidorki i potem wlecz to wszystko radośnie parskając, gdy pot zalewa oczy i masz 10 minut na dotarcie do domu, bo Książę Małżonek jest aktualnie w drodze do Szczecina, Mamut za dwa kwadranse ma wizytę w przychodni, a trójki dzieci nie utrzyma nawet najlepszy kaloryfer.

Iiihaha!!!

Pani Ela patrząc na mnie podejrzliwie spytała czy dobrze się czuję. Po drodze spotkałam znajomą, która również wykazała nadnaturalną troskę o moje zdrowie.

Hmm – pomyślałam – Albo mąż mnie zdradza z fryzjerką, albo poszła fama, że umieram.

Fryzjerka odpada, bo ma z 70 lat i aktualnie jest w szpitalu, więc nawet przy najszczerszych chęciach i wybitnym zamiłowaniu Księcia Małżonka do seniorów, trudno o schadzkę w tej sytuacji.

Umieram często, nawet kilka razy dziennie, zwłaszcza jak bawimy się z chłopakami w Indian, ale nie rozgłaszamy tego po okolicy.

Wróciłam do domu.

W lustrze zobaczyłam baaardzo bladą twarz z policzkiem gustownie maźniętym niebieską farbą.

Szfak.

Po pierwsze nie umalowałam dziś rzęs a bez tego wyglądam jak albinos z grypą w wersji hard.

Po drugie Janek nie poszedł do przedszkola i razem z Lenką malowaliśmy laurki dla obu Babć. Ze słoneczkami i chmurkami. Oczywiście.

Kompilacja tych dwóch czynników musiała być zaiste przebojowa. Jak warzywa Bonduelle.

Poproszę zestaw do trepanacji!

Mieszkam tu, tu, tu, tu….

Noo. Brawo NFZ.
Takiego obrotu spraw nie przewidziałby nawet wróżbita Maciej.

Styczeń. Wczoraj po południu pozyskałam skierowania do kardiologa. Łatwo nie jest nawet dobić się do pediatry bo zima, dzieci chorują a ja chciałam jak raz do zdrowych.

Do zdrowych? W styczniu? Oszalała baba z tego dobrostanu. Ludzie tu ciężko kaszlą i stoją w kolejkach a ta ma zdrowe i do lekarza.

Więc i termin bez rewelacji.

Ano chciałam do pediatry bo, owszem, kontynuacja leczenia u naszej Pani Kardiolog, ale nowy rok to nowe skierowania. Igor ma niemiarowość zatokową, bradykardię i trenuje piłkę nożną, Janek ma szmery-bajery i miał mieć holter, a Lena urodziła się z wadą serca, więc kontrola co parę miesięcy.

Miałam do zapisania troje dzieci. Tr. Jedno się udało, dwoje już nie.

KONIEC PULI!

Dzwon Zygmunta wali Cię w głowę. Padając zastanawiasz się, czy wyjęłaś z pralki żelazko i wyłączyłaś ręczniki. A może na odwrót.

I teraz drodzy rodzice możecie się cmoknąć w pompkę. Z przytupem.

Mam dzwonić w kwietniu, to może się uda na drugie półrocze. Może.

Mogłam sobie wybrać, które dziecko bardziej potrzebuje wizyty, albo które bardziej kocham, albo nie wiem – nie mam pojęcia jakim kluczem się kierować w takich przypadkach. Raz, dwa, trzy, dzisiaj grzeczny(a) byłeś(aś) Ty. Decyzja w trzy do sześciu sekund bo Pani z drugiej strony słuchawki niecierpliwie przebiera tipsami po blacie biurka.

Aaaaaaaaaaaa!
Komora maszyny losującej jest pusta!

Kurtyna.

Janek i jego imponujące tempo

Książę Małżonek przyniósł zdjęcia Janka z przedszkola. Jedno ze Świętym Mikołajem – mina pod tytułem „płyń!”, drugie z Mikołajem w innej pozie – mina mówi „idź stąd!”. Na trzecim zdjęciu Młody rozpływa się w uścisku i uśmiechu od ucha do ucha z koleżanką Majeczką. Koleżanka Majeczka równie zadowolona z życia.

– Narzeczona? – pytam nieśmiało
– Uhm. – potwierdza ze spokojem mój malutki prawie mężczyzna Jan i wraca do drewnianej kolejki. Z wiaduktem i tunelem.

Czas zapiernicza jak wentylator latem.

