.

Koszmarny dzień.

Kościół, cmentarz, białe róże, mała, zdecydowanie za mała biała trumna. Dzieci z klasy milczące prawdopodobnie pierwszy raz w życiu dwie godziny, na stojąco, bez cienia marudzenia. Szelest opakowań chusteczek higienicznych. Smutek, który dało się kroić nożem.

Na popołudniowej wywiadówce cisza. Przejmująca. W naszej integracyjnej klasie jest mało dzieci. Coraz mniej jak się okazuje.

Wieczorem biegłam a łzy same płynęły po policzkach. 5,64 km. Wygodny czas na wypłakanie. Niewygodny powód. Uwiera wciąż jak kamień w bucie.

Po powrocie długo patrzyłam na moje śpiące dzieci. Całe. Żywe. Z niesfornym kosmykiem na czole, z cieniem uśmiechu w kąciku ust.

Czy kiedykolwiek zasłużę na to szczęście, które w nich mam? Chciałabym tego nie zepsuć.

Tupię, dyszę oraz straszę psy. Co drugi wieczór.

Wczoraj postanowiłam pobiegać.

Nie, że do autobusu, który już widzę na zakręcie, a następny za pół godziny, oraz nie przed psem w charakterze uciekającej pysznej przekąski. Pobiegać postanowiłam w celach doprowadzenia się do stanu, w którym mogę oglądać się w lustrze bez wrażenia, że zbiegło się w praniu łącznie z ramą. Dwa razy w tygodniu chodzę na trening fitness ale to nadal mało. Lustro wyprało się w 90 stopniach i najpewniej z namaczaniem.

Z zamiarem pobiegania nosiłam się już od dawna, jako, że treningi w domu przed komputerem wychodzą mi słabo. Jeśli wychodzą. Za dużo dzieci, za blisko lodówka, za często nie chce mi się tego kompa odpalić i zwlec z kanapy jednak. A tu jak już wyjdę z domu, to pójdzie. Alty zmotywowała mnie wirtualnie i mam nadzieję, że nadal motywować będzie. Bo skoro Ona, nie lubiąc biegania podobnie do mnie, przebiegła i dała radę, to ja też mogę. Plan jest na co drugi dzień.

Dotychczas wymówek miałam sporo. Po pierwsze dzieci – przecież nie zostawię ich samych. Kuszące, wiem, ale jednak aż tak radosnego rodzicielstwa, zorientowanego na usamodzielnienie dzieci zanim niektóre nauczą się chodzić, nie głoszę. Po drugie strój – nie mam butów, nie mam spodni, nie mam bluzy z kieszenią na suwak, nie mam sportowego stanika, stylowego zegarka mierzącego tętno, kalorie i poziom stanu wody na Bugu we Włodawie. Po trzecie – przecież dostanę zawału. Nawet po pokonaniu schodów do mieszkania dostaję zadyszki i mam mroczki przed oczami a co dopiero wyjść i umyślnie narazić się na tortury. Po czwarte – nie lubię biegać. Wiem, że zdrowo, skutecznie i chyba najszybciej w ten sposób zdołam zmieścić się w ciuchy sprzed ciąży, ale niespecjalnie przepadam za miarowym dyszeniem po chodnikach i rozwścieczaniem okolicznych przydomowych psów.

No ale słowo się rzekło. Spróbuję – pomyślałam. I spróbowałam.

Przez pierwszy kilometr był to marszobieg z przewagą marszu. Sapałam jak miech kowalski i chyba wzbudziłam litość w mijającym mnie Starszym Panu z pieskiem. W piesku nie bardzo bo mnie obszczymur chciał ogłuszyć ujadaniem. Na drugim kilometrze miałam kryzys i zapewne migotanie przedsionków. Potem już chyba wpadłam w rytm. Zatokowy. I to był już bieg, choć kilka razy przeszłam się na chwilę szybkim marszem.

Przebiegłam 5,74 km. Zajęło mi to 41 minut. Zawału nie dostałam. Czyli pełen sukces.

Aczkolwiek 50 twarzy Greya to pikuś z gwizdkiem w porównaniu z moimi 50 odcieniami czerwieni na obliczu. Do domu dotarłam z purpurą godną zarejestrowania, na szczęście jednak Książę Małżonek był łaskaw okazać litość i nie robić zdjęć do rodzinnego archiwum. W przeciwnym razie byłabym zmuszona zabić go we śnie. A chrapie, więc mógłby się obudzić.

