Akwamaryna w ultrafiolecie, czyli z facetem o kolorach

Siedzę sobie ostatnio w domu. W dużym pokoju. Jedynym zresztą, bo w garderobie (ach jak to burżujsko pięknie brzmi) mieszkają dwie kurtki, glany, kilka swetrów, pudła z ciuchami w rozmiarze XXXS i pampersy. Zwłaszcza te ostatnie całymi stadami mieszkają. No to siedzę, nagabuję Lokatora żeby już wreszcie nauczył sie mówić i porozmawiał ze mną jak mężczyzna zamiast tylko ćwiczyć celne plucie na odległość… aż tu nagle coś zawyje. Podskoczyłam i już chciałam się przestraszyć ale przypomniałam sobie, że to domofon. Diabelstwo jest głośne jak piorun co dupnął był w drzewo za kościołem i nie ma mowy żeby to zignorować.

– ŚLUBU NIE BĘDZIE!!! – zawyło do mnie z słuchawki.

O, Zebra. Fajnie, że wpadłaś – pomyślałam i wpuściłam. Co miałam nie wpuścić. Sądząc po tembrze głosu i natężeniu decybeli sama wparowałaby oknem przy najbliższym wietrzeniu.

Zebra to moja odkurzona niedawno koleżanka z rysunków (i malarstwa) w Cafe Manekin na Starówce, gdzie wyżywałam się artystycznie w przedlokatorskich czasach gdy jeszcze miałam dużo czegoś co zwykło się nazywać górnolotnie Wolnym Czasem. Na Zebrę wpadłam niedawno w parku i od tamtej pory – bo już jak tak okazałosię, iż blisko mieszkamy to trzebabytak – wpada na mnie jakby częściej niż się zdążę zorientować. Bo to z tego parku to Ona mnie i Lokatora – śliczny ten Twój bobasek ale czemu śpi? obudzę Go może, co? – odprowadzi pod sam dom i pod samą klatkę. A jak już jest pod domem to Ona chętnie wpadnie na herbatę – o jaki u Ciebie nieporządek, mnie to by Misio tak nie dał – albo sok. Albo przecier z buraków. I jak już raz wpadła to wrócić nie może. Mam takie niejasne podejrzenie, że czyha gdzieś za rogiem i jak tylko mnie dostrzeże wracającą z pracy, żłobka i sklepu z Lokatorem w nosidle i pieśnią na ustach, staje pod tym domofonem, odczekuje stosowny kwadrans i dzwoni, żeby ją wpuścić bo Ona musi. Inaczej się udusi.

Teraz też się nie udusiła. Wpadła na pierwsze piętro z czasem 0,004 sekundy. Myślę, że spokojnie możnaby Ją wystawić na następnej olimpiadzie. Medal mamy na bank. Wpadła i od progu wypaliła:

