Wiosenne porządki w ogrodzie

W weekend wylegliśmy na świeże powietrze pooddychać wiosną.

Wyzbierać kamienie.
Zagrabić ziemię pod małe drzewka, które będziemy wspólnie sadzić.
Pogadać z Mamutami.

Wygrzewając plecy na słońcu i obserwując jak dzieciarnia drzemie w wózku albo jeździ na rowerach, myślałam o tym, że dobrze jest tu i teraz.

Jeszcze wciąż uczę się cieszyć takimi chwilami, bo częściej zapadają mi w pamięć te gorsze, bo wszystkim daleko, bo znajomi zapominają, bo chyba nie umiem się przypominać. Ale pracuję nad sobą.

Wiosna pomaga.
Dużo dobrych rzeczy do zrobienia.
Na początek pomaluję płot.

Najchętniej walnęłabym majtkowy róż. Mielibyśmy jedyne takie ogrodzenie w okolicy. Ale nie chcę mieć żadnych palpitacji na sumieniu, więc dostosuję się do konwencji i pójdę w czerń.

Po ostatnim malowaniu musiałam tu i ówdzie przystrzyc sobie włosy, bo rozpuszczalnik nie zadziałał, a czarne pasemka na jasnych trochę nie w moim stylu. Zobaczymy jakie ofiary przyniesie tegoroczna akcja. W planach jest czynna pomoc Igora, możliwe więc, że oboje przywitamy jeżyka ala rekrut.

Całuski, cukiereczki, ciasteczka i wagon gruzu

Teściowa rulez. Mistrzyni taktu.

– Jakie Ona ma śliczne usteczka, ta Wasza Lenka! – rozpływa się w zachwytach.
– Po swojej mamusi – rzecze na to Książę Małżonek.
– Eeee – taksuje mnie Babcia Jadzia jak dorodną półtuszę na haku – Chyba nie.
– Po babci tym bardziej – ucięłam krótko, myśląc intensywnie o zakładach kruszywa nieopodal, zupełnie nie wiedzieć czemu – Jeszcze jedno ciasteczko?

Nie wytrzymałam.
Przepraszam.
Ciasteczka nie chciała.

Bardzo zła synowa z czarnym podniebieniem.

O lalce i szczekaniu

Kupiłam Jankowi szmacianą lalkę. Pragnął gorąco. Obnasza z dumą po okolicy.

W drodze do przedszkola z okazji pięknej pogody jedną ręką pcham wózek z Leną, w drugiej dzierżę pulchną łapkę Syna. Trzeciej brakuje mi by otrzeć pot z czoła a czwartą chętnie wsadziłabym burżujsko w kieszeń. W końcu kto bogatemu zabroni.

Wtem zachwycona porażającą zmysły urodą mych dzieci Miła Pani zagadnęła Jana, jak mu na imię i czy siostrzyczka czasem nie będzie płakać, że zabrał jej lalę. Odparł uprzejmie, że Janek i że nie, bo to jego lalka, nie siostrzyczki.

Tu czasoprzestrzeń zakrzywiła się i zaczęła skrzypieć. Stopy rozmówczyni same wykręciły się w drugą stronę i nagle przypomniała sobie o pozostawionym żelazku. Na gazie.

Po minie Miłej Pani wnoszę, że ilekroć nas zobaczy, przeżegna się i przejdzie na drugą stronę ulicy. Odchodząc sarknęła coś o dżenderach i psiej krwi.
Hau!

Brejking njus

Prawdziwa ulga.
Otóż odzyskałam status kobiety bezdzietnej.

Nie jestem matką, mogę robić, co chcę, przeklinać, chodzić nago, pić wino do śniadania, uprawiać seks w każdym pomieszczeniu i o każdej porze oraz spać do 15.40. Mogę również pozostawić na stole gazetę i nikt mi jej nie pognie, nie podrze, nie zaleje, nie narysuje na niej domku, nie powycina samochodzika z samego środka bardzo ciekawego artykułu oraz nie zeżre, by następnie zwrócić.

Właśnie wyczytałam w internetach, że TYLKO poród naturalny jest prawdziwy i upoważnia do tytułu matki. Howgh! Cesarka to trochę jak manikjur hybrydowy najwyraźniej. Bo na pewno na życzenie i dla leniwych krów, które boją się bólu. Krojenie brzucha przecież nie boli bo w znieczuleniu a potem? Potem to już nikogo nie interesuje.

