Byłam w sklepie i słyszałam, jak dziewczę lat ok. 25 chwali się koleżankom zdjęciami z podróży do Włoch. W pewnym mieście podróżniczka pokazuje jakieś zdjątko i opatruje je komentarzem:
– A to jest Koloseum. Wiecie, to TAM kręcili „Gladiatora”.
Promocje
W hali Makro w Szczecinie kilka dziewczyn rozdawało różnego rodzaju gratisy. Wydany bonus odznaczały (odfajkowywały) na fakturach klientów.
Wychodzi facet z towarem do którego przysługiwał gratis, dziewczyny to
zauważyły i pierwsza mówi:
– Prosze pana, pan tu podejdzie to dam panu gratis!
A druga zaraz po niej:
– A ja postawię panu ptaszka!
Dyskotekowe Polaków rozmowy
Kolega był z kumplem na dyskotece, no i spodobała mu się jakaś sympatyczna dziewczyna, jako rasowy mężczyzna postanowił zaznajomić się z pieknością, więc podszedł do niej i zapytal:
– Zatańczysz?
Na co dziewczyna odpowiedziała:
– Spoko…tylko pi***lne szczocha!
Ktoś spał w moim łóżeczku…
Moje łóżko przestało być moje. Przypomina mi o tym hałda kocich zabawek powiększająca swe rozmiary z każdą nocą. To, że budzę się i nie mogę unieść głowy bo na włosach smacznie śpi puchata kulka chrapiąc miarowo to mały pikuś. Jak czasem się zdarzy, że nic mnie do poduchy za hery nie przyciska, to potem w łazienkowym lustrze widzę skrzyżowanie tapira z jeżem. Nie ma co – mój kiciuś może robić za stylistę ds fryzur. Kiedyś jeden fryzjer twierdził, że mam zbyt proste włosy by je jakoś ułożyć a tu proszę taki talent mam przy sobie. Dziś bladym świtem Nikita owinęła mi się wokół szyi uniemożliwiając wzięcie kilku głębokich wdechów co z pewnością przyspieszyło moje jakże drastyczne przebudzenie. śniło mi się, że zaatakował mnie pralkowy wąż odpływowy, który zawiązał spisek z rurą od odkurzacza i oba potwory próbowały pozbawić mnie życia. Zerwałam się z kotem uczepionym szyi i w mig wszystko stało się jasne. Po rześkim poranku pozostały tylko dwa niewielkie ślady kocich pazurków na szyi. Na szczęście mało widoczne, choć pewnie bez uwag w pracy na temat upojnej nocy się nie obędzie. A jakże! Upojna była wielce. Z tego co obserwuję po przebudzeniu to mam wybitne skłonności somnambuliczne – nie dość, żę łażę po nocy przynosząc do wyra kocie chrupki i rozmaite sznurki to jeszcze potem wracam po dwie pluszowe myszki, fragment gazety, świnkę maskotkę, breloczek do kluczy i piłeczkę ping-pongową. Nieźle. A ja się dziwię czemu taka niewyspana jestem ciągle…
Hip-hopowy Czerwony Kapturek
Zapina ziomala Kaptur przez osiedle na miejscówkę do starszej Jareckiej. Pokitrane ma po kieszeniach trochę bakania i jakiś szamunek. Wyczaił ją wilk wypas i ściemę jej z klatki odstawia:
– Elo sztuka! Gdzie się idziesz ustawić?
– Wybiłam się z chawiry i hetam się z tym towarem do starej ojca.
Wilk skumał akcję w moment i między blokami skrót na miejscówkę do starej Jareckiej wylukał, a po drodze zdążył jeszcze bucha ściągnąć z writerami. Wpierdolił Jarecką, kabonę jej z szuflad powyjmował, co by na zioło starczyło. Jebnął się na wyro i ściemę odstawia. Moment, laska w czerwonej bluzie tez ustawia się na miejscówce.
Patrzy na babkę i nie czai wszystkiego:
– Babka, melanż jakiś był, że uszy i oczy troche przyduże masz, czy to może ja za dużo smażyłam?
A wilk zajawkę już taką złapał, że opierdolił w moment Kaptura i fazę na wyrze dalej odstawia. Nagle psy wbiły się do chawiry Jareckiej i w moment skatowały wilka za odstawianie nielegalu. Klime z podwórka zdążył jeszcze pozdrowić, ‚HWDP’ krzyknął i zszedł ze świata z rozpierdolonym bębnem. Psy Kaptura i Babkę wywlekły z bebechów i razem z wilka towaru po kresce ściągneli.