– Ślubu nie będzie! – bo Ona ślub miała z Misiem w maju brać.
– To słyszę ale czemu? – zdziwiłam się.
– No jak to czemu? No bo On kolorów nie odróżnia normalnie! – oświadczyła z mocą Zebra i rzuciła się na mnie z chlipaniem.
– Spokojnie. Ale jak to? – wykrztusiłam opanowawszy pierwszy szok i wyplątawszy się nieco z drżących macek.
– No normalnie no – zgromiła mnie Zebra jak w ogóle śmiem pytać – Nie odróżnia!
– I co? – spytałam mało inteligentnie bo nadal nic nie rozumiałam.
– No i nie mogę wyjść za mąż za kogoś kto nie odróżnia kolorów. O czym ja będę z Nim rozmawiać?! – wypaliła na jednym oddechu i rozchlipała się na dobre.
– Bo ja wiem… o pogodzie, o pracy, polityce. O czymkolwiek – podałam chusteczki – Zebra, kolory to nie wszystko. A poza tym mój ojciec też jest daltonistą…
– Daltonistą??!! Jakim daltonistą? Misio nie jest żadnym daltonistą! On po prostu nie odróżnia i już – Zebra natychmiast stanęła w obronie swego przyszłego-niedoszłego-niewiadomojakiego męża i niemal zdmuchnęła mnie z podłogi smarcząc w chusteczkę.
– No ale jak nie odróżnia to chyba jest – zasugerowałam nieśmiało.
– Nie jest. On odróżnia czerwone od zielonego i tak dalej ale dla niego BEŻ i EKRI to TO SAMO!! Albo LILA i FUKSJA dajmy na to!! Nie mogę być z kimś, dla kogo LILA i FUKSJA to to samo. Albo WRZOS. Sama widzisz – zakończyła i chlipnęła stanowczo w mankiet.
– Nno widzę – zamyśliłam się bo dla mnie szczerze mówiąc to też to samo i w dodatku nawet nie wiem jak wygląda fuksja…
– Jak on może w ogóle? – spytała z rozpaczą w przekrwionych oczach.
– Nie wiem jak może ale tak na serio to ja w ogóle nie rozumiem problemu – podjęłam próbę wytłumaczenia Zebrze, że na ekri sie świat nie kończy – Ważne, że czerwony od zielonego odróżnia i nie mówi do Ciebie per Roman.
– No wiesz?! – żachnęła się Ona – Jak możesz. Właśnie wybieraliśmy suknię – wiesz w tym sklepie takimbardzodrogim co wszystkie aktorki siemobkupujomtam – i mnie się spodobała taka ekri właśnie – tu miała takie wstaweczki a tam karczek i trenik długi taki ładny – a On mi na to, że takie beżowe zasłony to jego ciotka ma w salonie! – zawiesiła wyczekująco głos.
– Hmmm – resztką sił stłumiłam nagły chichot co to mnie ogarnął był – Może faktycznie takie ma?
– Ale beżowe? BEŻOWE?? BE-ŻO-WE??? Przecież ekri to nie jakiś tam beż! – sapnęła i łypiąc wściekle chlipnęła dla przypomnienia, że cierpi.
– Ty to doceń w ogóle, że on wie co to beż, bo ja sama mam z tym problem i szczerze mówiąc też nie odróżniam go od ekri a żyję – parsknęłam bo już nie mogłam wytrzymać.
– Ja tu mam POWAŻNY problem a Ty się nabijasz. Poza tym to nie TY wychodzisz ZA MĄŻ tylko JA! – stwierdziła z zadowoleniem całkowicie zapominając o chlipaniu.
– No ponoć właśnie nie wychodzisz – wyrechotałam spazmatycznie.
– A właśnie, że wychodzę. I wyjdę!

I wyszła.

A ja zostałam sama z tą świadomością masując brzuch obolały od śmiechu co to jeszcze dobre kilka minut uprawiałam. Nie dość, że kabaret za darmo to jeszcze przyczyniłam się do rozwiązania prawie nierozwiązywalnego problemu nieodróżniania barw. Tylko nie wiem czy to dobrze bo ten Misio to chyba strasznie biedny facet być musi. Chociaż z drugiej strony jak chce mieć Zebrę za żonę to albo kamikadze boski wiatr i tylko się roztrzaskać o skały albo Ona ma jakieś ukryte zalety. Tylko w takim układzie to one muszą być bardzo głęboko ukryte. Tak czy inaczej więcej nie powinna mnie niepokoić.

Au revoir i ten tego..
Idę dobrać kolor różu do podomki 😉

Spokojnie to tylko awaria

Halo! Halo! Mówi się!

Czy konie mnie słyszą?

To gut. Niniejszym informuję, że to nie ‚kodzik’ się posypał, ani Termos sobie nie poszedł w diabły (choć wielu mu tego życzy), ani ślimak nie zszedł na suchoty czy innego globusa, nie przeżywamy też unwazjii korników, najazdu Hunów czy innego tałatajstwa. Po prostu Jachu stwierdził, że tu trochę pozamiata. I chwała Mu za to.

Co prawda nie wiem jeszcze jak to wszystko wygląda bo nic nie widzę ale wierzę głęboko (a wiara potrafi przenieść Boeinga 737 nad oceanem), że efekt końcowy będzie powalający i wszyscy będziemy wołać ołmajgotjaktupięknie nawet przez sen. Liczę na to.

Tymczasem zacisnąć zwieracze proszę, nie wyskakiwać za okno na mały żółty pontonik i wszelkie sugestie zawierać w komentarzach. W końcu przecież leci z nami pilot 😉

Bajka w fazie odnowy biologicznej

Apdejt środowy:

Ołmajgotjaktupięknie! Jachu – jesteś boski niczem jaka Afrodyta.. wróć.. Apollo znaczy. Wew pracy nie widzę nic ale za to na kompie chóralnym to się napatrzeć nie mogę. I to ja? Na pewno? Tam na górze? 😉

Buziak z dubeltówki

Ps. Aż czuję się zazdrosna, że nie jestem sołmaczbiudeful jak moja nowa strona termosowa. Chyba wygrzebię co z kieszeni i zaatakuję fryzjera. Albo frezera. Wszystko jedno psia kostka.

