Kiedy byłam jeszcze małym chłopcem i zakuwałam paciorki przed pierwszą komunią, ksiądz proboszcz opowiadał nam o różnych świętych i błogosławionych. Jedni byli męczennikami, drudzy wzorcowo się prowadzili, jeszcze inni widzieli jakiś cud. Pamiętam, że raz nawet popadłam z nim w konflikt, bo według niego cud był, a według mnie niespecjalnie.
I tak mi zostało. Zarówno jeśli chodzi o konflikty z księdzem proboszczem (ponieważ jesteśmy bezbożnikami żyjącymi w dość małej społeczności lokalnej a posiadającymi ślub cywilny, tylko), jak i wiarę w cuda. Cuda wianki prędzej.
Dziś po pracy droga prowadziła mnie na Włochy. Niestety nie te z winnicami, aromatyczną pizzą, makaronami i tiramisu na deser.
W poczekalni u stomatologa pomarańczowa kanapa i stosik kolorowych pism.
„Sałatki wyszczuplające biodra!” – ekscytujący tytuł pierwszego z brzegu od razu przykuł moją uwagę.
Wyobraźnia z miejsca podsunęła mi wizję gorsetu z imadłem, anakondę do towarzystwa oraz samotny liść sałaty w niewielkiej salaterce.
– Ocho! – pomyślałam – To lepsze niż dieta zmieniająca rysy twarzy i powiększająca usta oraz biust.
Gdyby istniały sałatki wyszczuplające biodra, byłabym smukła i wiotka niczym tyczkarz po pavulonie.
Uwielbiam natknąć się czasem na kolorową prasę. Mam potem ubaw do późnych godzin nocnych.