Ja wymiękłam 😉
Będę mysleć ciepło o Tobie
Nigdy nie przypuszczałam, że osobą, która złamie mi serce będzie… kobieta. Tak właśnie. Przyjaźń to bardzo poważne słowo i nie mogę powiedzieć, że mam przyjaciół. Mam wielu znajomych mniej lub bardziej bliskich, jest też kilka osób o których myślę w kategorii przyjaźni jednak nie pokusiłabym się o nazywanie ich przyjaciółmi a one tym bardziej. Do tego trzeba czasu, czasu i jeszcze raz czasu a poza tym różnych życiowych prób, wzajemnych relacji i sporej dozy uczuć. Niewiele osób chyba to jeszcze potrafi – smutne lecz gdy patrzę wokół – wydaje się być prawdziwe. Z Joasią poznałyśmy się przypadkiem na egzaminach na studia i z miejsca sie polubiłyśmy. Miałyśmy podobne myśli, zachowania, punkty widzenia… po prostu bratnie dusze. W końcu poczułam, że ktoś „nadaje na tych samych falach”. Od samego początku byłyśmy niemal nierozłączne i wiedziałyśmy, że możemy zawsze na siebie liczyć w każdej sytuacji. Nie było to szczeniackie koleżeństwo tylko prawdziwa przyjaźń. Joasi nie wiodło się najlepiej i z całych sił starałam się Jej zawsze pomagać. Widziałam wdzięczność i choć jej nie oczekiwałam zachęcało mnie to do dalszych działań. Pisałam nasze „wspólne” prace i chodziłam na wykłady za nas obie, sama przepisywałam dla Niej swoje własne notatki a po zajęciach słuchałam, słuchałam, słuchałam. Wiem, że błędem było wyręczanie Jej w nauce ale miała problemy ze zdrowiem i jeśli tylko mogłam, odciążałam Ją. Po pewnym czasie sama zaczęła radzić sobie świetnie i w tej kwestii nie byłam Jej już potrzebna. Problemy w życiu pozostały. Czułam, że powinnam przy Niej być i byłam. To była przyjaźń w takim stylu, że gdy o 3 w nocy dzwoni telefon „Jest mi źle”, wsiadasz w pidżamie w taksówkę i za ostatnie pieniądze jedziesz na drugi koniec miasta. Gdy Joasia miała urodziny i była daleko na działce wiedziałam, że czuje się samotna. Wsiadłam w PKS i nie wiedząc właściwie gdzie Jej szukać (nigdy wcześniej tam nie byłam), łaziłam z prezentem i kwiatami po deszczu przez wszystkie ogródki działkowe w okolicy tylko po to, by zrobić Jej niespodziankę. Miała łzy szczęścia w oczach a ja czułam się kimś bardzo wyjątkowym. Nie grałam Matki Teresy – ja też z dawania czerpałam przyjemność i wiele w zamian otrzymywałam. Gdy rozstałam się człowiekiem, za którego za dwa tygodnie miałam wyjść, to Joasia mnie przytulała i pocieszała. A gdy po jakimś czasie zakochałam się, Ona cieszyła się razem ze mną, choć wtedy była sama. Dzieliłyśmy radości i smutki, lepsze i gorsze dni a nasza przyjaźń trwała. Jej mama nawet twierdziła, że po studiach zamieszkamy gdzieś razem i założymy rodziny obok siebie. Tylko się usmiechałyśmy. Przyjaźniąc się z Joasią uwierzyłam nawet w telepatię, bo wielokrotnie wtedy gdy Jej najbardziej potrzebowałam dzwoniła lub zjawiała się nagle za zakrętem na ulicy. Nasza przyjaźń trwała prawie sześć lat. Widywałyśmy się praktycznie codziennie. Owszem bywały zgrzyty. Na przykład kiedy poszukiwała pracy i znalazłam dla Niej coś interesującego u siebie, nie przyszła na umówioną rozmowę, bo się rozmyśliła nic mi o tym nie mówiąc a Ja miałam „rozmowę z szefem” na temat nieodpowiedzialności. Nie robiłam wymówek – poprosiłam tylko by na drugi raz uprzedziła, że Jej nie będzie. Rok po studiach Joasia zaczęła się izolować ode mnie. Nagle przestały Ją interesować wspólne wypady do kina, na pizzę, spacery czy choćby rozmowy przez telefon. Zaczęła się z kimś spotykać i pomyślałam, że