Ubezpieczony

– Janku, czy masz w przedszkolu narzeczoną? – zapytała Miła Ciocia.
– Dwie mam – odparł z dumą Jan, znany na dzielni amant i łamacz serc niewieścich.
– Dwie? – zdziwiłyśmy się obie.
– Bo jak nie ma Majeczki to tańczę z Dagmarą – odrzekł niewzruszony Jan i nasunął na czoło czerwony kapelutek, gdyż słońce świeciło mu prosto w wielkie niebieskie oczy z długą firaną rzęs, których zazdrości Mu własna matka.

No tak.
Logiczne.

Puzzle w kątku

– Pani Syn jest bardzo niegrzeczny! – powitała mnie na szkolnym parkingu Pani Od Angielskiego.
– Dzień dobry – powiedziałam, gdyż tak mnie nauczono – Czy Igor Panią obraził? – zaniepokoiłam się.
– Nie. Ale nie uważa na lekcjach, kręci się i rozmawia, albo patrzy się w okno, albo wychodzi do toalety, nie wykonuje poleceń! – wyliczyła Pani Od Angielskiego na jednym oddechu.
Patrzy w okno, bez się – pomyślałam.
Może się nudzi? – zauważyłam odkrywczo.
– Ależ proszę Pani! To jest szkoła a nie plac zabaw! – zawrzała klikając po raz trzeci centralnym zamkiem swojego wielkiego terenowego i wywalonego w kosmos auta.
– A to jest zdaje się Pani praca, a nie wolontariat – wycedziłam uprzejmym acz drewnianym tonem i przywołałam na oblicze najłagodniejsze spojrzenie Jelonka Bambi.
– Widzę, że nie zależy Pani żeby dziecko nauczyło się języka! – prychnęła oburzeniem Pani Od Angielskiego.
– Myli się Pani, bardzo mi zależy – odparłam – Dlatego Igor chodzi na dodatkowe zajęcia do Pana X. I tam o dziwo uważa, a nauczyciel bardzo go chwali.

Pani Od Angielskiego utkwiła we mnie wzrok Bazyliszka, cmoknęła zębem i sobie poszła. Na szczęście mam wrodzoną odporność na wrogie spojrzenia ludzi wydających kupę kasy na samochód i pozostawiających tenże całkowicie otwartym na kilka godzin.

Wszyscy rodzice narzekają na tę nauczycielkę. Wszyscy mają bardzo niegrzeczne dzieci. Nasze dzieci nie siedzą bowiem w kątku i nie układają w absolutnej ciszy puzzli z tysiąca elementów. Nasze dzieci są po prostu dziećmi. A oceny mają dobre, więc chyba jednak coś, poza patrzeniem w okno, jeszcze robią.

Cele wyższe i niższe

Nieogar afgański we własnym domu.

Daj facetowi dwie paczki do wysłania pocztą, napisz na nich dane adresowe, żeby Mu się nie pomyliło. Uciesz się, że nie zapomniał i wyraźnie wypisał pocztowe winietki. Pochwal bardzo, bo dobrze wiesz, że grafik ma napięty jak sąsiadka w rozmiarze XL dżinsy w rozmiarze S i specjalnie dla Ciebie pojechał na pocztę, a było wybitnie nie po drodze i w niedoczasie.

Po kilku dniach nie zrób głupiej miny, gdy zgłasza się do Ciebie Znajoma A, która otrzymała paczkę Znajomej S.

Z plusów – przynajmniej wiadomo gdzie jest paczka Znajomej A.

Na szczęście dziewczyny są w porządku i przekażą sobie przesyłki. W końcu napisałam na nich adresy, więc dobrze widać. Pomimo zmienionych winiet.

Boże, spuść nogę i kopnij.

