Między flagami

Pacjent, pesel, lat 8/12, zamieszkały, izba przyjęć, dnia.
Badaniem lekarskim stwierdzono: Bronchitis obturativa(*). Zalecono: Ventolin, Budesonid mitte. Konieczna opieka alergologiczna. Przy dalszym nasileniu objawów w przeciągu doby – niezbędna hospitalizacja.
Pod szpitalem i na ulicach pusto.
Tego wieczoru wszyscy wpatrywali się w zielony prostokąt w Dortmund. Przegraliśmy z Niemcami 1:0. Ponoć ładnie. W tym samym czasie ja wpatrywałam się w czerwone, światła na skrzyżowaniu. To były najdłuższe światła na świecie. Gdy zmieniły się na zielone, wróciliśmy do domu. Mały jest dzielny, a ja mam potworne wyrzuty. Mimo lekarza co twierdzi, że wirus.

____________
* obturacyjne zapalenie okrzeli

I co to teraz będzie, czyli Matka Wyrodna part tu

Towarzysz Bruno Braun zawinął się i pojechał obzdjęciowiwszy Lokatora doszczętnie, w każdym rzucie przestrzennym i w każdej możliwej konfiguracji. Teraz Syn mój ma dokładnie udokumentowaną historię kąpania, przewijania, jedzenia, pełzania po podłodze i wolnopowietrznej rekreacji. Będzie Mu kiedyś wstyd przed kobitami. A może i nie… W końcu sam Doktor Królik, uznany pediatra, zachwycał się swego czasu obywatelskimi rodowymi, excuse mot, klejnotami.

Zdecydowanym faworytem jest zdjęcie z Magiczną Łyżeczką. Magiczna Łyżeczka powstaje wówczas gdy Obywatel podczas jedzenia zagryzie ją ‚na duś’ swoim jedynym zębem i nie ma rady żeby puścił. Wtedy ta łyżka wystaje Mu z boku dzioba i to bardzo zabawnie wygląda, zwłaszcza, że Młody się przy tym uśmiecha. Tak pomimo łyżki. A magiczna, bo nie upada. Trochę mi to przypomina programy z cyklu ‚niemożliwe, nie do wiary i w ogóle kosmos’, w których to pokazują pana Henia co ma na klacie żelazko, wszystkie okoliczne sztućce, pięć imadeł, garnek lutowany oraz małżonkę co ma metalową płytkę w głowie i nic – nawet rzeczona małżonka – nie spada na podłogę. Ale tylko trochę.

Wczoraj poszliśmy na ten chór ale po pierwsze primo Młodemu nie bardzo uśmiechało się chórowanie, po drugie primo miałam nastrój pod tytułem ‚ander de pies’ i wybitną potrzebę podpalenia jakiegoś budynku (a pałacyk rektorski bardzo lubię) a po trzecie primo, ultimo – przyszli dawno nie widziani znajomi i postanowiliśmy zrobić sobie wszyscy razem wagary.

Dyro Daro mnie powiesi, pozostali na próbie chórzyści przeklną a pies sąsiadki nad ranem zawyje ale mam to, z całym szacunkiem, tam, gdzie nikt by nawet szacunkować nie śmiał. Trudno. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi – jak śpiewał pan Jerzy. Marny pożytek ze mnie i tak byłby a z racji tego, że zawsze kurde jestem i wyję, raz mogę mieć i ja ten swój gorszy dzień.

Na wagary poszliśmy poza tym w słusznej sprawie. Ta słuszna sprawa to radość z niedalekiego już w przyszłości bo lipcowego ślubu Marijki i Krzysia. W końcu trzeba było to uczcić siedzeniem na trawie, piciem nałęczowianki malinowo-jeżynowej i jedzeniem truskawek. Prosto z łubianki. Poza tym dawno już nie widzieliśmy się w gronie obecnym wczoraj na Polach Mokotowskich.