teraz cała Jej uwaga koncentruje się na tym związku. Myślałam, że z czasem zatęskni. Nie zatęskniła więc tęskniłam ja. Dzwoniłam, pisałam, zapraszałam. Zawsze było coś ważniejszego. Teraz – dwa lata po studiach – przestała odbierać telefony, nie odpisywała na smsy i nawet w moje imieniny zapomniała o życzeniach co do tej pory zawsze miało miejsce. Nie wiedziałam co się dzieje. Było mi bardzo przykro, że po tylu latach przyjaźni odchodzi tak bez słowa. Przypomniałam sobie, że ma moje książki (przywiozłam Jej kiedyś do domu cały karton by mogła się przygotować z psychologii) i pomyślałam, że to może być pretekstem do spotkania. Tym razem napisała smsa, że nie rzadko bywa w domu i żebym się umówiła po odbiór z Jej mamą… Jeszcze kilka razy dzwoniłam. Chciałam porozmawiać, dowiedzieć się co się stało i czemu się tak zachowuje. Udało mi się dopiero po dwóch miesiącach. Powiedziała mi, że nie chce niczego więcej w swoim życiu tracić a kiedy się przyjaźniłyśmy w Jej życiu właśnie tak się działo, choć nie miałam na to wpływu i że być może to wina jakiejś negatywnej aury, która się widocznie wytwarzała. Ona wybrała własne życie a w nim nie ma miejsca dla mnie. Zapadła cisza. Poczułam się jakbym dostała w twarz. Jednym zdaniem ktoś kto był mi tak bardzo bliski przekreślił wszystkie wspólne chwile i całą wielką przyjaźń (chyba tylko dla mnie wielką) i to przez cos na co nawet nie mam wpływu. To jakby obwiniła mnie o to, że jest AIDS i rak. Za pomoc i miejsce w sercu dostałam nakaz eksmisji. Widocznie niektórzy ludzie muszą znaleźć jakieś wytłumaczenie dla wszystkich przykrych rzeczy, które ich w życiu spotkały ale czy aby na pewno trzeba obwiniać o to innych? Coś we mnie pękło. To była osoba, za którą mogłabym oddać życie i choć brzmi to strasznie patetycznie – jest to prawda. Na zakończenie naszej rozmowy życzyłam Joasi dużo szczęścia w życiu i żeby nie miała żadnych trosk ani problemów ze zdrowiem. Cieszę się, że nareszcie znalazła swoje miejsce i dobrze Jej się wiedzie. Wiem, że będzie szczęśliwa. Prawdziwa miłość to, kiedy trzeba, umieć pozwolić komuś odejść. Z przyjaźnią jest chyba tak samo…
A Ty siedź… i knuj !!!
Odkąd sięga pamięć ma wspaniała wybitnie (bo krótka) uwielbiałam filmy. Mały i duży (nieco później) ekran to było coś. Na każdego smutaska najlepsze było zawsze dobre kino. Rodzina przepowiadała mi od lat najmłodszych karierę krytyka filmowego, bo nie dość, że prezencję miałam oczywistą (łyse, grube i bez zębów a w dodatku kaprysi), to jeszcze dobór repertuaru był cudowny. Zawsze spałam na bajkach i dziecinnych kreskówkach a samo nazwisko Disney kojarzyło mi się z różowym bełtem po landrynkach. Ożywiałam za to od razu gdy tylko w telewizorni nieśmiertelna pani Loska zapowiedziała Kino Nocne „Kobra” lub coś „wyłącznie dla dorosłych widzów”. Lubiłam napięcie niczym transformator w elektrowni. Oczywiście nikt nie pozwalał mnie jako brzdącowi zasiąść wygodnie w fotelu przed telewizorem z piwem i chipsami i napawać się żądzą krwi czy mordu. Wręcz przeciwnie. Ilekroć pojawiała się jakaś „scena” niegodna oczu mych niewinnych Mamut starał się odwrócić moją uwagę wściekle i natarczywie. Ja jednak wzięłam się na sposób i w iście Holmesowskim stylu przechytrzyłam grono rodzinne. Pokój mieliśmy jeden, więc nie było to zbyt trudne, ale jak na czterolatkę i tak nieźle przebiegłe. Kiedy zaczynał się interesujący mnie film odczekiwałam stosowną chwilkę aż Mamut i spółka zacznie mnie