Książę Małżonek jest absolutnie boską istotą, która jest stworzona do celów wyższych, niż wysyłka paczek na poczcie. Na poczcie, jak wiadomo, przebywają głównie emeryci, renciści oraz inni frustraci, którzy napawają się marudzeniem w ogonku i napieprzaniem stempli. Książę Małżonek fantastycznie radzi sobie z dziećmi, albo z mieszkaniem, tylko nie łącznie. Jest bardzo silne albo-albo. Zrobi obiad, od czasu do czasu posprząta mieszkanie, umyje okna i nawet kupi kwiaty „z tej drogiej kwiaciarni”. Albo poleje mi cydru i przykryje mnie kocem, gdy się zdrzemnę na kanapie. Pod warunkiem, że akurat nie robi tysiąca kilometrów na jakiejś trasie.

Jednakowoż zakupy, poczta, lekcje, wyrastanie z ubrań, butów, plecaków, papierniczo-artystyczne zapotrzebowania, godziny zajęć dzieci, zebrania i planowanie przestrzenne wizyt lekarskich w siatce rodziny wielodzietnej, to są cele, z którymi z różnych powodów lepiej radzę sobie ja. Możemy umownie nazwać je niższymi. W końcu mam tylko 168 cm ale to rano i gdy akurat połknę kij od mopa.

Piekarnia pod kaprawym oczkiem przedstawia

Bułeczki maślano-jogurtowe mają to do siebie, że strrraaasznie długo trzeba czekać, aż wystygną.
No, ale zawsze można co minutę pytać, czy już i zaklinać je spojrzeniem.

image

image

image

Na dwanaście bułeczek potrzeba:

22,5dkg mąki (ja używam 650, więc są dość ciemne, na 500-550 będą jaśniejsze),
łyżeczki sody,
szczypty soli,
2,5 łyżki masła (zimnego),
200ml jogurtu naturalnego lub maślanki,
jajka,
garści rodzynek.

Mąkę z sodą i solą ładuję do miski, ścieram na grubych oczkach masło, mieszam energicznie aż powstaną zacierki, w dołek wlewam jogurt i rodzynki, szybko zagniatam ciasto, formuję kulki, wykładam na blaszkę na oprószony mąką papier do pieczenia, smaruję rozbełtanym jajkiem i piekę 15-20 minut w 220 stopniach.

Jeśli damy ciut więcej soli i nie dodamy rodzynek a oliwki, albo suszone pomidory, wyjdzie nam fajny dodatek do serów, wina, czy piwa.

Dzisiejsza porcja zniknęła w sześć minut.

Komunikacja miejska pany

Matka dzieciom ma dziś wychodne. W związku z powyższym porzuca nielaty – dość lekko, przyznaję – i Księcia Małżonka, skazuje na pastwę braku jednej sztuki w stadzie i w te pędy czmycha na imprezę. Zanim się ktoś zorientuje i rozryczy, porzyga, rzuci się do pustej wanny na główkę, albo w inny sposób zamanifestuje swój sprzeciw.

– Może weź auto – pada z boku.
– Żartujesz?! – prycham z oburzeniem.

No. To idę kręcić rajstopy i wbijać się w loki. Albo jakoś tak.

Spożywczak

Kiedy miła pogawędka o sadzonkach i nawozie do iglaków z sąsiadem w sklepie zamienia się w wymowne milczenie i oburz z jego strony?

Kiedy wykładamy zakupy.

U mnie warzywa, owoce, nabiał, mięso, pieczywo i Wyborcza. Plus batonik. Ciii.

U niego Nasz Dziennik i czteropak piwa.

Przyjemny zestaw o poranku 😉

Czwartek, to taki mały piątek

Po pracy i szeroko pojętej aktywności fizycznej dotarłam do domu w stanie naprawdę „umęczon i pogrzebion”. Oraz purpurowa na obliczu. Wdrapałam się – nie bez trudu i rozgłośnie sapiąc – na to nasze piętro. Pierwsze, ale czasem robi się z niego siódme z bardzo stromymi schodami. Oraz na kolanach po żwirze.

Wtem otwieram drzwi.

Bałagan przysypał mnie lawiną – pamiętajmy jednak, że mężczyźni albo opiekują się dziećmi, albo porządkiem w chałupie. I tam nie ma szansy na slash. Cieszę się, że są tacy, którzy potrafią zająć się trójką dzieci, a nie tylko jednym z trojga. Ja mam to szczęście, że Książę Małżonek potrafi i to z powodzeniem.