Tak, tak właśnie. Obywatel zaliczył wczoraj swój pierwszy raz na Polach. I był zachwycony. Zachwyty okazywał rozgłośnie, cieszył się z krótkiego rękawa swej koszuli, z pasiastych skarpet, sztruksowego spodzienia i czerwonej bandanki na głowie. Z tego, że Go wszyscy tarmosili, ściskali, miziali i nosili cieszył się równie bardzo ale zapewne nie tak bardzo jak ja, Jego Matka Wyrodna, której ręce – gdyby jeszcze chwila – zwisłyby beztrosko w sam raz na wysokość sznurówek.

I sama nie wiem, które z nas cieszyło się bardziej ale grunt, że w końcu mogłam odpocząć. Od wszystkiego. A potrzebne to było bardzo. Bo wczoraj ci ludzie, i to słońce, i ten park, i te truskawki pachnące słońcem, prosto z łubianki jedzone, i obserwacje skoczków na linie rozpiętej pomiędzy drzewami, i te rozmowy, i pies co miał wyglądać jak chomik, i taki cudowny spokój, jaki można znaleźć tylko gdy już się przestaje szukać, i ładowanie baterii w energię, i uśmiechy, i że fajnie było was spotkać, i droga do domu z nosidełkiem śpiącym od wrażeń.

Nosidełko spało smacznie i wszystko Mu było jedno czy tramwaj czy wiatr. I niby otulałam obywatelską bluzą z białymi uszami na kapturze i sprawdzałam i poprawiałam tę bandankę na tej łysej prawie głowinie. A dziś? A dziś pluję trzy razy przez lewe ramię, już nawet nie w brodę, żeby tylko nie zachorzał mi ten grzdyl mały, bo lokatorski katar się wzmógł i wynikł z niego kaszel a ja czuję się najgorszą matką na ziemi. A chciałam tylko Ci, Synku pokazać jak dobrze można się Tam czuć…

Ostatnio miewam dłuższe weekendy. W piątki nie ma mnie w pracy tylko włóczę się z Obywatelem po okolicy i zaglądam to tu to tam. Mam prikaz od Czifa odgórny co by urlop wykorzystać od do i w ilości przewidzianej kodeksem. To wykorzystuję. W końcu zaległego się uzbierało na kilogramy. Tak wiem, strasznie nieładnie jest wyjeżdżać jak się ma elcztery… chyba, że jest to elcztery z literką b jak ciężarna. Bo wtedy to tito_mi_to i za sugestią Mistera Gina nawet powinnam. No, to mi tito i powiewo. Korzystam zatem.

W piątek zaprzeszły miałam Lokatora dostarczyć do Doktora Królika celem wybadania i zaszczepienia przeciw parszywym pneumokokom oraz innym krewnym i znajomym królika (możliwość tę dostał Młody od Dziadków w ramach połówki urodzin z czego cieszymy się niepomiernie). Pneumokoki to takie małe diabelstwa, których lepiej unikać jak ognia i które zdroworozsądkowo poleciła nam pani doktor Łajt Kitel W Chodakach wypisując Młodego ongiś ze szpitala. Żeby nie wracał. Póki co miała rację i oby tak zostało. Bo jak jakiego spotkam to chyba widelcem zatłukę.

Czyli miałam. Miałam ale Młody w tak zwanym międzyczasie ustawowym był w trakcie wydawania na świat brand nju zęba (dolna jedynka prawa, piękna) i miał temperaturę prawie jak pranie bawełny o średnim stopniu zabrudzenia. 39 stopni robi swoje. Zawieźliśmy więc Bohatera Z Kasownikiem pablosowym środkiem lokomocji do Doktora Królika bo w końcu taka jedynka to nie choroba i poza katarem (stale już chyba obecnym w naszym życiu) Młodemu nie dolegało nic. Nic a nic, nawet korzonki.

Doktor Królik, jak zwykle śmiesznie ruszający nosem, na wstępie poinformował mnie, że właśnie urodziła mu się czwarta córka i on by się z tym szczepieniem wstrzymał bo te 39 stopni trzeba poobserwować. Zastanowiłam się przez chwilę jak mam niby poobserwować to celcjuszowe odkrycie i przez dwie chwile jaki ma związek jego czwarta córka z moim pierwszym Synem i o co generalnie się rozchodzi. Ale dałam sobie spokój, córki pogratulowałam i zgodnie z zaleceniem zapisałam Igora na wizytę za tydzień. W następny piątek.