W operacjach żołądka też na pewno na życzenie fajnie jest przy okazji rozciąć klatkę piersiową i zobaczyć czy tam też fajnie się wygląda w środku. Ja bym stała w kolejce. Może w przyszłym tygodniu poproszę o jakieś dodatkowe cięcie na ciele i będę szpanować. W końcu to takie light.

Czyli mam troje dzieci ale nie jestem matką i w ogóle się nie znam?

Cudownie!
W takim razie idę spać!

A te dzieci to nie wiem, przecież skoro nie jestem matką to nie moje. Może niech w zagon kapusty wracają, albo jakoś się upchną kolanem w oknie życia. Bocian raczej się przedźwiga. Dziesięciolatek może trochę pyskować, ale jakby co, to nie wiem po kim to ma. Przecież nie po mnie.

Książę Małżonek również się ucieszył. Skoro nie jestem matką i nie urodziłam żadnych dzieci, to On natentychmiast wymelduje towarzystwo dzikich lokatorów i zyskamy dodatkowy pokój. Trwają debaty czy będzie tam garderoba czy sprzęt wędkarski i stół bilardowy.

Bolesność level master

Wczorajsze chirurgiczne usunięcie zęba skutecznie wycofało mnie na dzień ze świata żywych, żwawych i żujących. Jadę na przeciwbólowych, ciągną mnie szwy i wyglądam jak jednostronnie najedzony chomik.

Książę Małżonek chciał być miły i zakupił moje ulubione produkty na śniadanie. Jakże urocze byłyby kanapeczki z razowego chleba z dużą ilością ziaren, pasztetem szlacheckim i kwaszonym ogórkiem. GDYBYM TYLKO MOGŁA JE ZJEŚĆ A NIE JEDYNIE NA NIE POPATRZEĆ.

Gdy łypnęłam złowieszczo spod opuchlizny szybko dodał, że przewidział to – tadaaam! – i są też bułki. Tak. W istocie. Twarde kajzerki zaczepno-obronne.

Gmerając widelcem w poświątecznej sałatce jarzynowej i siorbiąc chłodną herbatę musiałam go ze trzy razy zapewnić, że nadal nie mam ochoty go zabić.

Ostatni raz tuż po tym jak wspomniał, że zupełnie przy okazji mam dietę cud. Bo w tym tempie szybciej się zmęczę niż najem.

Tak, On też szuka pozytywów. A ja tego poręcznego młotka z Castoramy.

00:45

Dzieci śpią i wyglądają jak małe słodkie aniołki. Rzeczywistość pokazuje, że to jak ktoś wygląda we śnie nijak się ma do faktu, czy jest ostatnim bydlęciem i dziadem cmentarnym, czy też nie.

Śpią te moje dziateczki aż cisza dźwięczy w uszach. Nader rzadkie zjawisko.

O! Teraz powinnam ich obudzić, zażądać mleczka, przytulenia, towarzystwa do siedzenia na nocniku w łazience, Przygód Kota Filemona na płycie, wspólnego układania puzzli i bagietki z serem albo takiego jogurtu, którego akurat jako jedynego nie ma w lodówce.

A to wszystko w odstępach dziesięciominutowych, żeby na krótką chwilę zdążyli wrócić do łóżek i się tym faktem ucieszyć.

Powinnam.

Oni mi tak robią codziennie bladym świtem. Moja rozespana faza REM ma już nerwowe tiki.

Tymczasem otulam kołdrą, głaszczę po głowach,  przykrywam wystające stópki i stopy. Kosmyk niesforny ogarniam. Całuję w czoła trzy.

I ostatnia wyłączam lampki.

Częstotliwość jest ważna

Wczoraj wróciliśmy ze świątecznego dnia u teściowej.

Ach. Było wspaniale. Oraz radośnie.

Pomiędzy zrazem a schabikiem o dowiedziałam się, że:

– Ona nigdy nie miała problemu z niejadkami, bo jej synowie byli posłuszni i jedli, co podała;
– ważę 10 kg więcej niż Ona, ojej;
– fajną mam tę sukienkę i chyba wygodna, bo taka obszerna;
– powinnam zbadać sobie tarczycę, jelita i poziom enzymów.

Na końcu języka miałam pytanie czy u jednego lekarza. I czy leczy również owsiki. Bo coś ostatnio kaszlą.

Po powrocie do domu jednym haustem opróżniłam kieliszek wina. W połowie następnego stwierdziłam, że już jest dobrze, znaczy poziom enzymów mam na tyle prawidłowy, że już nie odczuwam porażającej chęci mordu za pomocą widelca do drobiu i zaparzaczki.