Rosół z kury z użyciem granatu bez zawleczki

Jeden taki njusleter wydawniczy mnie poinformował był, że ukazała się właśnie drukiem super-mega-giga ważna pozycja. I że powinnam ją mieć natychmiast oczywiście. Absolutnie.

„DROBIARSTWO NIEKONWENCJONALNE”

Myślę, że ta książka może zmienić losy ludzkości…

A teraz udam się w ustronne miejsce pokontemplować nieco ten fenomen czytelniczy usiłując jednocześnie stłumić nagły chichot, który mnie opanował.

Fan garmażerii

Przypadki młodej (cicho tam) matki

Reaktywowałam sobie profil na randkach. Dla poprawienia nastroju co to się wziął zepsuł mimo wiosny (która nawiasem mówiąc dziś mocno ma przechlapane bo zimno mi tu, że hej). Znaczy założyłam nowy bo do starego dziwnym trafem nie mogę się dostać. Wot zagwozdka. Wsadziłam na ten nowy zdjęcia, na których wyglądam jakbym była soł macz biutiful that ja cię kręcę i łechcę swoją próżną próżność pod brodą. Oj łechcę.

Rety! Ale mam ubaw. W zainteresowaniach wpisałam – Syn – zgodnie z prawdą zresztą bo ostatnio nie interesuję się nawet tym kto kogo i dlaczego. I nawet wiek wpisałam faktyczny – dwadzieścia siedem znaczy. A tu mnie wypisują jeden z drugim i z pięćdziesiątym co gdzie oni by mnie zabrali i co pokazali. Jeden ma lat siedemnaście, inny dwadzieścia dwa, to co oni mogliby mi pokazać czego ja jeszcze nie widziałam? Dzienniczek ucznia chyba 😉

Ale nastrój poprawił mi się błyskawicznie. W piątek rechotałam całą drogę do domu. Aż się w tramwaju poodsuwali. Całkiem przyjemnie zresztą było – przynajmniej miałam miejsce siedzące.

W sobotę poszłam z Młodym do parku straszyć kaczki i strzelać suchym chlebem po ryju przygodnych ekshibicjonistów. Niestety kaczek nie było, a jak już się kilka trafiło to się ruszać nie mogły z przeżarcia, więc zrezygnowałam z realizowania pomysłu wepchnięcia im tego chleba na siłę i poszłam dalej. Przygodny ekshibicjonista okazał się być Człowiekiem Z Tekturowym Pudłem i dobrze, że to dostrzegłam – mimo braku okularów – bo ani chybi zarobiłby celny cios sędziwym już bochenkiem w sam środek czoła. Ciosy generuję bez użycia narządu wzroku. Automatycznie.

Po południu przyszedł z wizytą Wujek Mini i przyprowadził ze sobą dwie urocze damy: Wodnicę i Grzdyla. Towarzystwo grzecznie umieściło się na kanapie a Grzdylówa z miejsca zabrała się za porządki. Tu zajrzała do szafki, tam rozwiesiła rozplecione motki wełny – bawiła się w pajęczynę, jeszcze gdzie indziej upchnęła obywatelskie gryzaki a w wannie to nawet słoik dżemu znalazłam. Urocza dziewczyna.

Igor spodobał się wszystkim a najbardziej Młodej, która najpierw przykryła Go szczelnie misiami a następnie łaskawie usunęła jednego pozwalając Małemu oddychać i uśmiechać się z wdziękiem do gości. Trzeba przyznać, że mam nadzwyczaj spokojne dziecko. Ale wszystko jeszcze przede mną. Małgosia jest oczywiście cudowna i natychmiast zapragnęłam gościć Ją częściej ale nie przeszkadza mi to cieszyć się, że Lokator fazę tornada ma jeszcze przed sobą. Póki co obrzygał gości trzykrotnie i bardzo ze swego dzieła zadowolony oddał się pieszczotom Wujka Minimala.