wyganiać do łóżka, po czym ociągając się teatralnie brykałam pod kołderkę. Stamtąd odczekiwałam kolejną stosowną chwilkę aż czujność mej straży zostanie uśpiona przez mrożące krew w żyłach a pokarm w przełyku sceny filmowe a następnie wyściubiałam nosek spod przykrycia i… do samiuśkiego końca film oglądałam w lustrze kredensu stojącego nieopodal. W ten sposób, niezauważona przez nikogo, pielęgnowałam swoją miłość do scen drastycznych i nieprzyzwoitych do czasu, kiedy nikt mi już niczego nie zabraniał. Inne filmy mogłam zawsze oglądać bez przeszkód, choć oczywiście nie pozwalano mi siedzieć całymi dniami przed telewizorem. Wszystko z umiarem. Miłość do kina, podobnie jak ta do literatury, została mi do dnia dzisiejszego i niejednokrotnie przydało mi się to w życiu. Różne i różniste konkursy filmowe nigdy nie sprawiały mi kłopotu a wręcz przeciwnie – bardzo często owocowały nagrodami. Również pamięć sobie wyćwiczyłam (przynajmniej w kwestii kinematograficznej) i potrafię godzinami „nawijać” cytatami z filmów, co doprowadza do szewskiej pasji ojca mego Zdzisława, bo jestem w tym od Niego o niebo lepsza. Niektóre ścieżki dźwiękowe znam w całości i śmiechu jest co nie miara gdy przyjdzie ktoś z moich znajomych a my z Tatem prezentujemy przy bigosie co ciekawsze fragmenty. Czasem wystarczy zamknąć oczy i już jest pełna fonia. Ostatnio w pracy jakiś kolo powiedział do drugiego „A Ty siedź i knuj”. Śmiech i potem tekst – „niezły mam dowcip co nie?”. Od razu wtrąciłam, że to nie Jego dowcip tylko scenarzysty „Kingsajzu”. Oczywiście zaprzeczył na co ja zaprezentowałam wybrany spory fragment z zawartym „knuciem”, z podziałem na role i odpowiednia intonacją… Bardzo lubię oglądać zbaraniałe oblicza nadętych bubków ;))
Lubię Aktivista
I znowu wygrałam bilety… tym razem na „10 minut później. Trąbka” na jutro. Psiakiś pokaz specjalny. 7 wspaniałych razem kręciło film. Zobaczymy co im z tego wyszło. Ja to jestem farciara 😉
Wasza Bajka Kofana
Asertywność czyli jak Bajka z urzędem się przepychała
Praca. Godzina 11.00. Mam 15 minut by się dowiedzieć o jedną bardzo istotną i w sumie banalną rzecz. Nic prostszego myślę sobie. Przystępuję do operacji TELEFON:
– Dzień dobry! – zaczynam z uśmiechem w głosie – Moje nazwisko X, dzwonię z firmy Y w sprawie Z, chciałabym…
– Chwileczkę – przerywa mi inny, wybitnie nie uśmiechnięty damski głos (widać przeszkodziłam w malowaniu paznokci) – przełączę Panią! Piiip piip piip…
– Hallo? – uprzejmy i już inny damski głos w słuchawce
– Dzień dobry! – zaczynam znowu z nadzieją – Moje nazwisko X, dzwonię z firmy Y w sprawie Z, chciałabym…
– Jedną minutkę – znowu nie mogę skończyć – muszę Panią przełączyć do kolegi, bo my się tym nie zajmujemy – rzecze mi pani tonem jakbym co najmniej pytała o agencję towarzyską i w słuchawce słyszę „Dla Elizy” w koszmarnej maksymalnie rozstrojonej elektronicznej wersji
– Tak słucham – wita mnie ciepły męski głos i już mi lepiej
– Dzień dobry! – mówię znowu i uśmiecham się – Moje nazwisko X, dzwonię z firmy Y w sprawie Z, chciałabym…
– Ale to nie tutaj – męski głos również jest pozbawiony dobrych manier i nie daje mi skończyć – trzeba zadzwonić pod numer …
– A czy nie mógłby mnie Pan przełączyć? – pytam uprzejmie (w końcu mam dziś wprawę)
– Niestety nie mogę. Do widzenia! – żegna mnie Pan, który nie może choć inni mogli i w dodatku mówi mi „do widzenia” przez telefon a wcale mnie nie zna – ja tam się z Nim wcale zobaczyć nie pragnę.