Czasami naprawdę im mniej, tym lepiej i zdrowiej. Na przykład im mniej się widzimy, tym lepiej dla ludzkości i zdrowiej dla mojej wątroby.

Radosnej reszty świąt kochani! 🙂

Tap Madl i matka z kwaśną miną

Igo postanowił zostać Anją Rubik, albo królikiem.

Przez cały dzień mógłby zjeść zagon sałaty, kilka rzodkiewek, zielonego ogórka, garść rzeżuchy i ze dwa jabłka. Albo gotowane brokuły, śladową ilość łososia, jeśli ziemniaki, to tylko pieczone, pomidora, kiść winogron lub gruszkę. Ewentualnie trochę chleba mojego wypieku, z masłem, świeżą paprykę i jakieś owoce. Od czasu do czasu parówkę lub frytki. To jest maks.

Oczywiście wiem, że zdrowo, super i zamiast marudzić należy klasnąć w dłonie oraz w ramach nagrody zabrać go na Bronisze. Tylko, że trochę czuć to malizną, to raz. A dwa – spróbujcie wybrać się gdzieś z nim na proszony obiad.

Z półmiska wędlin wyciągnie spod spodu sałatę, zagryzie ogórem i powie, że jest już najedzony. Ewentualnie jak się odwrócę poprosi o nalanie coli i wypije póki nie patrzę.

Jan postanowił zostać Czarnym Łabędziem.

Oto z fazy pulchnego misiaczka uwielbiającego przytulanie i siedzenie na kolankach przeszedł niepostrzeżenie w kapryśną primabalerinę. Nic mu nie smakuje, niczego nie chce spróbować, tańczyłby tylko i biegał po domu z obłędem w oczach i opadającymi portkami. Matka ucieka się do nie lada podstępów oraz wspina na wyżyny artystycznych przedsięwzięć, by raczył skosztować obiadu. Śpiewa, tańczy, stepuje, rysuje, opowiada… a następnie ciężko dyszy i dogorywa.

Tak, próbowaliśmy różnych metod. Przegłodzenie daje tyle, że oprócz posiadania pustego żołądka, posiada również tegoż żołądka ból. Uczestniczenie w przygotowaniu daje zabawę w chowanego z chwilą wyjęcia talerzy. Kolorowe podanie dania ułożonego, dajmy na to, w żaglówkę daje przeciągłe wycie i ogólny welszmerc. Oraz zeza rozbieżnego z zaostrzeniem noży u matki.

Lena postanowiła zostać księżniczką. Niby coś tam je, ale w ilościach raczej symbolicznych. Pewnie kupiła na wyprzedaży kieckę o dwa rozmiary za małą a bal jest w maju. Najchętniej spożywa tekstylia, nie pogardzi również dywanem, zwłaszcza gdy jest puchaty i długowłosy.

Świąteczny obiad poza domem równa się wrzody żołądków u rodziców, kwaśna mina matki i rozpacz w kratkę u reszty świata.

„Czy te dzieci w ogóle COŚ jedzą?”
„Dlaczego na to pozwalacie?”
„To ja już nie wiem co gotować…”
„Nakarmcie dzieci w domu i dopiero przyjedźcie.”

Tak, coś jedzą. Nie chudną i nie omdlewają z głodu.
Pozwalamy, bo nie zwykliśmy ich krępować sznurem i używać rury do tuczenia gęsi.
To, co zwykle. Wybiorą sobie sałatę, ziemniaka albo makaron z zupy.
Hmmm. Prześlemy nasze zdjęcie, to może i wizyta okaże się zbędna.

Moje dzieci są bardzo różne. Jedno jadłoby tylko ziemniaki i z rzadka kotleciki, drugie tylko owoce i warzywa ale BEZ ziemniaków, trzecie tylko chrupki z otrębami, ścianę i koc w ślimaki. Ciężko to pogodzić, zwłaszcza na gościnnych występach.

Ale nie będę ich zmuszać. Serio.
Ja przez lata nie jadłam mielonego mięsa a dowody rzeczowe ukrywałam w przedszkolnym kaloryferze.
Książę Małżonek do dziś nie tknie jabłka nawet długim kijem.