Wujek Minimal z kolei oczywiście natychmiast zapragnął się rozmnożyć, na co zareagowałam żywiowołym dopingiem – wszak facetowi, który pierwszy urodzi dziecko obiecano milion dolarów. Poza tym Wujek Mini był monotematyczny bo spodobało mu się moje mieszkanie i odtąd napalony jak szczerbaty na suchara gadał już tylko o cenach nieruchomości na rynku wtórnym. Wodnica w tym wszystkim była najspokojniejsza i z pobłażliwym uśmiechem gasiła zapędy Grzdylówy. Bezapelacyjnie można przyznać jej Order Cierpliwości. Ja bym za Małą nie nadążyła.

Zaopatrzeni w pieluchy i pupne chusteczki pożegnaliśmy wesołą ferajnę po wieczorynce. Lokator oddał się kontemplacji świata widzianego z podłogi – dałam Mu czas żeby ochłonął po spotkaniu z Nową Kobietą Jego Życia – a ja wyszukiwaniem niespodzianek. Z glanów powyjmowałam grzechotki, garderobę wyplątałam z wełnianych splotów, nawet dżem wyjęłam z wanny i do lodówki zajrzałam. Nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Nic a nic. Wykąpałam Młodego, nakarmiłam, ukołysałam, wykąpałam się sama – poszłam spać.

I to był błąd.

O trzeciej z minutami zbudziło mnie delikatne ‚kap kap’ dochodzące z głębin mieszkania. A że sen mam płytki odkąd pojawił się Syn, to wyłapałam z majaków bezbłędnie. Wstaję, myślę sobie: ‚ki diabeł’ i walcząc z Wszechogarniającym Ziewem drepczę do łazienki. Cisza. To nie tu. Włażę więc do kuchni. Kran czysty. Nasłuchuję. Otwieram lodówkę…

I to był drugi błąd.

Młoda przestawiła pokrętło. Z piątki na zero. I tak miałam rozmrozić bo wołała o pomstę do nieba ale żeby o trzeciej z soboty na niedzielę? 😉

Czy już mówiłam, że to urocze dziecko?

Bajka z bardzo czystą podłogą

Bogdan mówi berek – notka-jamnik dla wytrwałych

Zachciało mi się skorzystać z usługi internetowej mojego banku. Że niby dwadzieścia cztery godziny i wszystko można. Nawet przelew zrobić czy inne matactwa finansowe. Bo bank mój jest przyjazny klientom i zrobi wszystko, żeby byli zadowoleni. Tak, ten z żubrzykiem. Nie chciałam im proponować wiosennych porządków i mycia okien u mnie w domu, bo stwierdziłam, że może niekoniecznie w tym temacie się wyspecjalizowali ale usługa internetowa to usługa internetowa. Wiem, że jest, więc myślę – a sobie skorzystam. Jak pomyślałam tak chciałam zrobić i nawet kiedyś zawczasu (jak jeszcze w Rembridge zamieszkiwałam) podpisałam stosowną umowę w moim macierzystym oddziale tegoż banku. Wszystko fajnie, pięknie, tylko nie dostałam – pocztą naszą polską szybką jak błyskawica – ani numeru klienta ani pinu ani w ogóle nic tylko ulotki reklamowe (co to już ich mam pełną skrzynkę a wyrzucać nie będę bo tak to mam przynajmniej poczucie, że ktoś mnie kocha i listami obsypuje). Nie dostałam – myślę sobie dalej wielce odkrywczo – to zadzwonię i sprawdzę jak rzecz się ma. Zadzwoniłam na numer infolinii (którym się tak reklamują, że boję się otworzyć lodówkę) i po odłuchaniu ponętnego głosu męskiego, który poinformował mnie, że będą mnie nagrywać żebym się czuła bezpieczniej i bardziej komfortowo (ta, akurat), przywitał mnie miły głos żeński:

– Tu bla bla bla, w czym możemy pomóc?
– Zieńdobry tu też bla bla bla, może pani mi pomóc w tym, że chciałabym aktywować usługę pekao24 a nie mogę.
– A dlaczego?
– No właśnie chciałabym się dowiedzieć.
– A jak pani godność?

Przedstawiłam się ładnie.

– A ma pani Numer Klienta?
– Niestety nie mam.
– Hmmm, to ja nie wiem.

Tu nastąpiła chwila napięcia i miły głos żeński po konsultacji z innym głosem płci nieokreślonej wpadł na pomysł:

– Mam pomysł, proszę mi podać numer pesel a ja panią zidentyfikuję.