Tak w ogóle to jestem z siebie dumna. Serio. A wymówki olałam. Pobiegłam w trampkach, wyciągniętych workowatych spodniach i mocno przyciasnej bluzie, ale zamierzam w niej biegać dotąd, aż zrobi się zdecydowanie luźniejsza i wygodniejsza. Nie, nie bez prania. Gadżetów nie mam, wzięłam telefon i na słuchawkach słuchałam muzyki. Wreszcie miałam na to czas. Oraz na NIEMYŚLENIE. I to jest w tym najcenniejsze.

Teraz było powoli, mozolnie, z językiem do pasa i na oddechowej rezerwie, ale kto wie, może w przyszłości zatrzyma mnie nawet jakiś funkcjonariusz za przekroczenie dozwolonej prędkości i będę miała sensacyjny materiał na nową notkę. To byłby prawdziwy news biorąc pod uwagę brak pojazdu.

A na Bugu we Włodawie ubyło 5.

Podwórkowcy

Dziś w Rembridge.
Matka synom musi haratać w gałę – czy chce, czy nie. To obligatoryjne.
Foto skompilowała, uwieczniając w tle sypiacą się ruderę sąsiada, Haluta.

image

Bardzo smutny dzień

Umarła dziewczynka z klasy Igora. Wczoraj.

W pierwszej klasie w dniu rozpoczęcia roku szkolnego trafiła z gorączką do szpitala. Akurat wrócili z rodzinnych wakacji, szczęśliwi, opaleni. Diagnoza przygniotła wszystkich. Od tamtej pory toczyła nierówną walkę z białaczką. W zeszłym roku wróciła do szkoły. Na chwilę, bo po dwóch tygodniach znalazła się z powrotem w szpitalu. Dzieci pisały do niej listy, przekazywały rysunki, zbieraliśmy pieniądze na leczenie. Do końca wszyscy żyliśmy nadzieją.

Niestety Ewie nie udało się wygrać ze śmiercią.

W kuchni wciąż wisi laurka od Niej dla Igora. Nie jestem w stanie pozbierać rozsypanych myśli. Bardzo smutne i niesprawiedliwe to wszystko.

W poniedziałek na cmentarzu spotkamy się wszyscy by pożegnać Ewę, przed którą powinno być całe życie. Nie wiem jak zdołam spojrzeć w oczy Jej rodzicom.

Śmierć dziecka to coś niewyobrażalnego, potwornego, czego wydaje się nie można przetrwać. Nie myślimy o tym dopóki nie zdarzy się gdzieś blisko. Bo to przecież tak irracjonalne. Prawda? Dzieci są po to, by je kochać i by żyły długo i szczęśliwie.

Dziś mam w gardle wielką gulę i myślę, że mam potrójnie wielkie szczęście, bo moje dzieci mogą oddychać wiosną, bawić się na dworze, być niegrzeczne i zetrzeć sobie kolano na rowerze. Mają szansę na mniej lub bardziej szczęśliwe miłości, rozterki, marzenia, wybory. Mają szansę na to, co wydaje się takie oczywiste, że nawet się nad tym nie zastanawiamy.

Nie wszystkim dzieciom jest to dane.

Jakoś nawet nie przeszkadza mi, że moje dzieci są pyskate, mają zawsze coś do powiedzenia, nie bardzo i nie zawsze chcą się nas słuchać i trudno byłoby nazwać je grzecznymi. W końcu to nic nowego. Zawsze takie były. Codziennie przytulam je kiedy tylko są w pobliżu. I mówię jak bardzo kocham. Bo są. I jutro też będą. I pojutrze.

A Ewy już nie ma.

Farelka w sali lustrzanej

Dziś na treningu poprosiłyśmy instruktorkę o włączenie klimatyzacji. Już wiosna, chętnych na ćwiczenia zrobiło się więcej a powietrza na sali niestety nie.

Włączyła, owszem… gorący nawiew. Bo jej się guziczki pomyliły. A potem przez całe zajęcia nie można było tego zmienić.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Po godzinnej saunie (!) ze stepem i sztangami w przysiadach, padach, wykrokach i przeskokach wracałam do domu mokra i purpurowa, z rozwianym włosem i wywieszonym na wiatr językiem. Stanik powiewał mi radośnie ciągnąc się za torbą, butów nie zawiązałam, bo uznałam to za oczywistą stratę czasu oraz trochę nie mogłam się schylić i ogólnie byłam jak z żurnala. Żywcem i bez obróbki graficznej. Nawet efekt czerwonych oczu pozostał. Haute couture szalonego projektanta z tachykardią. I wieloma nałogami.