Następny piątek był minął w zeszłym tygodniu (strasznie to skomplikowane) i minął względnie dobrze. Jedynka wyszła już dawno i nadal ciągnie za sobą siostrę bliźniaczkę z lewej, temperatura zniknęła bezpowrotnie i nie tęsknimy po dziś dzień a Lokator jak szalał tak szaleje. Zaszczepiliśmy zatem Dziecia w udo (lewe), Dzieć wydał dwa kwiki i zamilkł po tym jak Mu na ucho obiecałam, że pójdziemy na długi spacer i będę Go cały wieczór głaskać po głowie (Dziecia, nie spacer). Piguła Ze Strzykawą rozentuzjazmowała się dla wybitności Obywatela pod względem znikomości ryku poszczepiennego a ja, dumnie dierżąc Bohatera Dnia, pozwoliłam jej pozostać w błogiej nieświadomości wieczoru. Wieczorami zazwyczaj niestety młodzież poszczepienna płacze rozgłośnie i gorączkowo. Ale rzadko. Na szczęście głaskanie po głowie pomaga na wszystko.

Nie powiem, że też bym chciała, żeby mnie tak ktoś głaskał po głowie gdy beczę, bo po pierwsze nie lubię beczeć przy ludziach a po drugie przyklapił by mi ten ktoś moje włosiny, które i tak mocno smętnie zwisać sobie lubią. Wieczorami. Ale czasem głaskanie po głowie pomaga na wszystko. Nawet jeśli to głowa cudza. Ważne, że bardzo mocno kochana.

A w ten piątek co to jest najbliższy wybieramy się do alergologa, gdzie po odsiedzeniu przepisowych dwóch w porywach do trzech godzin (umówiona wizyta jest na 13.00 ale godziny godzinami a rzeczywistość jak się przekonałam ostatnio lubi odbiegać od wyobrażeń) i powtrzymywaniu od utyskiwań poważniejszych w wymowie niż ‚kurka siwa’ tudzież ‚kurna Olek’, będziemy robić rozmaite testy i sama nie wiem co jeszcze. Doktor Es na pewno mnie poinformuje na jaki to cudowny pomysł znowu wpadł był pod prysznicem. Bo on strasznie fajny jest i jak się okazało siedział w jednej ławce z moim wujkiem przez całą podstawówkę, ale potrafi godzinę gadać o metodach usprawnienia kosiarki do trawy i chyba zdaje się zupełnie nie być świadom faktu dzikiego tłumu przed gabinetem. A nieuprzejma też nie chciałabym sie okazać. Tylko, że później znów kolejkowi czekacze będą łypać na mnie iście po bazyliszkowemu. Kurka siwa.

Nic to. Może tym razem uda się załatwić sprawę kosiarki polubownie i zejdziemy na tematy inhalacji z pulmicortu i ventoliny czy innych, cenniejszych mi obecnie wiadomości.

Tymczasem korzystam z przerwy i wklejam to co powstaje sobie czasem w wordzie na raty i spokojnie czeka na swoją kolej w liście priorytetów Towarzyszki Bajki. Bo praca tylko do piętnastej a potem jeszcze kawał życia przede mną, no i po mieście już się włóczy Towarzysz Bruno Braun, przybyły wczoraj z Wrocławia i chwilowo zakwaterowany u nas z Lokatorem. Twierdzi, że w ‚garderobie’ śpi mu się niezwykle wygodnie. Pomimo smyrania w nos przez wiszącą nad nim sukienkę (o zimowym płaszczu i trzech swetrach nie wspominał) i pomimo powietrza, które uszło z materaca. Nie śmiem wątpić, że z wrażenia.

Dziś idziemy na chór.
Gdzieś w końcu musi być normalnie.

Uwaga!

Strona pomóż-bajce będzie aktywna jeszcze przez dwa miesiące. Konto bankowe będzie działało nawet bez strony i po jej skasowaniu. Leczenie nie zostało jeszcze podjęte ale stanie się to natychmiast jak tylko ubieramy (prywatnie, we własnym zakresie) resztę pieniędzy – niestety może to trochę potrwać bo potrzebna suma jest duża. Skany rachunków (kiedy już rozpoczniemy leczenie) będą umieszczone na radzieckim-termosie i na carramba.blog.pl.