Identyfikacja to mi się wybitnie z prosektorium kojarzy gdzie już nic podać bym nie mogła ale podałam bez szemrania.

– Z kim mam przyjemność? – miły głos żeński wpadł w ton rzeczowo-badawczy.

Przedstawiłam się raz jeszcze odpędzając od siebie myśl o schizofrenii właścicielki głosu.

– Nooo. To ja tu mam w komputerze, że pani nie ma aktywowanej tej usługi.

Bingo!

– Właśnie z tym problemem do pani dzwonię.
– Dzwoni pani nie do mnie ale do banku bal bla bla dla zadowolenia naszych klientów.

O losie!

– Tak, racja. Zatem właśnie z tym problemem dzwonię do banku. I liczę na to, że uda się go rozwiązać. Znaczy problem, nie bank.
– Ha ha, na pewno się uda. Mam tu w komputerze, że brakuje w umowie jakichś danych i dlatego nie została ona przekazana do nas. Konkretnie Numeru Telefonu Do Oddzwaniania.
– A czy pani może go uzupełnić?
– Niestety nie mamy takiej możliwości. Najlepiej będzie jeśli uda się pani do pani oddziału, który prowadzi rachunek i tam uzupełni brakujące dane. Bo to osobiście trzeba.
– Niestety, tu ja nie mam takiej możliwości, bo mój oddział jest w Rembridge, ja się przeprowadziłam, a oni pracują akurat w tych samych godzinach co ja i choć wiem, że mało to panią może zajmować co zresztą zrozumiałe, ale nie zwolnię się z firmy tylko po to by pojechać na drugi koniec miasta i podać Numer Telefonu Do Oddzwaniania.
– No to ja nie wiem.
– Ja niestety tym bardziej.
– No to może pani spróbuje do nich zadzwonić… a potem do mnie.. to zobaczymy co tam z tego wyniknie.
– Dobrze, zadzwonię.

Pożegnałam sie grzecznie, pani mi powiedziała ‚do usłyszenia’ bo teraz na szkoleniach uczą, że nie można ‚do widzenia’ bo przecież to telefon jest i nie widać i nabrawszy sił podjęłam drugą próbę sił z moim bankiem przyjaznym klientom co dla zadowolenia ogólnego i w ogóle żyły sobie wręcz wypruwa, ufff. Telefon znajduję na stronie internetowej w zakładce Placówki/Filie i dzwonię. Głos zza grobu informuje mnie, że nie dodzwoniłam się do pralni albo dajmy na to fryzjera tylko do banku. I jakiego. I która filia. I jaki adres. I że moge sobie tonowo wybrać numer albo poczekać na zgłoszenie się operatora. Czekam. Nikt nic nie nagrywa. Postanawiam czuć się bezpiecznie i bez tego. Operator ma mniej miły żeński głos i pyta mnie w czym może mi służyć. Przedstawiam się ładnie aczkolwiek już ze zmęczeniem i wyłuszczam całą sprawę raz jeszcze. Razem z opisem rozmowy z miłym żeńskim głosem z infolinii zajmuje to dobrych kilka minut. Operator o mniej miłym żeńskim głosie odzywa się po dłuższej chwili:

– A ma pani Numer Klienta?
– Niestety nie mam bo go nie dostałam -pocztą naszą polską szybką jak błyskawica – podobnie jak pinu i właśnie w tej sprawie też dzwonię bo bez tego nie mogę skorzystać z usługi internetowej.

Bez Numeru Klienta ani rusz.

– A umowę pani podpisywała?
– Podpisywałam.
– A kiedy?
– W lipcu.
– I na pewno nie ma pani tego numeru?
– Na pewno.

Nie no w sumie to mam ale lubię sobie podzwonić czasem i się poużerać z pracownikami banków przyjaznych klientom żeby mi się ciśnienie podniosło. Za niskie mam.

– To ja nie wiem czemu pani nie ma.
– Niestety również nie wiem.
– Hmm – mniej miły żeński głos wpadł w zadumę.
– To może mnie pani zidentyfikuje po numerze pesel? – podpowiadam nieśmiało.
– Pani mi nie mówi co ja mam robić, dobrze?! Musi pani przyjechać osobiście i wtedy uzupełnimy ten Numer Telefonu Do Oddzwaniania.
– Kiedy mówię właśnie, że nie mogę przyjechać osobiście. Poza tym tamta pani zidentyfikowała mnie bez problemu.
– Ale ja nie wiem kto pani jest i tak pani nie zidentyfikuję.
– To ja pani powiem kto ja jestem i podam numer pesel na dodatek. W końcu to dowód osobisty.
– A ja wiem czy to pani ma ten dowód? Nie wiem.
– Jestem przekonana, że to właśnie ja mam ten dowód.
– Ale ja nie jestem przekonana. Proszę pani proszę przyjechać osobiście – inaczej nic nie załatwimy.

