Wczoraj postanowiłam pobiegać.
Nie, że do autobusu, który już widzę na zakręcie, a następny za pół godziny, oraz nie przed psem w charakterze uciekającej pysznej przekąski. Pobiegać postanowiłam w celach doprowadzenia się do stanu, w którym mogę oglądać się w lustrze bez wrażenia, że zbiegło się w praniu łącznie z ramą. Dwa razy w tygodniu chodzę na trening fitness ale to nadal mało. Lustro wyprało się w 90 stopniach i najpewniej z namaczaniem.
Z zamiarem pobiegania nosiłam się już od dawna, jako, że treningi w domu przed komputerem wychodzą mi słabo. Jeśli wychodzą. Za dużo dzieci, za blisko lodówka, za często nie chce mi się tego kompa odpalić i zwlec z kanapy jednak. A tu jak już wyjdę z domu, to pójdzie. Alty zmotywowała mnie wirtualnie i mam nadzieję, że nadal motywować będzie. Bo skoro Ona, nie lubiąc biegania podobnie do mnie, przebiegła i dała radę, to ja też mogę. Plan jest na co drugi dzień.
Dotychczas wymówek miałam sporo. Po pierwsze dzieci – przecież nie zostawię ich samych. Kuszące, wiem, ale jednak aż tak radosnego rodzicielstwa, zorientowanego na usamodzielnienie dzieci zanim niektóre nauczą się chodzić, nie głoszę. Po drugie strój – nie mam butów, nie mam spodni, nie mam bluzy z kieszenią na suwak, nie mam sportowego stanika, stylowego zegarka mierzącego tętno, kalorie i poziom stanu wody na Bugu we Włodawie. Po trzecie – przecież dostanę zawału. Nawet po pokonaniu schodów do mieszkania dostaję zadyszki i mam mroczki przed oczami a co dopiero wyjść i umyślnie narazić się na tortury. Po czwarte – nie lubię biegać. Wiem, że zdrowo, skutecznie i chyba najszybciej w ten sposób zdołam zmieścić się w ciuchy sprzed ciąży, ale niespecjalnie przepadam za miarowym dyszeniem po chodnikach i rozwścieczaniem okolicznych przydomowych psów.
No ale słowo się rzekło. Spróbuję – pomyślałam. I spróbowałam.
Przez pierwszy kilometr był to marszobieg z przewagą marszu. Sapałam jak miech kowalski i chyba wzbudziłam litość w mijającym mnie Starszym Panu z pieskiem. W piesku nie bardzo bo mnie obszczymur chciał ogłuszyć ujadaniem. Na drugim kilometrze miałam kryzys i zapewne migotanie przedsionków. Potem już chyba wpadłam w rytm. Zatokowy. I to był już bieg, choć kilka razy przeszłam się na chwilę szybkim marszem.
Przebiegłam 5,74 km. Zajęło mi to 41 minut. Zawału nie dostałam. Czyli pełen sukces.
Aczkolwiek 50 twarzy Greya to pikuś z gwizdkiem w porównaniu z moimi 50 odcieniami czerwieni na obliczu. Do domu dotarłam z purpurą godną zarejestrowania, na szczęście jednak Książę Małżonek był łaskaw okazać litość i nie robić zdjęć do rodzinnego archiwum. W przeciwnym razie byłabym zmuszona zabić go we śnie. A chrapie, więc mógłby się obudzić.
Tak w ogóle to jestem z siebie dumna. Serio. A wymówki olałam. Pobiegłam w trampkach, wyciągniętych workowatych spodniach i mocno przyciasnej bluzie, ale zamierzam w niej biegać dotąd, aż zrobi się zdecydowanie luźniejsza i wygodniejsza. Nie, nie bez prania. Gadżetów nie mam, wzięłam telefon i na słuchawkach słuchałam muzyki. Wreszcie miałam na to czas. Oraz na NIEMYŚLENIE. I to jest w tym najcenniejsze.
Teraz było powoli, mozolnie, z językiem do pasa i na oddechowej rezerwie, ale kto wie, może w przyszłości zatrzyma mnie nawet jakiś funkcjonariusz za przekroczenie dozwolonej prędkości i będę miała sensacyjny materiał na nową notkę. To byłby prawdziwy news biorąc pod uwagę brak pojazdu.
A na Bugu we Włodawie ubyło 5.