Lekarze podniosą mi wysokość zwarcia, zniwelują defragmentację kości i dokonają odbudowania szczęki. Nie zrobią tego ze wzglęgów estetycznych a żeby umożliwić mi normalne życie (mówienie, jedzenie, bo śpiewanie to już hobby nie konieczność) i zwyczajnie pomóc (osuwanie sie wyskokości zwarcia boli i znacznie utrudnia ‚normalne’ funkcjonowanie). Niestety nie da się leczenia podjąć ‚od zaraz’ gdyż jest to cała seria powiązanych ze sobą zabiegów periodontologicznych i protetycznych a nie można jej zrobić np. połowicznie, gdyż to mijałoby się z celem (wysokość zwarcia powróci na swoje miesce). Dopiero potem podjęta zostanie decyzja o rozwiązaniach protetycznych, które będą zastosowane w moim przypadku. Decyzję podejmuje konsylium lekarzy WCS, nie zaś ja i do nich należało będzie ostatnie słowo w tej kwestii. Leczenie jest długotrwałe, bardzo bolesne i nierefundowane w najmniejszym stopniu przez NFZ. NFZ zapewnia tylko materiały wykonane z akrylu, które nie sprawdziły się w roku 1998 ze względu na alergię i nietrwałość i nie mogą być zastosowane u mnie.

Na stronie są rzeczy, które na niej były (zniknęła tylko strona ‚o mnie’ i zdjęcia) i obecne tam od dwóch lat zaświadczenie lekarskie potwierdzające jednostkę chorobową Amelogenesis et Dentinogenesis Imperfecta. Dodatkowo znajdą się na niej inne dokumenty potwierdzające chorobę i moje wcześniejsze leczenie (od 1998 roku) w Wojewódzkim Centrum Stomatologii. Nowe zaświadczenie zamieścimy jak tylko uda się je uzyskać – jest to zależne od terminów konsultacji u Kierownika Poradni dr. Radwańskiego i dyrektor ds medycznych dr. Chylińskiej. Umieścimy tam również wydruk strony z rachunku bankowego na dowód, że cała suma (tak jak przez cały czas trwania akcji) nadal się na nim znajduje i jest bezpieczna. Rachunkiem zarządza Hal.

Amelogenesis et Dentinogenesis Imperfecta jest pochodną Osteogenesis a informacje na ich temat były i są zamieszczone na stronie pomóż-bajce. Nie są ‚uleczalne’, postępują i nadal je posiadam a o ile z pochodnymi da się coś zrobić (stąd leczenie periodontologiczno-protetyczne), tyle w przypadku łamliwości kośćca można tylko zażywać leki przeciw demineralizacji (biorę je od lat i kupuję za własne pieniądze) i unikać złamań. Po prostu.

Akcja ‚pomóż-bajce’ choć była nieformalna była akcją dobrowolną. Wszystkie niejasności i nieścisłości można było wyjaśnić bezpośrednio u mnie (na blogach od zawsze był adres e-mail) bądź też pod adresem dostepnym na stronie (był przez całe dwa lata trwania akcji) i będzie można zrobić to nadal. Szczerze mówiąc odebrałam w tej sprawie tylko cztery maile, na początku akcji, a pytano mnie w nich czym dokładnie jest ta chorobia, jakie są jej objawy i czy to boli.

Wszystkim ofiarodawcom bardzo dziękuję za wsparcie i okazane zaufanie.

Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkich za zamieszanie wynikłe z faktu likwidacji strony. Faktem jest, że najpierw powinno się ukazać wyjaśnienie a dopiero potem powinno nastąpić usunięcie strony z serwera. Nie było to do końca przemyślane a powinno – tym bardziej mi przykro. Na nasze usprawiedliwienie mam tylko fakt, że działaliśmy spontanicznie, nieformalnie i po raz pierwszy (na pewno też ostatni) i nikt wcześniej tego niestety nie sprawdził w żadnych przepisach. Wybaczcie. Mam nadzieję, że nie zawiedliśmy zaufania ofiarodawców i teraz już wszystko będzie tak jak być powinno. Wszystkie pieniądze zostaną wydane zgodnie z ich przeznaczeniem, czyli na moje leczenie i nigdy nie brałam pod uwagę innej możliwości. Jeśli ktokolwiek czuje się jednak pokrzywdzony w jakikolwiek sposób, bardzo proszę by napisał maila czy to do mnie (pasztetowa_raz@gazeta.pl) czy do Hal (halucinda_gonzalez@gazeta.pl) a ona po zweryfikowaniu wpłaty na koncie całą sume odeśle nadawcy.

Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko.
Bardzo mi pomogliście.

Bajka

Jadziem dalej panie Zielonka

We środy ze żłobka odbiera Igora Dziadek, czyli Zdzich. Dziadek też potem siedzi z Igorem w domu i bawi się w różne zajmujące i rozwijające gry w stylu ‚jechał Lejbuś na świni, dupa mu się czerwini’ aż wróci z pracy Wyrodna Matka, czyli ja.

Bo we środy mam w pracy dyżur. A i tak jestem niezmiernie wdzięczna współpracownikom bo reszta ma dyżur dwa razy w tygodniu a ja mam przywileje i narzekać nie mogę. To nie narzekam.

O zajmujących i rozwijających grach z Dziadkiem Zdzichem wiem całkiem sporo, bo jako dziecię małe acz wredne i upierdliwe (od zawsze) nasłuchałam się rozmaitych historyjek, wierszyków i piosenek (i o tej babie co waliła w garnek lutowany a coś tam jej trzeszczało jak stare organy i o drugiej co gdy dziadek usnął już wyjęła długi nóż o rifififi) a potem szłam do przedszkola gdzie ochoczo wprowadzałam swoje zdolności pedagogiczne w czyn i uczyłam wszystkie dzieci zdzichowych piosenek. Ku wielkiej uciesze dzieci i znacznie mniejszej przedszkolnego personelu.

W tym miejscu pozdrawiamy panią Lucynkę, która wraz z córką czytuje nas od zawsze i bardzo dokładnie pamięta małą Anię w żółtych rajstopach, która pozbywała się niechcianych kotletów mielonych upychając je metodycznie za kaloryferem. Tak wiem, zima a wraz z nią włączenie ogrzewania przyniosła nieoczekiwane rezultaty i doznania, excuse mot, węchowe.

Zatem w przedszkolu mała Bajka spełniała się pedagogicznie i uczyła dzieci kolejnych piosenek autorstwa Zdzicha a nieszczęśni rodzice z paniami wychowawczyniami miarowo zgrzytali zębami i szukali przyczyny tego gwałtownego wysypu młodych talentów. I znaleźli bo przyłapali mnie na gorącym uczynku, gdym wzruszona deklamowała z emfazą kolejny klejnot polskiej kultury masowej przez protoplastę mego wytworzony. Oczywiście radośnie wyznałam, że cuda owego nauczył mnie Tateusz, podobnie jak wszystkich innych, które zaraz mogę – jeśli chcą – zaprezentować. Ochoczo.

Nie chcieli.

Za to Zdzich musiał równie ochoczo (o czym już zresztą kiedyś pisałam) albo nawet bardziej udać się na spotkanie z Kierownicą, po którym wkopywał milion, trylion i sekstylion zużytych opon w trawnik przedszkole okalający.
W czynie społecznym rzecz jasna.

I widzę, że chyba zatęsknił za łopatą 😉

Zapamiętałka*

Resocjalizacja to dziedzina życia, bo raczej nie tylko nauki o człowieku i jego zachowaniach jaką jest psychologia, w której daje się drugą szansę. Drugą, bo z pierwszą się rodzimy.

To w sumie rzadka sztuka – dać szansę na nowo – bo zawieść nas może każdy.
I z reguły najłatwiej się ludzi skreśla.
Taka zabawa w Boga i ocenianie zły-dobry, czarny-biały.
Naturalną reakcją jest przecież gniew i sprzeciw.

A resocjalizacja ma dawać człowiekowi tę szansę, której dać nie chce nikt.

Bo wierzy mu się, że potrafi.
Lub uwierzyć się chce.
Albo dopuszcza się możliwość pomyłki.
Albo czegokolwiek innego.