Właśnie widzę. Widzę też, że rozmowy, które nie są nagrywane dla bezpieczeństwa i komfortu klientów znacznie różnią się od tych utrwalanych dla potomności i kierowników działu.
A przecież to tylko numer telefonu. Grupa krwi jest ważniejsza a spokojnie mogę ją podać w szpitalu przez telefon.

Dzwonię na infolinię. Żeński głos nadal jest miły ale niestety nie może mi pomóc. Muszę przyjechać osobiście do oddziału mojego banku i podać ten bezcenny numer telefonu do oddzwaniania.

– A gdybym chciała zmienić oddział na inny?
– To musi pani zamknąć rachunek w jednym i otworzyć w drugim.
– Oczywiście osobiście?
– Niestety tak.

Oczywiście.
Pytanie retoryczne.

Tak więc nie mogę skorzystać z usługi internetowej dostępnej w moim banku przyjaznym klientom – dla ich komfortu i wygody i tego, żeby mogli wszystko załatwić bez osobistego stawiania się przed okienkiem – bez osobistego stawienia się przed tymże. Urocze. A jakie typowe. Muszę więc zwolnić się z pracy, albo wziąć urlop i pojechać na drugi koniec miasta by pani o mniej miłym głosie żeńskim z oddziału mojego banku mogła wpisać ów brakujący element mojego życia wiecznego w przyszłym świecie amen i przesłać umowę do rozpatrzenia pani o miłym głosie żeńskim z infolinii. A jak nie, to wiem gdzie się zgina dziób pingwina.

Boję się pomyśleć co przeżywają na przykład niepełnosprawni, nie posiadający konta w jakimś internetowym banku, który jest przyjazny klientom. A nie tylko udaje, że jest. Ja na szczęście mam. W m-banku. A pekao sobie chyba całkiem daruję. Jak tylko będę miała wolną chwilę by wpaść do Rembridge.

Dziś dla odmiany nie chcę nikogo dotkliwie pogryźć, ani uszkodzić w inny sposób. Staruszki w ciemnej bramie też nie chcę napaść. Ani zamknąć w firmowej windzie głodnego rottweilera. Dziś jest mi już wszystko jedno co, kto i dlaczego nie może załatwić. Chyba zaczynam się uodporniać.

Ładny mamy dzień.
Miłej wiosny.

Oczywistości

Butelkując szczaw na zimę, często borykamy się z problemem: co robić z nadmiarem szczawiu, którego i tak mamy już pięć razy więcej, niż go zużyjemy (zakładając optymistycznie, że codziennie będziemy jeść szczawiową!). Otóż najlepiej cały pozostały szczaw po prostu wylać. Jeśli nie stać cię na tak radykalny ruch, wylej co piątą butelkę, a potem powtórz operację jeszcze kilka razy, aż do całkowitego usunięcia wszystkich butelek szczawiu z domu.

Stanisław Tym
„Mamuta tu mam”

***
TEATRZYK ABSURDALNY POD WEZWANIEM RYDZYKA LEŚNEGO PRZEDSTAWIA
ZAKUPY
Sztuka zakupów w Carrefour w jednym akcie.
Występują:

Carrefour
Krokus
Moja Ręka

Kurtyna.

Ironia lubi nas i ciągnie w dół

Wtedy kiedy piszę czy mówię, że potrzebuję pomocy, pogłaskania po głowie czy dajmy na to durnego komentarza ‚czytam cię’ – nie dostaję.

Wtedy kiedy piszę, że komentarzy ani jeżdżenia po kimś jak po łysej kobyle nie chcę a piszę tylko dlatego, żeby wyrzucić z siebie – dostaję.