Janek oczywiście wpadł mi w objęcia, przytulił się jakbyśmy się nie widzieli z miesiąc, a następnie, patrząc z zachwytem i uwielbieniem na uszarganą przez rzeczywistość rodzicielkę, wypowiedział:

– Mamo, jak Ty ślicznie wyglądasz!!

Spłynął na mnie budyń waniliowy z polewą. Na ciepło. I z truskawkami po wierzchu. W ulubionej wyszczerbionej miseczce z niebieskim szlaczkiem.

Mój kochany Syneczek malutki.

Jutro pomyślę o tym, że ma dość zdumiewające poczucie estetyki.

Na deser taka sytuacja.

Komunikat pana maszynisty z SKM-ki:
„Uwaga podróżni, z powodu stagnacji na średnicy pociąg doznał opóźnienia około 6 minut”.

Przepraszam, ale podróżni rechoczą :-)))

Połowiczny rozpad

Na treningu przy brzuszkach albo wstrętnych i okropnych półprzysiadach, po których mięśnie bolą jeszcze przez długie godziny, a które niestety bardzo dobrze robią na moje pełne i kobiece dolne partie kosodrzewiny, zawsze przychodzi taki moment, kiedy mam ochotę umrzeć. Paść bez życia i zostać sobie na tej przytulnej podłodze do końca świata. Być pyłem wszechświata na odcieniu dąb village i trzech warstwach lakieru.

Robisz milion spięć, przy każdym kolejnym wydaje Ci się, że to już absolutne maksimum wytrzymałości i choćby skały srały dalej nie ruszysz nawet palcem, nie mrugniesz, nie odetchniesz, nic. Finito. I w momencie, gdy już wykrztuszasz z siebie wraz z purpurą na obliczu własną dwunastnicę oraz charczysz w dwutakcie… trenerka mówi: „jeszcze tylko szesnaście razy” a Jej głos – bez cienia zadyszki, śpiewny, radosny i wypoczęty, oraz niestety, jak cała Ona, szczupły i umięśniony – spycha Cię wprost w odmęty rozpaczy i na mokry od potu ręcznik.

Zaprawdę powiadam Wam – to jest ów moment, w którym pragnę umrzeć. Umrzeć kategorycznie i na śmierć.

Zaraz potem robię te szesnaście brzuszków, półprzysiadów ze sztangą nad głową, czy pompek. Mrucząc pod nosem brzydkie wyrazy.

A gdy każe nam wciągnąć brzuchy, spiąć pośladki, ugiąć kolana, opuścić barki, wypiąć biust do przodu oraz oczywiście jednocześnie z tym wszystkim oddychać i jeszcze nas wesolutko pyta: „Jak tam?”, to zamiast: „W porządku” wszystko we mnie krzyczy: „Chyba żartujesz! W tej pozycji jestem kaczką!” Większości ludzi nawet nie śniło się, że bycie kaczką jest tak męczące. Ba! Większość ludzi ma to gdzieś. I pewnie słusznie.

Sprawdzać wytrzymałość można na wiele sposobów. Trenerka wyciska z nas zjedzone rok temu pączki. Jak również te, na które ewentualnie dopiero przyszłaby nam ochota.

I tak po ćwiczeniach marzę jedynie o kąpieli i zakopaniu się sześć metrów wgłąb kołdry. Żaden pączek nie przyjdzie mi nawet do głowy, a gdyby przyszedł, pogoniłabym długim kijem (co innego na drugi dzień, wtedy owszem).

Natomiast córka moja, Lena dodatkowo postanowiła sprawdzić wytrzymałość i odporność na brak snu rodzicielki. Usnęła z wielkim trudem w okolicach 23. O północy padłam stylem klasycznym i ja… by o pierwszej powstać i nosić tę małą larwę do 2.30 po mieszkaniu. Gdyż dziecię to nie znosi przestojów i monotonii. Kiedy już ręce mi odpadły i legły na puchatym szarym dywaniku, Księżniczka łaskawie raczyła uciąć se komarka.