Bywa trudno. Z obu stron.

Pacjent musi nad soba ciężko pracować i udowadniać nieudowadnialne a terapeuta wystawiać swoje zaufanie na próbę. Taki kredyt. Bez poręczycieli.

Nie wszyscy się do tego nadają.
I dobrze. I źle.

ps. A jeśli taka jest ta resocjalizacja i po coś ją sobie wydeptałam… to czemu siedzę na podłodze po turecku i całując synowską głowę ulubiam kolejną Nosowską za

‚jeśli zwątpisz choć jeden raz
to choćbyś z karabinem zaszedł mi drogę
powrotów nie będzie’

no czemu?

ponoć nobody’s perfect
czasem trudno pojąć jak bardzo

____________________________
* to taka notka dla mnie, bez związku, żebym pamiętała

Pees nie związany ale istotny:
Lubię Borna, zamierzam się z Nim spotykać niejednokrotnie, Hal też zamierza, lubię również Kasię i rozmowy z Nią przez bornowy telefon o Szkodniku. Ludzie się zmieniają, to czuję, to widzę i w to wierzę. Świat nie jest czarno-biały. I mam gdzieś co, kto i dlaczego sobie na ten temat pomyśli czy też wymyśli. To moje życie i mam do niego prawo. Tylko ja, nie reszta świata. Reszta świata może oceniać notki – nie mnie.

Bo już mnie śmieszy ta spiskowa teoria dziejów

Komentarze jeśli giną to przy okazji kasowania pana robota co dziwne literki mi wszędzie wpisuje nałogowo. Komentatorzy zostają o tym poinformowani i mogą się wpisać ponownie [*]. Z mężczyznami żonatymi spotykam się – a jakże – na przykład Romek (mąż Magdy) czasem u mnie bywa, i nie tylko On, ale zawsze za wiedzą i zgodą zainteresowanych małżonek. Ciekawe, prawda?

Niestety burzy to trochę obraz pielęgnowany usilnie w głowie niektórych. Ja generalnie mam do facetów od pewnego czasu stosunek mocno przerywany (nie ujmując wam nic panowie) i szczerze powiedziawszy bawią mnie niektóre insynuacje. ‚Jak nie ma męża to na pewno poluje na cudzego’ – w myśl tej zasady to można kółko wzajemnej adoracji zawiązać nawet tylko po co. Nie poluję – ani czasu, ani ochoty a i gusta inne. Może jakby jaki Bradley… to kto wie. Ale on się z tego co wiem chwilowo do IV RP nie wybiera. Do łóżka zaś chodzę z ustawicznym bólem głowy i podkrążonymi oczyma. I wystarczy.

Zresztą kobita z dzieciem w fazie rozwoju nie jest chyba aż takim zagrożeniem dla polityki prorodzinnej państwa jak się niektórym wydaje. Na zatrzęsienie propozycji nie narzekam. Żeby nawet jedna – moralna choćby – ale nic 😉 Pomór. Chyba marny ze mnie target na zaloty.

Aha, zapomniałabym – gdyby ktoś chciał to chętnie odpowiem także za połowiczny rozpad pierwiastków z tabeli pana M. Co się tam będę ograniczać do małżeństw, związków i rozwiązków. Grunt to pełen serwis. Zwłaszcza urojony – a nadinterpretacja to zdecydowany atut, który mozna wpisać sobie w CV. Polecam.

Co do ‚spotykania się’ to chwilowo preferuję nieco młodszych, takich kilkumiesięcznych panów. Z innymi nie mam czasu się spotykać. No chyba, że to Pablos. Ale z tego co wiem (a wiem) to on nieżonaty 😉

Nie pasuje – nie czytać.
Na poprawności politycznej się nie znam – wolę poprawną pisownię.
Przynajmniej czasem cieszy.

* właśnie zmieniłam zdanie, wyjątkowo upierdliwe będę kasować, mam gdzieś.

** doradzono mi ‚olać’ – zaczynam praktykować. bo inaczej to jak ze ślepym o kolorach. tylko czytaczy mi szkoda, bo to żenujące. trudno – najwytrwalsi zostaną. ponoć nic w przyrodzie nie ginie. nie lubię pyskówek i ‚prania’ na pokaz. tylko przykro tak.

