Siedzę sobie ostatnio w domu. W dużym pokoju. Jedynym zresztą, bo w garderobie (ach jak to burżujsko pięknie brzmi) mieszkają dwie kurtki, glany, kilka swetrów, pudła z ciuchami w rozmiarze XXXS i pampersy. Zwłaszcza te ostatnie całymi stadami mieszkają. No to siedzę, nagabuję Lokatora żeby już wreszcie nauczył sie mówić i porozmawiał ze mną jak mężczyzna zamiast tylko ćwiczyć celne plucie na odległość… aż tu nagle coś zawyje. Podskoczyłam i już chciałam się przestraszyć ale przypomniałam sobie, że to domofon. Diabelstwo jest głośne jak piorun co dupnął był w drzewo za kościołem i nie ma mowy żeby to zignorować.
– ŚLUBU NIE BĘDZIE!!! – zawyło do mnie z słuchawki.
O, Zebra. Fajnie, że wpadłaś – pomyślałam i wpuściłam. Co miałam nie wpuścić. Sądząc po tembrze głosu i natężeniu decybeli sama wparowałaby oknem przy najbliższym wietrzeniu.
Zebra to moja odkurzona niedawno koleżanka z rysunków (i malarstwa) w Cafe Manekin na Starówce, gdzie wyżywałam się artystycznie w przedlokatorskich czasach gdy jeszcze miałam dużo czegoś co zwykło się nazywać górnolotnie Wolnym Czasem. Na Zebrę wpadłam niedawno w parku i od tamtej pory – bo już jak tak okazałosię, iż blisko mieszkamy to trzebabytak – wpada na mnie jakby częściej niż się zdążę zorientować. Bo to z tego parku to Ona mnie i Lokatora – śliczny ten Twój bobasek ale czemu śpi? obudzę Go może, co? – odprowadzi pod sam dom i pod samą klatkę. A jak już jest pod domem to Ona chętnie wpadnie na herbatę – o jaki u Ciebie nieporządek, mnie to by Misio tak nie dał – albo sok. Albo przecier z buraków. I jak już raz wpadła to wrócić nie może. Mam takie niejasne podejrzenie, że czyha gdzieś za rogiem i jak tylko mnie dostrzeże wracającą z pracy, żłobka i sklepu z Lokatorem w nosidle i pieśnią na ustach, staje pod tym domofonem, odczekuje stosowny kwadrans i dzwoni, żeby ją wpuścić bo Ona musi. Inaczej się udusi.
Teraz też się nie udusiła. Wpadła na pierwsze piętro z czasem 0,004 sekundy. Myślę, że spokojnie możnaby Ją wystawić na następnej olimpiadzie. Medal mamy na bank. Wpadła i od progu wypaliła:
– Ślubu nie będzie! – bo Ona ślub miała z Misiem w maju brać.
– To słyszę ale czemu? – zdziwiłam się.
– No jak to czemu? No bo On kolorów nie odróżnia normalnie! – oświadczyła z mocą Zebra i rzuciła się na mnie z chlipaniem.
– Spokojnie. Ale jak to? – wykrztusiłam opanowawszy pierwszy szok i wyplątawszy się nieco z drżących macek.
– No normalnie no – zgromiła mnie Zebra jak w ogóle śmiem pytać – Nie odróżnia!
– I co? – spytałam mało inteligentnie bo nadal nic nie rozumiałam.
– No i nie mogę wyjść za mąż za kogoś kto nie odróżnia kolorów. O czym ja będę z Nim rozmawiać?! – wypaliła na jednym oddechu i rozchlipała się na dobre.
– Bo ja wiem… o pogodzie, o pracy, polityce. O czymkolwiek – podałam chusteczki – Zebra, kolory to nie wszystko. A poza tym mój ojciec też jest daltonistą…
– Daltonistą??!! Jakim daltonistą? Misio nie jest żadnym daltonistą! On po prostu nie odróżnia i już – Zebra natychmiast stanęła w obronie swego przyszłego-niedoszłego-niewiadomojakiego męża i niemal zdmuchnęła mnie z podłogi smarcząc w chusteczkę.
– No ale jak nie odróżnia to chyba jest – zasugerowałam nieśmiało.
– Nie jest. On odróżnia czerwone od zielonego i tak dalej ale dla niego BEŻ i EKRI to TO SAMO!! Albo LILA i FUKSJA dajmy na to!! Nie mogę być z kimś, dla kogo LILA i FUKSJA to to samo. Albo WRZOS. Sama widzisz – zakończyła i chlipnęła stanowczo w mankiet.
– Nno widzę – zamyśliłam się bo dla mnie szczerze mówiąc to też to samo i w dodatku nawet nie wiem jak wygląda fuksja…
– Jak on może w ogóle? – spytała z rozpaczą w przekrwionych oczach.
– Nie wiem jak może ale tak na serio to ja w ogóle nie rozumiem problemu – podjęłam próbę wytłumaczenia Zebrze, że na ekri sie świat nie kończy – Ważne, że czerwony od zielonego odróżnia i nie mówi do Ciebie per Roman.
– No wiesz?! – żachnęła się Ona – Jak możesz. Właśnie wybieraliśmy suknię – wiesz w tym sklepie takimbardzodrogim co wszystkie aktorki siemobkupujomtam – i mnie się spodobała taka ekri właśnie – tu miała takie wstaweczki a tam karczek i trenik długi taki ładny – a On mi na to, że takie beżowe zasłony to jego ciotka ma w salonie! – zawiesiła wyczekująco głos.
– Hmmm – resztką sił stłumiłam nagły chichot co to mnie ogarnął był – Może faktycznie takie ma?
– Ale beżowe? BEŻOWE?? BE-ŻO-WE??? Przecież ekri to nie jakiś tam beż! – sapnęła i łypiąc wściekle chlipnęła dla przypomnienia, że cierpi.
– Ty to doceń w ogóle, że on wie co to beż, bo ja sama mam z tym problem i szczerze mówiąc też nie odróżniam go od ekri a żyję – parsknęłam bo już nie mogłam wytrzymać.
– Ja tu mam POWAŻNY problem a Ty się nabijasz. Poza tym to nie TY wychodzisz ZA MĄŻ tylko JA! – stwierdziła z zadowoleniem całkowicie zapominając o chlipaniu.
– No ponoć właśnie nie wychodzisz – wyrechotałam spazmatycznie.
– A właśnie, że wychodzę. I wyjdę!
I wyszła.
A ja zostałam sama z tą świadomością masując brzuch obolały od śmiechu co to jeszcze dobre kilka minut uprawiałam. Nie dość, że kabaret za darmo to jeszcze przyczyniłam się do rozwiązania prawie nierozwiązywalnego problemu nieodróżniania barw. Tylko nie wiem czy to dobrze bo ten Misio to chyba strasznie biedny facet być musi. Chociaż z drugiej strony jak chce mieć Zebrę za żonę to albo kamikadze boski wiatr i tylko się roztrzaskać o skały albo Ona ma jakieś ukryte zalety. Tylko w takim układzie to one muszą być bardzo głęboko ukryte. Tak czy inaczej więcej nie powinna mnie niepokoić.
Au revoir i ten tego..
Idę dobrać kolor różu do podomki 😉