Z pewnością kilku mijanym osobom przemknęła przez myśl wątpliwość, czy aby jestem szczepiona, czy też czeka ich seria bolesnych zastrzyków w brzuch. Oraz czy rzucę się im do gardła czy będę chciała porozmawiać o Bogu.

Na szczęście nikt nie wezwał ekopatrolu, straży miejskiej, ani Greenpeace. Może dlatego, że najbliższy akwen wodny to Wisła a tam niewielkie szanse na wieloryba. Gdyby jakiś uciekł i to tak hojnie obdarzony wścieklizną, z pewnością trąbiłyby o tym wszystkie media.

Musiałam zatem być po prostu kobietą wracającą z treningu.

Zimny wychów

Ponieważ bardzo lubimy się zbierać, spotkaliśmy się dziś w sprawie przyszłości naszego żłobka, w którym nie wiadomo, czy po wakacjach będą dzieci, czy też ekipa remontowa.

Oczywiście mogłoby się wydawać, że te dwie grupy mogą ze sobą żyć w zgodzie i sobie nie wadzić, jednakowoż dzieciom – zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym – prócz okien i ogrzewania mogą być potrzebne tynki i podłogi. O toaletach nie wspomnę. Zatem razem z przemiłymi panami w przykurzonych pyłem ogrodniczkach i kufajkach byłoby im tam raczej słabo.

Na zebraniu stawili się rodzice, kierowniczka żłobka i bardzo ważny pan z bardzo ważnego urzędu. Od nas pojechał ostatkiem sił w złożonym chorobą ciele Książę Małżonek, gdyż dziś dla odmiany ja zaniemogłam, położyłam się i leżałam pod kocem. Autentycznie nie byłam w stanie się ruszyć.

Podczas tej godziny zebrania trójka dzieci zrobiła nam z mieszkania krajobraz po tsunami, wyła, kwiczała, wyrywała sobie zabawki, włosy z głowy, ręce z korpusów i kółka z resoraków. Ponieważ jednak nie mogłam wstać by rozstawić towarzystwo po kątach i oddzielić drutem kolczastym pod napięciem, a apele słowne przyniosły skutek zgodny z przewidywanym, czyli żaden, postanowiłam dać sobie spokój. I wiecie co? No właśnie nic. Powrzeszczeli jeszcze chwilę i uspokoiło się. Bawili się grzecznie razem do powrotu Księcia Małżonka. Także gdyby nie fakt, że było mi potwornie niedobrze, zapewne bym się wzruszyła.

Książę Małżonek tymczasem wrócił, wyraził słuszne zdziwienie, że wszyscy żyją i nikt nie broczy krwią z nożem w plecach tudzież klatce piersiowej, zaniepokoił się, że jestem jakby seledynowa z tendencją do nadal modnej mięty i oznajmił, że nasze najmłodsze dziecko jednak nie będzie przez osiem godzin jeździło samopas autobusami po Warszawie. A już się cieszyłam, że pozna miasto…

Otóż nasz żłobek będzie działał do grudnia a potem wszyscy razem z personelem mamy się przenieść do nowej placówki w Wesołej. Będzie wesoło. Zwłaszcza, że remont nie został terminowo przesunięty i rozpoczyna się od września.

I tak przez te kilka miesięcy panowie w ogrodniczkach i dzieci będą sobie razem siedzieć na mikrokrzesełkach przy mikrostoliczkach i popijać herbatę z wiadra. Zastanawia mnie czy wszyscy unoszą mały paluszek podnosząc do ust filiżankę. Bo podobno w towarzystwie nie wypada.

Ale tak na serio to najlepsze wieści są takie, że ciocie i dzieci w grupie się nie zmienią na nowe. Bo jeszcze jednej adaptacji mogłabym nie znieść psychicznie. Młoda chyba też.

Ciekawe czy do grudnia zostawią im okna, czynne grzejniki i ciepłą wodę w kranach. Jeśli nie to będzie chyba pierwszy zbiorowy surwiwal dla maluchów. Zmienimy szyld na „Wesołe igloo”, albo „Sopelek”. „Sztywne bobasy” mogłyby nie przejść.

Tytuł zastępczy, bo nie chcę się wyrażać

Dzień z gatunku „nie mój”. Perfekcyjna Pani Domu pewnie znalazłaby milion dobrych rad i jeszcze lewą zadnią nogą wypucowała przedpokój ale ja przyznaję, że moja różdżka Dobrej Wróżki znalazła się niebezpiecznie blisko połamania w drzazgi.