Z jednej strony jest to miłe, z drugiej wprawia mnie w zakłopotanie. Nie wiem jak inni ale ja nie lubię być źródłem zazdrości i kompleksów a traktuję to jak osobistą porażkę. Kiedy poszłam do przedszkola, chciałam, żeby mnie wszyscy lubili. Za wszelką cenę. Raz sprułam kieckę bo koleżance się bardzo spodobały koraliki, którymi była obszyta. Dostałam takie lańsko, że pamiętam do dziś a należało mi się jak psu jajca na wiosnę bo wiedziałam, że mama wydała na nią pół pensji a nie przelewało się nam w domu ani trochę. Oddawałam nawet ulubione zabawki za choć namiastkę przyjaźni. Za uśmiech czy to, że ktoś zechce być ze mną w parze na spacerze. Byłam gruba, brzydka i piegowata – nikt nie chciał. Kiecka tez nie pomogła. Potem na szczęście przeszło ale nigdy nie znika do końca. Ślad pozostaje. I teraz, choć mam znajomych, którzy w razie co odpowiedzą na sygnał i zadzwonią nawet o trzeciej w nocy żeby posłuchać mojego w mankiet smarkania, to gdy spotykam zjadliwe słowa na swój temat, w pierwszym odruchu podkulam ogon. Zwijam się w kłębek i robię się niewidzialna. Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że to już nie przedszkole i nie da się być lubianym przez wszystkich. Zawsze komuś nie spodoba się to co robimy i – mniej czy bardziej słusznie – będzie miał do tego prawo. Tak jest już ten świat skonstruowany, że jedni umieją a nawet umią a inni nawet guzika sobie przyszyć nie potrafią. Ale za to świetnie potrafią wybekać alfabet. Nawet wspak. W różnych sytuacjach przydają się różne umiejętności i ja na przykład mogę pisać notki, które ludzie chcą czytać, śpiewać sobie w chórze i mieć z tego dziką frajdę albo nosić dziecko do parku na karmienie kaczek ale za diabła rogatego nie obliczę pola jakiegoś idiotycznego trapezu, albo rombu, ani nie zmienię koła w samochodzie. Czarna magia. Mogę gotować czerwony barszcz o północy i zjeść go do rana bo taki pyszny wyszedł ale po szwedzku to tylko umiem ‚jysk’ powiedzieć i to też tylko jak wszyscy wyjdą. A miałam się uczyć bo ‚Dzieci z Bullerbyn’ chciałam w oryginale przeczytać. I dupa sałata. Kankana na stole też nie zatańczę. Musiałabym się schlać do nieprzytomności, żeby w ogóle o tym pomyśleć a wtedy to już na pewno nie byłby to kankan. Ani nawet żaden stół. Co najwyżej ‚żłobek’ na Kolskiej.

A nawiększa ironią ad hoc to jest jak sie zupa kończy. I wtedy akurat jest najpyszniejsza.

Zazdrość to zazdrość – ja bywam piekielnie zazdrosna. A kompleksy? Mam całe mnóstwo. Ale da się z tym żyć.

Ktoś kiedyś powiedział, że kompleksy generujemy sobie sami żeby tylko nie wyszło na jaw jacy naprawdę jesteśmy wspaniali…

i być może nawet to byłam ja 😉

Bo*

znalazłam przypadkiem. i bardzo żałuję.

„No cóż, nie kocham motorów i nie piszę manierycznym w zamierzeniu „dowcipnym” stylem. Moje notki są nudne i zupełnie nie inspirują do jakiegokolwiek odzewu 😉 I słucham badziewnego popu, a nie porządnego rocka. Więc moje małe nieszczęścia nie są godne uwagi”.

jestem nadwrażliwa i się przejmuję
i jest mi zwyczajnie przykro

nie rozumiem czego można mi zazdrościć

całej masy problemów, o których nie piszę, bo to nie miejsce i nie czas?
tego, że jestem chora?
tych wszystkich porażek?
czy tego, że samotnie wychowuję dziecko?

wspaniałe dziecko – zgadza się
ale nie jest to łatwe zadanie a jakoś nie jestem nośna w kategorii ‚dobra partia’. i nie zapowiada się żebym była. z różnych wzlędów

coraz mniej rozumiem sens wyżywania się na innych tylko dlatego, że żyją. nie wiem w czym to pomaga ale mnie zabiera siłę nawet do ‚dzień dobry’

a teraz pójdę w cholerę
zabolało… a nie mam już miejsca by upychać

* nie chcę komentarzy
napisałam, bo nie mam komu powiedzieć

Update: inna sprawa, że czasem dobrze poznać prawdę o sobie, choć aż się chce bronić bo nieprzyjemna. tak to już jest :/