Nie pamiętam jak wróciłam do łóżka. Pamiętam jednakowoż, że punktualnie o piątej obudził mnie rączy tętent i radosne wołanie „Mamo! Dzień doobry! Idę sikuuu!!” A, że oprócz mnie, ów tętent obudził również Siostrę z Piskiem i Brata z Fochem, poranek mogę zaliczyć do barwnych i obfitujących w cały wachlarz emocji. Jak wenezuelska telenowela na przyspieszeniu.

Jestem pozostałością po kaczce.
Przejechał mnie traktor, a potem wracał.
Jestem w stanie połowicznego rozpadu.

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta, coraz bliżej święta oraz permanentna katatonia. Aktualnie jest to mój upragniony stan. Zaraz po Alasce.

Wyjście z lasu

Pierwszy dzień w pracy po rocznej nieobecności to, proszę mi wierzyć, nie lada wydarzenie. Ludzie po letnich dwutygodniowych urlopach nie mogą się odnaleźć, a wyobraźcie sobie mnie – borostwora z lasu, który przez rok porozumiewał się często głużeniem i monosylabami, tudzież tłumaczył dwóm gniewnym braciom, że pranie się po pyskach i obdarzanie wdzięcznym tytułem idioty może być męczące, zwłaszcza dla otoczenia, a ponadto nic, poza kolejną falą złości, nie wnosi.

I teraz oto udać się trzeba między dorosłych ludzi, najczęściej bez pieluch i dojmującej potrzeby informowania otoczenia ze szczegółami o celu wizyty w toalecie. Niby cudnie, prawda? Nikt mnie nie upaćka, nie wplącze we włosy plasteliny, nie najedzie samochodem na mały palec u nogi, nie strzeli focha, że za dużo zadanych lekcji.

Było trudno. Przestawić się, ogarnąć, oswoić. Ale pierwszy dzień minął. Wszyscy przeżyli. Każdy kolejny będzie łatwiejszy – afirmuję uporczywie i z wiarą.

O 17-tej wyszłam i włączyłam autopilota. Tryb „do domu, do domu, do domu”. Marząc o teleporcie, wsiadłam do pociągu. A raczej wcisnęłam lewą stopę i wessał mnie tłum.

Ślurp, mlask.

Pół godziny później nadal lewitowałam w SKM-ce i starałam się wyłączyć zmysł powonienia. Niechże ona już ruszy – myślałam – bo umrę. Od smrodu jednak się nie umiera. To by było za proste.

Następnie minęło kolejne pół godziny.

Uważam, że tkwienie w niekoniecznie pożądanych objęciach z co najmniej dwudziestoma osobami z różnym zamiłowaniem do higieny osobistej jest formą bardzo wymyślnych tortur.

Emocje jak na rybach.

W pociągu spędziłam finalnie półtorej godziny. Nie można było wyjść, gdyż ponieważ albowiem byliśmy już na nasypie kolejowym, nasypie za wysokim i za stromym na nasze krótkie ludzkie nóżki. Dobrze, że mam internet w telefonie, bo nie zabrałam książki. A tak, prowadziłam relację w czasie rzeczywistym z moich perturbacji z PKP, które podobno jest teraz takie super (szkoda, że w swej superowości nie wie, że widły i trójząb to jednakowoż nie to samo) i było mi lżej.

Na żywo z pociągu relacji Warszawa Zachodnia – Reszta Świata. Czytał Lucjan Szołajski.

Kiedy już wysiadłam z pociągu w Rembridge, z radości miałam ochotę paść na kolana i ucałować kostkę brukową. Powstrzymałam się jednak gdy tylko złapałam ostrość.

W domu rzucił się na mnie tabun dzieci. Jakbym wróciła z dalekich wojaży i miała dla nich prezenty. Zamiast podarków miałam ochotę zamknąć się w szafie i przeczekać kilka miesięcy.

Mam głowę wielkości basenu Morza Śródziemnego. A w niej nowy program z pierdyliardem rozmaitych kliknięć, kwerend, okien i wierszy.

Oesu, wutki! I lobotomii!