Książę Małżonek stwierdził u siebie gorączkę (37,5), więc jest spektakularnie umierający i zbolałym głosem co kilka minut prosi o herbatę/miętę/kanapkę/sernik/kocyk/pilota. Mam nieodpartą ochotę ulżyć mu, podając poduszkę. Do tchawicy.

Lena jest w fazie ząbkowania, Jan w fazie buntu przeciw wszystkim i wszystkiemu a Igor ma focha, bo najwyraźniej nie chce być gorszy od reszty domowników.

Do tego na godzinnym zebraniu w przedszkolu banda dorosłych kretynów kłóciła się o 20 złotych. Nie wiem jak to możliwe, że ludzie podjeżdżają odpicowanymi furami, roztaczają woń luksusu i drogich perfum a na wycieczkę czy zajęcia plastyczne żal im kieszeń ściska i nie mogą odżałować.

Oraz najgorsze, co mnie już absolutnie przybiło strzałem z harpunu życia do płotu sąsiada.

Na trening przyszła kobieta o talii osy, pozbawiona grama tłuszczu czy choćby jednej fałdki. Nóżkę miała jak ja rączkę z tym, że bez pelikanów i jędrną jak pośladki Jagienki. Okazało się, że właśnie 11 tygodni temu powiła syna. Jedenaście tygodni? Heloł! To powinno być jakoś regulowane ustawowo, bo ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Sądzę, że w ciąży przytyła 2 kg z czego 3,8 to waga dziecka.

Ja sublimuję kalorie nawet z reklam. Życie jest niesprawiedliwe i żadna tam z niego nowela, tylko raczej słaby horror klasy C. Albo coś z Seagalem.

Bywam wredna

– Dzień dobry, tu XY z firmy ĘĄ. Mam dla Pani fantastyczną ofertę! Eeee… Czy ja rozmawiam z właścicielem numeru?
– Dzień dobry. Nie, rozmawia Pan z użytkownikiem numeru.
– A to nie.
– Nie ma Pan dla mnie fantastycznej oferty?
– Nie, bo ja chciałbym rozmawiać z właścicielem numeru. Czy mogę?
– Tak. Oczywiście.

Cisza. Długa cisza. Głos w słuchawce w końcu chrząka.

– Halo? Czy ja teraz rozmawiam z właścicielem numeru?
– Nie, to nadal użytkownik.
– Ale przecież powiedziała Pani, że mogę!
– Tak. Ale powinien Pan do niego zadzwonić. Pod tym numerem jest tylko użytkownik. Bez fantastycznej oferty.

Tak, czasem się znęcam. Firma ĘĄ najwyraźniej nie lubi wydawać kasy na niezbędne szkolenia. A powinna.

Życie składa się z małych przyjemności 😉

Lenuśka, przegląd techniczny

Wołamy do niej Lena, Lenka, Lenuśka (dziewczyna tatuśka), zapluty karle reakcji albo dziadówo. W zależności od okoliczności.

Nawija po swojemu jak nakręcona, ćwiczy gamy, jodłuje, kląska i szczebiocze. Człowiek orkiestra. Stepować zacznie pewnie szybciej, niż chodzić.

Niedawno odkryła, że raczkowanie daje więcej możliwości i człowiek porusza się szybciej niż pełzając. Raczkowanie to przecież tyle radości.

Młoda rozłazi się po mieszkaniu w tempie sprinterskim. Wczoraj wywlekła dwie torebki mąki, dziś już zdążyła odkręcić i rozpocząć konsumpcję  odbojnika do drzwi.

Janek rozkręca klamki, ta odbojniki. Lada chwila zastaniemy czerwony szyld przy wejściu, twarzowe wdzianka w przedpokoju i będzie tu dom wariatów.

Oraz są na stanie zęby trzy i to be continued.

Jestę kasownikię

image

Młody matematyk

Konkurs „Matematyczny Kangur”, w którym bierze udział Igo, będzie w najbliższy czwartek. Wybrańcy zostają w szkole pisać test a reszta klas ma fajną całodniową wycieczkę. Spodziewałam się może nie dantejskich scen, ale małe rozżalenie prognozowałam. Tymczasem mój wspaniały syn stwierdził, że owszem wycieczka kusząca, ale bardziej jest ciekaw, czy i jak poradzi sobie z zadaniami. A wycieczki jeszcze będą.

Mój mężczyzna.
Bardzo jestem z niego dumna.
Niezależnie od wyników konkursu.