Kiedyś dojrzeją do innych rzeczy, albo nie. Ale będą miały jedną traumę mniej. Tak wolę. Niezależnie od opinii Babć, Cioć i innych mistrzów od dobrych rad.

image

Święta z baziami

Dobrych, zdrowych, spokojnych, przytulnych, ciepłych, kolorowych, smakowitych, miękkich, zamyślonych, albo radosnych – takich jak lubicie – świąt życzy cała bajkowa rodzinka.

A życzenia od pięciorga to już nie wydmuszka 🙂

Bądźcie dla siebie dobrzy i pomyślcie ciepło o kimś ważnym.
Poczuje.

image

Te śmieszne ruchy

Nie, to nie jest notka o seksie.

To notka o mojej uporczywej walce o możliwość udania się na strych po bardzo zakurzone i zalane łzami rozpaczy kartony z najfajniejszymi ciuchami. Kartony ze wspólnym napisem „Żeby się w nas zmieścić musiałabyś wysmarować się masłem i wskoczyć w nas z mostu. Może być Łazienkowski. I tak nie działa.”

Od sierpnia na Bugu we Włodawie ubyło 5 a na mojej wadze 8. U mnie kilogramów. Niestety przez ostatnie dwa miesiące waga jest upartą wredną larwą i kostropatą bramaputrą, bo niewzruszenie pokazuje mi to samo. Wielkiego tłustego faka. I uśmiecha się ironicznie.

Chodzę na te fitnessy, staram się jeść wiaderko mniej (z naciskiem na staram się) oraz niestety porzuciłam Chodakowską w pakiecie z Mel B na rzecz biegania. Bieganie jednakowoż jest ciekawsze, nikt mi nie przeszkadza i na mnie stale nie wisi, mogę się dotlenić i spokojnie posłuchać muzyki. Ćwiczenia w drugim pokoju nie mają tych bonusów a tylko zachęcają do radosnego zaglądania co ja tam robię i pytania co 5 minut czy już skończyłam, albo gdzie są ręczniki.

W łazience, w brudach, na półce w szafie lub w Ikei. Innej opcji u mnie nie ma.

I wiecie co jest dla mnie zdumiewające?

Zarówno na treningu, jak i na ulicy spotykam innych ćwiczących i biegających. Ci inni też skaczą, podrygują, kucają czy biegają. Ci ostatni to nawet zdecydowanie szybciej i sprawniej niż ja. No. A nikt nie jest tak sponiewierany i purpurowy na obliczu jak ja. Nawet facet, który wyprzedził Seata Leona na skrzyżowaniu Chruściela z Paderewskiego w ostatni poniedziałek.

W porównaniu ze mną wszyscy są jak z pastelowych poradników o zdrowym stylu życia z uśmiechniętą chudą zdzirą na okładce. Ja za to zawsze jestem upocona, zasapana, z włosem ala piorun dupnął w rabarbar oraz twarzą jakbym zasnęła na karuzeli i napotkała twarzą żwirowe podłoże. Wielokrotnie.

Wczoraj, gdy po ćwiczeniach zajrzałam do sklepu po wodę, zaniepokojona ekspedientka spytała czy ktoś mnie napadł.

Tak. I do tego obił kijem, więc spuchłam 10 kg oraz kazał wystąpić publicznie, więc poczerwieniałam – pomyślałam.

Tymczasem bąknęłam coś o peelingu azjatyckim, szurnęłam pepegiem i wyszłam pospiesznie skrywając twarz w szaliczku.

Czasem mam jednak dobry dzień.

Kiedy Mamut wyraża obawę, że coś mizernieję, gdy Książę Małżonek dziwi się, że nie wysyłam go po lody choć zamrażalniku wieje tylko wiatr, gdy ciążowe spodnie, które nadal noszę, trochę zjeżdżają mi z tyłka i gdy Janek już coraz rzadziej, patrząc na mój brzuch, pyta czy mam w nim jeszcze jednego dzidziusia.

Wczoraj na treningu jedna z Pań szepnęła mi z uznaniem: „chyba Pani schudła”. Odpowiedziałam tylko „dziękuję” i wysłałam jej najcieplejszy z moich uśmiechów.

Co jej będę opowiadać, że owszem, 10 dkg bo szłam na ćwiczenia piechotą.

Oczywiście od razu chciałam ją uściskać a następnie pobiec do domu zjeść pół blachy szarlotki. Powstrzymałam się jednak i godnie spływając potem, solidarnie z innymi spływajacymi dokończyłam wymachy, spięcia i inne fachowe podrygi.

Sprawę ułatwił nieco całkowity brak szarlotki.
Ale i tak jestem bardzo dumna.
Choć nie zawsze blada.