Scenka rodzinna

Po umyciu włosów mam 30 sekund na ich osuszenie ręcznikiem i następne 30 sekund na ich rozczesanie. W przeciwnym razie wyglądam jak kupka nieszczęścia pod tytułem piorun dupnął w rabarbar. Albo jak mistrz Penderecki przy forte fortissimo.

Dzisiaj jakoś mi ta oczywista oczywistość umknęła.

Weszłam do pokoju i powalił mnie na kolana dziki rechot, dobiegający z łóżek chłopców.

– Spać dziady cmentarne, bo odpytam z tabliczki mnożenia! – zabrzmiałam złowrogo.

– Jeden, dwa, pięć, osiem! – zaprezentował z dumą rozległą wiedzę matematyczną syn Jan, lat trzy i dwie dwunaste.

– Chrrrrrrrr – zachrapał posłusznie i rozgłośnie syn Igor, lat dziewięć i cztery dwunaste.

No. Mnie straszył tym osobisty Ojciec i nadal świetnie działa.
Nikt nic nie widział – nic nie zaszło.
Dobranoc.

Noc matki polki

Tęsknię do czasów, gdy sen może i nie był oszałamiająco długi, ale przynajmniej nieprzerwany.

Obecnie czuję się jakbym była w karnej kompanii wojskowej, gdzie nocne manewry to podstawa. Co godzinę-dwie jak na komendę: padnij, powstań, zmień pieluchę, daj jeść, utul do snu i – uwaga, to jest najlepsze – odłóż mnie do łóżka tak, żebym się złośliwie nie obudziła i wściekle nie rozdarła akurat w momencie, w którym zaczynasz odchodzić.

No chyba nie uwierzyłaś, Mamo, że dziś jesteś szczęściarą i dam Ci po prostu pospać.

Obudziłam się w bardzo złym stanie. Głowa? Masakra. Język? Suchy wiór. Powieki? Lewa ciężka, prawa gorąca.

Pierwsza myśl.

Uuuałć… Chyba przesadziłam wczoraj z alkoholem.

Druga myśl.

Hmm. Wszystko fajnie, tylko ostatni raz alkohol piłam w lipcu 2013.

O matko z jodyną.
Na piśmie to wygląda jeszcze gorzej. Straaaaasznie dawno.

Ale na szczęście to jak z jazdą na rowerze. A nawet jeszcze lepiej, bo da się nadrobić.

Dlaczego zamiast zimy jest wiosna

Aktualnie mamy styczeń i piękną wiosnę. Nie żebym narzekała, absolutnie, gdyż akurat zimy to ja jak kogut jaj – nie znoszę. Ale już drugi rok z rzędu latam sobie zimową porą w trampkach i w cienkiej kurtce. Dziwnie trochę. Prawie jakbym była na Florydzie, tyle, że bez opalonych lasek w bikini, umięśnionych ratowników w szortach, no i bez Florydy.

Mamy z Księciem Małżonkiem pewien trop dlaczego tak się dzieje.

Otóż w zeszłym roku przed nadejściem zimy z wielką atencją przystąpiliśmy do wyboru łopaty do odgarniania śniegu, gdyż gdy już śnieg spadnie, mamy do odgrzebania kawał dość mocno uczęszczanego chodnika. To znaczy Książę Małżonek przystąpił z atencją, bo mnie było dokładnie wszystko jedno. Aby łopata.

Nie udało nam się jednak wybrać łopaty, która sprostałaby oczekiwaniom mego pierwszego i jak dotąd ostatniego męża. Zamiast niej kupiliśmy dwie zwykłe. Też odśnieżające z sukcesem, tylko bez wodotrysków.

Przygotowania poczyniliśmy więc znaczne, niczym Indianie z dowcipu o przewidującym srogą zimę bacy (czy w innych wersjach szamanie).

Zima pokazała się i równie szybko poszła w dal siną a odległą.

W tym Roku Książę Małżonek już od października przymierzał się do kupna nowej łopaty do odśnieżania. Tamte najwyraźniej nie przeszły prób wysiłkowych i testu białej rękawiczki.

W grudniu kupił łopatę. Ach, och. Właściwie brakuje jej tylko głośników dolby surround i uchwytu na piwo. Śmiało mogą ruszać razem na ryby.

I to jest właśnie nasz sposób na brak zimy. Co roku kupić łopatę. Jak tak dalej pójdzie to za kilka lat będę mieć imponujący składzik nieużywanych łopat do śniegu.

Ułożę w stosik, podpalę i upiekę kiełbaski nucąc harcerskie hity.

Niezły plan, prawda?