Zeolity z popiołów lotnych… z dodatkami w nawias ujętymi

Dziecku minęła gorączka i atak pyłków albo innego cholerstwa. Śmietance minął termin przydatności do spożycia. Pluton minął po raz kolejny mgławicę Kleopatry czy jakiejś innej Racheli. Mnie minął właśnie tak zwany Trudny Okres Życiowy.

W tak zwanym Trudnym Okresie Życiowym (powodowanym bardzo różnymi i całkowicie ode mnie niezależnymi bądź jak najbardziej zależnymi czynnikami) zazwyczaj miewam mniej lub bardziej uświadamiane myśli zbrodniczo-sadystyczne i marzę o pile mechanicznej marki Husquarna posiadanej na własność. Trzymałabym ją pod poduszką i przecierała miękką szmatka w przypływie czułości. I miziała po silniczku. A w chwilach gwałtownej potrzeby mogłabym ją przed się wziąć i się nieco ponapawać. Schopenhauer byłby dumny, Freud wymyśliłby zapewne coś z penisem a Zorżyk uciąłby krótko, że pi_em_es. Bywa.

Miewam też mniej lub bardziej gwałtowne sny o tematyce śledczo-bazarowej i odczuwam przenikliwe zimno w godzinach: druga w nocy – czwarta nad ranem. Czy to normalne Droga Redakcjo? I czy już potrzebuję pomocy specjalisty (jak zwykł mawiać Wujek Pablos i połowa ludzkości) czy też może wystarczy zwykły urlop. Może już stygnę i nic o tym nie wiem. Czas mi się ostatnio niebezpiecznie rozpędził, sapnął, podstawił nogę i zwiał pozostawiając starą wycieraczkę i królicze bobki za kuchenną szafką. Kurza jego melodia. I psia mać. I bździągwa rosochata.

Z króliczymi bobkami za kuchenną szafką to było tak, że jak mi wylała z brzegów swego czasu lodówka, pralka i rozpacz z tym związana, to zabezpieczyłam kuchnię na jako_tako ścieraMY rozmaityMY i ręcznikaMY papierowyMY i postanowiłam wrócić do sprawy jak już się uporam z cała resztą spraw zwłoki nie cierpiących. Co miałam wytrzeć to wytarłam, co miałam zebrać to zebrałam, reszty i tak nie dałabym rady rozbabrać i zbabrać w standardową jednonoc wiosenną, więc odłożyłam niech leży. SE. Leżało, kwiczało i się doczekało. Z odłogu zbudziłam kuchenne szafki, które poprzesuwałam nieco (znaczne nawet to nieco było) celem za nimi wysprzątania i wytarcia wszystkiego co mi się napatoczyć na organa rozmaite może. A mogło, jak się byłam przekonałam, napatoczyć wiele.

Najsamprzód (trudne słowo) przypomniałam sobie (a nawet gdzieniegdzie SE), że mieszkanie to wynajmuję od Miłych Państwa i czemuż to ci Mili Państwo wynająć go wcale już nie chcieli. Nigdy w życiu. Mianowicie (nieco łatwiejsze ale też z górnej półki) przede mną mieszkał w nim Pewien Pan, który to hulał, tańczył i swawolił aż się sąsiedzi z sąsiedniej kamienicy skarżyli i pomstowali. Bywała pod trzydziestką jedynką i policja i panienki o obyczajach lekkich acz spojrzeniach jakby mniej, albo oddechach, i bywali panowie o szemranej aparycji i zapełnionych aktach. Takie się rzeczy działy, że ho ho. A Pewien Pan to nawet złapany został przez Miłych Państwa na klatce schodowej jak pralkę taszczył celem jej zawłaszczenia i zniknięcia wraz z wzmiankowaną w dali sinej a odległej. Bez płacenia za zaległy czynsz rzecz jasna. Pamiętam dobrze swoje zdziwienie na widok nie działającej pralki stojącej na środku kuchni i straszącej otoczenie urżniętym wężem odpływowym tudzież wybebeszonymi kablami. Urocze. Doprawdy.