Wykręcam numer… piiip piiip… zajęte… Po 7 minutach udaje mi się otrzymać pożądany sygnał i już po 6 dzwonku ktoś odbiera telefon.
– Dzień dobry! – mówię zmęczonym głosem – Moje nazwisko X, dzwonię z firmy Y w sprawie Z, chciałabym…
– Ale to pomyłka – sprowadza mnie do parteru skrzekliwy głos – To prywatne mieszkanie – trzask odkładanej słuchawki nie pozwala mi nawet przeprosić za zakłócenie przedpołudniowej ciszy
Nie, nie jestem wkurzona… Jestem BARDZO wkurzona!!!
Dzwonie raz jeszcze pod pierwszy z wybieranych numerów:
– Taak? – wita mnie raz już słyszany głos bez uśmiechu
– Dzień dobry! Moje nazwisko X! Dzwoniłam już dziś do Pani w sprawie Z ale zostałam przełączona pod inny numer, stamtąd znowu pod inny i jeszcze raz i znowu ale tym razem dla urozmaicenia do czyjegoś mieszkania! – już nawet nie staram się być miła – Być może w Państwa firmie czas nie ma znaczenia ale mogę Panią zapewnić, że w mojej ma. – nie dopuszczając baby do głosu ciągnę dalej – Udzielenie mi informacji, której potrzebuję nie zajmie pani dłużej niż minutę, więc BARDZO PROSZĘ o odpowiedź, ponieważ mam serdecznie dość takiego lekceważenia klientów!!!
– Słucham, w czym mogę pani pomóc? – babsko rozpływa się w miłym głosie a ja zdobywam to, co chciałam…
I niech mi ktoś powie, że dzwoniąc do Urzędu Skarbowego należy być grzecznym i miłym 😉
Grunt to rodzinka
Ja – Dzwoniłaś do Bździągwy? (to o mojej siostrze, która obecnie spodziewa się drugiego dziecka a przez to stała się bardziej marudna niż zwykle i domaga się notorycznego kontaktu)
Mamut – Eeee, nie chciało mi się – przeciągając się z kotem odparła wyrodna matka – Sama zadzwoni jak ją przypili.
Ja – z naganą w głosie – A pewnie! Ale martwić się będzie. Jeszcze pomyśli, że coś Ci sie stało i dlatego nie dzwonisz, że Cię jakieś bydlę wściekłe w lesie zeżarło albo co (rodzice mieszkają koło lasu)
Mamut – spokojnie – Nic sobie nie pomyśli tylko pójdzie normalnie spać jak człowiek a nie ciągle wisi przy kablu – tiaaa
Ja – Co z Ciebie za matka? – wytoczyłam ciężką artylerię
Mamut – Normalna – ospale ciągnęła Krycha – Nie mogę być nadopiekuńcza bo to sie kończy ślamazarnością albo patologią – naczytawszy się książek w poradami wychowawczymi jęła wprowadzać je w życie.
Ja – Szkoda, że nie pomyślałaś o tym 30 lat temu jak Bździągwa była drącym ryło Pavarottim w beciku – zripostowałam natychmiastowo późnopedagogoczne zapędy rodzicielki
Mamut – Lepiej późno niż wcale – kontynuowała niezrażona niczym matka – Z Tobą mi też nie wyszło i wyciągam teraz wnioski – podsumowała zgrabnie.
Ja – A co Ci nie wyszło? Jakaś kulawa jestem czy co? – broniłam swego zajadle – Ojcu nie wyszły włosy i to jest powód do dumy ale Tobie wszystko wyszło i to zanadto…
Mamut – Nieprawda – odparowała – schudłam 3 kilo – pochwaliła się prędko
Ja – Nadrobisz w sobotę – podsumowałam (Krycha sie odchudza choć nie musi i polega to na tym, że cały tydzień je same ździebełka i nawet herbaty nie słodzi za to w sobote i niedzielę pożera lodówkę razem z kontaktem)
Mamut – z braku argumentów wytoczyła swoje działo – A po kim Ty taka pyskata jesteś? CO?
Zdzich – z pokoju do Mamuta – Po Tobie…