Jakież było więc moje zdziwienie, gdy za kuchenną szafką numer trzy odkryłam prócz kilku niedopałków i playboya z 2003 królicze bobki.

Wszak człek, który trzyma w domu żywego królika nie może być zły.

Chyba, że ten królik szedł na pasztet znaczy wprost pod nóż i wprost pod rękę Pewnego Pana prawą. Bądź lewą. Opcjonalnie (to to już w ogóle tylko ze słownikiem). A tak poza tym to zupełnie nie wiem skąd mi się bierze wnioskowanie o ludzkiej dobroci na podstawie posiadanego inwentarza zwierzowego. Zupełnie.

Ps. Tytuł notki zawiera tytuł książki, którą mijałam dziś w księgarni a nawiasy zawierają sugestie dla czytaczy, piszących mi prócz epitetów MoWą TrAwiAstĄ BąkANyCh, że mam notki niezrozumiałe, bo trudnych wyrazów ‚urzywam’. Sic!

Idę zatem URZYWAĆ życia w realu.
Znaczy oddam się pracy nieorganicznej i na wyżynach. Bez reszty.

Miłego

0:34 czyli filmowo

KINOWO

‚Jabłka Adama’ to film zdecydowany. Pod każdym względem. Zdecydowanie odradzam niezdecydowanym, którzy do kina chcieliby pójśc na nie_wiem_co ale żeby było lekkie/ łatwe/ przyjemne/ do przespania (potrzebne dopisać). Zdecydowanie polecam za to tym, którzy filmy wybierają z premedytacją. Ja tak lubię. ‚Jabłka’ to film mocny. Niby o resocjalizacji i niby poruszający tematy ważne i najważniejsze ale potrafi też momentami położyć na łopatki. Mnie na pewno poruszył. Wielokrotnie. I nie ma co się w nim doszukiwać drugiego dnia czy ukrytego wymiaru – wali po mordzie aż iskry lecą a za chwilę głaszcze i mizia z zadowoleniem. Ale to ‚nierówność’ zamierzona i wg mnie uzasadniona. Bez tego film byłby zwykły – a tak, jest ciekawy. Bardzo. Ni to komedia, ni dramat. I pośmiać się można i rozczulić a i momentami szczękę z podłogi zebrać… gdzies tuż koło nogi sąsiada z przodu. Na pewno czarny humor jest tu niewątpliwym atutem. O ile oczywiście ktoś ów czarny humor lubi. Film specyficzny. Ale wybrać się nań warto z pewnym jasnym nastawieniem. Poruszane są tu tematy uznawane z niektórych kręgach za tabu, mieszane z błotem wartości i moralne relikwie, by za chwilę jednym celnym dialogiem, czy puentą z poziomu filozofii wykładu profesora Rainko wylądować w trzecim świecie absurdu. Dla mnie bomba. Ale nie każdy pośmieje się zamiast obrazić. Śmiertelnie. Pachnie mi tu telewizyjnym ‚Sześć stóp pod ziemią’. Nie wiem czemu – może nie doczytałam w nazwiskach. Pewnie tak, bo nie czytałam. Świetne ujęcia, maksymalna jazda bez trzymanki, muzyce trochę brakuje ale reszta nadrabia niebanalnością, klimatem rodem z Monthy Pythona zmieszanego z Markizem De Sade i świeżym spojrzeniem. Jedno jest pewne – nic w tym filmie nie jest święte. A zarazem wszystko. Prześmiewcze. Bohaterskie. Ładne. Polecam.

TELEWIZYJNIE

Scena golenia Travolty w ‚Fenomenie’ ma w sobie taki ładunek erotyzmu, że gdyby można było zmienić go w energię elektryczną, STOEN musiałby dorabiać chałupnictwem. I to bardzo długo. A nie widać w niej nawet skrawka golizy, nie pada ani jedno słowo. Sztuka.

Film niespecjalnie rozwijający intelektualnie, Travolta jak to on – ‚mientki’ w kolanach i z przyszeroką szczęką, taki misiek rodem z emeryten party ale ale i jeszcze raz ale…

Dla takiego golenia byłabym w stanie zapuścić się jak Święty Mikołaj.

O ja cię…